Po drugiej stronie lustra

  • 9 replies
  • 410 views
*

Taegan Cardale

Po drugiej stronie lustra
« dnia: Styczeń 18, 2021, 18:14:45 »
Klucz do przyszłości, kotka i okruszki, Yeti
17.04.2016

Sen dzieje się w przeszłości, jestem jeszcze mały. Idę z mamą i tatą. Mieszkamy, gdzieś gdzie mało jest sklepów, albo wcale ich nie ma i trzeba chodzić bardzo daleko. Okolica jest szara. Moja świadomość się podwyższa. Znajduję zamknięte drzwi do szarego budynku. Był tam kiedyś sklep, ale go zamknęli. Mam klucz. Otwieram drzwi, które otwierają przejście do sklepu z przyszłości (wiedziałem, że to jest małe Tesco). Wchodzimy, rodzice się dziwią i cieszą jednocześnie, ile tam różnych znajduje się rzeczy. Kupujemy pełno toreb jedzenia i wychodzimy. Mamy tam jednak już więcej nie wracać, aby nie zaburzać czasoprzestrzeni.

W dalszej części snu znajduję się w ubikacji, już w teraźniejszości. Widzę jak moja kotka rozpada się na kawałki, kruszy się jak jasny wosk. Przychodzi mama i zbiera okruszki w kupkę, że niby potem się połączy i znowu ożyje. Widzę jakby oko. Jednak robię się smutny i płaczę. Mama jednakże wskazuje na pralkę i mówi kto to nas obserwuje. Siedzi tam nasza kotka Maja. Nie jestem już zasmucony, ale nadal trochę zdziwiony. Była to iluzja senna, głupi żart. Kotka ani razu się nie roztopiła, tylko wskoczyła na pralkę i patrzyła co ja głupi robię, przecież nic się jej nie stało. Były to tylko kawałki, okruszki sera...

Następny sen. Razem z grupką osób udaliśmy się do podziemi budynku naukowego (a może nas tam zamknięto?). Prowadzono tam genetyczne eksperymenty na ludziach. Otworzyły się, któreś ze drzwi. Wybiegła stamtąd wysoka postać, była porośnięta białym futrem, podobna do Yeti. Rzuciła się na nas. Zapewne chciała wszystkich pozabijać i zjeść. Obok mnie stała kobieta z niemowlakiem. Gdy stwór zajmował się pozostałymi osobami, my uciekaliśmy. Jednak zauważył naszą nieobecność. Usłyszeliśmy jak się zbliża. Wtedy kobieta przekazała dziecko mi. Miałem choć je uratować i biegłem dalej. Ona została, aby spowolnić małpoluda. Wiedziałem, że zginęła. Potem nie wiem co dokładnie się zdarzyło. Stałem w białym, jasnym korytarzu w innym pomieszczeniu. Korytarz miał kilka metrów, po dwóch jego końcach był zamknięty dużymi lustrzanymi drzwiami. Zaś po lewej i prawej były przezroczyste, szklane ściany, za którymi były wielkie pokoje. W tych szklanych ścianach były umieszczone, także szklane drzwi. Do jednego pokoju drzwi były zablokowane, a do drugiego otwarte. Małe dziecko potrafiło już raczkować. Od samego początku, jak tam się znaleźliśmy był z nami duch matki tego dziecka, objawiający się jako cień twarzy na jednych z lustrzanych drzwi. Przekazywała mi różne informacje, o czymś mówiła. Niecierpliwiła się, chciała, by jej dziecko było bezpieczne, a my tam już siedzimy za długo, zamiast się wydostać, a mogą zdarzyć się nieprzewidziane zdarzenia. Stworzyła jakby projekcję na szklanej ścianie zamkniętego pokoju. Tamten pokój wyglądał jakby znajdował się na, którymś z wyższych pięter i okazało się, że jest niezabezpieczony, nie ma okien i ściany po drugiej strony, więc można by łatwo spaść z wysokości na ruchliwą ulicę. W projekcji pokazała nam jak pada mocny deszcz, w budynek trafia meteoryt i wszystko się pali. Krzyknąłem, aby przestała i machnąłem ręką tak, że obraz znikł, znowu był słoneczny dzień i nie widać było pożaru. Przeszliśmy z korytarza do drugiego, tego otwartego pokoju. Dziecko okazało się dziewczynką, miała teraz już 5-6 lat. Niestety w tak krótkim czasie nie wyrobiły się jej mięśnie i nie mogła chodzić. Była tam duże okna. Można było wejść wyżej po schodkach. Wniosłem tam dziewczynkę. Na początku ją przytrzymywałem. Później sama chodziła od schodków do schodków, a nawet skakała. W tym czasie obserwowałem co się dzieje za oknem. Ten pokój, chociaż był na tym samym poziomie co ten zamknięty, wydawał się znajdować nisko, na parterze. Widziałem za oknem spokojną uliczkę między blokami. Właśnie przechodziło nią kilka osób. Wiedziałem, że są to hiszpańscy chuligani. Jeden z nich zauważył mnie i rzucił kamieniem. Szybko odbiegłem od okna. Tamci już wchodzili do środka. Gdy byli blisko korytarza, ręką zaciśniętą w pięść, z całej siły uderzyłem w lustrzane drzwi po lewej stronie. Rozwaliły się. Tam zapewne czekał już potwór. Nie patrzyłem co się działo, ale pewnie ich złapał i zabił. W tym czasie zabrałem dziewczynkę ze sobą. W momencie, kiedy przechodziliśmy przechodziliśmy przez okno wszystko przyśpieszyło i już wbiegaliśmy do budynku naprzeciwko. Była to chińska restauracja, widzieliśmy akurat kucharza przygotowującego jedzenie. Poszliśmy dalej. Przechodząc przez następne drzwi trafiliśmy przed podwójne, drewniane schody. Po środku nich, we wnęce, ułożone stałe jakieś przedmioty, meble, może krzesła. Przy lewych schodach była karteczka z napisem, że wejście jest tylko dla tych co opłacili. Weszliśmy po schodach z prawej strony. I tak prowadziły w to samo miejsce. Schody zakręcały. Na górze były zastawione czymś, ale jakoś się przepchnęliśmy przez wąskie przejście. Było to czyjeś mieszkanie. Zobaczyłem, że lodówka jest otwarta, więc mężczyzna tam mieszkający zamknął ją. Przeszliśmy na prawą stronę, do dużego salonu. Na kanapie siedziała jego żona z córką i oglądały telewizję. Ich syn stał blisko telewizora, ale jak nas zobaczył usiadł na kanapę. Zapytałem się tamtego, że więc to jest prywatne mieszkanie. Odpowiedział, że tak i dlaczego my tak tu się przechadzamy? Dziewczynka, z którą tu przyszedłem zasypiała na stojąco. Tamci pozwolili się jej położyć na kanapie. Zasnęła.

W innym, następnym śnie, pamiętam, że stoję w szkoło podobnym korytarzu. Po jednej stronie czekają uczniowie przed salą. Po drugiej widzę jakichś umazanych na twarzy na czarno. To ci chuligani. Wyciągam sztylet, ale nie robi to na nim żadnego wrażenia i chce atakować. Wyciągam więc długi miecz. Odchodzi przestraszony.


Zajęcia papiernicze
18.04.2016

Ciemne miejsce (las?), po prawej koleżanka z gimnazjum, Dorota. Ktoś powiedział, że powróciła.

Łazienka, po lewej stronie, Magda, koleżanka tym razem z liceum. Skojarzyła mi się z matematyką. Mówiła coś, żebym poszedł razem z nimi. Powiedziałem, że potem mamy (nie wiedziałem jak to nazwać, bo coś mi się nie zgadzało) zajęcia papiernicze, co niby miało mieć z wiązek z plastyką lub czymś innym. Poszliśmy.

Wychodzimy skądś, może z peronu kolejowego. Na otwartym terenie stoją różnego rodzaju stoiska sklepowe. Chodziliśmy wokół nich i obserwowaliśmy co tam mają. Jedna kobieta zagadnęła do mnie, że pewnie chcę coś ukraść. Idę dalej, w prawą stronę. Tam już ludzie się zwijali, kończyli pracę. Wszedłem pod górkę do miejsca o piaskowych ścianach. Wszyscy ludzie szybko wybiegają. Kończą pracę i chcą jak najszybciej wrócić do domu.

Teraz są te dziwne, niby plastyczne, zajęcia. Siadam do pierwszej środkowej ławki. Nauczycielka jest od chemii, która uczyła w gimnazjum. Do mojej ławki dosiada się kolega z liceum, potem przesiada się, a do mnie dosiada się Krzysztof z podstawówki. Na ławce leży duży srebrny laptop MacBook Pro. Nie otwieram go i nie włączam. Odsuwam od siebie. Pani od chemii kładzie na swoje biurko, po czym znowu nam podsuwa. Jest tam jeszcze druga nauczycielka. Ma dziwną fryzurę. Jest to niby ta, która powinna prowadzić lekcję. Nie przypominam sobie, aby taka nas uczyła kiedykolwiek. Obie rysują coś na tablicy białą kredą, wykresy chyba, i piszą jakieś wzory, obliczenia. Mam w plecaku mnóstwo kredek. Chowam do środka te kilka, które leżały na ławce. Szukam ołówka.


Zasłona, przejażdżka
20.04.2016

Na lewej ścianie mojego pokoju pojawiła się pofalowana zasłona. Miała ciemny brązowy lub zielony kolor. Ze ściany wyrosły także gałęzie drzew. Zacząłem czytać. Słyszałem jakby głos, który to czytał. Jednak wydawało mi się, że nie dam rady przeczytać tak wiele, drobne listki i igiełki były tak gęsto ułożone, że dnia, by mi nie wystarczyło na przeczytanie tego. Ale zaraz, jakie liście i igiełki? Niby jak miałem to przeczytać, przecież tam nie było żadnych literek. Przestałem „czytać”, teraz tylko oglądałem drzewka. Zauważyłem, że zasłona i ściana prześwitywały na pokój po drugiej stronie. Normalnie byłby to duży pokój, widziałem jednak jakiś inny, sypialnię z nieznanego mi mieszkania.

Siedzę na grzbiecie niezbyt wysokiego zwierzęcia, jakby konia. Było brązowe. Poruszało się, więc jechałem na nim. Nie widziałem głowy tego zwierzęcia, był chyba z tyłu mnie. Nie siedziałem, więc obrócony do przodu. Zwierzę jednak jechało do tyłu. Dla mnie wszystko jedno, tak jechałem do przodu. Minęliśmy jakieś dzieci. Myślałem, że wjedziemy brązową ścieżką do lasu po prawej stronie. Skręciliśmy jednak w inną stronę. Zeskoczyłem z tego niby kona i pobiegłem dalej sam. Wszedłem po schodach. W drzwiach stała kobieta, która na mnie czekała. Objęliśmy się. Zmieniła się na chwilę w moją mamę, potem w inną kobietę, później w jeszcze inną, kilka razy się zmieniała. Weszliśmy do środka. To był budynek, w którym byłem już w kilku wcześniejszych snach. W nim schowali się ludzie po przejściu przez drugie drzwi w niszczejącej ścianie. W kilku innych snach było tam pełno dzieci. W jednym śnie zaczęło zalewać.


Akwatyści
21.04.2016

Nie pamiętam jak się zaczęło, ale pamiętam od momentu, kiedy szedłem z tatą i wujkiem. Znalazłem kamień, bardziej przypominający białą cegłę. Tata z wujkiem szli przy ścianie, bo tam była wielka kałuża, mogłem obejść z drugiej strony, ale poszedłem za nimi. Okrążaliśmy domki i budki sklepowe. W każdym miejscu, w którym się zatrzymywaliśmy zostawiałem kawałek kamienia. Ktoś wychodził z jednej budki, a z tyłu domu ktoś inny siedział na krześle lub ławce. Szybko się stamtąd oddaliłem. Na koniec chociaż zostawiałem wszędzie te kawałki kamienia (nie wiem po co), zostało mi więcej niż miałem przedtem. Nie wiem w jakim celu tam chodziliśmy, czegoś szukaliśmy. Przeszliśmy na drugą stronę ulicy i się wracaliśmy. Mieliśmy iść na dworzec. Powiedziałem, że tymi drzwiami możemy pójść na skróty. Weszliśmy. Mówiłem im, że można iść dalej, ale oni uparli się, aby wejść do windy. W windzie zostawiłem resztę kamienia i wieszak na ubranie, który nie mam pojęcia skąd i kiedy znalazł mi się w ręku. Wychodząc spotkaliśmy znajomego wujka. Idziemy tunelem dworca. Wieje silny wiatr, przez co pióra ptaków znajdujące się w tunelu wirują w powietrzu. Pióra są pojedyncze lub w grupach. Trzeba uważać na to, aby ich nie dotknąć, bo mogą pociąć skórę. Zawiał wiatr i jedno pióro zbliżyło się do mnie. Akurat szła dziewczyna i to wleciało na nią i opadło jej na głowę. Okazało się, że to plastikowe żółte kółko. Nic się jej nie stało. Idę dalej. Koniec tunelu, zagrodzone siatą ogrodzenia, świeci słońce. Nie wiem czy widziałem co jest za ogrodzeniem. Znalazłem jasno brązowe pióro z brązowymi plamkami. Wziąłem je i pobiegłem w odwrotną stronę, śmiejąc się.

Jakoś wróciliśmy do domu, albo to był następny sen. Siedzę na krześle w dużym pokoju. Tata włączył na jedynkę, leciał jakiś film. Coś była mowa o roku 2012, więc był sprzed tamtego roku. Trochę mnie wciągnęło do środka. Wstałem, żeby zobaczyć jaki ma tytuł ten film, nie znalazłem. Chwilę popatrzyłem i poszedłem na balkon, zrobił się wieczór, a może noc. Przez chwilę tylko na balkonie byłem inną osobą. Telepatycznie widziałem i porozumiewałem się z trzema mnichami. Przez okno widziałem, że są rodzice i przyszła jakaś kobieta chyba z tego filmu. Ci mnisi chcieli dać inną misję, ale powiedziałem, że lepiej najpierw z nią o czymś tam porozmawiać, może się nada. Wszedłem do środka. Znalazłem się w tym filmie. W kuchni była żona z mężem (chyba). Wydaje mi się, że doszło do kłótni. Nagle obok kobiety pojawił się inny mężczyzna, był lekko przezroczysty. Jej mąż, czy kto to był, krzyknął na niego, aby nie pojawiał się znowu. Zniknął. Pewnie był to duch. Pojawił się jednak obok niego i znowu to samo. Pojawia się kobieta duch. Duchy wyglądały na trójwymiarową komputerową grafikę. Jeszcze inna kobieta popłynęła do góry i się zatrzymała. Spojrzałem na nią, uśmiechała się. Okazało się, że znajdujemy się głęboko pod wodą. Mogli oni normalnie oddychać i rozmawiać. Było tam też dużo normalnych ludzi. Całym tłumem wypływali na powierzchnię, ponieważ brakowało im już powietrza. Zwróciłem szczególną uwagę na dwóch chłopaków. Jeden starszy, drugi młodszy, bracia. Ten młodszy pytał się brata, będąc jeszcze w wodzie, kim oni są i jak oni oddychają. Wylatywały mu bąbelki. Starszy brat zakrył mu usta ręką, powie mu jak wypłyną. Już nad wodą powiedział mu, że to akwatyści (albo akwaniści, akłanie?) i dlatego mogą oddychać i rozmawiać swobodnie pod wodą. Też wyszedłem z wody na piach. Zauważyłem, że czekają już tam jacyś ludzie. Przygotowali różne maszyny. Wiedziałem, że chcą tam wjechać pod wodę i zniszczyć dom wodnych ludzi, pewnie także ich pozabijać. Chciałem tam wrócić i im pomóc. Nie mogłem jednak. Brzeg był pilnowany przez strażników i policję. Po prawej stronie miałem morze. Biegłem po plaży w celu znalezienia niepilnowanego przejścia do wody. Ale jak nie strażnicy z ich samochodami to jacyś inni ludzie blokowali dostęp do wody. W jednym miejscu szła zakonnica. Dalej jechały dwa autokary. Wywróciły się na wodzie. Wszystko chciało mnie powstrzymać przed wejściem pod wodę. Biegłem dalej. Gdy już myślałem, że wejdę do morza, okazało się, że dotarłem do miejsca, gdzie jest tylko wąski strumyczek. Dalej była wysypana góra czarnego piachu. Spotkałem kogoś chyba znajomego. Usiedliśmy przy stole. Bardzo chciało mi się pić, zaschło mi w buzi. Wyciągnąłem z plecaka kubeczek z lodem i butelkę wody mineralnej. Loda wyrzuciłem, ale zostały kawałki. Chciałem jak najszybciej się napić i pomieszałem razem z wodą. Było nie smaczne, wypiłem tylko łyka i wylałem. Pomyślałem, że mam mało czasu i trzeba wracać pomóc im pod wodą. Kolega poszedł. Zamierzałem pobiec po tym wąskim moście i wskoczyć do wody. Pojawiły mi się w ręku zimowe, czarne kozaki. Miały luźne sznurowadła i długo zajmowało założenie ich. Nie zdążyłem i się obudziłem. Zastanawiałem się po co mi były te buty skora miałem płynąc. A chciało mi się pić i wysechł mi język, bo pewnie oddychałem z otwartymi ustami.


Spanie na korytarzu, rury, kartki
22.04.2016

Znalazłem się na korytarzu (prawdopodobnie szkolnym) z wystawionymi podłużnymi ławkami. Wybrałem sobie podwójną ławkę z przodu przy ścianie. Przygotowałem się tam do spania. Postawiłem plecak pod ławką, miałem też ze sobą koc. Musiałem, gdzieś pójść. W przychodni czy jakimś innym urzędzie miałem coś do załatwienia. Jak odszedłem od okienka przyszedł kolega. Pomyślałem, że poczekam razem z nim. Za nami stało dwóch starszych panów. Jeden, ten po prawej stronie, był bardzo złośliwy. Chciał mnie kopnąć w krocze. Na szczęście był słaby i miał bardzo spowolnione ruchy, jego noga podnosiła się powoli. Mnie też jakoś spowolniło, jednak tamten nawet nie trafił prosto tylko chyba w ścianę. Po załatwieniu spraw wróciłem. Zastałem większość ławek zajęte, nawet moje miejsce. Usiadłem na małej, pojedynczej ławce. Chciałem zadzwonić do rodziny, że ktoś zajął mi miejsce, nie mam już nawet kocyka i zabrali mi mój plecak, nie wiem jak mam teraz przespać noc. Wstałem jednak, kręciły się tam takie dzieciaki, które pewnie chciały pieniędzy i kradły różne rzeczy. Znalazłem plecak, ale okazało się, że nie jest mój. Przeprosiłem i poszedłem na moje poprzednie miejsce. Tam był chyba mój plecak.

Dostałem od jakiejś kobiety urządzenie do komunikacji telepatycznej. Gdzieś się przeniosłem, na inną chyba planetę. Trafiłem do nieznanego mieszkania na piętrze. Z oddali widziałem, że skrył się tam kogoś agent. Ponoć widział nagiego mężczyznę z kobietą jak to robią. Ja ich nie widziałem. Potem szybko wyszedł. Lokator nie widział tamtego, ale zauważył mnie. Oskarżał mnie chyba o to, że ich podglądałem, była też mowa o zdradzie, a może jeszcze o czymś innym. Nie była to prawda, ale wyszło mu to z jakichś testów. Chciałem mu wytłumaczyć, że przede mną był tam ktoś inny, ale nie chciał mi uwierzyć. Szybko wyskoczyłem przez balkon. Tamten miał broń i jakieś kartki. Celował do mnie, nie trafił. Przeskakiwałem z balkonu na balkon i na sam dół. Wyskoczyłem potem wysoko. Na wysokości była zawieszona wielka rura. Widziałem jak na jej końcu siedział ten agent. Schwyciłem się za rurę obiema rękoma. Sunąłem bardzo szybko w odwrotną stronę. Rura zakręcała wiele razy. W ten sposób przeleciałem przez całe miasto, aż na ulicę przed mój blok. Było tam pełno dzieci i dorosłych. Tamten już na mnie im naskarżył. Pytali się dlaczego to zrobiłem. Mówiłem, że nic złego nie zrobiłem, to był ktoś inny. Nie wierzyli mi. Za pomocą telekinezy podnosiłem i obracałem w powietrzu jedną czy wie osoby. Potem przylazł nagle jakiś stwór, maszyna, albo może tamten co mnie oskarżał nie wiadomo o co. Powiedział, że nasze życie jest zapisane na jakichś kolorowych, wzorzystych kartkach, które rzekomo posiadał i chce je pogryzmolić, porwać, zniszczyć, przez co większość z ludzi zginie. Wszyscy wpadli w panikę, biegali na około krzycząc, pobiegli do domu, aby położyć się na łóżka, przygotowując się na śmierć, na pustkę (?). Wiedziałem, że nie ważne jak daleko się ucieknie, to nic nie da, bo istnieje jakieś kwantowe splątanie pomiędzy tymi kartkami a nami, choć nie byłem tego taki pewny. Jeden szybko recytował różne buddyjskie teksty, które jakoby czyta się przed śmiercią umierającym ludziom. Byłem sceptyczny co do tego, nie była to na pewno prawda. Nikt raczej nie zginie od porwania jakich tam głupich karteczek. Nic się nie stało. Po chwili się obudziłem.


Faceci w czerni
23.04.2016

Małe dziewczynki przekazują informacje komuś na placu zabaw.

Mało słoneczny dzień. Idę, gdzieś za blokami, niedaleko obwodnicy. Trawnikiem idzie człowiek z głową ptaka i kapeluszem. Jest cały czarny, ubrany na czarno. Na motorze przyjeżdża drugi człowieko ptak (bez kapelusza). Wołam do nich, aby zwrócić na siebie uwagę. Jeden obraca się na chwilę, wsiada na motor i jadą.

Idę chodnikiem, widzę dwa przejścia do biur albo do sklepów. Dalej jest cukiernia. Sto dziewczyna przed tą cukiernią, ma na tacy czekoladowe rurki, promocyjne - za darmo. Dwie czarne postacie w kapeluszach biorą po rurce i idą. Byli podobni do tamtych, jednak bardziej ludzcy, pewnie byli tylko przebrani, nie mieli dziobów. Jedna pani mówi, że te rurki są bardzo zdrowe, że one utrzymywały ją przy życiu. Przybliża się i pokazuje, że mają jakiś atest. Inna dziewczynka też idzie i zajada się czekoladową rurką.

Noc. Wchodzę do pokoju. Jakieś dzieciaki tam łażą, nie wiem skąd się wzięły u mnie. Na odwrotnie ustawionym łóżku, na samym materacu, leży Adrian z gimnazjum. Ma założoną moją czapkę do spania (oczywiście nie śpię w czapce) i wiem, że ją spoci. Wyciąga z otworu w materacu małą drabinkę, albo linijkę. Przechodzę do drugiej części pokoju. Chociaż jest ciemno wszystko widać. Tamten oddaje moją czapkę, zawieszam ją, mam też nową czystą od kogoś.

Znowu dzień. Przyjeżdża cioteczna kuzynka. Siedzimy na łóżku na materacu, o czymś rozmawiamy. Poszła do kuchni, powiedziała, że zrobi mi na ból brzucha herbatkę z glutenem. Mówię jej, że już dawno nie boli mnie brzuch, a taka herbatka to raczej jest niezdrowa. Mówi, jak nie to nie, wraca. Pod materacem znajduje małą figurkę przedstawiającą komety, na drugim końcu jest mała figurka rakieta, chowa z powrotem. Mówię jej, że było więcej, tylko tamci pokradli. Później zauważam, że pod łóżkiem stoi szafeczka z półkami. Leżą na nich książki, tamta linijka, klucze, dowód i tym podobne rzeczy.

Wchodzę do mieszkania, mama mówi, że kupiła dwa dodatkowe telewizory. Pytam się po co?





Rój pszczół, zaraza
24.04.2016

Dużo nie pamiętam co się zdarzyło wcześniej. Gorące lato. Trafiłem w leśno wiejskie okolice. Szedłem wydeptaną ścieżką, po lewej rosły drzewa. Przede mną roje pszczół i innych owadów. Było tak gęsto, że myślałem, że nie przejdę. Nie bałem się, że mnie coś ugryzie. Pomyślałem, że lubię pszczoły. Jedna lub dwie wleciały mi pod koszulkę, ale po chwili wyleciały. Chodził też po mnie mały robaczek z wieloma odnóżami, chyba zielony, strzepnąłem go. Chciałem iść dalej przez rój, ale pojawiła się boczna ścieżka po prawej stronie. Zszedłem po niej w dół. Byli tam jacyś ludzie, chwilę z nimi o czymś porozmawiałem, pomogli mi w dalszym przejściu.

W dalszej części snu pamiętam jak idę z kilkoma osobami w nieznanym mi budynku, na którymś piętrze. Przez okna widzę kilka kolorowych figurek zdobiących dachy niedaleko. Nie pamiętam co przedstawiały, wydaje mi się, że jakieś zwierzęta.

Potem znalazłem się na plaży, szedłem przez piasek. Zauważyłem samych prawie Murzynów, dziwnie się zachowywali, jęczeli. Pojąłem, że tam na plaży panuje wirus zika. Oddychałem jak najmniej, niby po to, by nie załapać choroby i uciekłem z plaży. Widziałem, że jakaś dziewczyna tam właśnie szła, nie wiem czy powiedziałem jej o wirusie. Wyszedłem na uliczkę w Sopocie.


Do lasu
25.04.2016

Idę chodnikiem za drugim placem zabaw. Dalej jest ulica, las, obwodnica i znowu las. Chodnikiem płynie dużo spienionej wody. Są chyba w niej kamyczki. Idę po tej wodzie (wiele razy śniła mi się woda w tym miejscu, ciekawe dlaczego?). Pomyślałem, że fajnie będzie popływać, ale woda niestety kończy się, jakby cofała się fala. Ktoś niewyraźny był tam ze mną, ale poszedł w las. Cofam się do tej wody i znowu chcę nią iść, niestety woda nadal urywa się w miejscu, gdzie kończy się chodnik. Daję temu spokój, i tak było za płytko na pływanie. Nie wiadomo skąd pojawia się dziewczyna i wchodzi mi na plecy. Nie widzę jej, tylko wyczuwam. Czuję jak się o mnie opiera i trzyma nogami i rękoma. Słyszę nawet, że coś do mnie mówi, że ona nie jest tak do końca człowiekiem, ale mogły to być tylko moje senne fantazje. Tamci, bo było ich więcej, już dawno weszli do lasu, pewnie są daleko w głębi. Idę. Przeteleportowało nas do zupełnie innego lasu. Idziemy przez niego.


Supernasiona
27.04.2016

Wyszedłem z lasu na uliczkę Sopotu. W tym lesie obcy pozostawili jakieś swoje rzeczy. Mam ze sobą pełno nasion. Rzucam garściami na ulicę. Natychmiastowo wyrastają drzewa i inne rośliny i może nawet zwierzęta leśne. Ktoś daje mi znać bez słów, że nie powinienem zasadzać drzew na ulicy, ale i tak dalej sypię. Wydaje mi się, że nawet unoszę się w powietrzu i rzucam z góry te nasiona. Takie drzewa nie rosną na Ziemi i dlatego zainteresowało się tym wojsko. Przybyli jacyś agenci i badali te mini lasy w poszukiwaniu technologii obcych.

Przenosi mnie do mieszkania. Szukam czegoś w swoim pokoju między półkami wiszącej szafki, której już dawno tam nie ma. Przechodzę do kuchni. Na lodówce stoją dwa słoje owinięte siatką. Jest w nich coś białego. Dochodzę do wniosku, że to nasiona zebrane przez tych agentów wojskowych i tutaj pozostawione. Właśnie przyszli, aby je zabrać ze sobą.

Uciekam przed kimś lub przed czymś. Biegam po schodach różnych bloków połączonych ze sobą. Zamieniam się w obserwatora. Moja świadomość skupia się na widoku w innym dalszym budynku. Coś, jakiś potwór, którego nie widzę dokładnie, ponieważ jest ciemno, leje, bije jakąś postać. Bity już leży, robi się z niego miazga, z jego otwartej czaszki leje się litrami krew. To chyba Putin. Tamten wreszcie zapala światło. Okazuje się, że się nabrał, to był tylko manekin wyglądający jak Putin, bo gdyby to był on to miazga byłaby z tego stwora. Obok mnie, po prawej stronie, stoi moja siostra, ma dziwną minę, duże oczy. Dziwi się co ja oglądam.

Noc. Jestem na pagórku. Jest tam niezbyt wielki okrągły plac, wokół którego położono okrągłą ławkę. Na niej były gdzieniegdzie różne stoiska. Mam ze sobą kupon. Daję go jednemu facetowi. Widzę jednak, że to kupon na lody, a tamten ma mi dać niby pocztówkę z Gdyni, którą mam podpisać. Odwracam się i oczywiście widzę, że stoisko z lodami gałkowymi jest z tamtej strony, jest oznaczone rysunkiem lodów. Pomyślałem, że przeproszę go i poproszę, aby oddał mi ten kupon, bo miał być na co innego.

*

Taegan Cardale

Odp: Po drugiej stronie lustra
« Odpowiedź #1 dnia: Styczeń 18, 2021, 18:16:03 »
Potwory, hologram 3D
03.05.2016

Wchodzę razem z rodzicami do jakiegoś budynku (później dowiaduję się, że to szkoła podstawowa, do której chodziłem). Wita nas recepcjonistka siedząca po prawej stronie. Idziemy dalej coraz ciemniejszym korytarzem. Na końcu są schody prowadzące w dół. Dalej jest prostopadły korytarzyk z zamkniętymi drzwiami na jednym i drugim końcu do całkowicie ciemnych części podziemi. Zza drzwi po lewej stronie dobiega nas kobiecy głos (recepcjonistka?), grożący i ostrzegający nas przed czymś złym. Nie powinniśmy otwierać tych drzwi. Jestem coraz bardziej przerażony. Słyszę jakieś straszne szmery, szelesty. Czuję, że jakieś potwory czy wampiry są już blisko (czyżby to te same „zmutowane robale”, które kiedyś często się mi śniły, a nigdy ich nie zobaczyłem?). Szybko wracam na górę i ciągnę za sobą rodziców. Uciekamy. Biegnę sam szybciej. Zatrzymuję się w nieznanym miejscu, gdzieś w centrum miasta. Spotykam jakąś babcię. Coś do mnie mówi, pyta się mnie. Wskazuje na reklamę zawieszoną na wysokim budynku. Mówi, że mogę przystąpić do kursu programowania już w trakcie. Jestem niechętny. Zbliżają się już rodzice.

Piszę wypracowanie, nie chciałem w szkole, więc w domu, bo tak wolałem. Pomyślałem, że sny, które mi się śniły akurat będą pasować do tematyki. Chyba piszę na komputerze. Podczas pisania widzę i opisuję taką scenę:

Dzieje się to na plaży, blisko wody. Jacyś ludzie wykonywali tajemnicze rytuały. Coś ustawiono na piasku. Przed tym czymś ułożono kilka niewielkich kryształów, w odstępach może półmetrowych. Ten po prawej stronie był koloru czerwonego. Jeden z ludzi wymawiał magiczne zaklęcia nad tymi kryształami. Miało to na celu ochronić nas przed czymś złym, pewnie przed tymi stworami, które miały wydostać się z podziemi poprzez te ciemne drzwi po lewej stronie. Chodziłem po plaży wokoło nich i obserwowałem te rytuały. Usiadłem na piasku (albo to ktoś inny usiadł). Skojarzyłem, że zabezpieczenia są tworzone przed potworami podobnymi do tych z opowiadań Lovecrafta o Cthulhu.

Siedzę w tylnej ławce prawego rzędu razem z kolegą z policealnej szkoły (Karolem). Po chwili przesiadamy się do przodu do środkowego rzędu. On się uśmiecha się tak po swojemu. Rozmawiamy o wypracowaniu. Mówię, że napisałem w domu, bo tutaj za bardzo nas stresują. Bardzo się zdziwił z tego powodu. Mówię, że miałem łatwo, bo opisałem w tym wypracowaniu moje sny, napisałem o tych wampirach i innych koszmarach. A on na to, że chyba o jarzynkach. Mówię, że u mnie były wampiry, a nie jarzyny.

Wychodzimy z budynku, ale niby z tego strasznego. Po drodze utknąłem w szarym, mrocznym korytarzu z gruzem naokoło. Nie wiem jak i kiedy, ale się wydostałem. Już na zewnątrz, widzę jak kolega zamienia się w kogoś innego. Niby został ugryziony przez wampira. Rozmyślam na głos, że chociaż jest teraz przemieniony w wampira, to pewnie i tak jego dzieci będą normalnymi ludźmi. Później jakby jest nas więcej, idziemy grupą. Mijają nas troje dzieci, w tym mała dziewczynka Azjatka z czarnymi włosami. Chyba się odwraca i patrzy w naszą stronę. Mieliśmy wracać, ale jednak pomyślałem, że chciałbym mieć coś więcej do opisania w moim notatniku snów i skręcamy na prawo. Trafiamy na teren prywatny. Jest tak obudowany z dwóch stron, że nie ma przejścia. Rodzeństwo chłopczyk i dziewczynka ubrana na różowo, kończą jakieś domowe prace. Ich dziadek pomaga im zamknięciu dużych zdobionych złotem bram. Wpuszczają nas do środka domu. Siadamy w kuckach na podłodze. Dziewczynka co chwile chowa się za czymś i się pojawia, chichocze. Chłopak trzyma przed nami tablet i coś w nim pokazuje. Okazuje się, że ta dziewczynka wskoczyła do środka. Na ekranie też widać jak się chowa za różnymi jaskrawymi kształtami. Podchodzę do niego i próbuję ją wyciągnąć palcami. Zamazuje się i znika. Próbuję drugi raz. Udało się. Niestety zamieniła się w starszą kobietę lub wyciągnąłem kogoś innego. Pokazuję koledze.


Smród smoka
04.05.2016

Słabo z pamięcią. Główny korytarz szkoły gimnazjalnej. Była jakaś akcja ze skakaniem po ścianach i suficie. Później przeszedłem do pomieszczenia należącego do innego budynku, jakiś pokój. Stała tam wysoka postać, wyglądała jak kościotrup ubrany w czarny płaszcz. Uciekłem przez szybę, której wcale nie poczułem , jakby jej nie było, i przeszedłem przez szybę do drugiego pokoju. Potem, nie wiem po co, wróciłem się do poprzedniego pokoju. Ta postać chyba mnie złapała i się obudziłem.

Nauczycielka matematyki wystawiła jakieś figurki przed domem na werandzie, miała też plastikowe zabawki z poodklejanymi naklejkami, zostały tylko ślady. Malowała to wszystko farbą na beżowo. Następnie idę spacerem po chodniku razem z mamą. Wokół zieleń, drzewka. Mówię do niej, że w domu tej kobiety pachniało smokiem.


Sailor Moon
05.05.2016

Coś działo się przed łazienką, potem w moim pokoju. Jakiś wielki szary stacjonarny komputer stoi w moim pokoju. Coś było z wirusem, a może to jakiś haker atakował poprzez ten komputer. Wiedziałem, że wszyscy w domu są w niebezpieczeństwie i próbowałem wyłączyć groźny program. Szkoda, że nie pomyślałem, aby po prostu wyłączyć ten komputer. Ta część łączy się poniekąd z drugą częścią snu, ale nie jestem pewien w jaki sposób. Pewnie nie pamiętam dużo co się działo.

Czarodziejki z anime „Czarodziejka z Księżyca” stoją przed klatką bloku, w którym mieszkam. Z kimś miały walczyć. Zmieniam coś w obrazie, nie wiem już co i po co. W innej scenie, czarodziejki są znajdują się prawdo podobnie na statku kosmicznym. Zapewne ktoś atakuje. Widok z zewnątrz: statek kosmiczny wygląda jak głowa z długimi włosami czarodziejki z księżyca. Odbija się z miejsca na miejsce wśród gwiazd w przestrzeni kosmicznej. Chyba się śmieje.





Coś na suficie
08.05.2016

Kiepski, Boczek, Paździoch i inni zginęli. Nie wiem co się stało, ale zrobili się przezroczyści. Stali się duchami. Nadal pili piwo.

Moja kotka Maja zeskoczyła z kuchennego stołu, przy którym właśnie siedziałem, pobiegła po kanapie w dużym pokoju i wydłużyła się aż do sufitu. Wąchała coś na suficie. Potem zeskoczyła na podłogę na przednie łapy. Chociaż z sufitu do podłogi jest raczej dla takiego kota wysoko, to pomyślałem, że wie co robi.


Niewidzialne koty
10.05.2016

Dzień. Znowu śni mi się, że łóżko mam obrócone o 90 stopni, czyli ustawione jest jak stare. Na łóżku sam biały materac, nie ma prześcieradła, ani kołdry. Coś nie chce mnie wypuścić i nie mogę wstać. Po chwili udaje mi się dojść do progu. Okazuje się, że to niewidzialne koty mnie tam trzymały. Widziałem tylko ich lekkie zarysy jak chodzą w kółko po łóżku. Były to jakieś nieznane mi koty. Przyzywały mnie nadal, abym się położył i został z nimi. Nie chciałem i poszedłem stamtąd. Miałem wiele razy sny tego typu, tylko, że zamiast niewidzialnych kotów, schwytać chciały mnie różnego rodzaju sznury i przewody, co było o wiele straszniejsze.

Znalazłem się w niewiadomym miejscu. Wszędzie pusto, tylko stoi jakaś kobieta po środku obrośniętego trawą placu. Wiem, że to wojowniczka i ma jakieś supermoce. Jest ładna, więc chcę ją zaciągnąć do autobusu. Już w autobusie, siedzę w przednim siedzeniu po prawej stronie. Niestety nie udało mi się jej ze sobą zabrać. Na kolanach zamiast niej siedziała moja kotka. Zeskoczyła i położyła się na podłogę pod krzesłem. Jacyś starsi dziadkowie to komentowali i się śmieli. Jeden z nich znalazł mysz, trzymał ją za ogon, po czym wypuścił. Pobiegła po podłodze i uciekła. Nie widziałem jej już więcej.


Psajko, SnowMan, balkon
13.05.2016

Jako, że ostatnio czytałem trochę notatników na psajko, forum to przeniknęło do mojego snu. Było ciemno, jak to na psajko. Przeglądałem różne tematy. Zauważyłem, że będzie zjazd forumowiczów iSen. Organizuje go hotaru. Weile już osób się zapisało. Trzeba było wpłacić od razu niewielką kwotę. Też chciałem jechać, ale w końcu się nie zapisałem. Sen się zmienił. Idę lasem. Tam jest chyba ta iSenowa wycieczka.

Gram w grę przypominającą Tetris, tyle że nazywa się SnowMan. Zamiast bloków spada śnieg. U dołu ekranu tworzą się zaspy. Z góry zeskakuje ludzik. Ma za zadanie przebijać się przez te zaspy śniegu. Idzie szybko przez nie w lewą stronę. Biegnie do góry po krawędzi ekranu, biegnie w prawo do góry nogami. Przebiega przez spadający śnieg i jakieś stworki. Wyskakuje do góry. Teraz z 2D robi się 3D. W dużym pokoju unosi się wielka czarna kamienna kula. Ten ludzik na niej stoi. Coś opowiada o tym jak chciał na nią wskoczyć i polecieć w kosmos.

Stoję na balkonie. Razem ze mną są jakieś nieznane mi z widzenia osoby. Myślę, że to ludzie z iSenu przyszli. Na jednego z nich skacze z tyłu z płotu biały kot i robią ten tego... Temu się zrobiło tak przyjemnie, aż przykucnął. Dziwię się co to za zboczeniec przyszedł.

Jestem obserwatorem. Pokazuje się szybka wizja. Jest chodnik albo ulica. Przy niej wielka ściana obrośnięta, gdzieniegdzie trawą czy inną roślinnością. Za ścianą zielona łąka i morze.

Widok z mojego okna na trawnik. Część żywopłotu przysypana piaskiem. Wygląda jakby ten piasek wysypywał się z żywopłotu. Na około rozrzucone zabawki czy jakieś ozdoby ogrodowe z trawnika obok. Wiedziałem, że to dzik tak to porozwalał.


Dom, rower, las
14.05.2016

Pamiętam, że się działo bardzo dużo i ciekawie, ale tylko tyle niestety. Obudziłem się, zasnąłem i z dalszej części już trochę zapamiętałem.

Jestem w jakimś domu, w ciemnym pokoju w kształcie sześcianu, w którym ledwo mieszczą się dwie osoby. Ja siedzę na podłodze. Przede mną kopia mnie samego. Kręci się w tę i we wte. Różni się tym ode mnie, że ma dwa razy tyle rąk i nóg niż ja. Potem nie wiem co się dokładnie dzieje, ale wychodzę z tego domu. Siedzę w samochodzie w przednim siedzeniu, nie widzę kto prowadzi. Jedziemy cichymi uliczkami nieznanej mi dzielnicy w nie wiadomo jakim mieście. Mam wrażenie, że znam to miasto z moich snów. Co chwila widać podobne białe domki, dach chyba też miały biały. Zatrzymujemy się obok jednego. Wychodzi jakaś nauczycielka z córką. Wiem, że zostało postanowione (sądownie?), że nie wolno mi się z nimi spotykać, ani nawet przebywać w pobliżu ich domu. Odjeżdżamy. Kilka chwil później wysiadam. Chcę wejść do tego domu, z którego wyszedłem, może nawet wspiąć się na dach, ale sen się kończy. Budzę się lub przenoszę się do innego snu.

Jadę rowerem po chodniku. Dojeżdżam do niewielkiego wzniesienia. Cofa mnie na sam początek i znowu jadę. Kilka razy tak mnie cofa. Znowu jadę chodnikiem, po jakichś wertepach. Ściąga mnie na lewą stronę, na trawę. Udaję mi się przejechać przez krawężnik i znowu jadę chodnikiem. Chodnik się kończy, jadę drogą z ubitej ziemi. Znowu zwiewa mnie na lewo. Chodnik od trawnika oddziela niski płotek. Chcę w niego wjechać, ale chyba go objeżdżam. Kilka razy jeszcze mnie tak spycha na lewą stronę. Wreszcie wjeżdżam na tą górkę. Przede mną trzy drogi. Mogę jechać prosto, w głąb lasu, w lewo na dół i w prawo, trochę pod górkę. Ziemia wszędzie jest wyżłobiona jakby woda tam spływała, albo było po trzęsieniu ziemi. Pytam się snu, w którą stronę najlepiej jechać. Odpowiada mi ktoś niewidzialny głosem z czatu "Smacznego". Wnioskuję z tego, że lepiej kierować się na lewo. To był błąd. Jadę niby szybko. Z lewej widzę, że dwóch typów stoi na jakimś podwyższeniu czy moście. Zbiegają po schodach. Wydaje mi się, że to ci z balkonu z wcześniejszego snu. Chwytają za mój rower i mnie zatrzymują. Budzę się.


Biblioteka
16.05.2016

Wybrałem się do biblioteki. Po wejściu zatrzymałem się i wyciągnąłem książki. Biblioteka wyglądała mi trochę jak poczta. Podszedłem do okienka po prawej stronie, tego przy ścianie. Oddałem dwie duże książki. Za szybą były poukładane książki do wypożyczenia. Wybrałem jedną. Poprosiłem panią bibliotekarkę, aby poszukała mi jeszcze jednej, która znajduje się w dziale horrorów dla dzieci. Szukała i podała mi jedną cienką, taką w dużym formacie. Była bardzo entuzjastycznie nastawiona do tego, że wypożyczę właśnie tą książkę i ją przeczytam. Przejrzałem ją. Był to jakiś zbiór opowiadań dla dzieci. Jedno z nich już niby przeczytałem wcześniej w skróconej wersji, albo fragmenty. Nie byłem tym zainteresowany. Oddałem tą książkę. Pani trochę posmutniała. Powtórzyłem jej, że to ma być taka z horrorów dla dzieci, ale za nic nie mogłem sobie przypomnieć jaki tytuł ta książka miała mieć. W końcu chyba nic nie wypożyczyłem oprócz tej jednej, chociaż nie jestem pewien. I wyszedłem.


Bieg
17.05.2016

Słoneczny dzień. Niedaleko od mieszkania. Biegnę chodnikiem z prawej strony ulicy. Biegnę, biegnę. Ogólnie to biegnę  W pewnym momencie pomyślałem, aby skręcić w prawo, w stronę przychodni, ale zrezygnowałem. Biegnę dalej do przodu. Skoro nie w prawo, to chciałem skręcić w lewo i biec ulicą. Byłem przekonany, że mnie wtedy przeniesie do innego snu. Niestety miałem słabą kontrolę i mogłem biec tylko do przodu. Coraz słabiej widziałem, sen był bardzo płytki. Przez cały czas wiedziałem, że to sen. Raczej trwał krótko, obudziłem się.


Pętla autobusowa
18.05.2016

Sen dzieje się na pętli autobusowej, niedaleko las. Kręci się tam dziewczyna. Chodzi na około, wsiada do autobusu, wysiada i wsiada do innego. Jedzie, ale za chwilę wysiada na środku ulicy. Idę za nią, nie wiem po co, może chce jej pomóc. Ona chyba nie wie, gdzie chce się udać, prawdopodobnie nawet nie wie jak się tam znalazła. Pewnie jest chora psychicznie.

Jestem na górze wielkiego obiektu latającego. Unosi się wysoko w chmurach. Wygląda to jak dach wielkiego budynku. Nagle coś się dzieje. Otwiera się portal do innego miejsca. Widzę drzewa. Chcę przejść, ale nadbiega policja. Chowam się do środka, schodzę po schodach. Za mną ktoś biegnie, też chce się ukryć. W środku obiekt przypomina biurowiec, korytarz jest szkolny. Tamten przebiega przez jakieś biura. Doganiam go, chcąc mu coś wytłumaczyć, mówię o portalu. Wychodzimy na korytarz, chodzą tam dzieci, pewnie uczniowie. Rzucam się do przodu z ramionami rozłożonymi na boki. Uderzam dwa razy w stopnie schodów prowadząc w dół. Nic nie boli, bo od razu wznoszę się w powietrzu. Chciałem to mu właśnie pokazać. Udaje mi się trochę wyżej i lecę może metr czy dwa.

W dużym pokoju pojawia się stara meblościanka, której już od wielu lat nie ma. Na komputerze czy w zeszycie znajduję komentarz do czyjegoś snu. Ktoś napisał, że we śnie tego kogoś było 5 osób. Był CosmicKid, rulezzz i ktoś jeszcze. Według niego był też notatnik, który robił za osobę i coś tam co też robiło za osobę. Dziwne.

Noc, ciemno. Leże w łóżku, które znajduje się jednocześnie w moim pokoju i na zewnątrz przed nieznanym mi blokiem. Łózko znowu jest obrócone o 90 stopni. Budynek jest wysoki. Skacze ninja, chyba z helikoptera, a może teleportował się, ale nie trafia na dach. Wskakuje, więc przez okno lub balkon, albo zeskakuje na ziemię po balkonach. Ja wreszcie wstaję. Zdejmuję buty. Pod zdjętymi butami ukazują się inne. Zdejmuję jeden. Zakładam poprzedni, wiążę sznurowadła, ale po chwili rezygnuję. Idę na prawą stronę w butach o dwóch różnych par. Robi się dzień. Idę chodnikiem obok ulicy. Obracam głową z lewa na prawo. Widok jest stabilny. Widzę jadące ulicą samochody. Wszystko jest bardzo realistyczne. Biegnę. Podczas biegu oglądam dłonie. Jeden palec prawej dłoni zniekształcony. Prostuje go, wpatrując się w niego i biegnę dalej.





Mitologiczne starcie
19.05.2016

Najpierw śniło mi się, że chodzę ulicami. Ludzie, gdzieś się śpieszą. Prawie uderzył mnie autobus. Idę dalej środkiem ulicy. Czuję się jakoś niewygodnie. Tamten autobusopociąg zawraca. Już się ze mną styka. Spowolnienie, jakby się do niego przykleiłem, przez co nie mogę odbiec w bok. Budzi mnie komar brzęczący przy lewym uchu. Zapalam światła, nigdzie go nie widzę. Może to była jednak ta mała czerwona muszka. Idę dalej spać.

Inna rzeczywistość. Dzień. Przyłączam się do grupy ludzi. Mają z kimś walczyć. Zostali zaskoczeni. Jeden z ich wrogów każdego czymś uderzał. Tamci się nawet nie ruszyli, taki był szybki. Wszyscy zginęli, oprócz mnie, czy tego kim byłem. Miałem walczyć ze starszym panem. Była to próba, czy sprawdzian czegoś. Walczyliśmy czymś podobnym do ciężkiego złotego pucharu. Tamten nie używał w ogóle swojego pucharu tylko go trzymał w ręku, był ciągle uśmiechnięty. Uderzam go kilka razy swoim pucharem. Starzec wyciąga z kieszonki na koszulce sztylet. Trafiam go w sztylet i w następne bronie, które on wyciąga. Każda się roztrzaskuje. Uderzam w jego głowę, pada martwy. Pozostały jeszcze dwie osoby - kobieta i mężczyzna. Są wysocy, ubrani na biało z elementami złotej zbroi, długie blond włosy. Kobieta mówi, że nie będą ze mną walczyli, ponieważ wystarczająco dużo pokazałem im i nie ma więcej potrzeby kontynuowania walki. W tym czasie ciało tamtego się regeneruje, odżywa. Okazuje się, że oni są nieśmiertelni. Kobieta coś jeszcze mi powiedziała, ale nie pamiętam o co chodziło. Przechodzę przez membranę. Jest noc. To jest równoległa rzeczywistość. Grupa naukowców studentów wszystko obserwowała co się działo po drugiej stronie. Powitali mnie. Powiedziałem, że się teleportowałem. Poszedłem za dziewczyną i chłopakiem cichymi ciemnymi uliczkami. Znowu dzień. Doszliśmy na plac przed budynkiem ich uniwersytetu. Przyszedł starszy student, chyba ich znajomy. Myślał, że też tam chodzę się uczyć. Z niewiadomego powodu był na mnie bardzo zły. Tamten mnie całkowicie zaskoczył. Złapał mnie za krocze (co nie było przyjemne), pociągnął i rzucił mną w górną framugę drzwi, aż się posypało. Poszedł z tymi dwoma, usiedli na ławce. Przyszła jakaś pani i zaprowadziła mnie do stołówki. Posadziła mnie przy stole razem z innymi. Przyniosła mi coś do jedzenia w dwóch opakowaniach. Chciałem jeść, ale jedzenie było dziwnie zapakowane i się ruszało. Okazało się, że pod stołem siedzi wielki czarny pies i to jedzenie było do niego przypięte pasami. To ta pani go wcześniej przyprowadziła. Odpiąłem jedzenie. Wyprowadziła psa. Dziwiłem się, że w taki sposób jest podawane jedzenie na tej stołówce.

Jestem w bibliotece, szukam książek do wypożyczenia. Wziąłem jedną. Jakieś fantasy przemieszane z mitologią. Proszę bibliotekarki, aby przyniosła mi jeszcze jedną, chyba mówię tytuł, chociaż tego nie pamiętam. Przynosi. To także jest fantasy, w tytule ma coś z rzeką i dziewiątką. Okazuje się, że ta książka jest z drugiej części biblioteki i trzeba znaleźć tytuł w specjalnym zeszyciku i tam się podpisać czy coś. Niestety nie mogę znaleźć tytułów książek, które wypożyczyłem, w ogóle chyba takich tam nie ma. W takim razie bibliotekarka każe mi zabrać ten zeszycik do domu i tam wypełnić odpowiednie miejsca. W domu już czytam trochę tą książkę, jest po angielsku. W tym samym czasie odtwarza się film obrazujący czytany tekst. Jest jakaś tragedia rodzinna. Ktoś zginął. Coś mi nie pasuje. Z książki wynika, że były poprzednie części. No tak 9 w tytule oznaczało dziewiątą część, a ja nie przeczytałem wcześniejszych. A tamta fantastyczno mitologiczna wygląda jak program telewizyjny i każdy rozdział jest w skrócie jak odcinek jakiegoś serialu. W nocy idę do biblioteki. Idzie ze mną nawet moja mama. Przechodzę przez drzwi. Jest tam bibliotekarka i chyba asystentka dentystki. Oznajmiam, że oddaję książki, bo nie przeczytałem wcześniejszych części. Jeszcze tylko patrzę do zeszyciku. Jednak są te tytuły. Wcześniej szukałem polskich tytułów, a to przecież po angielsku...



Problemy z balkonem, leśna górka
22.05.2015

Słoneczny dzień. Balkon nagle pochylił się na jedną stronę. Przeszedłem na drugi koniec. I wtedy spadł. Stykał się z jedną tują na trawniku. Na płotek balkonu wskoczył rudo biały kot. Mama go głaskała. Ja się cofnąłem do progu, bo może miał pchły. Zeskoczył na trawę i pobiegł na lewo. Widziałem, że miał fryzurę w kształcie pirackiego kapelusza. Wiedziałem dzięki temu, że był czyjś i pewnie jednak nie miał pcheł. Mama, jakoś z łatwością, podniosła balkon razem ze mną na nim stojącym i wsadziła go w zaczepy (których w rzeczywistości nie ma, bo balkon jest na stałe). Przyszła siostra i balkon znowu się przechylił i wypadł. Mama ponownie go poprawiła.

Forum i-Senu było wyłączone. Czat pusty i zablokowany.

Ciemno, chyba wieczór. Byłem z kimś na leśnej ścieżce. Przybiegł tata. Był cały opalony. Wyglądał na mocno opalonego. Na statku, gdzie właśnie byliśmy, mają taką górkę z lasem. Tata właśnie po niej biega dla kondycji, dlatego tak dobrze wygląda.

Idę leśną ścieżką pod górkę. Trawa, drzewa, plamy światła na około, ponieważ to dzień. Na lewej krawędzi stromej ścieżki leżą dzik z lisem. Wchodzę do łazienki, znajdującej się na samej górze, wśród drzew. Lis wbiega razem ze mną. Muszę jednak zamknąć drzwi przed dzikiem. Przytrzymuję, nie udaje się. Dzik wchodzi. Chcę się ukryć. Wchodzę w głąb łazienki. Po lewej stronie ubikacja. Jest jakoś dziwnie wąsko, więc przechodzę przez drzwi znajdujące się wewnątrz łazienki. Okazuje się, że to czyjeś mieszkanie, chyba, że to szpital. Wracam, są tam drugie drzwi. Wchodzę. Widzę stół chirurgiczny i różne rzeczy nie do opisania. Słyszę głos kogoś mówiącego, że pacjent jest przygotowywany do operacji. Wchodzi kilku ludzi. Uciekam. Przechodzę przez inne drzwi (dużo ich tam było). Gabinet z lekarzami. Udaję, że tam pracuję i wychodzę. Tam mnie znajduje jakaś pani, pewnie lekarka. Coś do mnie mówi z uśmiechem. Chce skierować mnie do jakiegoś miejsca, prawdopodobnie do wyjścia. W końcu nie znalazłem prawdziwej łazienki.

Nie wiem jak, ale w końcu jestem na zewnątrz tego ukrytego leśnego budynku. Jakiś chłopak leży na ziemi. Ściana jest oblepiona śniegiem. On rysuje w nim jakieś dziwne znaki w nieznanym języku. Potem (nie wiem czy to nie senna wyobraźnia) biorę go na ręce i lecimy, by uciec przed dzikiem. Oblatujemy na około tej leśnej górki. Wracamy jednak w to samo miejsce. Dzika nigdzie nie widać. Chłopiec dopisuje jeszcze jeden znak. Dodaje do niego i pozostałych opis. Miała to być chyba wiadomość dla kogoś, prawdopodobnie o pomoc.


Spiralne schody
23.05.2016

Biegam po jakimś wysokim budynku po, prawdopodobnie, spiralnych schodach. Wiem, że coś jest nie tak. Trafiam do dolnego ciemnego pomieszczenia. Wiem, że tam są obcy, nawet ci ludzie, których spotkałem na schodach po drodze, to obcy. Czuję strach, niepokój. W ciemnym, za pewne piwnicznym pomieszczeniu, spotykam się z potworem poruszającym się nisko po podłodze. Nie przyglądam się mu. Prawie mnie złapał, uciekam. Skądś jednak wiedziałem, że oni nie chcą mi zrobić jednak nic złego. Ale pewnie tak tylko udają. Biegnę znowu po schodach.

Jestem w domu u cioci. We śnie mieszkała wyżej niż w rzeczywistości. Patrzę przez okno, a tam piaskowe boisko między blokami (naprawdę nie ma tam boiska). W piłkę nożną gra z kimś dawny kolega. Woła, abym mu przygotował, tak jak zwykle, parówki na wykałaczkach, cztery, dla niego i pozostałych. Oczywiście to fałszywa pamięć, nigdy nie robiłem żadnych parówek na wykałaczkach. Ciocia pomaga przygotować jedzenie. Te kiełbaski są chyba z keczupem i czymś jeszcze. Już na dole. Daję koledze to jedzenie.

Coś tam działo się w sklepie z różnymi rzeczami. Wchodzę tam razem z grupką innych osób. Niby nikogo nie ma, a otwarte. Oglądam przezroczystą paczkę z czymś do ogrodu, może sadzonki roślin. Odkładam na miejsce. Przed wejściem stoją skrzynie ze starymi zabawkami. Ja i moja cioteczna kuzynka oglądamy jakieś okrągłe plansze do gry. Mówię, że tyle lat tu leżą, a zachowane w tak dobrym stanie. Niby przychodzi właściciel sklepy, chociaż nikogo nie widzę, i wszyscy szybko wychodzimy. Właścicielem ponoć był ktoś z rodziny.

Przechodzę obok stołów, przy których ludzie jedli, biorę garść pokruszonej czekolady z talerzyka na stoliku, dobra jest. Takie mam myślenie, że skoro tyle zapłaciłem w restauracji, to sobie wezmę czekolady za darmo. We śnie wcale nie byłem w restauracji. Wracam do domu po trawie.


Biblioteka, festiwal
28.05.2016

Ciemno. Byłem w bibliotece. Pewnie wypożyczałem książki.

Dzień, jasno. Siedzę na łóżku. Mama przynosi mi jakąś książkę. Miała duży format i była bardzo gruba, pewnie ponad tysiąc stron miała. Na okładce postać z wieloma penisami. Przynajmniej dwadzieścia było na tym "penisowym krzaczku"  Przeglądam ją. Były tam różne powieści przetykane krótszymi opowiadaniami. Mnóstwo kolorowych ilustracji. Były też bajki dla dzieci, też z obrazkami, ale zamiast tekstu jakieś szlaczki podobne to trawy. Tekst też był w różnych kolorach i wielkościach. Znalazłem tam nawet pełno naukowych artykułów, a także same zdjęcia wraz z opisami drobniutką czcionką. Możliwe, że także były tam albumy różnego rodzaju zdjęć, obrazów i innych prac artystycznych. Byłem pewien, że to sen i bardzo się dziwiłem, że jak kartkowałem tą wielką księgę, to widziałem tyle różnych obrazów, które wcale się nie zamazywały, i że w ogóle sen wygenerował tak wiele. Poszedłem z tym jednak do kuchni i oddałem mamie, mówiąc że nie dam rady tego wszystkiego przeczytać, bo po pierwsze za dużo tego, a i tak wypożyczyłem już inne książki, a po drugie to jakieś zbyt abstrakcyjne jak dla mnie.

Budzę się. Jest jeszcze ciemno, leżę w łóżku. Słysze jakieś hałasu na dworze. Myślę, że telewizja przyjechała i organizują festiwal w środku nocy. Prowadząca zaczęła mówić, potem muzyka, śpiewy. Jednak nic z tego się nie zdarzyło na prawdę, bo to było fałszywe przebudzenie…

Za drugim razem sytuacja się powtarza, ale nie ma już głosów, ani muzyki. Mam więcej świadomości. Schodzę z łóżka. Nie mogę się jednak podnieść, więc turlam się jakoś do drzwi i podnoszę się trzymając się za klamkę. Idę po cichu, aby nikogo nie obudzić (tak jak bym we śnie mógł kogoś obudzić…), otwieram drzwi wyjściowe. Miałem zostawić otwarte, ale po namyśle zamykam. Idę schodami na górę, na drugie piętro. W tym czasie liczę mieszkania. 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7. Zatrzymuję się i otwieram drzwi od siódemki. Wołam po imieniu dziewczynę, która tam mieszka. Nikt nie odpowiada, wchodzę. Zastaję tam starszego pana i panią. Naokoło ich odbicia. Dziwnie to wszystko wygląda, jakby zamiast ścian były wielkie kryształowe lustra. Idę na prawą stronę, do kuchni. Jednak tu oni siedzą, tamte to były także ich odbicia. Jest jeszcze nieznana mi dziewczynka (oczywiście to nie ta, którą wołałem), ona nie odbija się w żadnym z luster. Biorę ją za rękę i mówię, aby ze mną poszła. Chciałem ją zaprowadzić do mojego pokoju. W połowie drogi sen się niestety kończy.

Na dworze leci ptak. Jestem pewien, że to wróbel. Jakiś dzieciak mówi, że na pewno nie, bo ma inne kolory.

Idę uliczką w centrum Gdyni. Są tam chyba jeszcze pozostałości po tym festiwalu. Mam ze sobą papierową torbę, taką urodzinową do prezentów. Wcześniej był chyba jeszcze inny sen, taki abstrakcyjny, o różnych rzeczach, które wkładałem do tej torby, ale nie jestem pewien. Jakaś pani (we śnie jestem pewien, że to ta prowadząca) zatrzymuje mnie i pyta się co mam w tej torbie. Bierze ją ode mnie i wyciąga wielką strzelbę. Zabieram jej tą strzelbę i tłumaczę komuś kto się zatrzymał obok mnie, że ci wszyscy ludzie naokoło to zombi, tylko ja jestem prawdziwym człowiekiem. I strzelam do nich. Nic im jednak się nie dzieje. Strzały nie robią na nich żadnego wrażenia, nawet nie zauważyli, że do nich strzelam. Idą swoją drogą tak jak szli.


Jasny hol, córka
05.06.2016

Jasny hol, nie wiadomo gdzie się znajduje. Ściany, jeżeli były tam jakieś ściany, wszystkie białe. Miejsce sprawia wrażenie rozległego. Pusto, stały tylko dwa łóżka obok siebie i dalej, po lewej stronie, położone kolorowe drabinki, możliwe, że połączone jakoś z huśtawkami. Bawiły się tam dzieci. Siedziałem na łóżku. Na drugim siedział jakiś niby znajomy. Nagle z ekranu (z horroru, gry?) wyszła wielka postać, robot czy coś. Chciał mnie złapać i zabić. Uciekłem i schowałem się za drabinkami. Okazało się, że to był tylko jego kuzyn, który był na czarno, teraz zostały mu jakieś kolorowe (pomarańczowe?) paski, elementy stroju na skórze. Śmiali się ze mnie, że dałem się nabrać i się przestraszyłem. Wyszli na zewnątrz po jakimś krótkim mostku, zawieszonym jakby nad przepaścią. Wracam do tych łóżek. Muszę się najpierw przecisnąć pod spodem tych drabinek. Na drabinkach, które są jednocześnie siłownią, ćwiczy kolega. W tym śnie jest gejem i muszę uważać, aby się o niego nie ocierać, żeby jeszcze nie pomyślał, że coś do niego czuję. Było to jednak niewykonalne, ponieważ było tam strasznie wąsko. Gdy się tak podciągałem pod spodem, kilka razy nie chcący go dotknąłem. Ten przesiadł się na drugą część i wzdychał. W końcu udało mi się wydostać spod drabinek.

Mama mówiła, że tata pewnie ją zdradza. Przesiaduje w domu u jakiejś kobiety i czyta książkę, aż do nocy. Poszedłem tam zobaczyć. Widziałem tatę idącego korytarzem. Dom wydawał się duży. Mieszkała tam niby ta pani, od której wzięliśmy kotkę. Miała ładną córkę. We śnie ta córka była młodsza, mała dziewczynka. Chyba ją pocałowałem i wziąłem ją na ręce. Chciałem pewnie znieść ją do siebie. Działo się dużo więcej, jednak nie pamiętam. Coś było nawet z kosmosem, ale zupełnie nie wiem o co chodziło. Za drugim razem przychodzę, a ta dziewczyna jest na balkonie. Ale jakaś grubsza i brzydsza. Chyba, że to inna. I tak chciałem się całować. Zauważyła to jej matka i coś tam mi nagadała, że za jej plecami takie coś się dzieje...


Małpy z kosmosu
06.06.2016

Przyleciały małpy z kosmosu. Okrążyły nas na trawniku. Powiedziały, że mnie i tego z kim tam byłem, zgwałcą. Tłumaczyły to tym, że chcą połączyć nasze gatunki. Dziwne tylko, że ja tych małp wcale nie widziałem…

Było też coś ucieczce podziemnymi tunelami i ukrywaniu się. Szczegółów niestety nie pamiętam.


Szkolny hol
08.06.2016

Najpierw czekałem z kimś siedząc na ławce, prawdopodobnie szkolnego, korytarza. Potem działo się coś na dużym holu. Naga, opalona dziewczyna opierała się o mnie plecami. Odepchnąłem ją, bo wiedziałem, że jest zła. Była to czarownica. Przyszła jeszcze jedna czarownica. Atakowały nas. Miałem różdżkę. Przypominały mi się różne zaklęcia z "Harrego Pottera", ale żadne nie działały. Na chwilę pojawiły się tylko przeskoki iskier. Wiedziałem jednak, że to dzięki tej czarownicy. W ten sposób naśmiewała się ze mnie, że nic nie mogę jej zrobić. Ktoś mi mówił, po zapytaniu go jak używać tej różdżki, żebym wstrząsnął ją do przodu. Nic to jednak nie dało.

Szkoła podstawowa. Była lekcja, robiliśmy jakieś zadanie. Kolega przesiadł się do innej ławki. Zapytany, dlaczego się przesiadł odpowiedział, że tam będzie lepiej, wygodniej. Usiadłem sam o swojej ławki.

Byłem na trawniku po stronie przed moim oknem, ale tym drugim, za chodnikiem. Jakiś pan przyszedł do mnie. Coś tam mówił. Możliwe, że miał mi w czymś pomagać. Właśnie wkopałem małą tuję do ziemi. Z metr dalej było wyższe drzewko, chyba liściaste. Wyszło z ziemi i podskakiwało. Było to humanoidalne drzewko, bo zachowywało się jak człowiek, miało nogi i ręce z gałęzi.


Okulistka, trawnik, wielki dom
10.06.2016

Poszedłem do okulistki z zamiarem oddania jej pieniędzy, chyba za wcześniejszą wizytę. Na podłodze siedziało pełno, prawdopodobnie śpiących, osób. Przyszła okulistka. Chciała przy okazji sprawdzić mój wzrok. Pokazała mi z daleka kartkę z dwoma linijkami liczb. Miałem wskazać piątki (odniesienie do reszty, którą miała mi wydać). Widok nie był zbyt wyraźny. Ktoś z jednej grupki wstał i zawołał, że "kolega ma niskie ciśnienie". Odpowiedziałem dobrze. W pierwszej linijce były dwie piątki, a w drugiej trzy.

Razem z mamą robimy coś z trawnikiem. Zauważam 2zł zakopane w ziemi w żywopłocie. Mama coś powiedziała o tym. Było następne 2zł, potem kilka 5zł i wiele innych monet. Razem je odkopywaliśmy. Nagle odkopałem papierowe 10zł, potem 20zł, 50zł, 100zł. Cieszyliśmy się, że będziemy bogaci. Nominały się zwiększały. Wyjmowaliśmy kupki związanych ze sobą banknotów. Przybiegł ktoś z oddali. Chciał też coś wziąć dla siebie. Daliśmy mu czy jej parę kupek pieniędzy. Dla każdego wystarczy, bo cały czas odkopywaliśmy następne. Były nawet dolary, błyszczące perłowo w różnych kolorach, czerwone, fioletowe, żółte, niebieskie, zielone. Zwróciłem uwagę na takie rzeczywiście zielone i pokazałem gościowi. Były do nich Przyczepione paczki żelków, czy podobnych słodyczy, w kolorach odpowiadających każdemu z plików dolarów. Byłem świadomy tego, że niedaleko kręci się więcej osób. Jednak nikt więcej nie przyszedł.

Idę jakąś ziemistą czy piaszczystą drogą nie wiadomo gdzie, niedaleko łąki. Na tej drodze trwały jakieś roboty. Stała wielka metalowa maszyna, coś jak dźwig lub podnośnik. Miała na około siebie wiele "odnóży" ją podtrzymujących. Nie wiem co tam naprawiano.Poczułem lekki niepokój na jej widok. Spotkałem kolegę z gimnazjum (Patryka) ze znajomymi. Pytał się czy pamiętam kiedy piliśmy kawę. Nigdy nie piliśmy razem kawy. Odpowiedziałem, że w 2013, choć to nie prawda. Powiedział, że tak i jeszcze opisywał po kolei co się działo tamtego dnia. Spojrzałem na tą maszynę. Pomyślałem, że zaraz się przewróci. I rzeczywiście zaczęła się kiwać, chwiać. Powiedziałem mu, że to pewnie sen i znowu coś przeze mnie się przewróci, za pomocą mojej niekontrolowanej w pełni telekinezy. Zacząłem uciekać stamtąd, aby się to nie przewróciło. Dziewczyna, która była z kolegą pobiegła schodami na górę, ja za nią. Zatrzymałem ją i pocałowałem w usta (i nie tylko : ). Weszliśmy do budynku trzymając się za ręce. Było tam pełno korytarzy, pomieszczeń, schody z kilku stron. Skierowałem się na górę. Ona pobiegła na dół, to ja też. Widziałem z daleka bibliotekę i osoby tam przechodzące, jakąś też inną dziewczynę. Tam się udaliśmy. Trafiłem jednak do jakiejś części mieszkalnej. Był tam chyba ktoś z rodziny.  Na środku był nieoświetlony pokój z wejściami z dwóch stron. Zapaliłem światło. Wiedziałem, że to pokój takich a takich. Tamci też mówili, że jak światło było zgaszone, to nikt zauważał, że ten pokój tam jest. Zjadłem dwie duże kostki dobrej czekolady, bo musiałem mieć dużo energii. Na tych półkach leżało więcej słodyczy, jakieś miętowe chyba. Wybiegłem z tego dziwnego mieszkania. Biegłem chyba z tą spotkaną dziewczyną. Większość ścian byłą ze szkła. W różnych częściach tego poziomu budynku znajdowało się wiele różnych wystaw tematycznych. W każdej z nich panowała inna kolorystyka. Nie miałem pieniędzy i mogłem wejść tylko na początek, dalej trzeba było pokazać bilet. Cofnąłem się, zaplątałem się w kolczastą różę stojącą przy wyjściu. Gdy już udało mi się wyplątać, to pobiegłem gdzieś po tych kolorowych korytarzach. Widziałem moją kuzynkę (wyglądała młodziej), była na którejś z wystaw. Uśmiechała się o mnie zza szyby. Później, nie wiem czy chodziłem z tą dziewczyną, czy może dawno już ją zgubiłem.

Wielki dom, można by rzec, że pałac. Uciekam razem z trzema dziewczynami, czarodziejkami. Wchodzimy szerokimi zakręcającymi białymi schodami na górę. Pielęgniarki chcą nas zatrzymać. Jednej dziewczynie wbito czerwoną strzykawkę. Jednak okazuje się, że to była tylko woda, ręka spuchła. Pielęgniarki tylko udawały, chciały nas chronić. Robiły tylko tak, żeby widać było przez kamery jak one niby próbują nas schwytać. Już na górze biegniemy korytarzem. Była mowa, że uciekamy w kosmos. Robi się trochę nierealnie. Z jedną czarodziejką schodzę z ośnieżonej góry. Mamy się schować w dziurze w piasku. Naprawdę to nie możliwe, można by co najwyżej włożyć tam dłoń. W środku są dwa pająki. Chcę je wyciągnąć, ale wyrywam jednemu kilka nóżek. Jednak były już nieżywe, siedziały tam zaschnięte. Już są wszystkie trzy dziewczyny, teraz trochę starsze. Niedaleko siedzą przy stole inne trzy czarownice, starsze od tych, z którymi przyszedłem. Pytamy się czy chcą się z nami udać. Jedna odchodzi, dwie dołączyły o nas, o czymś rozmawiają, jakby się kłócą. Sen przenika do mieszkania. Na moim biurku leży marcepan, chowam go na później do szuflady, w środku są jeszcze inne batony. Biorę do buzi jakąś rozpuszczalną gumę, żuję ją jest kwaśna. Wychodzimy w szóstkę na klatkę schodową. Mamy iść pod dziewiątkę, na drugie piętro. Wchodzimy schodami. Dziwne oznaczenia na drzwiach. Otwierają drzwi pod siódemkę. Ktoś ich wita. W tym czasie sprawdzam drzwi, które powinny prowadzić pod dziewiątkę, na drzwiach numer trzysta coś. Wchodzę, a tam korytarz. Jakiś starszy pan siedzi na krześle przed drzwiami jak od WC. Na nich jest cyfra 9 i napis "wejście do śmietniczka". Wołam dziewczyny, że znalazłem drzwi nr 9. Przechodzimy, a tam następny korytarz. Wygląda jak szpital. Chodzi dużo ludzi. Jak idziemy, widzimy co chwilę po prawej stronie zawieszone na ścianie wielkie telewizory. Z lewej strony biegnie kobieta w stronę skąd przybyliśmy. Jest ubrana na sportowo, krótkie spodenki i krótki rękawek. Zastanawiamy się czy to nie jest przypadkiem psychiatryk. Idziemy dalej.


CosmicKid, planeta
11.06.2016

Z nocy nic nie pamiętam, ale dzisiaj zasnąłem po południu i miałem sen. Przez okno świeciło słońce. Nie wiem jaka była kolejność.

Najpierw z mojej wyobraźni do snu (chyba bardziej do hipnagogu) dostała się dziewczyna, Japonka. Była w łóżku ze mną i wiadomo co... Potem ktoś siedział na krześle przed moim biurkiem. Zinterpretowałem go jako CosmicKida. Włączył laptopa i uruchomił aplikację encyklopedii, której tak na prawdę nie mam. Pokazywał wyniki wyszukiwania jakiegoś terminu. Później tło się ściemniło. Pokazał się poruszający się, animowany fraktal, składający się z okręgów i płynących strumieni. Zaczął się lot poprzez przestrzeń kosmiczną. Statkami kosmicznymi lecieli jacyś kobieta i mężczyzna. Możliwe, że byli z wojska, bo mieli broń, ale nie wiem. Dolecieli do jakiejś planety. Wylądowali mniejszymi pojazdami na wodzie. Kłócili się ze sobą, ale nie na poważnie. Kobieta strzeliła kilka razy w jego kierunku, było słychać strzały i widać jak trafiają obok niego w wodzie. Odpowiedział, że dobrze już dobrze, ale nie wiadomo czy tamto dziecko jest z rodziny czy nie (cokolwiek miało by to znaczyć) i popłynęli dalej. Znaleźli się wysoko, była tam górska wioska. Najpierw pokazało się takie jakby nagranie o jakimś mężczyźnie. Wiadomo było, że zaginął i poszukują go. Teraz w miejscu jego zamieszkania, gdzie była jego chatka, pojawiła się telewizja. Dzień był szary, mgła, lekko kropił deszczyk. Ta kobieta (a może jednak to ja) przebiegła ścieżką i zawołała, że to pewnie on. Po chwili jednak stwierdziła, że jednak nie. To był tylko ktoś podobny, starszy, miał dłuższe włosy, pewnie jeden z kamerzystów.


Pociąg i peron
12.06.2016

Stoję na peronie, czekając na pociąg. Na torach widzę, że leży 20zł. Schodzę na dół, jakoś dziwnie mną obkręca. Zabieram pieniądze i wracam. Oddaję je uśmiechniętej, prawdopodobnie z tego powodu, pani. Ta zmienia się w staruchę. Jej nos powiększa się i robi się haczykowaty. Przyjeżdża pociąg. Zauważam, że wszyscy naokoło są jacyś dziwni, wyglądają strasznie. Zmieniam swój zamiar i nie wsiadam. Odchodzę w lewą stronę. Widzę znowu tą panią, już normalnie wyglądającą. Jest z dwójką swoich dzieci.


Zadanie z matematyki, ortodonta
13.06.2016

Było zadane zadanie z matematyki. Próbowałem coś zrobić z tego, ale nic mi nie wychodziło. W pewnym momencie ktoś przyszedł i mi pomagał. Miałem taką myśl, że to ja sam z przyszłości. Trzeba było narysować wykres. Nawet mamie chyba mówiłem, że nic z tego nie dam rady zrobić, nie rozumiem nawet polecenia (nawet chyba nie było żadnego polecenia). Tamten ktoś narysował mi ten wykres, ale i tak nie mogłem dojść do tego, dlaczego tak, a nie inaczej. Dodatkowo narysował na trzech kolejnych stronach zeszytu po jednej ilustracji, które miały obrazować ten wykres. Każda następna to jakby przybliżenie wnętrza tego matematycznego wykresu. Było to kolorowe, i zauważyłem na jednym z rysunków jakieś postacie.

Przypomniało mi się, że mam wizytę do ortodonty na 15 po. Już 14 po, śpieszę się. Założyłem prawy but. Najwyżej zadzwonię, że się spóźnię. Z lewym miałem problem. Nijak nie mogłem go założyć, siłuję się, pomagam łyżką, noga nie w chodzi. W końcu się obudziłem. Jak bym miał więcej świadomości, to bym poszedł bez butów.


Roztrzaskany krasnal ogrodowy
14.06.2016

Krótkie omamy słuchowe w hipnagogach. Słychać wiercenie. Zapewne spowodowane tym, że od rana remontują u kogoś łazienkę.

Słoneczny dzień. Na trawniku ląduje, a raczej spada, balon. Wychodzę oknem i wchodzę do kwadratowego siedziska. Były tam czyjeś rzeczy. Chciałem, żeby to się uniosło w powietrze. Zawirowało, ale się obudziłem.

Na zewnątrz budynku dzieją się dziwne rzeczy. Chodzimy i patrzymy przez okna. Zatrzymaliśmy się przy szklanych drzwiach, a tam leży na trawie figurka krasnala ogrodowego, roztrzaskana na kilka części. Było więcej takich dziwnych zdarzeń, ale pamiętam tylko to. Ktoś tam chyba szedł tym ogrodem. Idę z kimś, na któreś wyższe piętro. Są tam ruiny, jest szaro, kurz, pył. Wygląda to jak jaskinia. Wchodzimy na wyższą półkę. Już wcześniej widzieliśmy to miejsce z daleka, jak płynęliśmy wodą. Z zewnątrz przypominało to przypominało to małą szarą wysepkę z ruinami budynków, unoszącą się w powietrzu. Czegoś tam szukaliśmy, albo się ukrywaliśmy. Przyszło jakieś zwierzę, zszedłem niżej, aby sprawdzić. Był to mały biały buldog. Kręcił się, dziwnie zachowywał, wiedziałem, że jest upity. Poszedł sobie, a ja znowu wszedłem na tą skalną półkę. Później pamiętam jak wracałem z kilkoma osobami do szkoły. Byli koledzy z liceum i podstawówki. Wszedłem na poręcz i miałem, gdzieś się wspiąć. Niestety jeden mnie chwycił za nogę i ściągnął na dół. Inni się na mnie dziwnie patrzyli, dziwili się co ja takiego strasznego chciałem zrobić. Przeszedłem na drugą stronę tego korytarza drogi i przez barierki, jakby to była ulica w środku tego budynku. Stało tam kilka osób. Możliwe, że to był przystanek autobusowy. Nikt mi nie przeszkadzał. Cieszyłem się, że udało mi się uciec z tego nieprzyjaznego miejsca. Wspinałem się teraz stromą, prawie pionową, leśną ścieżką, drzewa naokoło. Sznurem po obu stronach leżały dzieci, znałem je. Wyciągały do mnie ręce z obu stron i przeciągały wyżej. W ten sposób mi pomagały się wspinać. Miałem dojść do miejsca, czy raczej czasu oznaczonego rokiem moich urodzin. W pewnym momencie zaczęło mi się robić coraz ciężej. Przytrzymałem się czyichś rąk i tak zawisłem. Wtedy się obudziłem.


Obcy z kosmosu
15.06.2016

Wyszedłem drzwiami i wszedłem na półpiętro klatki schodowej. Chciałem wyskoczyć przez okno na zewnątrz. Gdy już miałem się wychylać przez te wąskie okienko, okazało się, że jest tam jakieś inne pomieszczenie. Na łóżku leży chora, albo umierająca starucha. Po obu stronach stoją kobiety. Nagle podnosi się i chwyta mnie za rękę. Przestraszyłem i wyrwałem się jej. Pobiegłem wyżej. Trafiłem do innego budynku. Oparłem się o poręcz i obserwowałem czy ta zombie się nie zbliża. Wybudziłem się na chwilę. Ta starucha siedziała na moim łóżku. Przytrzymywała mnie i się dziwnie patrzyła. Na szczęście zaraz zniknęła i sen mnie wciągnął z powrotem.

Z nieba zlatują świetliste kuleczki. To statki obcych z kosmosu. Spływają po czarnym tle jak kropelki i formują się w zarysy srebrzystych kałuż. Stoję w ciemności. Za chwilę wzrok się przystosowuje i widzę lepiej. Przechodzę przez różne przejścia wielkiego budynku, spotykam po drodze różnych ludzi. Dołączam się do jakiegoś mężczyzny, idę za nim. Znaleźliśmy się w ciemnym opustoszałym budynku, chyba część piwniczna. Zza drzwi, przy których się zatrzymaliśmy, coś się dobija. Jakieś stworzenia chcą wyjść (zmutowane robale? ). Otwierają się drzwi, tamten strzela i wchodzi. Po chwili wyszedł po coś i znów tam wszedł. Poszedłem sprawdzić co tam się dzieje. Czułem, że ktoś tam był. Trochę się strachałem, bo skojarzyło mi się to ze staruchą. Tamta postać się poruszała. Widziałem tylko jej cień na podłodze. To była szara kosmitka. Była niziutka, miała może pół metra wzrostu. Wiedziałem, ż tamten codziennie tu przyjeżdża i ją gwałci, zadaje jej też lekkie rany nożem. Zacząłem go bić, chyba nawet strzeliłem do niego i wbiłem mu w brzuch nóż, padł na ziemię. Zabrałem ją i pobiegliśmy. Uciekaliśmy przez pustkowia, pola, łąki. Nagle w jakiś sposób się dowiedziałem, że tamten jednak przeżył i nas goni swoim autem. Dotarliśmy do miasteczka, za granicą już. Przebiegałem przez różne miejsca (było ich wiele, że nie pamiętam) m.in. przez kreskówkowato wyglądające boisko, potem chyba krzaki. Nie wiem czy ta kosmitka nadal była razem ze mną. Miała niby przyjechać kuzynka cioteczna i mieliśmy się do niej udać z rodziną. Biegłem w prawą stronę, potem zawróciłem i biegłem wzdłuż torów. Spotkałem tego co nas gonił, ale nas nie rozpoznał. Niedaleko była woda i statki. Mieliśmy popłynąć do Kalifornii. Byłem pewien, że to w Ameryce. Sprawdziłem na mapie, jednak nie to Europa. Zastanawiałem się co było w takim razie w Ameryce zamiast Kalifornii? Jakoś nie kojarzyłem. Trafiłem na uliczkę. Tutaj pamiętam jak skądś wychodzę z ciocią i mamą, może z teatru. Ciocia mówi o kimś z rodziny, chyba o tym mężczyźnie. Mówię jej, że on się znęcał nad tą kosmitką, gwałcił ją i ciął nożem. Nie dowierza mi. Jest pewna, że to nie możliwe, aby on takie rzeczy wyczyniał, przecież to taki porządny człowiek. Na tej ulicy miał nas zabrać jakiś bogacz. Stało tam kilka samochodów. Przy jednym było dwóch starszych panów. Jeden trzymał papierową plakietkę z napisem "humans from Poland". To był on. Ciocia i mama, gdzieś poszły. Ja siedziałem na ławce. Przyszła dziewczyna oferująca swoje usługi. Podziękowałem jej i poszła sobie Przesiadłem się do drugiej ławki. Miałem tam czarnego dużego laptopa. Znowu przyszła ta dziewczyna. Dała mi swoje zdjęcie. Chciała, żebym "podniósł" jej oczy uszy. Coś tak robiłem w programie graficznym. Zrobiła dziwną minę. Powiedziałem "no co, przecież miałem podnosić twoje oczy i uszy". Widać było tylko jej oczy i uszy, takie plamy. Twarz miałem potem dokleić. I obudziło mnie wiercenie u sąsiadów...


Teleport
21.06.2016

Bałagan, gruz w dużym pokoju. Budki, winda po środku. Kotka tam wchodzi. Zabieram ją stamtąd, aby się nie zgubiła i nie wpadła gdzieś. Sm tam wchodzę. To teleport. Przenosi mnie razem z innymi do ciemnego korytarza. Chyba nas ktoś goni, uciekamy zbiegając po schodach umieszczonych wzdłuż całego korytarza. Ktoś rzuca odbezpieczony granat, spada na podłogę przede mną. Szybko go biorę i go odrzucam. Mówię tamtemu, że ten sen już był, że to powtórka, inna linia czasowa i tym razem nie wybuchnie. Okazuje się, że tam dalej jest pozostawiona inna wielka bomba, ale prawdopodobnie także nie wybuchnie. Jednak uciekamy dalej. Dużo osób z nami biegnie w jakimś budynku. Trafiam do krótkiego wąskiego przejścia. Idzie chłopak z takim chamskim wręcz zboczonym uśmieszkiem. Wiem, że to gej, atakuje. Łapie mnie z jaja. Krzyczę, żeby mnie puścił. Nie chce, ale po chwili puszcza. Mówię mu, aby spierd***ł, ja nie z tych, niech sobie gdzieś indziej znajdzie dla siebie chłopaczka. Uciekam od niego. Widzę jednak, że tamten nadal za mną idzie. Gdzieś skręcam. Wchodzę do pociągu. Tam na pewno będę bezpieczny. Ludzie z podstawówki jadą na wycieczkę. Siedzi jedna rudowłosa koleżanka. Przechodzę przez cały pociąg i trafiam znowu do innego korytarza. Tłum ludzi, chyba uczniów. Tamten gej z uśmieszkiem nadchodzi z lewej. Chce mi niby dać jakieś prezenciki, przymilać się. I tak ciągle się złośliwie uśmiecha. Trzyma się z daleka jakby na mnie czekał czy coś. Nie mam zamiaru tam iść. W tłumie widzę bardzo ładną dziewczynę o ciemnej karnacji. Jednak wstydzę się zagadać...


Superman
22.06.2016

Dużo się działo wcześniej, ale słabo pamiętam. Wiem, że na jakiś czas wcieliłem się w postać Supermana. Były jakieś walki przed blokiem, ukrywanie się, szybkie bieganie, jacyś wrogowie, jeden z nich był chyba stary pomarszczony. Udałem się na drugą stronę bloku. Później szedłem, nadal na dworze, z kilkoma osobami po trawie i wracałem do domu. Szedłem krętymi schodami, na któreś piętro. Dziwne, przecież mieszkam na parterze. Wszedłem do domu. Byli tam rodzice. Trochę się zdziwiłem, powiedziałem, że chyba trafiłem do innego mieszkania, ale skoro tu mieszkam, no to pozostanę tu. Zauważyłem wiele drewnianych elementów, w tym ściany. Był zupełnie inny układ pokoi. Usiadłem do stolika, chyba w kuchni. Kuchnia była większa, przestrzenniejsza, otwarta z kilku stron. Znowu coś związanego ze szkołą. Miałem zeszyty (otwierałem je chyba już na dworze) i zacząłem odrabiać lekcje. Coś zaczęło mi się nie zgadzać. Coś mówiłem do mamy, o coś się pytałem. Już po cichu zamierzałem uciec. Mama za chwilę spytała si mnie "ile masz zabawek?". Byłem już pewien, że nie są prawdziwi, na pewno to projekcje, chyba nawet to im powiedziałem. Wybiegłem z mieszkania i schodziłem szybko po tych krętych, prawdopodobnie także drewnianych, schodach klatki schodowej. Schodziłem i nie mogłem zejść, schody się wydłużały w nieskończoność. W końcu zamiast wyjść drzwiami, dostałem się do jakiejś szkolnej sali. Wyglądało to na zerówkę. Siedziałem na krześle przy ścianie obok drzwi. Było dużo małych dziewczynek, kolorowo, pewnie leżały tam zabawki. Niektóre dziewczynki siedziały na podobnych krzesłach, a niektóre stały lub chodziły, zapewne się bawiąc. Było takie zadanie, że one mają udawać, że grają w filmie. Niektóre coś mówiły, a niektóre tylko poruszały ustami udając, że mówią. Wykonywały dużo powtarzalnych ruchów, ciągle się z czegoś śmiały. Jedna zamachnęła nogą i krzyknęła "ała!", bo ją niby zabolało. Kilka osób w raz z nauczycielką, gdzieś wyszły. Poszedłem za nimi, ponieważ myślałem, że koniec już lekcji. Jednak nie, zaraz się wracały po załatwieniu czegoś, może coś miały przynieść. Usiadłem znowu na krzesło przy ścianie. Sala się zmieniła. Oprócz krzeseł, stojących przy ścianie na około sali, pojawiły się zwykłe ławki ustawione w rzędy. Kolega z lewej stronie usiadł do jednej, obok niego było puste miejsce. Teraz to była chyba podstawówka. Po mojej prawej stronie siedzi na krześle kolega, ciągle się tylko chicho śmieje. Po lewej dosiada się ktoś ze starszej klasy (może gimnazjum). Wiem, że będą problemy. Dokucza mi, uderza mnie. Krzyczę o niego, co on chcę ode mnie. Wstaję tamten nadal jest agresywny w stosunku do mnie. Chwytam za coś metalowego o srebrnym kolorze. Chcę się tym bronić. Próbuję go uderzyć, ale moje ruchy są spowolnione, co wygląda bardziej jakbym go głaskał. Ten się chamsko ze mnie śmieje. Dziwne jest to, że nie zauważyłem, że jak wstałem to on za mną wcale nie poszedł. I gdybym wyszedł stamtąd to by mi dał spokój. A tak straciłem świadomość i się po chwili obudziłem.

*

Taegan Cardale

Odp: Po drugiej stronie lustra
« Odpowiedź #2 dnia: Styczeń 18, 2021, 18:17:00 »
Dziewczyna, świetliki
23.06.2016

Dużo się działo i jak zwykle pamiętam tylko część. Nie znam też niestety dokładnej kolejności.

Dziewczyna idzie nocą ścieżką przez jakiś nieznane pustkowia i łąki. Ja jestem obserwatorem. Jak to nocą jest ciemno. Możliwe, że miała tam namiot, ale nie jestem pewien. Idzie i nagle pojawiają się w powietrzu światełka. Małe jak świetliki, podobne jednak do ognia. Na ziemi były też większe, możliwe, że po prostu były to małe ogniska. Rzadko śni mi się ogień i takie dziwne światełka. Później w tym śnie zostało to wytłumaczone jak te światełka powstają, że coś odbija to światła i widać na suficie błyszczące ogniście światełka. Światełka pojawiały się i wypalały błyskając. Dziewczyna poszła dalej drogą. Trafiła do jakiegoś po części jej/ mi znanego budynku. Nie przeszła lewym korytarzem, bo było za ciemno, poszła w prawą stronę. Był tam długi korytarz, hol, prawdopodobnie czerwony dywan. W bocznej sali biblioteka. Ja/ ona weszła tam. Stały tam zwykłe regały z książkami. Zauważyłem książki Stephena Kinga. Były tam także zawieszone na całej ścianie pojedyncze drewniane półeczki, na każdej z nich mieściła się tylko jedna lub dwie książki. Wziąłem jedną do ręki. Autorem był Umberto Eco. Chyba wszystkie książki na tej ścianie były tego autora. Odłożyłem na miejsce. Dziewczyna skierowała się do wyjścia. Byli tam jacyś ludzie. Już na zewnątrz przed drzwiami na placu stało dwóch mężczyzn ubranych na czarno, twarz mili zasłoniętą, mieli karabiny. Skierowali broń w kierunku tej dziewczyny (teraz już bardziej mnie) i jeden z nich powiedział, żebym dawał dowodzik jak już wychodzę/uciekam. Się pytam co to za kraj terrorystów, że tak zatrzymują. Nie wiem czemu zapytałem czy to Turcja? Odpowiedzieli, że Berlin. Skoro tak to nic mi nie mogą zrobić i zacząłem uciekać. Tamci za mną z karabinami. Strzelają, ale nie trafiają. Biegnę przez tłum. Tamta dziewczyna miała przyjaciela z supermocami, którego mogła przywołać w każdej chwili. Wołam za nią. Imię brzmi z włoska. Niestety już nie pamiętam jakie to imię. Tamten się zjawia. Nie musi jednak już walczyć, bo tamci się przestraszyli i zaprzestali pościgu.

Już przed przystankiem. Stoję chyba w drzwiach autobusowych. Na przystanku stoi dwóch mężczyzn. Jeden napakowany w ciemnym ubraniu. Drugi chudy szary, wiem że jest wampirem energetycznym. Skrada się do tamtego, ma głupi złośliwy uśmiech. Oddzielam go ręką kilka krotnie od tamtego w ciemnym ubraniu, a tamten, chociaż nieświadomy, walczy z wampirem swoim ciałem eterycznym. Wampir przegrywa, zmienia się w wielkiego zielono szarego robala, kształtem trochę podobnego do gąsienicy. Drzwi autobusu się zamykają. Robal jednak wciska się pomiędzy nie przez gumy. Chce się rozprzestrzenić podróżując autobusem. Drzwi się otwierają. Siedzący pasażer na małą siekierkę. Robal zamienił się w mięcho zamknięte w dużej szklanej tubie. Tuba podzielona jest na cztery części, w pierwszej części jest mózg. Pasażer wącha się czy go zatłuc. Zabieram mu tą siekierkę. Także się jakoś waham, ale w końcu niszczę mózg. Oddaję narzędzie siedzącemu. Już za zamkniętymi drzwiami autobusowymi słyszę tłuczona szkło, wiem że pozostałe trzy części są już zniszczone. Wracam ze spokojem do domu. Wycieram ręce w trawę, bo się trochę pobrudziłem od tego robala. Jest mowa o tym, że niektórzy wracają do domu na piechotę, a inni autokarem. Jeden taki właśnie wsiada do autokaru, może to ten ubrany na czarno. Wchodzę na schody i próbuję otworzyć drzwi. Chyba się otwieranie zepsuło. Jeszcze raz próbuję. Mama mówi, że tą wtyczkę trzeba poprawić (podobna do wtyczki od słuchawek) i wkłada. Dziwne, ale chyba jest okienko w drzwiach. Złoszczę się na nią, że włożyła za głęboko, jest bardzo gorące, bo zrobiło się zwarcie. Po chwili drzwi się na szczęście otwierają. Teraz, albo się obudziłem, albo od razu przeszło do innego snu.

Chodzę po klatce schodowej z dawnymi kolegami, których jednak nie potrafię zidentyfikować. Półcień. Coś tam gadam. Kobieta otwiera drzwi i woła do nas co tu robimy. Uciekamy drugimi schodami w dół. Jeden z nich mówi do mnie "weź tak nie hałasuj, lepiej idź sprawdzić co jest tam na dole w tych ciemnych podziemiach". Idę tam, ale szybko zawracam, bo idzie młodszy kolega, ma on może 12 lat. Przyszedł i mówi, że nie musimy tam już iść, bo nic tam nie ma.


Mroczny, ciemny koszmar
26.06.2016

Mroczny, ciemny koszmar. Wszystko było na czarno. Byłem tam obserwatorem. Była tam jakaś kobieta (w piwnicy?). Przyszedł nie wiadomo skąd jakiś mężczyzna. To był straszny potwór. Chyba go jednak słabo widziałem. Wpływał on jakoś na mój umysł i oddałem mu tą kobietę, która była... dużą czarną dętką od roweru, wypełnioną czarnym płynem. On w nią jakoś wniknął, połączył się z nią w jedno ciało i umysł. I to coś, co z tego powstało, zanurzyło się w ciemne morskie głębiny. Miałem takie uczucie straty, ale w sumie się tym nie przejąłem.

Słoneczny dzień. W tym śnie jestem dziewczyną. Ścigam się z inną dziewczyną. Biegniemy po chodniku czy ulicy. Ona jest szybsza ode mnie. Jednak niby jestem pierwsza i dotykam słupek, tak jak się umówiłyśmy. Dalej jest falochron i chyba miało być morze, ale raczej nie. Jestem już sobą (chyba) i idę z tą dziewczyną po dzielnicy podobnej do mojej. Wchodzimy do nieznanego mi bloku. Chcemy wynająć mieszkanie. Mam fałszywe wspomnienie o tym, że poprzednio mieszkaliśmy pod 6 i tamto mieszkanie było bardzo złe. Teraz będziemy wynajmować pod 7. Wchodzimy po schodach. Wszędzie pustki, wszyscy lokatorzy się stamtąd dawno wyprowadzili, pewnie tak się śpieszyli, że pozostawili swoje rzeczy. Prawie już jesteśmy. Część schodów zniszczona. Ktoś poustawiał płyty chodnikowe, jedna na drugiej, zastępują teraz kilka stopni schodów. Konstrukcja lekko się chwiała, ale była jednocześnie bardzo stabilna. Po wspięciu się, dziewczyna poszła do naszego mieszkania. Miałem jeszcze zabrać nasze rowery, były lekkie. Przyniosłem je na górę. Nie wiadomo skąd zeszło się pełno ludzi. Dziewczyna powiedziała mi, abym wziął klucze ii zabezpieczył nasze rowery, żeby nikt nie ukradł. Nie wiedziałem, gdzie są te klucz, powiedziała, że przecież tam. Szukałem i nie znalazłem. Zastanawiałem się czy w ogóle mieliśmy jakieś klucze do rowerów i przez to się obudziłem...





W łazience przed lustrem
28.06.2016

Zaczęło się od tego jak stałem w łazience przed lustrem. Myłem zęby, a szczoteczka zablokowała się między zębami (górnymi jedynkami) a aparatem dentystycznym. Jakoś sobie poradziłem i wyciągnąłem szczoteczkę. Wydawało mi się, że jestem już w łazience zdecydowanie za długo. Nagle nastąpiła awaria prądu, pociemniało. Chciałem jak najszybciej wyjść. Nie mogłem się ruszyć, jakbym był zawieszony w bardzo  gęstym płynie. Byłem lekko przestraszony, bo wiedziałem, że w lustrze mogą pojawić się jakieś strachy, jednak nie widziałem nawet swojego odbicia, bo było za ciemno. Czułem się jakbym znalazł się na pograniczu jawy i świata snu. Wszystko było wielce realistyczne. Gdybym miał więcej świadomości i mógł się poruszać, to bym przeszedł przez lustro i zobaczył co tam jest. Byłem pewien, że zasnąłem (przynajmniej moje ciało) i dziwiłem się, że z taką łatwością stoję wyprostowany i się nie przewracam. Po chwili znalazłem się na przedpokoju. Byłem trochę bardziej zaniepokojony. Kiedyś w takich snach bym się cały trząsł ze strachu. Dziwne to było.


Telewizor
02.07.2016

W dużym pokoju jest siostra. Włącza się telewizor. Na niebieskoszarym tle pojawia się tekst piosenki. Zaczyna się śpiewanie. Nie wiem o czym była piosenka. Z każdym słowem, linijką tekstu, w tle mruga kwadrat z tysiącami różnych zdjęć, zbyt szybko, abym mógł zapamiętać. Na początku migało powoli i wydaje mi się, że było zdjęcie lwów. Potem coraz szybciej, a na dodatek kwadrat ze zdjęciami się powiększał, aż doszedł do rozmiaru ekranu. Tak wiele tych obrazków (tysiące?) się pokazywało, mrugało, że skojarzyło mi się to z programowaniem podświadomości, w moim odczuciu było to raczej negatywne.

Zsyłają nas tymczasowo do podziemi czy innych jakichś piwnic. W małym szarym ciemnym pomieszczeniu oprócz mnie było dwóch czy trzech mężczyzn. Dochodzi jeszcze jeden wielkolud, którego z początku wziąłem za jakiegoś robota. Nie wiedziałem za co mnie tam więziono. Pozostali na pewno popełnili jakieś przestępstwa. Ktoś nas stamtąd zabiera, pewnie z policji. Mówi, że kara będzie lżejsza niż miała być. Wchodzimy po schodach budynku. Przychodzi jeszcze starszy pan, taki uśmiechnięty mądrala. Na schodach na parapecie przy podłodze, leży czarna skórzana torba z rzeczami tego poprzedniego. Nie widzę go. Tamten uśmiechnięty schodzi drugimi schodami i nas nie widzi. Zatrzymuję jednego z przestępców i szeptem mówię, że patrz, to torba tamtego policjanta, ten drugi go pewnie zabił i będziemy musieli odsiedzieć całą karę, a nawet może zostaniemy skazani na śmierć. Tam ten szybko zbiera pozostałych i biegniemy z powrotem na górę (tam są niby te piwnice). Przy poręczy trzymają się sznurem za ręce jacyś mężczyźni, pewnie aż do najwyższego piętra. Odkrywają nam przejście przez schody i wbiegamy. Spowalnia mnie nie mogę dalej iść. Budzę się z powodu niewygodnej pozycji.


Latające pojazdy, świetliste pulsujące punkciki
03.07.2016

Najpierw, chyba w paraliżu przysennym, leżałem na kanapie i tam co chwila pojawiała się taka straszna ręka, jakby jakiegoś starucha, nawet pojawiły się ostre pazury, przybliżała się do mnie. Ja w nią uderzałem, szczypałem. W końcu zniknęła, albo się przeniosłem do snu. Coś było o tym, jak ktoś pchał mój mały niby samochodzik (lub taczka albo nawet wózek inwalidzki) i tak jechałem wzdłuż ulicy, nie wiem w centrum Sopotu, Gdyni, czy innego sennego miasta. Ponoć szukałem dziewczyny, którą przedtem spotkałem. Napotkałem inną. Też była bardzo ładna, miała rude włosy, chyba dłuższe niż do ramion, była policjantką, a może kelnerką. Ktoś w tle lub ten kto pchał mój pojazd, śpiewał piosenkę o tym jak poznam ją, tą dziewczynę.

Wieczór, patrzę przez okno, najpierw kuchenne, potem w moim pokoju. Przez oba widzę podobne zjawiska. Myślałem, że to zwykłe chmury. Była to jednak niezliczona ilość latających pojazdów, świetliste pulsujące punkciki. Poruszały się, tworząc spiralne formacje kształtem przypominające chmury. Zawołałem siostrę, aby zobaczyła co za dziwne się dzieją rzeczy. Ona jest obojętna. Nigdy nie robiłem w dzień testu rzeczywistości. Teraz we śnie zatykam nos i mogę oddychać, ale czuję jakbym miał katar. Siostrze też polecam to zrobić, robi i chyba nawet jej także to wychodzi, ale niczym się nie przejmuje. Zostawiam ją, wyskakuję na dwór przez zamknięte okno, przeskakuję przez żywopłoty, biegnę i wysoko skaczę unosząc się nisko ponad ziemią. Atakują szare pancerne ciężarówki, zbliżają się ściany i inne "obce" pojazdy. Każdy z nich z łatwością rozbijam pięścią. Sen się chyba zmienia, albo luka w pamięci.

W domku, gdzieś wysoko jest dziadek, babcia i ich wnuczek. Dziadek miał kilka papierowych toreb z prezentami dla swojego wnuczka. Nagle znikają. Patrzy przez okno, a tam te torby wiszą na gałęzi olbrzymiego drzewa, rosnącego nieopodal. Nie wiem czy on poleciał tam czy go wiatr przywiał, bynajmniej nagle pojawia się na tej gałęzi i zabiera torby z prezentami. Też tam jestem na tej gałęzi. Zlatuję z tego drzewa i niedaleko, gdzieś ląduję. Spotykam kolegów czy innych sennych znajomych. Drzewo było wysokie na kilka pięter, przynajmniej dziesięć. Z jego czubka, aż do ziemi zwisały cienkie drabinki. W drzewie tym prawdopodobnie był dom (może tego dziadka). Chwyciliśmy się drabinek. Niektórzy się wspinali. Inni, w tym ja, okrążyliśmy za pomocą tych lin drabinek drzewo. Miałem lęk wysokości. Powiedziałem im. Oni polecieli dalej i wyżej, wokół pnia drzewa, trzymając się tych drabinek. Ja tylko przeskoczyłem samochód stojący na mokrej ziemistej drodze, gdzieś na uboczu i wypuściłem tą drabinkę. Idąc po piaskowej dróżce trafiłem do pokoju. Był tylko częściowo podobny do mojego. Całe to mieszkanie było zupełnie inne. Nie chciałem siadać na kanapie w dużym pokoju, bo wiedziałem, że zasnę. W moim pokoju znalazłem smartfona. Coś wpisywałem, chyba numer. Za każdym razem jak wpisywałem cyfrę, ta po chwili zmieniała się w jakiś dziwny kształt, kropkę, czy plamę, i musiałem poprawiać. W końcu mocno zdenerwowany roztrzaskałem telefon o podłogę. Zmienił się w stary zepsuty odtwarzacz mp3. Nie przejąłem się stratą, bo miałem nowego smartfona. Ze starego wydobyłem kartę sim i chciałem wsadzić do nowego. Przy nowym była dołączona drobniutka (wielkości tej karty sim) materiałowa torebka w kolorze różowym. Miała zawierać w sobie…pin. Odwinąłem materiał, ale oczywiście nic nie znalazłem. Sen się kończy.


Ucieczka
08.07.2016

Skądś przyszliśmy ja i dwóch nieznajomych. Trafiliśmy do szarych podziemi budynku. Przed czymś uciekaliśmy, goniły nas złe stwory, było ich dużo. Zatrzymaliśmy się przed malutkim otworem skierowanym do góry, można tam było wejść metalowymi drabinkami. Chciałem iść pierwszy, bo wiedziałem, że najdłużej będę tam wchodził. Niestety nijak nie mogłem się tam przecisnąć. Im, nie wiem jak, udało się przejść. Stwory były już tuż tuż. Przeszedłem za róg i tam znalazłem inne przejście, udało mi się uciec. Trafiłem na jakieś dziwne konstrukcje między ścianami, coś jak rusztowania, jednakże nic nie widziałem, tylko zarysy, bo tam nie było światła. Okazało się, że tam jest pełno pajęczyn i mieszka jeszcze więcej pająków. Było tam gęsto od tych pająków. Przez całą drogę czułem jak one chodziły po mnie i wchodziły do rękawów o nogawek. Kilka razy musiałem przeskakiwać. W końcu wyszedłem z tej ciemności. Chyba już na górze spotkałem tamtych dwóch. Pomogli mi z tymi pająkami, jakoś przytrzymali mi bluzę i te pająki wylazły z rękawów. To były takie zwykłe pająki z cienkimi nóżkami. Później przeszliśmy do innego pomieszczenie, jakby jaskini. Prowadziła tam wąska ścieżka, poniżej której była łąka z trawą. W tej jaskini było wycięte wielkie okno bez szyby. Mieliśmy tam jakieś zadanie do wykonania, coś trzeba było uruchomić i znaleźć. Chyba nawet było coś związane z kartami i czarami. Niektórzy ludzie z tej jaskini nam przeszkadzali, oszukiwali. Był z nami młodszy chłopiec, książę czy inny ktoś ważny. Mieliśmy go chronić. Przyleciał wielki statek kosmiczny (podobny do gwiazdy śmierci tylko trochę miał inny kształt) i strzelał w nas z broni laserowej. Chłopiec używał swojej mocy, aby się ochronić i zniszczyć statek, ale był za słaby i musieliśmy uciekać. Próbowałem zrobić kamehameha, ale się niestety nie udało. Potem znowu wróciliśmy tam czegoś szukać, chyba znaleźliśmy i to zabraliśmy. Ktoś dostał z tej broni laserowej i upadł. Chwilę przy nim posiedziałem. Chyba jednak nic mu się nie stało. On był jakby z innej rzeczywistości, do której się szło tą wąską ścieżką. Pobiegł, a my za nim. Na łące poniżej był jakiś festyn czy coś. Była scena i ktoś śpiewał. Jasno, słoneczny dzień. Myśleliśmy, że tam była Angela Merkel, była Merkel, ale to był ktoś inny o takim nazwisku. Tych dwoje wbiegło na scenę i się wygłupiało. Tańczyli jak Michael Jackson. Nie chciałem robić z siebie głupka, więc się zatrzymałem w tłumie i stamtąd obserwowałem scenę.

Coś tam było z zeszytem, ćwiczeniami, czy książką, powiedzmy, że od matematyki. Później nasz wuefista zabrał nas na przejażdżkę rowerową. Okolice niby znajome, ale jednak zupełnie inaczej wyglądające. Po jakimś czasie została nas piątka, dziewczyn nie było w ogóle. Były przy chodniku, którym jechaliśmy, dwie reklamy jakiegoś filmu, ale nie wiem o co chodziło. Chyba kilka razy się tam wracaliśmy.


Latanie
09.07.2016

Byłem na pierwszym lub drugim piętrze. Rozłożyłem ręce na boki i wyskoczyłem przez balkon na zewnątrz. Miałem taką myśl, że nie spadnę, ale będę powoli opadał. Unosiłem się wzdłuż chodnika, może na wysokości dwóch metrów. Potem poruszałem się ponad piaskiem, chyba pustynią, później był czerwony piach lub gęstsza ziemia. Wiedziałem, że to sen. Byłem wtedy pewien, że latanie we śnie to iluzja, a ja tak naprawdę idę po tym piachu.


Wodospad, basen, jeźdźcy
12.07.2016

Najpierw w tym śnie stałem przed domkiem, nie wiadomo gdzie. Przed nim spływał z nieba z chmur szeroki wodospad. Chociaż niezupełnie spływał, ponieważ woda była zastygnięta w czasie. Obok był basen, no chyba że to była duża micha wody. Potem znalazłem się na leśnej ciemnej drodze. Jako obserwator doczepiłem się roweru, na którym pędzili dziewczynka z chłopczykiem. Uciekali przed goniącymi ich jeźdźcami wielkich wilków. W tym czasie dziewczynka opowiadała kilka nielogicznych historyjek. Oczywiście nie wiem o co w nich chodziło. Weszliśmy do ich szkoły i zeszliśmy lewymi schodami, tam gdzie powinny być szatnie. Jednak szatni nie było, tylko wnęki, w których można było siedzieć. W jednej usiedli dziewczynka z chłopczykiem. Wiedziałem, że będzie opowiadać jeszcze jedną historyjkę, ale nie chciałem przeszkadzać. I jako, że w tym korytarzu było wody po pas, to się zanurzyłem i popłynąłem trochę dalej. Kilka razy nurkowałem. Mogłem oddychać pod wodą, ale nie zwróciło to mojej większej uwagi. Wytłumaczyłem tak to sobie, że w nosie pewnie zostało mi jeszcze trochę powietrza. W wodzie było wielu uczniów z podstawówki. Wszyscy byli mi nieznani. Wróciłem do tych dwóch. Jednak nie wysłuchałem opowiadania i wypłynąłem z korytarza. Dalej nie było wody. Szedłem kręconymi schodami. Tam miałem się dostać do poszukiwanego prze ze mnie tajemniczego miejsca. A o jakie miejsce chodziło to nie mam pojęcia. W połowie schodów się obudziłem.


Sen we śnie
12.07.2016

W telewizji była reklama laptopa niewiadomej marki. Reklamowała to jakaś kobieta. Mama mnie namawiała, abym go kupił. Byłem niezdecydowany, bo na pewno to badziewie, szybko się rozwali. Po jakimś czasie przyszła ta kobieta z reklamy i okazało się, że to jest niby moja żona. Dziwiłem się temu, bo nie pamiętałem ślubu, a poza tym ona była taka okropnie brzydka, że nie wiem jak do tego doszło. Położyliśmy się na materacu rozłożonym w dużym pokoju. Dziwne było to, że tata także się obok nas położył. Zasnęliśmy. Teraz to chyba następny sen był we śnie. Z dużą grupą jechaliśmy (uciekaliśmy?) doliną po piaskowej drodze, łąki po dwóch stronach. Nie jestem pewien czy każdy miał pojazd czy jednak biegł. W naszą stronę toczyły się wielkie głazy i musieliśmy je przeskakiwać. Dobiegliśmy do domku zanurzonego w wodzie, tylko potrójny dach wystawał. Z dachu tego stoczył się największy głaz, ale udało się nam go przeskoczyć. Wszedłem na dach. Niebo zachmurzone jakby chciało padać. Widziałem pomarańczową albo żółtą wodę morską, była toksyczna pomieszana z kwasem, więc nie wchodziłem. Wszyscy zawrócili. Widziałem jedną dziewczynę całą ubraną na kolor zielony morski, wstała z ziemi ze swojego wyimaginowanego pojazdu. Próbowałem coś zagadać do niej, ale nie ogarniała. Poszliśmy na miasto. Wszędzie było pusto, nie jechał żaden samochód, ani nikt nie szedł chodnikami. Słonecznie. Grupka osób, za którą podążałem jakoś dziwnie się poruszała. Biegli jeden za drugim w lewą stronę, a potem nagle znowu się pojawili obok mnie i biegli w tą samą stronę. Jeden widzę schował się za latarnią. Podchodząc do niej zauważam, że się rozszerza. Okazało się, że to teleport. Wchodząc w lampę przechodziło się przez jakieś białe firanki i prysznic. Było to przejście do budynku szkolnego. Biegliśmy na górę schodami i dalej drugimi na dół. Inni bezmyślnie biegli, ja z kilkoma osobami zawróciliśmy na piętro. Była tam biblioteka. Oddałem książkę i pytałem się bibliotekarza czy nie mógłby zakupić jakieś książki do biblioteki to je bym wypożyczył. Później był domek, nie wiadomo gdzie, pierwszy raz taki widzę. Weszliśmy po schodach. Tamci próbowali odczepić jakby żaluzje po prawej stronie. Otworzyłem normalnie drzwi po lewej. Przy oknie stała moja mama i rozmawiała z kimś o mnie przez telefon. Rozejrzeliśmy się po tym wielkim pokoju. Spojrzałem przez okno. Wiedziałem, że znaleźliśmy się w przyszłości w rzeczywistości postapokaliptycznej. Na zewnątrz wszystko było takie szare, zniszczone. Widziałem jakiś opuszczony kiosk i przystanek.


Agenty?
22.07.2016

W moim pokoju na łóżku siedzi dwóch gości. Zastanawiam się kim oni są i po co przyszli. Trzymają mojego laptopa. Jeden z nich go rozkręcił i wyjął dysk twardy, mówią, że zrobią sobie kopię dla siebie. Każę im oddać laptop i mówię im, że i tak nie znajdą tak żadnych przydatnych plików. w końcu oddali i poszli sobie. Stoję w progu pokoju, krzyczę i bluzgam kto im pozwolił tu wejść i grzebać w moich rzeczach. Zaważam na dodatek, że źle skręcili laptopa, ekran się nie trzyma. Przy okazji patrzę do środka czy czysto. Laptop zrobił się jakiś szerszy jak stacjonarny PC. Zaglądam do środka, a tam pełno kurzu, pająk zrobił pajęczynę, narosło pełno zielonej trawy, wyrywam ją...


Szczelina
23.07.2016

Był zbiornik wodny, jezioro połączone z morzem albo wielki basen. Tata miał niby płynąć w tej wodzie, gdzieś. Razem z mamą ukryliśmy jedzenie w szczelinie, w jakimś materiale czy siatce. Szybko poszliśmy, aby nikt nie zauważył, że tam coś ukrywaliśmy. Wydawało mi się, że to się nie utrzyma spadnie do wody. Tata miał, jak będzie płynąć tamtędy, wziąć to jedzenie ze sobą. Za tą szczeliną można było zejść niżej i tam wskoczyła kotka. Wskoczyłem za nią i wyciągnąłem szybko. Ktoś tam prawie nas zauważył, stały tam skrzynie. Wdrapałem się na górę. Ktoś znalazł to jedzenie i zajadał się tortem. Nie wiem skąd ten tort, bo tam było za wąsko, aby coś takiego zmieścić i by się na dodatek pogniotło. Potem mam płynąć z tatą pod wodą. Wiemy jednak, że oprócz ryb jest tam zwierzę, które potrafi poruszać się z ogromną prędkością. Jest niezauważalne dla człowieka, jakby było w innej fazie czasowej. Stworzenie to mogło każdego spowolnić, mogło opleść całe ciało jak meduza. Poza tym z jego brzucha wystaje kolec jadowy, jak u dziobaka. Mieliśmy szczepionki i zrobiliśmy sobie zastrzyki. Chyba płyniemy.


Baloniki, nuda, błędy
30.07.2016

Szedłem z mamą chodnikiem przy ulicy, chyba do cioci. Trzymałem trzy baloniki napełnione helem. Puściłem jeden. Byłem zdziwiony, ponieważ zamiast polecieć do góry poleciał ukosem i zderzył się głową mamy, zabolało ją. Chodnik zmienił się w szkolny korytarz. Za karę miałem cofnąć się do trzeciej klasy podstawówki. Przed drzwiami tłum dzieci czekających na wejście do klasy. Pokazywałem im te balony, bo było to bardzo dziwne, że unosiły się cały czas ukosem, zamiast pionowo. Przyszedł ksiądz z ministrantami. Wypuściłem te balony. Uderzyły w drzwi z dużą siłą jakby były piłkami lekarskimi. Leżały tam sflaczałe. Sięgnąłem po nie, i nie wiem po co, uklęknąłem razem ze wszystkimi i się przeżegnałem. Myślałem, że to będzie lekcja religii. Na szczęście ksiądz i ministranci, gdzieś zniknęli. Do sali weszły dzieci i pani nauczycielka od polskiego albo angielskiego. Przez okna wpadało mocne światło. Pokazywałem znowu uczniom i nauczycielce jak te balony się unoszą pod kątem, raz do przodu, a potem zmieniły kierunek i pochyliły się do tyłu. Myślałem, że pewnie zmienił się środek magnetyczny. Nauczycielka kazała mi się przestać bawić i siadać. Wypuściłem te balony, usiadłem przy ławce po środku. Widziałem dwie, może trzy osoby w moim wieku, była tam dziewczyna i chłopak. Pewnie też za karę. Przesiadłem się do ostatniego rzędu do tego chłopaka obok okna. Podłoga była drewniana, a ten rząd ławek był trochę oddalony i umieszczony na także drewnianym podwyższeniu. Miałem talerz z jedzeniem, obiad pewnie, ziemniaki, zapewne też kotlet schabowy. Zacząłem jeść i śmiałem się, że ugniatam te ziemniaki jak na plastyce. Miałem ze sobą trzy książki (albo cztery, nie wiem), jedna już otwarta. Ta otwarta to były ćwiczenia, trzeba było odpowiednio uzupełnić słówka. Druga zatytułowana "nuda", to była książka z odpowiedziami, wszystko tam było uzupełnione ta jak powinno być poprawnie. Trzecia z tytułem "błędy", wszystko było źle wpisane, pokazane jak nie powinno się tego robić, np. zamiast h było ch lub odwrotnie, błędy gramatyczne i inne. Przypomniało mi się, że matematyczka kazała nam nie zapisywać błędnie działań dla pokazania błędów, aby potem tego tak nie zapamiętać. Powiedziałem to koledze obok. I w ogóle myślałem, że to głupota i nie będę uzupełniać tych głupich ćwiczeń skoro mam całą książeczkę wypełnioną poprawnie.


Wokół jeziora
08.08.2016

Siedziałem na wannie i wlewałem zimnej wody. Ta woda była dostarczana przez mafię, skądś to wiedziałem. Po chwili poleciała cieplejsza i było wiadomo, że mafia przestała dostarczać tą swoją mafijną wodę. Widziałem, miałem przed sobą jakby wielki ekran i był tam widok na ścieżkę. Przeszedłem przez ten ekran. Byłem z kimś, ale tak jakby ten ktoś mną kierował. Myślałem, że skręcimy w prawo za kępę trawy, jednak nie. Poszliśmy prosto trawiastą ścieżką. Obejrzałem się w prawo i tam było jezioro przedzielone na dwie części. Przez środek biegła dróżka, a woda, chociaż nie było tam niczego co mogło by jej zatrzymać, nie mogła przez nią przepłynąć. Na tej dróżce były dwie osoby, chyba kobieta i mężczyzna, odpoczywały tam, bawiły się. Szedłem dalej po trawie. Kicał tam biały królik. Trochę przyśpieszyłem za nim.


Zombie w Sopocie
09.08.2016

W okolicy ponoć grasowała grupa zombie, ale gdzieś się wyniosła. Razem z tatą wiedzieliśmy, że przenieśli się do Sopotu. Szliśmy właśnie na przystanek. Mieliśmy pojechać do Sopotu, ponieważ trzeba było powstrzymać zombie przed rozprzestrzenianiem się na inne miasta.


Monety w średniowiecznym mieście
11.08.2016

Znalazłem się w średniowiecznym mieście. Szedłem zabłoconą wąską uliczką pomiędzy ceglastymi ścianami. Na żwirze, na czymś co wyglądało jak bardziej rozwalony próg niż krawężnik, leżało 20gr (lub 50). Nie podnoszę i idę dalej, skręcam w lewą stronę. Patrzę, a tam leży na ziemi pełno monet groszowych, najwięcej było tych brązowych jak 5gr. Pomyślałem, że nikt z ludzi nie zbiera tych monet, bo nie powinno się tego robić, więc nic nie ruszałem, poszedłem dalej za jakąś panią. Jakaś starsza pani siedziała pod murem. Było coś o tym, że ona coś tam udawała. Idąc tak trafiłem do sklepu. Kasjerką była dawna koleżanka z gimnazjum. Uśmiechała się i coś tam gadała, nie wiem o czym, ale długo. W pewnym momencie zaczęła literować mój nick z forum i się pytała czy taki mam. Ja się pytam skąd zna skoro nikomu w tym sklepie o tym nie mówiłem, nigdzie tego nie pisałem. Ona poszła na chwilę dokądś i przyszła. Sprawdziła, że na jakiejś tam tablicy ponoć było napisane jaki mam nick. W sumie jak już wiedziała to podałem jej adres i-Senu. Weszła na isen i po isen.pl/ był jeszcze bardzo długi kawał adresu. Strona była o jakichś niciach i włóczkach. Zwróciłem jej uwagę, że przecież tam powinien być jeszcze myślnik. Weszła tym razem na prawdziwe forum. Otworzył się forumowy kalendarz z przypisanymi awatarami użytkowników do każdego dnia.


Kontrola umysłu
13.08.2016

Przed wejściem do budynku ktoś stał na krótkim jasnym chodniku. Zbierali na coś, pewnie na biednych, trzeba było dać 50zł. Weszliśmy do środka. Była mama i zmarły dziadek. Stali chyba w poczekalni do czegoś. Miałem dać niby od dziadka te pieniądze, ale wziąłem z portfela mamy. Z drobnych wyszło prawie te 50zł. Dziadek wyszedł. Nie pamiętam części. Dalej byłem jako obserwator. Byłem w domu nieznanego mi starszego pana. Było wiadomo, że obcy z kosmosu przybyli zajmowali ciała ludzi, kontrolowali ich. W kuchni była jego żona i inna kobieta. Był pewien, że jego żona jest jeszcze niekontrolowanym człowiekiem i chciał zabić tamtą drugą. Znalazł stołek. Było mu ciężko, jednak dał radę, chciał nim rzucić. Żona mówiła coś do niego. Z tego wywnioskował, że w nią też wlazła obca istota, tylko udawała. Zostawił stołek i wybiegł z domu. Biegł aż trafił do tunelu. Od tunelu odchodziły różne korytarze i schody do nieznanej mi szkoły. Śmiały się tam i bawiły dzieciaki. Dziadek krzyknął na nich, aby uciekały, bo obcy gonią go i ich też mogą złapać. Pobiegły, pewnie do tej szkoły. On pobiegł na sam koniec tunelu. Przed końcem był jeszcze korytarz zastawiony ławkami. Byłem pewien, że tam mi się coś kiedyś śniło i był to raczej koszmar, zapewne z zombie. Wybiegł na zewnątrz. Trafił do wielkiego centrum handlowego, galerii. Zbiegł białymi schodami na dół. Zauważył przyjaciółkę swojej córki. Spytał się czy jest tu, gdzieś blisko lotnisko, ponieważ chciał uciec jak najdalej. Odpowiedziała, że nie. Objął ją i zaczął płakać.


Zarażone dziewczyny
19.08.2016

Coś działo się w budynku szkolnym, może w łazience, ale za bardzo nie pamiętam. Wiem, że miałem plecak. Widziałem jakby takie klatki filmowe ułożone pionowo, które można było przewijać i oglądać w umyśle. Potem to komuś tłumaczyłem, że miałem już taki sen i każda klatka jest jak ząb. Biegłem korytarzem i znalazłem się na zewnątrz, nie wiadomo gdzie. Była metalowa brama i trzy dziewczyny, jedna ciemnoskóra. Później przed łazienką był zawieszony obraz z tymi dziewczynami, ta po środku miała zakrwawioną dłoń. Zastanawiałem się w tym śnie czy nie opowiedzieć o nich tacie, postanowiłem jednak, że lepiej nie. No więc, jedna z tych dziewczyn pocierała ręką krocze innej dziewczyny potem oblizała rękę. Stwierdziła, że zaraziła się wirusem HIV i pozostałe też chciały być zarażone, więc się "podzieliły". Śmiały się i myślałem, że chcą mnie też zarazić i uciekłem.

Biegłem przez trawniki, przeskoczyłem ulicę, aż znalazłem się przed drzwiami klatki schodowej. One mnie wcale nie goniły, ale przybiegł taki wielki pies, na oko wysoki na dwa metry, ale pewnie trochę niższy. Panowałem nad emocjami i się nie przestraszyłem. Otworzyłem drzwi kodem i wszedłem po schodach. Wszedłem do domu, zupełnie nie poznałem mieszkania. Zdjąłem plecak na środku korytarza. Była szatnia jak w szkole, siostra się przebierała. Mama oznajmiła, że gdzieś wychodzą. Powiedziałem, aby uważały na tamtego strasznego psa, który tam czeka na zewnątrz. Wyszły. Byli Sudo i Slavia. Mieli tam dodatkowy pokój, który przeznaczyli na materiały zbierane na ich stronę wyśmiewającą się z ezoteryki. Leżały tam stosy papierów, a także jakieś ludziki złożone z harmonijkowego kartonu. Sudo i Slavia wyszli i wpuścili do środka tego wielgachnego psa. W tym samym momencie też wyszedłem i zamknęliśmy drzwi. Była tam papuga, która odwróciła uwagę psa, było słychać, że została zjedzona. Chciałem wrócić po plecak, ale wiedziałem, że lepiej tam nie wchodzić, a miałem w tym plecaku kanapki, które pewnie też zeżarł. Potem ten pies dobijał się się do drzwi, ale mu nie otworzyliśmy.

Następnie biegłem między drzewami i znowu spotkałem się z tymi trzema dziewczynami. Pobiegły do tej bramy. Tym razem pobiegłem za nimi. Był tam park. Słoneczny dzień. Dwie z nich przebiegły przez strumyczek. Jedna usiadła na huśtawce zawieszonej na drzewie, a druga to nie wiem. Trzecią zatrzymałem i pytałem o imię. W myśli usłyszałem imię Sylwia, ale pomyślałem, że to ja wymyśliłem to i jeszcze raz się spytałem. Ona tylko się uśmiechała. Robiło się coraz jaśniej. Ona i wszystko dookoła zniknęło, zobaczyłem tyko biel i się obudziłem.

Pamiętam jeszcze inny sen, w którym chodziłem za Japonką, była modelką. Najpierw ją widziałem w gazecie, niby urządziła jakiś konkurs. Od kogoś się dowiedziałem, abym lepiej się z nią nie spotykał, bo przyjdą jacyś bogaci zazdrośni ludzie i mnie zabiją. Potem znalazłem się niedaleko niej. Wiedziałem, że to miało być za lasem. Ktoś jej powiedział, że aby dostać się tam gdzie chce to musi objechać ten budynek trzy razy i coś tam po drodze zrobić. Jechaliśmy więc samochodem, ale tylko raz, bo powiedziałem jej, że przecież to tutaj. Były tam drzwi ukryte za materiałową zasłoną, chyba błękitną. Wyskoczyła z samochodu, także pobiegłem za nią. Trafiliśmy do jakiegoś budynku, taki ni szkolny ni teatr. Biegliśmy po schodach, ledwo nadążałem za nią. Był tam korytarz z podłogą wyłożoną czerwonym materiałem. Krzyknąłem, aby tam nie szła, ponieważ tam już byłem, w którymś koszmarze. Jednak pobiegła i nic złego się nie stało. Miała kupić bilet na coś, chyba jakieś przedstawienie. To ja też chciałem iść z nią. Kosztował trzy grosze. Już sięgałem do kieszeni po pieniądze, gdy ona wyłożyła za mnie kilka japońskich monet i dała mi ten bilet.



Jazda w deszczu
20.08.2016

Wyszedłem przez balkon. Od razu ciągnęło mnie do klatki A, a ja chciałem do B. Chwilę się tak siłowałem i udało mi się tam dostać. Otworzyłem drzwi i poszedłem chyba na pierwsze piętro. Chciałem wejść do czyjegoś mieszkania. W obu drzwiach było ciemno, ale chyba przeszedłem przez któreś.

Szedłem chodnikiem albo trawą, aż dotarłem do szkoły, gdzie było gimnazjum. Przeszedłem przez cały korytarz i przez szklane drzwi prowadzące do sal gimnastycznych. Wszystko było tam pozmieniane. Po lewej, gdzie powinny być schody (może były) widziałem uczniów czymś zajętych. Kierowałem się na salę sportową, ale wszystko się transformowało, a drzwi się przesuwały i zbytnio pomniejszyły, więc przeszedłem przez drugie prowadzące na zewnątrz. Padał bardzo silny deszcz, tak silny, że każdego by chyba ścięło z nóg. Mi to jednak nie przeszkadzało, było nawet przyjemnie. Próbowałem, za pomocą energii z rąk, rozwalać kafle chodnikowe. Chyba trochę się udawało. Poszedłem dalej.

Jechałem z kilkoma osobami w samochodzie (z tyłu chyba siedziała jakaś dziewczyna), ciemno, nadal deszcz pada. Nie ja kierowałem, ale jednak siedziałem a siedzeniu kierowcy i chciałem się przesiąść. W końcu się zatrzymaliśmy i wysiadłem. Gdzieś szedłem, widziałem budynki, zniosło mnie niestety do jakiejś ciemnej wnęki, jakiejś budki czy ruin budynku. Wiedziałem, że są tam straszne postacie, ale ich nie widziałem. Nie bałem się tego co tam było. No to idę, będzie może bijatyka, ale za chwilę zmieniłem zdanie i chciałem się wrócić. Niestety senna siła dalej mnie popychała w ciemność i się obudziłem.


Sen i podróż po planecie
28.08.2016

Chłopak jadący na rowerze przewrócił się i zasnął. Tak w ogóle wszyscy tam nagle zasnęli i on przewrócił się właśnie dlatego, że zasnął, a nie np. że stracił równowagę. Przeniósł się duchem na inną planetę i od tego czasu podróżował z miasta do miasta na tej planecie. W każdym mieście znajdowała go jego zmarła przyjaciółka, była duchem. Nie pokazywała się przez cały czas, ponieważ była uzależniona od jakichś elektrycznych urządzeń znajdujących się tylko w niektórych miejscach w miastach. Nie wiem czego poszukiwali, może tylko zwiedzali nową planetę. Chociaż wydaje mi się jednak, że musieli znaleźć sposób, aby się obronić, ponieważ zbliżali się najeźdźcy z kosmosu, a wszyscy wokoło śpią...

Później, było to chyba na przejściu dworcowym, opowiadałem komuś ten sen. I właśnie w takim jakby kółeczku zobaczyłem tą scenkę jak ten chłopak leży przewrócony przy rowerze i śni. Coś tam mi się jeszcze wydawało, że to była gra w którą naprawdę grałem i po obudzeniu się nadal przez chwilę wydawało mi się to prawdą.

Potem jeszcze śniły mi się takie cukierki malinki w różnych kolorach. Składały się z większych kuleczek niż prawdziwe. Wziąłem jedną z półki. Siostra powiedziała, że dla mnie to może być za twarde, ale i tak spróbowałem.


Pralka wylała, ćwiczenia za karę
30.08.2016

Ubikacja z pralką znajdowała się w niezidentyfikowanym budynku, była kilka razy większa i wszystko było inaczej poustawiane. Nagle pierząca pralka się otworzyła i wylała się woda. Wyszedłem z ubikacji, ale i tak woda dotarła aż na zewnątrz, przez co zmoczyła mi nogi, a było tej wody trochę więcej niż do kostek. Razem z mamą musieliśmy zrobić z tym porządek.

Znalazłem się w rozległym pomieszczeniu, może w tym samym budynku. Kotka uciekła, gdzieś na środek. Byłem pewny, że ta część jest z wiązana z kościołem i nie powinienem się tam znajdować. Były tam jakieś brązowe krzesła. Zabrałem kotkę z jednego, na którym siedziała i uciekałem. Już chciałem wyjść stamtąd, ale zawróciłem (jak bym był świadomy tego, że to sen to bym nie wracał). Nauczycielka, bo to się okazało, że jest też tam szkoła, za karę zaprowadziła do salki znajdującej się piwnicach. Była tam gruba pani i trzech uczniów (też za karę). Zauważyłem kolegę z klasy policealnej. Mieliśmy za karę wykonywać jakieś taneczne ćwiczenia, ruchy trochę jak machający skrzydłami ptak. Nie wiedziałem czy będę umiał w to robić.

W innej części snu idę, gdzieś z mamą, chyba niedaleko przystanka i jakichś budek. Mama kazała mi kupić dwie małe butelki z wódką, więc kupiłem. Okazało się na dodatek, że miałem wódką, zamiast gorącą wodą, zalany kubek kawy. Wypiłem i zostały na dnie fusy z kawy. Możliwe, że coś potem działo się w autobusie.


Powycinane drzewa
01.09.2016

Wyskoczyłem przez balkon, cofnęło mnie i znowu idę. Przechodząc przez żywopłot widzę jakby kopię balkonu jakbym znowu był na nim, ale widok szybko wyblakł i poszedłem dalej chodnikiem obok placu zabaw. Padał mocny deszcz, czułem jak spływał po mojej głowie. Byłem pewien, że zaraz mnie wywali ze snu, ponieważ w którymś śnie jak wyszedłem na deszcz to się od razu obudziłem. Zacząłem machać prawą ręką, co niby miało zapobiec wywaleniu. Zastanawiałem się w tym czasie czy nie wejść do tego bloku po prawej, ale pomyślałem, że nikogo tam nie znam, więc idę prosto przechodzę przez ulicę i przez parking, gdzie jest kosz do koszykówki. Przede mną z chichotem dwie dziewczynki wchodzą do ciemnego lasu. Wchodzę za nimi. Kilka razy skręcam wijącą się ścieżką, opieram się o drzewo i czuję na ręce pajęczynę. Niestety coś mnie wybudza.

Znajduję się obok boiska. Są tam poucinane kawałki drzew, widać napis wycięte drzewa. Gdzieniegdzie widać rosnące drzewa. Spotykam jakąś dziewczynę. Pytam się, w którą stronę do lasu. Coś odpowiada, co rozumiem, że ona nie wie. Pytam się jak ma na imię. Rusza ustami, ale nic nie słyszę. Mówię, aby powiedziała głośniej, aby było słychać, znowu to samo, tylko rusza ustami. Potem trafiam, gdzieś niby niedaleko lasu. Jest jakaś sala. Pani każe dziewczynie coś opowiedzieć o swojej pracy artystycznej. Podnoszę rękę, że to niby ja i się chowam pod ławką. Podchodzi do mnie i mówi, że skoro tak to mam ją ocenić. Daję jej ocenę 5. Potem się okazuję, że maksymalnie było 13 punktów, tłumaczę się, że chciałem dać więcej. Jest druga dziewczyna, coś tam robiła z mapkami, pokazane było na smartfonie. Ponoć lubię takie mapki, więc powiedziałem się, że podoba mi się.


Uwięziony, złe krasnoludki
11.09.2016

Znalazłem się w zupełnie mi nieznanym miejscu, gdzieś na dworze, pełno ubitego piachu, kilka kępek trawy i nie ma wyjścia. Wiedziałem tylko, że ci z którymi byłem odlecieli na odległą planetę i mnie zostawili. Byłem zamknięty w jakiejś szklanej budce bez dachu. Idę wzdłuż ścian i tylko te wielkie okna są. Nie przeskoczę, bo za wysoko. Pod spodem, pod ramą też nie, bo za mała dziura była. Okrążam kilka razy i okazuje się, że przejście pod ramą okienną powiększyło się na tyle, że mogę się przedostać. Wychodzę z zamknięcia. Zrobiła się noc. Biegnę i wysoko podskakuję, powoli opadam. Przede mną kilka postaci, jakby na drabinkach się wspinają czy innych konstrukcjach. Budzę się, ale prawie natychmiastowo wracam do snu. Wmawiam sobie, że to ten sam sen, ale jestem już w innym miejscu, idę ciemną ulicą.

Spod bloku, gdzie się znajdowałem, wybiegła grupka strasznych małych ludzików, takich można by powiedzieć krasnoludków. Wiedziałem, że tego kto wpadł w ich pułapkę chwytali i jakoś dotykali jego czoła zamieniając w zombie, które kontrolowali. Uciekałem, jeden na mnie skoczył, ale się mu wyrwałem. Biegłem chyba z innymi osobami, okrążyłem bloki, dziwne ludziki daleko w tyle. Zatrzymuję się i widzę, że jednak się zbliżają. Tam, gdzie biegną drogą, błyska jakby piorun. Szybko opowiadam o tym sklepikarzowi, ale on nawet nie zwraca na mnie uwagi, pewnie myśli, że to jakieś głupoty. Idę, więc dalej. Nie wiem nawet kiedy, przyłącza się do mnie dziewczyna, nawet ładna. Wchodzimy do klatki schodowej. Ona chce wejść już do mieszkania ze mną. Mówię jej, że pójdźmy wyżej schodami i tam odpocznijmy, bo mam dwa wafelki czekoladowe, jak zjem to wejdziemy do domu...


Złe miejsce
17.09.2016

Jest noc. Przez okno od strony balkonu obserwuję niebo, jest częściowo zachmurzone. Widać trochę gwiazd i coś co interpretuję jako księżyc, jest niewiele większy niż gwiazda, jakby w głębi za chmurami.

Już w dzień spotykam dawnego kolegę z podwórka. Chodzimy gdzieś, najpierw u mnie chyba na balkonie, potem u niego w pokoju, później przechodzimy do innej części jego mieszkania, zupełnie inaczej wyglądającej niż w rzeczywistości to wyglądało, przychodzi jego mama, mówię jej dzień dobry.

Pustkowie niedaleko lasu. Jakiś dziwny starzec stoi przed swoją chatką. Nagle tak śmiesznie podskakuje i nas woła, coś chyba chce nam sprzedać. Obok niego na tle chatki widać menu jak z gry. Na górze jest intro jak od introwertyk, reszty menu nie pamiętam.

W innej części snu wiele się dzieje, ale niewiele pamiętam. Wiem, że chodziłem z miejsca na miejsce w jakimś budynku, z kimś, albo sam. Przed czymś albo przed kimś uciekaliśmy. W jednej sali czy pokoju był ktoś straszny, on rządził całym światem i nie pozwalał na wiele rzeczy. Jacyś naukowcy wylecieli w kosmos i tam stworzyli kopię całej planety dla jakichś tylko im znanych eksperymentów. W którymś momencie spojrzałem w niebo i zaczął pojawiać się tekst, który oni tworzyli, to było prawdopodobnie to nad czym prowadzili badania. Przewijał się z góry na dół, były jakieś rozgałęziające się diagramy z różnymi opisami, może to był jakiś kod. Za każdym razem, gdy już myślałem, że to koniec było tego więcej i więcej.


Zepsuty domofon
18.09.2016

Stoję w ubikacji i sikam. Nie wiem jak, ale wychodzi na to, że nie trafiłem, ale za późno zauważyłem, bo naokoło wielkie kałuże moczu, nawet na pralce. Ścieram, używam dużej ilości papieru toaletowego... Potem siedzę na kanapie z siostrą i mamą przed telewizorem i oglądamy serial. Dziwne, bo nie oglądam polskich, ani żadnych innych telenowel. Nawet mnie zainteresowało, aż dosłownie wciągnęło. Mało to miało z rzeczywistym serialem wspólnego. Aktor i aktorka idą razem górzystą łąką. Idę za nimi. Coś tam się dzieje, ale co to już nie wiem. Dalej znajduję się w środku ostatniej klatki schodowej bloku na przeciwko. Jest tam założony domofon podobny do tabletu. Niestety był tam zainstalowany Windows i został zainfekowany przez wirusa. Ciągle się restartuje i co chwilę włącza się program testujący, a potem naprawczy. Dochodzi do 100% albo i nie i znowu włącza się ten naprawczy program i znowu. Procenty za każdym razem pokazują się w innym miejscu i na innym tle z geometrycznymi kształtami. Mam zamiar na tym domofonie zainstalować Linuksa, żeby tak sytuacja z wirusami już się nie powtarzała, ale program ten cały czas się włącza od nowa. Wchodzi jakaś pani przez pierwsze drzwi. Myślę, że nie wejdzie, bo domofon zepsuty, ta jednak wpisuje kod i otwiera drzwi. Pokazuje się nawet jej imię i nazwisko, których to nie zapamiętałem. Nie wiem kiedy zmienia się sceneria. Jestem ponoć z kimś na statku kosmicznym, mamy lecieć, ale coś jest zepsute. Opieram się przy poręczy, przede mną chyba ekran komputera wisi. Mężczyzna, może po czterdziestce, idzie coś naprawić. Jest tam ubikacja bez ścian. Pokazuje mi, że brudna woda z rury wycieka i przez to cały papier toaletowy jest mokry i brudny. Odwracam się w inną stronę i idę. Na krzesełkach siedzą starzy ludzie jak przed sceną i na coś czekają.


Duchy, pijawka
25.09.2016

Wchodzę do podziemnego poziomu nieznanego budynku. Szare ściany, widać cegły, nie pomalowane. Idę korytarzami, które często skręcają. Nagle widzę jakieś zjawy, widma ludzi idących w moją stronę. Macham ręką i powstała fala zdmuchuje ich i znikają. Za następnymi dwoma zakrętami powtarza się to samo, tylko że widma są coraz wyraźniejsze. Znowu się to dzieje, nie mogę ich już przegonić, nie są już duchami, wcześniejsze to były pewnie zapowiedzi teraz to naprawdę ludzie. Idzie znowu kobieta. Zauważam, że znajduję się w wielkiej sali, która jest na skrzyżowaniu dwóch korytarzy. Z czerech stron idzie tłum ludzi. Pamiętam, że kiedyś to mi się śniło, ale przestraszyłem się tych dziwnych ludzi i od razu obudziłem, teraz się nie boję, chociaż nadal wydają mi się jacyś dziwni, tamta kobieta co na początku szła, wyglądała jak z przeszłości. Pytam się Chińczyka, który szedł od strony drzwi, o co w tym chodzi, czemu tak ze wszystkich stron się ci ludzie schodzą, ale nic nie odpowiedział. Na środku stał stół z jedzeniem. Po prawej stronie był stolik z rysunkami. Wziąłem taki kosmiczny z gwiazdami, spojrzałem drugi raz, a na tym rysunku szła w deszczu dziewczyna z parasolką. Schowałem rysunek do plecaka. Usiadłem przy stole. W sałatce znalazłem wielką czarną pijawkę. Chciałem zobaczyć jak się przysysa do mojej ręki i ją przyłożyłem do ciała, ta od razu się przyssała. Jednak po chwili oderwałem ją dałem dziewczynie siedzącej obok mnie. Ta jednak zacisnęła i okręciła ciasno tą pijawkę wokół mojej ręki. Wyrwałem pijawkę i rzuciłem za stół. Miałem pobrudzoną rękę. Wszyscy zaczęli opuszczać tą salę. Szukałem ubikacji. Ktoś wskazał mi korytarz prowadzący do wc. Nie znalazłem. Był tam ktoś inny pytał się czy gram. Odpowiedziałem, że nie wiem, może. Wskazał mi następny korytarz, był pusty, nikt tam nie szedł. Zamiast plecaka miałem siatkę z tym rysunkiem. Wreszcie wszedłem do łazienki, za długo tam byłem i się obudziłem. Po obudzeniu stwierdziłem, że wcale mi się nie chciało...


Sypie się
27.09.2016

"Budzę się" w łóżku w pokoju siostry. Za bardzo się nad tym nie zastanawiam, pewnie zamieniliśmy się pokojami. Ale co to, coś się na mnie z góry sypie. Szybko wstaję żeby mnie nie przysypało. Sen znowu się rozpoczyna tak samo. Coś się sypie, ale skąd? Kilka razy tak się kończy i zaczyna, pewnie to fałszywe przebudzenia. Znowu sypie się coś mnie jakiś żwir czy gruz. Szybko wstaję. Szukam miejsca skąd to się sypie. Pewnie to gruz z mieszkania powyżej, sypie się przez sufit. Ale nie, nigdzie nie ma żadnej dziury, miejsca skąd to by się wydobywało. Wołam tatę, aby mi pomógł z odkopaniem tego gruzu, który zakopał część łóżka przy ścianie. Tata przychodzi. Następnym razem udaje mi się wyjść na przedpokój. Zamieniam się pokojami z powrotem. Dzieje się to tylko w pokoju siostry. Dochodzę do wniosku, że skoro nie ma tam nigdzie miejsca, przez które ten gruz by się przedostawał to zapewne ten pokój opanował jakiś złośliwy duch. Mówię to mamie. I, że ten duch przenosi gruz do pokoju za pomocą teleportacji.


Ucieczka z zamku, bar
02.10.2016

Wewnątrz mrocznego zamku. Wchodzę po szarych kamiennych schodach na górę. Ze mną jest młoda kobieta. Na samej górze jest stół przy oknie. Kobieta siada do tego stołu. Znowu wchodzę na górę, tym razem z jakimś strasznym, a może raczej szalonym, mężczyzną, chyba ma ciemną karnację. Ma jakąś dziwną, zmieniającą się twarz, po chwili się stabilizuje. Ma w ręku długi zakrwawiony nóż, mówi, że był na polowaniu w lesie. Przechwalam się, że takich słabych narzędzi to nie używam, ja tworzę ręką falę uderzeniową i gotowe. Dosiadamy się do stołu, przy którym siedzi ta kobieta. O czymś rozmawiamy, ale nie pamiętam. Ta kobieta jest chyba jego. Po cichu wymykam się, schodzę bocznymi schodami, jest tam jego wielki pokój, sala. Po środku stoi jakieś urządzenie z robotycznymi ramionami i siedzenie jak u dentysty, na którym można leżeć. Wiem, że prowadzi jakieś eksperymenty z DNA. Chcę coś zabrać, jednak nie mam czasu na przeszukanie tego urządzenia, ponieważ słyszę jak tamten schodzi. Uciekam, znajduję drzwi po lewej stronie. Są tam podziemia. Ciemno, szaro, pełno kurzu i pajęczyn. Jestem pewien, że to będzie się ciągnęło kilometrami, ale okazuje się, że to tylko jedno wielkie pomieszczenie, po środku którego poustawiane są grubo zakurzone szafy z różnymi rzeczami. Okrążam to wszystko i znajduję białe plastikowe drzwi podobne do balkonowych. Otwieram je i widzę coś czego nigdy bym się tam nie spodziewał. Bo stoję chyba kilka kilometrów nad ziemią, w dole widzę wielkie morze i gdzie nie gdzie kawałki lądu. Muszę skoczyć, ale wiem, że będzie nieprzyjemne uczucie spadania. Jednak nieprzyjaciel jest coraz bliżej. Skaczę i dziwne, bo robi się bardzo nisko, łagodnie zsuwam się ze ściany kilka metrów w dół i już jestem w wodzie. Jest to raczej wielki basen niż morze. Wszystko wygląda jakoś futurystycznie i kolorowo. Z wody wystają takie granatowe mini wysepki, chyba plastikowe. I albo pomarańczowe rybki pływają w tej wodzie, albo to tylko obrazy na tych wysepkach. Czuję, że nie wolno mi się zatrzymywać, bo tamten jest panem tego miejsca i może mnie łatwo złapać. Płynę pomiędzy tymi wysepkami. W moją stronę płynie kilka osób, pewnie mają zajęcia w tej wodzie. Dopływam do jakiegoś wlotu, tunelu, jakbym przeniósł się do przyszłości. Tam jest pewnie ich szkoła. Przejścia są ciemno niebieskich materaców lub czegoś podobnego. Wyciągam takie materacowe drzwiczki i przechodzę dalej. Budzę się.

Siedzę na krześle, nie wiem gdzie, w powietrzu? Jest to chyba jakiś bar. Ktoś kto siedzi obok mnie, coś mi pokazuje. Domyślam się, że to siedzenie kierujące na dół. Siadam, to siedzenie zsuwa się w dół i już jestem na niższym poziomie. Biegnę, nie wiem po co, w górę po drewnianych schodach. Na piętrze w korytarzu po lewej stronie siedzi na krześle chłopak, ma może dziesięć lat. Jest ubrany w ciepłą kurtkę. Chwytam go za rękę, aby go wyprowadzić, on nie chce. Czeka na kogoś. Odsuwam białą materiałową zasłonę i wchodzę do niewielkiej salki. Tam są dwie kobiety i dziewczynka w wieku tego chłopaka. Myślę, że jedna jest jego matką. Gdy patrzę na nią ona i ta druga także młodnieją. Są to teraz Japonki, które mają dwadzieścia kilka lat. Nie wiem dlaczego, ale chcę, abyśmy wyszli z tego budynku (może się pali czy coś?), a poza tym dopytuję się czemu jej niby syn jest ubrany w grubą ciepłą zimową kurtkę chociaż jest ciepłe lato? Jakoś ją obejmuję i podciąga mnie do okna, mocno świeci słońce. Biorę ją jednak za rękę i wyprowadzam na zewnątrz, pozostali podążają za nami. Po wyjściu chwilę się rozglądam, ponieważ jestem zdezorientowany, nie wiem gdzie się znajdujemy, nigdy tam nie byłem. Wybieram prawą stronę i idziemy. Cały czas trzymam ją za rękę. Nie wiem, gdzie tak dokładnie się udajemy, może one wskażą mi kierunek. Niestety budzę się.


Czekoladki, na innej planecie
03.10.2016

Fragment dłuższego snu. Na tyłach, na zewnątrz pracowali chłopacy, układali torby ze słodyczami, w każdej były czekoladki o różnych kształtach z białej czekolady. Gdy kierowniczka odeszła, zaczęli zajadać się torbami czekoladek. Też wziąłem jedną torbę, były tam czekoladki w kształcie kółek, ale gdy zacząłem jeść, a brałem garściami, kształt zmienił się w gwiazdki. Coś się zbliżało. Schowaliśmy się w oszklonym korytarzu. Za drzwiami widziałem, że stoi niedźwiedź. Szybko otworzyłem drzwi i rzuciłem mu paczkę czekoladek, które i tak były dla mnie bezsmakowe i zamknąłem drzwi na zasuwkę. Po chwili zauważyłem, że go nie ma. Pewnie najadł się i sobie poszedł.

Na początku tego snu było coś o lądowaniu na innej planecie. Nie wiem kto tam był, skąd i dokąd lecieli, bo to wszystko było raczej abstrakcyjne trudne do opowiedzenia. Mniej więcej było tak, że ten statek kosmiczny się rozbił, ale zrobił się płynny jakby z błota, albo z kolorowej kałuży, może się rozpuszczał. Ktoś miał przybyć, aby go naprawić, ale nie przyleciał. Jeden element był cały, malutka piramidka, która miała teleportować. Niestety nie potrafiłem tego naprawić, ani odpowiednio złożyć i zrezygnowałem z czekania. Zostałem na tej planecie, była mniej rozwinięta, natrafiłem na miejsce ze straganami. Była ze mną dziewczyna, jechaliśmy rowerami, ale niestety się rozdzieliliśmy, ona pojechała dalszą ścieżką, równoległą do mojej. Goniłem ją, bo chyba nie mogła się zatrzymać i miałem ją złapać, aby się nie przewróciła i nie wpadła na coś.


Trójkątne statki kosmiczne
07.10.2016

W moim pokoju miałem pootwierane i poustawiane kartony na podłodze, a w nich różne gazety, książki, zapisane pojedyncze kartki i inne stare rzeczy. Na małym papierku było imię i nazwisko dziewczyny i napisane co mam do niej napisać. Oczywiście wszystko było tak realne, że nie rozpoznałem snu i myślałem, że to naprawdę się dzieje. Kartkę schowałem do kieszenie na później i oczywiście nie pamiętam już teraz imienia, ani nazwiska tej dziewczyny. Miałem jeszcze dużą kartkę z jakimiś słowami, przełożyłem do drugiego kartonu. Siostra przyszła i spytała się "a to takie literki masz?", odpowiedziałem, że tak. Potem jak wyszła obróciłem się i zamiast zwykłego okna miałem duże szklane drzwi od razu prowadzące na trawę, ale zupełnie gdzieś indziej niż na rzeczywisty trawnik tam się znajdujący. Był jasny wieczór. Cały czas czuć było wysoką realność. Patrzę przez okno w niebo, a tam wielkie trójkątne statki kosmiczne obcych lecą, a za nimi gonią malutkie samolociki wojska ludzi. Wyszedłem na trawę. Drzwi otwierało się wypychając szybę do przodu. Wszedłem z tymi szybo drzwiami trzy metry w trawę, ale musiałem szybko wracać i zamykać drzwi, bo komary do pokoju wlecą...


Śnieżny widok
10.10.2016

Ubieram górną część od piżamy, po chwili jednak rezygnuję i zostawiam na podłodze. Wychodzę przez okno jak przez drzwi, przemieszczam się gdzie indziej zamiast na trawnik przed oknem. Przez chwilę wydaje mi się, że to gdzieś niedaleko na dzielnicy, ale jednak nie wiem co to za miejsce. Przez cały czas widzę bardzo słabo, chyba głowę mam zwieszoną w dół i widzę jedynie drogę. Wchodzę do jakiejś budki coś jak większy kiosk, może papierniczy. Na lodówce widzę rysunki zwierzątek, jedno to słoń. Męski głos pyta się w czym może mi pomóc, nie odpowiadam i wychodzę. Udało mi się spojrzeć w kierunku z którego przybyłem, oczywiście nie ma tam mieszkania, ani mojego okna tylko budynek, albo i także podobny sklepik w nieznanym miejscu. Idę za sklepik, z którego dopiero co wyszedłem. Mocno muszę się skupić, aby coś zobaczyć, skręcam też głową w prawo, co mi polepsza widok. Patrzę w niebo, widać jakieś drobne światełka i duże mocno świecące słońce, wygląda dziwnie. Patrzę teraz w dół, ze wzgórza, na którym stoję, rozpościera się rozległy wspaniały widok. Mocno zaśnieżona droga prowadzi stromo w dół. Dalej jest woda, chyba jezioro, a za nim gęsty las. Chcę się tam przedostać, nie przeszkadza mi to, że będę musiał pokonać wodę. Gdy chcę już schodzić śnieżną drogą, budzę się.

*

Taegan Cardale

Odp: Po drugiej stronie lustra
« Odpowiedź #3 dnia: Styczeń 18, 2021, 18:19:42 »
Krwiożercze zmutowanie zombie, sala rozpraw
17.10.2016

Niestety (jak zwykle) nie pamiętam co tam się wcześniej działo. Nie wiem czy to był wcześniejszy sen, czy część tego. A więc znowu jestem w szkole siedzę przy ławce, ławki są jakoś inaczej poustawianie niż zazwyczaj, jakoś skośnie po bokach. W ławce po prawej stronie siedzi CosmicKid. Podchodzi do tablicy i coś pisze. Zapisał kilka podpunktów, możliwe, że to tematy do wyboru, ale nie wiem. Przepisuję to do zeszytu. Ostatni to nie żaden temat tylko jego podpis, podpisał się samym "Kid" i chyba podkreślił. Wraca do ławki. W tym momencie sen przenika się i przenosi się do mojego pokoju, ale w taki sposób jak bym w nim był przez cały czas. Czytałem właśnie co zapisałem w zeszycie. Pojechałem z siostrą rowerami, byłem częściowo świadomy, ale nie wiem po co chciałem jechać do szkoły i jeszcze na dodatek podsuwałem siostrze pomysły, gdzie pójść, do jakiej sali, może gimnastycznej... Nic nie wyszło, nie był to przyjemny sen, zaczął się koszmar, a nawet horror. Ocknąłem się na łóżku, niby w tej szkole. Do pomieszczenia zbliżało się kilka osób. Gdy podeszły bliżej, wiedziałem już, że coś jest nie w porządku. Trzy zombie rzuciły się na mnie, chciały mnie pogryźć, rozszarpać. Uderzałem z całej siły pięściami w głowy niebezpiecznych postaci. Nie zrobiłem im za wiele, ich głowy robiły się jedynie miękkie i potem dziwnie chodziły. Wybiegłem z pokoju, przyszła starucha zombie, silniejsza od innych i mnie zaatakowała. Z góry zeszła po schodach wysoka pani ubrana na biało. Zaprowadziła mnie na górę, stały tam tłumy innych kobiet, także ubranych na biało i w szaty o innych jasnych kolorach. Prawdopodobnie nie były to zombie, może nawet elfy, ale i tak się przestraszyłem i uciekłem. Biegłem korytarzem, tamta pani szła powoli za mną, goniły mnie dziewczyny zombie, miały dziwne kolorowe, zielone i różowe, świecące oczy. Trafiłem do jakiejś sali, była jednocześnie sypialnią rodziców. Był tam mały tłumek ludzi, wbiegła ta straszna starucha i zaczęła ich gryźć, mnie na szczęście nie zauważyła. Pobiegłem o łazienki obok i przeszedłem przez lustro, myśląc, że trafię do równoległej rzeczywistości bez zombie. Okrążyłem łazienkę, wybiegłem z niej i na zewnątrz. Biegłem schodami na górę. Byłem trochę świadomy i mogłem przypomnieć sobie jakie anime aktualnie oglądam (Aria the Natural). Biegnę, wspinam się po schodach, jestem już przy 11, dalej powinien być dach, ale dalej prowadzi korytarz, i jest jeszcze 12, 13 i może następne drzwi. Są to jakieś firmy, jedna związana ze zwierzętami (weterynarz?). Przy ścianie po dwóch stronach tego korytarza siedziało kilka osób na pojedynczych drewnianych krzesłach (takich szkolnych z metalowymi nogami). Przestraszyłem się, że to znowu zombie i się wróciłem chcąc wejść do innego mieszkania. Na schodach dogoniła mnie pani podobna do sprzedawczyni ze sklepu. Jednak była normalna. Wołała mnie i pytała się o coś, chyba między innymi dlaczego zawróciłem. Sen zaczął się kończyć. Już znalazłem się w łóżku. Widziałem jednak jak jeden z zombich chce mnie zaatakować, a ja się nie mogę obronić, bo nie mogę się poruszać. Na szczęście zjawa szybko zniknęła, gdy się obudziłem.

Idę z dawnym kolegą (już się wyprowadził, na imię miał Tomek) po jakimś placu, o czymś rozmawiamy. Dziwię się, ponieważ samochód wyjeżdża z małej bramy nie przeznaczonej dal pojazdów, normalnie by się nie zmieścił. Skręcamy w prawo, a tam kałuża przed chodnikiem. Idę, buty już mi mokną, dalej będzie woda ponad kostki. Chcę więc wyciągnąć do niego rękę, aby mi pomógł, ale jest już za późno i się przewracam na prawy bok, jestem w połowie zmoknięty, już lepiej było zamoczyć buty... Jakoś wstaję, sceneria płynnie się zmienia. Idąc w stronę budynku opowiadam ten poprzedni sen o zombie, myśląc, że to co teraz to rzeczywistość. W tym czasie wchodzimy po schodach i idziemy korytarzem. Nie zdążyłem mu opowiedzieć całego snu. Gdy pani z rozmowy o pracę szybko wprowadza mnie do sali i zamyka na klucz. Okazuje się, że jest to symulacyjna sala rozpraw. Dziwię się, bo z pracą w prawie to ja nie mam nic wspólnego. Siadam na krześle pod ścianą, kilka osób jest z lewej i z prawej strony. Mam chyba plecak, kładę na podłogę. Coś chcę powiesić czy wpiąć w wieszak, już nie wiem co, na pewno nie kurtka, takie małe coś zwinięte w kółko jakby pasek od spodni. Męczę się z tym, ktoś ze "sceny" się na mnie patrzy z miną "czy możemy już zacząć?", ale chyba chodzi mu o kogoś innego, który czymś hałasował przez chwilę. Mało to wyglądało na rozprawę sądową, bardziej jak przedstawienie, bo były i tańce. Obok mnie pod ścianą walały się kable od internetu i moja komórka. Dziewczyna siedząca po lewej stronie się przepycha, o chce siedzieć dalej i tym samym mnie przesuwa (nie siedzimy już na krzesłach, lecz bezpośrednio na podłodze). Tamta pani karze jej pozwolić siedzieć mi gdzie chcę, chociaż tak na prawdę bym jej ustąpił miejsca. Budzę się.


Woda
19.10.2016

Wyszedłem z klatki schodowej na słoneczny dzień. Idę, a tu stado czarnych pająko-psów biegnie na mnie. Przestraszyłem się i uniosłem się w powietrzu, gdy były już blisko drzwi. Wydaje mi się jednak, że nie leciałem w powietrzu, pewnie wcześniej się czołgałem czy coś, a teraz po prostu się podniosłem i byłem ponad tymi psami, nóg nie widziałem tylko zieloną trawę. Szedłem teraz na drugą stronę ulicy i chodnikiem, słabo widziałem co jest wokół mnie, ponieważ nie mogłem podnieść głowy do góry i patrzyłem się tylko na kostki chodnika. W końcu, gdy już prawie udało mi się wyprostować cofnęło mnie do mieszkania. Wybiegłem przez drzwi, zostawiając je otwarte. Biegłem na górę po schodach. Wiedziałem, albo tak mi się wydawało, że goni mnie projekcja mamy, przyśpieszyłem, aby świadomość nie obniżyła się. Znowu jak poprzednio widziałem jakieś dodatkowe mieszkania 12, 13 i dalsze. Dalej był pusty korytarz łączący z nieznanym mi budynkiem. Ściany były w większości oszklone, drzwi też. Korytarz się rozgałęział, wybrałem pierwsze z lewej strony. Przez szybkę w ścianie zobaczyłem w oddali napis "WODA" i wielką rybę w skalnym zagłębieniu podobną do wieloryba. Wiedziałem już, że to ukryte miejsce, które śniło mi się wiele razy. Jest tam dużo wody, można się dostać przez miasto niedaleko morza, albo gdzieś przez las. Drzwi miały dziwny zamek, klamka była przyciskiem, więc przycisnąłem i przekręciłem. Ukazały się drugie drzwi z wyłącznikiem z cyframi 0 i 1, było ustawione na 1, otwarte, przeszedłem przez drzwi i je zamknąłem. Był tam metalowy pomost, częściowo zarośnięty, przeszedłem po nimi chyba zszedłem po schodach na prawą stronę pod ten pomost. Było tam wejście do zalanego miejsca. Siedziało tam kilka osób. Od razu zanurkowałem pod wodę, widziałem tam ryby może pół metrowej długości, podobne do delfinów. Płynąłem pod wodą, mogłem oddychać, ale próbowałem jak najciszej, bo myślałem, że się przez to obudzę. Nie wiem w jakim celu, ale zapragnąłem popłynąć do tej wielkiej ryby i wejść do jej paszczy, aby mnie połknęła. Ludzie siedzący na kamieniach wołali do mnie po co to robię, ale było już za późno. Poczułem ukłucie w głowie i się obudziłem...tak mi się bynajmniej zdawało, ponieważ był to nadal sen. Stałem w kuchni, w ręku trzymałem zawiniątko. Śmiałem się, że to ziemniaki z gołąbków, w których znalazłem zakrwawioną kluchę (niby to ja ten zjedzony przez rybę) i zacząłem się od siebie oddalać, obserwowałem siebie samego i się obudziłem.





8 wieczorem
02.11.2016

Ustawiłem budzik na 7 i poszedłem spać. We śnie dzień, siedzę przed laptopem. Otwieram prawą szufladę biurka (chociaż w rzeczywistości jest tylko po lewej stronie) i wyciągam część siatki po chlebie albo ciastkach. W szufladzie jest kilka minerałów, większe czarne, podobne do węgla, i kilka drobnych chyba też czarnych, ale może były także czerwone. Nie wiem po co chciałem wyciągać te kamienie. Po chwili patrzę, a jeden z tych drobnych się porusza, podobny jest do okruszka ciemnego chleba. To czarny robal, rozgniatam go i wyrzucam go do śmietnika. Robi się ciemno. Mama, która już spała, woła, abym już kończył i też szedł spać, bo jest późno, chyba po jedenastej w nocy. Dziwne to było, bo niby byłem w swoim pokoju, ale jakbym był w dużym pokoju połączonym z sypialnią rodziców, co jest niemożliwe, ponieważ te pokoje są rozdzielone kuchnią i ubikacją. Sprawdzam na zegarku, jakoś szybko ten czas leci, bo była już 7 rano, a ja nie zdążyłem pójść spać. Nagle "budzę się" wychodząc z tego niby mojego pokoju przemieszanego z dużym i sypialnią rodziców, w której rodzice cały czas śpią. Patrzę na zegar na przedpokoju, a tam 8 wieczorem. Idę do pokoju siostry, na łóżku siedzi siostra i mama (przecież śpi w sypialni) i mówię, że to jednak dopiero 8 godzina. Siadam też na łóżku, mam ponoć urodziny. Siostra przyczepia mi coś do twarzy, coś jak biały urodzinowy nos klauna na gumce, przesuwam to na mój nos. Siostra daje mi bitą śmietanę, ale jakąś dziwną, taki bezkształtny kawałek na materiale, pachniało bandażem.

Chyba koniec snu, teraz kawałek, który może był teraz, a może wcześniej, gdzieś pomiędzy. Czytam książkę, mam uczucie, że to podręcznik do angielskiego. Przeczytałem kawałek tekstu po angielsku, wtedy rozumiałem i wiedziałem o co chodzi. Pozostało tylko jedno niewyraźne słowo. Było napisane czcionką stylizowaną na chińskie znaczki. WoodGate albo FloodGate, miałem jakieś skojarzenia z widget czy gadget. Później szedłem ulicą i chyba trafiłem na dach wieżowca, padał deszcz. Miałem widok na trzy batony - snickers, mars i jakiś jeszcze. "Kamera" kilkakrotnie pokazywała każdego batona. Miały takie ceny jak 7.45 zł. Każdy miał w cenie 4. Przez te chińskie znaczki skojarzyło mi się to z tym, że w Japonii cyfra 4 przynosi nieszczęście tak jak 13 (oczywiście w to nie wierzę), bo wymawia się ją jak śmierć 


Smartphony, żółty samochód
03.11.2016

Jakieś dziewczyny chodziły po mieście. Jedna chciała być modna i kupiła iPhona, którego dopiero co widziała u koleżanki. Pokazała jej jakiego ma wreszcie modnego wąskiego iPhona. Tamta mówi, że takie są już niemodne i pokazuje dopiero co kupionego z dziwną nazwą, właśnie wychodziła ze sklepu. No i ta pierwsza dziewczyna nie chciała być gorsza i też poszła kupić takiego jak jej koleżanka. Chyba tak kilka razy zmieniały i kupowały nowe smartfony…

Wchodzę do tego niby sklepu z telefonami. Jest to chyba przychodnia. Jest tam moja mama i ciocia, pielęgniarki i lekarz. Na środku stoi ławka, na której leży koperta wysłana do mnie. Ciocia mówi, że to pieniądze dla mnie. Dziwię się, bo nie znam adresata, otwieram, a tam nie ma żadnych pieniędzy, tylko strój jak dla panie pielęgniarki, zostawiam to na ławce. Potem coś znowu ze smartfonem. Lekarz daje mojej mamie jakiś niby lepszy telefon, ale trzeba jakoś przeciąć tą gumę, która wystaje i oplata smartfona. Lekarz przecina, teraz wystają długie szerokie kawałki tej gumy czy czegoś. Mama mówi, że nie chce czegoś takiego, zostawia na ławce i oznajmia, że więcej tam nie będzie przychodzić.

Lato, jest ciepło. Zostawiam rower na parkingu obok lasu. Przyjeżdża jakiś stary samochód, na szczęście jedzie obok. Idę dalej. Z daleka widzę, że ten sam stary (zabytkowy?) żółty samochód znowu jedzie w stronę mojego roweru. Robi jakieś ewolucje, wyskakuje obracając się wokół własnej osi, ląduje na boku. Przewraca przy tym mój rower. Podbiegam do roweru. Ktoś wychodzi z samochodu i z uśmieszkiem na twarzy się tłumaczy.


Roztrzaskany księżyc
19.11.2016

Jest dzień, widzę księżyc. Wydaje mi się jakiś taki wielki. Widzę go z góry w chmurach. Zapewne wydaje się taki wielki, ponieważ wleciał w atmosferę ziemską. Dopiero po chwili orientuję się, że unosi się kilka metrów nad ziemią i ma kilkadziesiąt metrów średnicy. Myślę, że wojsko łatwo tam teraz doleci. I przylatuje odrzutowymi samolotami. Żołnierze przyjeżdżają także wojskowymi samochodami. Księżyc się chyba pomniejszył, a na dodatek został roztrzaskany na dwie połówki. Jest czarny, w środku w większości pusty. Żołnierze zapakowali te połówki na przyczepy, jadą w dwie różne strony. Chcę wejść do jednej z nich. Ktoś pyta się po co to robię, więc przestaję. Chwytam się tylko krawędzi połówki księżyca, która pędzi na wojskowej przyczepie.


09.12.2016

Potwór z ciemności

Jak zwykle większa część tego i następnego snu uciekła mi z pamięci. W tym śnie jestem na początku tylko obserwatorem. Kobieta została zamknięta przez kogoś w ciemnym pomieszczeniu. Było to niby "za karę", ale pewnie chcieli się nad nią poznęcać, zapewne byli to jacyś psychopaci. Na środku sali stała na stole rozbita szklana kula (lub inny podobny pojemnik), w której był uwięziony straszny stwór. Ten stwór nie posiadał konkretnego kształtu, był jak czarna gęsta substancja przyjmująca dowolny kształt. W pewnym momencie to coś zaczęło wyłazić. Kobiecie zaczęło szybko bić serce ze strachu. Gdy już prawie wyszło, cofnęło się do środka. Zrobił to chłopak, który nagle się ukazał w ciemności. On się ponoć zajmuje tym stworem Włączył jakieś urządzenie, które utrzymywało to w zamknięciu. Kobieta była prawdopodobnie naukowcem (albo po prostu taka bardzo ciekawa) i zaczęła to badać. Stanęła przed tym i oczywiście, chociaż przed chwilą tak się bała, włożyła rękę do szklanego pojemnika i dotknęła tą istotę. To natychmiastowo wyprysło ze zbiornika, zeżarło jej rękę do ramienia i się z nią połączyło, kontrolowało jej umysł. Otworzono drzwi, ktoś wszedł. To czarne coś wylazło z drugiej ręki kobiety i zrobiło to samo z tym co tam wszedł. Wgryzało się w ludzi i łączyło tak jakby trzymali się za ręce. Przybiegli inni ludzie, ci też zostali schwytani. Słychać było krzyki "o moja ręka!" czy "o moje ramię". Wyszedłem na jasny korytarz i zacząłem uciekać, bo jakiś mężczyzna choć jeszcze nie podłączony to i tak był sterowany przez tego potwora. Na końcu korytarza były pootwierane łazienki. Wiedziałem, że nie zdążę otworzyć okna i wyskoczyć, więc biegłem dalej i przeniknąłem ścianę. Znalazłem się w nieznanym mi mieście. Mogłem skakać ponad blokami. Widziałem, że już wszyscy ludzie tam mieszkający zostali opanowani. Wyglądało to jak wesołe, trzymające się za ręce zombie...


Nowy sen

Skądś szedłem, miałem wracać do domu, ale nagle zorientowałem się, że to sen i powiedziałem, że nie, nie idę z powrotem, tylko szybciej bym się obudził. Nawet się przytrzymałem znaku przy ulicy i skręciłem w lewo. Nagle pojawił się śnieg. Widziałem jeszcze inne przenikające się obrazy. Na koniec pokazał się obraz przedstawiający otwartą salę podstawówki, ten się utrwalił. Zobaczyłem jak zaczyna się inny sen, czego zazwyczaj nie zauważam. Znowu byłem w podstawówce (a może byłem kimś innym), wszedłem do klasy. Jeden kolega przesiadł się o ławkę do przodu, zostawił kogoś samego. Dosiadłem się do tego z przodu. Nikogo tam nie znałem. Rozglądając się, z początku widziałem tylko chłopaków, później zauważałem także i dziewczyny.


14.12.2016

Dodatkowy pokój

Jechałem z tatą samochodem, widok był z zewnątrz. Ciągle nie mógł poprawnie skręcić i za każdym razem jak skręcaliśmy "za róg" ulicy, to trzeba było zrobić dodatkową pętlę, aby trafić i równo wjechać w uliczkę. Zatrzymaliśmy się, bo zabrakło paliwa. W tamtym miejscu panował półmrok. Chcieliśmy ukraść trochę paliwa z innego samochodu i dlatego mieliśmy jakoś połączyć oba samochody. Wyciągałem brzydkie kawałki z samochodu, skojarzenie z resztkami pozostałymi pomiędzy zębami, np. pieczarki  Nie wiem czy się nam udało. Okazało się, że jesteśmy już w domu. Wszedłem do pokoju. Nie poznałem go. Był prawie pusty, chyba miał być remont. Po prawej stronie była ściana z mleczno białego szkła, lekko przezroczysta. Za nią było widać cienie ludzi wpatrujących się w moją stronę i dziwnie się poruszających (opierali się o tą ścianę). Wyszedłem z pokoju. Teraz zauważyłem, że znajduje się pomiędzy moim pokojem a pokojem mojej siostry. Zdziwiłem się, że od tylu lat jak tu mieszkam, dopiero teraz zauważyłem to pomieszczenie.


15.12.2016

Film

Jest późny wieczór. Rodzice przygotowali sobie łóżko do spania w dużym pokoju i oglądamy film, horror science-fiction. W filmie jest dzień, pojawia się nagłe zagrożenie dal całego świata. Nad blokami wyświetla się hologram. Pokazuje się siwa starucha, ma dziwny podłużny kształt oczu. Obok niej pojawia się coś okrągłego co ma być niby czarną dziurą. Starucha grozi, że wciągnie wszystkich ludzi co nic nie robią i są bezużyteczni do tej czarnej dziury. Zmienia się widok na przestrzeń kosmiczną. Tamta stara wisi w przestrzeni ubrana w skafander podłączony rurą do jakiejś boi także się unoszącej w pustce. Przed sobą ma tylko ekran holograficzny, za pomocą którego właśnie się komunikuje ze światem. Jest smutna, bo chociaż ma taką wielką władzę musi tak unosić się i nawet się nie może normalnie wysrać tylko jej się zbiera w tych jej "kosmicznych gaciach"  , nawet było widać brązowe…

Kamera znowu pokazuje widok na Ziemi. Są ciągłe informacje o zbliżającej się wielkiej asteroidzie, która ma trafić w planetę. Chyba już trafiła. Jest scenka w zwolnionym tempie. Wydaje się, że chłopczyk zjeżdża po ogromnej zjeżdżali. Jednak coś wybuchła i wybiło wodę. Dzieciak wyskoczył do góry na tej wodzie i spływa wzdłuż chodnika. Śmieje się, jest wesoły.

Następna scenka dzieje się w podziemiach. Dwie kobiety jadą po torach. Ta po prawej krzyczy do tej po lewej, że "nie będziesz pamiętać kim jesteś, nic nie zapamiętasz". Ta druga przestraszona oddaje jakiś czarny kamyk tam znaleziony.

Znowu miasto w dzień. Zmieniają się widoki na różne budynki. Widzę różne loga firm ze zmienionymi nazwami na potrzeby filmu. Mężczyzna podobny do Trumpa mówi zadowolony coś w stylu "dobra robota, drużyno!". W tle widać wielkie czarne stwory unoszące się w powietrzu. W tym momencie tata wstał z kanapy i coś robi na środku pokoju. Zasłonił przez to telewizor. Zobaczyłem tylko czarny ogon wielkiego wodnego stwora chowający się w głębinach. Tata wyszedł na chwilę z pokoju. Zaczęła się druga część filmu niezwiązana jednak fabułą. Obraz był czarno biały. Jakiś młody mężczyzna siedział w barze. Wiedziałem, że będzie się bił, walczył z siłami ciemności. Przypomniało mi się, że przecież już to oglądałem, pierwszą i trzecią część także. Poszedłem do swojego pokoju. Była już prawie północ. W progu stanął tata i coś mówił. Powiedziałem mu, że ten film był na podstawie opowiadań Lovecrafta, przyznał mi rację i dalej coś mówił. Zauważyłem, że przyszła do mnie bibliotekarka i usiadła na krześle przy biurku. Tata nadal coś tłumaczył, mówił o jakimś pływaniu, że jak znajdziesz się tam w wodzie to nie wiesz o co chodzi. Pokazywał na dodatek różne pozy pływackie. To się chyba dotyczyło tego, jak ktoś się obudzi w wodzie i wtedy nie wie skąd się tam wziął. Spytałem się czy to może dzieje się we śnie, ale nie odpowiedział. Podszedłem do bibliotekarki. Miała ubrane czarne błyszczące spodnie. Lekko się uśmiechała. Powiedziałem jej, że u nas w sypialni mieszkała przez lata inna, starsza bibliotekarka (oczywiście w rzeczywistości nie prawa). I nawet nie zauważyłem kiedy się wyprowadziła. Spytałem się jej czy nie przygotować jej łóżka do spania. Odpowiedziała, że sama potrafi się zająć sobą.


20.12.2016

Rytuały

Pilotem przeskakiwałem kanały w telewizorze. Cofałem się w lewo. Pojawiały się różne programy i seriale. W którymś momencie się zacięło, wciskałem i wciskałem, raz lewy, a raz prawy przycisk, nie działało, przez co obraz utknął na jednym kanale. Był program o Macierewiczu. Był on w jasnej, pustej sali. Miał ze sobą młodego asystenta. Razem odprawiali rytuały satanistyczne. Pod koniec ten jego asystent spojrzał do góry (kamera pokazywała widok z góry), szaleńczo się uśmiechnął i otworzył szeroko oczy, było widać jak ma tylko białka. Potem byli komentatorzy i coś o tym opowiadali. Wtedy właśnie mogłem już przełączyć na inną telewizję.

Ściana

Podchodzę z kimś przed drzwi. Oni kogoś chyba szukają. Wchodzę do biura, są tam pracujący ludzie, starszy pan siedzi przed biurkiem po prawej stronie. Dalej jest korytarz, na którego końcu są drugie drzwi drzwi wyjściowe. Wiedziałem, że pobiegły tam dwie kobiety, wydaje mi się, że bibliotekarka i pielęgniarka. Otworzyłem tamtym drzwi i powiedziałem, że to tutaj. Sam pobiegłem za tamtymi kobietami. Dogoniłem je, był wieczór. Wspinaliśmy się po drabinie na dach bloku. Już przy dachu zauważyłem, że ściana jest zbudowana z książek. Sprawdziłem jedną i odłożyłem. Czułem się niepewnie, wydawało mi się, że zaraz się puszczę tej dziwnej drabinki i spadnę. Jedna z nich już usiadła na pochyłym dachu. Czułem, że jak wejdę na dach to się ten cały blok przewróci. I chyba tak się zaczęło dziać. Sen się, można powiedzieć, rozleciał.


27.12.2016

Porachunki

Nieznane okolice, wchodzę do czyjegoś domu na skraju lasu. Przychodzi gangster z kapeluszem na głowie (a może to był szary kaptur?). Jest podobny do aktora Johna Travolty. Ma wspólnika. Wchodzą do domu, mają do załatwienia jakieś porachunki. Zbliża się właściciel domu. Zaczyna się rozmowa (chyba bardziej jest kłótnia, ale nie wiem). Pewien jestem, że chcą go sprzątnąć. Myślę jak mu pomóc, ale nie mam pojęcia i chowam się za kolumną, aby mnie nie zobaczyli. Raz widać właściciela domu, a raz gangsterów. Ciągle jakby się powtarzała ta scena, albo tak długo trwa rozmowa. Wydaje mi się, że tamten ucieka wgłąb domu, a gangster stoi za kolumną i strzela. Po chwili wychodzę zza kolumny, a tam nie ma gangsterów, tylko jacyś zwykli ludzie, którzy dopiero co przyszli i się dziwią. Wcześniej z głębi domu wybiegała dwójka dzieci i się wracała, tak z dwa razy to się działo. Brak rozstrzygnięcia, nie wiem co się stało z gangsterami, ani z właścicielem…

Kroki

Drugi już bardziej świadomy sen. Wstałem z łóżka i przeszedłem przez przedpokój, aż do dużej szafy. Otworzyłem przesuwane drzwiczki szafy i zacząłem pchać tył szafy wraz z ścianą otworzyło się przejście, wąski, ciemny tunel. Normalnie po drugiej stronie tej ściany jest mieszkanie trójki, nie wszedłem tam jednak, ponieważ miałem wrażenie, że się obudzę. Wyszedłem drzwiami na klatkę schodową, idąc schodami na górę słyszałem i czułem własne kroki (myślałem o tym przed snem, aby usłyszeć własne kroki). Wszedłem do mieszkania czwórki, bo jeszcze tam nie byłem we śnie (i w rzeczywistości także). Przeszedłem przez kilka pokojów, aż doszedłem do dużego salonu. Było tam jakieś przyjęcie, urodziny, albo po prostu rodzina zebrała się na święta. Było dużo ludzi, jednak najbardziej zwróciłem uwagę na karzełka siedzącego przy stole i patrzącego się na mnie. Szybko stamtąd wyszedłem.

Chyba się n krótko przebudziłem. Otworzyłem okno i wyskoczyłem na trawnik. Pobiegłem dalej. Zatrzymałem się. Dotknąłem ręką asfaltowej uliczki. Chciałem zafalować nią jak wodą. Kilka razy uderzałem kilka razy i nic, twarde. Potem tylko dotknąłem dłonią i się skupiłem, część ulicy zrobiła się płynna i lekko zafalowała. Słabe to było, kiedyś w innych snach udawało się o wiele lepiej i bez dotykania, widać było nawet różne kolory wody. Biegłem dalej, bo mi się sen kończył. Wbiegłem w drzewa przy ulicy, których było więcej niż w rzeczywistości. Wskoczyłem na jedno, chwyciłem się rękoma, a nogi ułożyłem z przodu na gałęzi, co wyglądało jakbym zwisał z tego drzewa w podobnej pozycji do leżenia na hamaku. Miałem taką myśl, że następnym razem jak zasnę to w tym miejscu się zacznie sen i się obudziłem.


31.12.2016

Wieczór, jadę autobusem trzymając się poręczy. Na przystanku wchodzi tylnymi drzwiami mężczyzna. Woła, aby ktoś z przodu wprowadził wózek z dzieckiem. Wjeżdża wózek, zatrzymuje się obok downa rozmawiającego przez telefon. Tamten facet nie idzie do swojego dziecka (chyba jego) tylko siada na tylnym siedzeniu. Po chwili ja sam znajduję się na tylnym siedzeniu obok niego. Wsiada młoda kobieta z dziewczynką, siadają obok mnie. Dziewczynka siada mi na kolanach, że niby mam się nią zająć na czas jazdy. Siedzenia są dosyć wysoko, a ta dziewczynka niebezpiecznie wychyla się za metalowe poręcze. Nie przytrzymuję jej, a ona robi przewrót w tył i spada na podłogę. Nic się jej nie stało. Mam wrażenie, że wiedziała co robi i wszystko kontrolowała.

Idę plażą, obok mnie przechodzą ludzie, jest słoneczne lato. Przykucam na piasku i biorę kamyk tam leżący. Mam problemy z wyprostowaniem się i spojrzeniem do góry. Pomyślałem, że jak wyciągnę rękę do góry to wzrok skieruje się na tego kamyka. Tak też się stało, chociaż z wielką trudnością, zobaczyłem chmury na błękitnym niebie. Obróciłem się, morze zmieniło się w jezioro z krystalicznie czystą, przejrzystą wodą. Chciałem tam wejść z tym kamieniem. Drogę niestety zagrodził mi ktoś ubrany całkowicie na czarno (jakiś satanista może?). Chciałem, aby mnie przepuścił, a ten zaczął się szyderczo śmiać i złapał mnie za szyję z zamiarem uduszenia mnie. Udało mi się wyrwać z jego uścisku i dalej chciałem iść w stronę wody. Ten znowu chce mnie dusić, więc uciekłem stamtąd. Jeszcze na plaży komuś opowiadałem o tym duszeniu i byłem pewien, że to był jeden z odcinków anime, którego tytułu nie mogę sobie przypomnieć. Długo próbowałem sobie przypomnieć i się przez to obudziłem.

Zrobiło się ciemniej. Trafiłem do dużej sali. Na początku wyglądało to pomieszczenie jak bar. Stał tam długi stół. Byli ta gangsterzy z mafii, którzy sobie imprezowali. Ktoś przyszedł, inny wyszedł i chyba było słychać strzały. Siedziałem obok stołu. Przeglądałem jakieś breloczki w małej drewnianej skrzynce. Wyciągnąłem jeden z czarną kulką. Energicznie wyciągnąłem w górę, aby niby ich postraszyć, że to broń czy bomba. Na chwilę jakby ucichły rozmowy, ale raczej nic nie zauważyli. Schowałem breloczek. Wstałem i przeszedłem kawałek. W rogu była rodzina uwięziona w klatkach. Rozejrzałem się i zauważyłem, ze ci wszyscy "gangsterzy" to potwory wyglądające jak jaszczury. Jeden znęcał się nad człowiekiem. Jak to we śnie wmawiam sobie, że jestem supersilny i wszystkich pokonam. Uderzam każdego po kolei i idę wokół stołu. Robi się jasno. Przy rogu stołu siedzi na podłodze ta dziewczynka z autobusu. Bawi się z małym chłopczykiem cytryną (albo to ona jest tą cytryną?). Idę dalej, uderzam pięściami wszystkich, w jednego rzucam krzesłem. Ale zaraz, to przecież zwykli ludzie i to uczniowie. Widzę teraz, że nikogo nie biłem, co najwyżej lekko popychałem, a to krzesło tylko trochę przesunąłem. Dziwię się, trafiłem do jakiejś klasy. Idę dalej wokół stołu. Już przy drzwiach widzę, że przygotowują muzykę na imprezę. Wychodzę.

Jeszcze było coś o Songo z Dragon Balla. Było mowa, że osiągnął on najwyższy w możliwych poziomów rozwoju i był najsilniejszy z wszystkich istot. Wyglądał dziwnie. Zaczął lecieć nad morzem, a ja za nim, byłem tylko obserwatorem. Ktoś ze statku strzelał do niego. Później on szukał jakiegoś miasta, ale okazało się, że ta bomba co na niego zrzucali zniszczyła wszystko.


04.01.2017

Znowu coś o szkole, chyba podstawowej. Dzieje się to na korytarzu. Albo jest apel albo zwykła przerwa. Po lewej stronie, w dalszej części korytarza niedaleko drzwi, stoi grupka uczniów. Nagle jeden z nich zaczyna się bardzo dziwnie zachowywać. Rzuca się na pozostałych i zaczyna ich gryźć. Ci którzy zostaną pogryzieni oczywiście zamienią się w zombie. My uciekamy razem z nauczycielką. Zatrzymujemy się, gdzieś przy schodach. Z powodu zaistniałem sytuacji pozwala nam wziąć jeden dzień wolny.

Inny sen, ciepłe słoneczne lato. Na trawniku przed blokiem na przeciwko jest wydzielony prostokątny plac. W trawie na kocyku leży dziewczynka. Wydaje mi się, że jest do połowy przysypana piaskiem, jak na plaży. Kilka metrów przed nią, siedzi na wysokim krześle dorosły mężczyzna, prawdopodobnie jej ojciec. O czymś tam rozmawiają. Ma chyba coś nam opowiadać. Potem przychodzi jej brat lub kolega, którego niby znam. Tworzy sobie za pomocą myśli siedzenie z ziemi, też taki sobie robię siadając. Ich tata krzyczy, że nie mamy robić takich rzeczy. Zdenerwowałem się i poszedłem stamtąd. Idę wokół drugiego bloku. Coś tam było o jakimś programie Desktop do zainstalowania. Idę na drugą stronę bloku, za mną jakieś dziewczynki, z nimi chyba idzie ta z trawnika. Patrzę się na las po prawej stronie. One mówią, że coś tam ktoś robi i przez to są wybuchy. Odpowiadam im, że przez cały czas tam coś wybucha.

Idę przy ulicy, patrzę się w dal, zadziwia mnie to jak daleko mogę widzieć. Rozglądam się na około, myślę, aby wejść do lasu, jednak zauważam, że przeniosło mnie na drugą stronę ulicy. Dalej jest albo inny sen albo przeniosło mnie z powrotem przez ulicę. Wchodzę do sklepiku. Chcę wyjść (nie wiem czy coś kupowałem), ale mnie przenosi z powrotem do tej budki sklepowej. Za trzecim razem proszę sprzedawcę, aby mnie odprowadził do domu. Więcej mnie nie teleportuje. Nie wiem czemu, bo w trakcie cofania mnie do sklepu, miałem myśli o tym, że te wszystkie rzeczy z półek sklepowych są wystawione przed drzwiami do bloku i są za darmo. Jak ten sprzedawca mnie wyprowadzał widziałem drugą część sklepu, która nie istnieje na prawdę, miała szklane ściany i widać było sprzęt muzyczny (studio nagraniowe?). Pod nieobecność sprzedawcy jakaś pani brała rzeczy z półek (widać było przez te szyby). Czy kradła czy tylko przygotowywała sobie to nie wiem. Jak doszliśmy do mieszkania to ten sprzedawca zamienił się w sprzedawczynie z innego sklepu.


07.01.2017

Szedłem pośpiesznie pustym, ocienionym korytarzem. Na końcu były dwa ciemne przejścia bez drzwi. Wybrałem te po lewej, uważając je za prawidłowe, chociaż pewności nie miałem. Te przejścia wiele razy powtarzały się w moich snach. Dotarłem do chyba podziemnego bardzo rozległego, jasnego pomieszczenia składającego się z korytarzy, sal, dziwnych schodów. Wszystko to wyglądało jak labirynt. Mam wrażenie, że to miejsce wiele razy mi się kiedyś śniło, nieznacznie tylko za każdym razem zmienione. Ściany były prawdopodobnie białe. Dotarłem tam jako pierwszy, były tylko osoby obserwujące "grę". Wszędzie na około były pozawieszane różnokolorowe elementy, litery lub cyfry albo po prostu kółka. Miałem znaleźć i zebrać jak najwięcej tych zielonych, powiedzmy kółek. Więc chodziłem tam, znajdowałem i zabierałem z różnych miejsc te zielone kółka (były chyba z kartonu). Chyba już znalazłem wszystkie zielone i w tej chwili przyszedł dawny kolega z koleżankami z podstawówki/gimnazjum. Byli to następni "gracze", ale się spóźnili, bo zakończyłem tą grę i wygrałem, dostałem mniej więcej 147 punktów. Przeszedłem na salę sportową, grali tam w koszykówkę. Miałem tam rzucić te kółka żeby się naliczyły punkty, wiec rzuciłem. Było tego więcej niż mi się wydawało. Trochę się zdziwiłem, ponieważ okazało się, że tamci co przyszli dołożyli do tego jakieś trupy. I wtedy pani wuefistka zaczęła się na nas wydzierać...


09.01.2017

Ciemna jaskinia, nie w górach tylko w mieście. Nawet nie zauważyłem kiedy tam wszedłem. Pełno tam ludzi (same najgorsze szumowiny, menele itp.) chodziło w grupkach, tańczyło, gdzieniegdzie dyskotekowe oświetlenie. Ogólnie taka dzika impreza. Wychodzę stamtąd. Jest ciężko, przez niskie przejścia trzeba się co chwilę schylać i muszę się jakoś bokiem prześlizgiwać, czołgać. Widzę, że ktoś z lewej leży przy skalnej ścianie, pewnie piję alkohol. Idę dalej, już myślę, że może wyskoczę i podlecę kawałek, ale nie znowu niskie przejście. Okrążyła mnie jakaś grupka młodszych osób. Jeden z nich miał dwa miecze japońskie, dał mi jeden i powiedział, że będą walki. Przenosimy się do sali jakiegoś budynku. Siedząc na ławce wyciągam miecz z pochwy, na podłogę wypada zatyczka. Idziemy na korytarz. Okazało się, że dał mi lepszy miecz, a miał mi dać ten pusty w środku, nie oddałem mu. Dalej są te niby walki, ale chyba działa tylko moja senna wyobraźnia, pozbawiłem wszystkich mieczy i wygrałem…

Dziwny sen. W sypialni, tej obok łazienki, siedzi dwóch starszych panów, słuchają radia lub rozmowy telefonicznej. Czuć taką atmosferę jak z serialu LOST. Po chwili tłumaczą mi o co chodziło, że to nic tajemniczego. Idę do kuchni, a oni do ubikacji. Zaraz przychodzą do mnie i patrzymy przez okno. Najpierw wydaje nam się, że to wojskowe samoloty lądują. Jednak po chwili przypatrywania się dochodzę do wniosku, że ludzie nie posiadają tak zaawansowanej technologii. Właśnie lądują ogromne pojazdy latające, są częściowo przezroczyste, chyba świecą na lekki fioletowo biały kolor. Są to fraktalne obiekty w kształcie piramid o kryształowej strukturze. Na ziemi stoją już obce humanoidalne postacie, mają świetliste białe ciała. W tej chwili odskakujemy od okna, aby nas nie zauważono i uciekamy z mieszkania. Biegłem po ulicy, po chodniku. Był raczej dzień. Co chwile spotykałem bardzo dziwnych ludzi. Mieli może po pięć metrów wysokości. Byłem pewien, że to z powodu mutacji spowodowanych przez obcych. Zatrzymałem się przy murze obok zwykłych ludzi (albo tacy się wydawali). Przede mną kilka osób zachowywało się bardzo agresywnie. Najpierw wydawało mi się, że chcą zniszczyć tory, ale tam nie było torów. Pomyślałem, że pewnie chcą przeciąć jakieś kable. Za pomocą myśli odrzucałem ich na bok na trawę, szło bardzo ciężko. Ktoś mi nawet mówił, abym to robił szybciej. Odrzuceni, nie wracali.

Przeszedłem przez dziurę w murze. Szedłem przez jakieś wertepy, chodniki, trawniki. Była tam dziewczynka, jej babcia miała ją odebrać ze szkoły, ale ta miała jeszcze rzeczy w szafce i babcia ją zostawiła i wróciła do domu. Pomogłem tej dziewczynce. Otworzyliśmy tą blaszaną szafkę znajdującą się na dworze i zabraliśmy z niej materiałową torbę. Zawiesiłem torbę na kierownicy jej rowerku. Wsiadła na rower i ja chyba także, a może na czas jazdy zamieniłem się w tą dziewczynkę (nie widziałem siebie). Udało się wrócić, jakoś przejechaliśmy dokładnie tą samą drogę, którą przeszedłem. Po drodze spotkaliśmy bawiące się dzieci, w jednym miejscu musieliśmy nawet przeskoczyć tym rowerem z jednego murku do drugiego. Jak już znaleźliśmy się przed blokiem, zawołałem jej babcię, ta wyszła na balkon (pierwsze lub drugie piętro) i coś tam do nas powiedziała, nie zrozumiałem jej, schowała się z powrotem do mieszkania. Nie zdążyłem jej zapytać, przez które drzwi mamy wejść i zadzwonić domofonem, bo były trzy i jeszcze jakieś od elektrycznej budki w ścianie. Dziewczynka chyba nie wiedziała.


wiedzieli cokolwiek o jego wygranej. Wyłożył na szafkę z butami dwie podręczne torby, jedna większa i grubsza druga mniejsza. Wygraną jednak wyjął z kieszeni kurtki, zmieściło się, bo bank wypłacił mu w banknotach każdy po 147 tysięcy…

Pamiętam jakieś urywki, coś mnie chciało wyciągnąć z łóżka, było dużo chodzenia po leśnych i chyba wiejskich terenach. Dużo ludzi, wydaje mi się, że tańczyli. Siedziałem też w barze wśród tłumu ludzi, było nawiązanie do jakiegoś serialu.

Lato, ciepły słoneczny dzień. Stoję nad wielką rzeką i obserwuję kobiety, które przypłynęły w swoich łódkach z drugiej strony. Wydaje mi się, że są to Indianki. Ktoś, chyba narrator, tłumaczy, że przez tą rzekę bardzo trudno się przedostać i trwa to bardzo długo, więc ludzie stamtąd bardzo rzadko tu przypływają, jedynie jak mają taką potrzebę. Wszystkie kobiety były zupełnie nagie. Zauważyłem, że jak jedna z kobiet się uśmiechnęła to było widać błysk metalowego zęba. Inna, gruba kobieta, już wracała. Scenka się przybliża. Ułożyła swoje dziecko do łódeczki (chyba je dopiero co urodziła) i sama też usiadła. Łódka była tak malutka, że tylko to dziecko się pomieściło i ona usiadła na nie, w ten jednak sposób, że go nie przygniotła. Dziecko chwilę popłakało i się uspokoiło. Indiance wystawały nogi na zewnątrz, nie posiadała wiosła, myślę więc, że musiała napędzać łódkę nogami. Nie wiem jak było dokładnie, bo nie widziałem, wiem, że płynęła niesamowicie szybko.

W innym śnie, gdzieś szedłem, chyba do ortodonty. Zatrzymałem się, aby popatrzeć na czarnowłosą dziewczynę z dwójką rodzeństwa (albo to była ich matka), przymierzała lekko prześwitującą, ciemno fioletową bluzkę. Coś tam do mnie zawołała i chwytając mnie za rękę, przyciągnęła do siebie. Uznała, że będzie moją dziewczyną. Spytała się mnie czy ładnie wygląda w tej bluzce, zanim się namyśliłem i jej odpowiedziałem, sama powiedziała, że przecież bardzo ładnie wygląda. Poszliśmy do jej domu. Nie pamiętam co się tam dokładnie działo, ale byłem już niby długo i przypomniało mi się, że przecież idę do ortodonty i nie zdążę, wybiegłem na zewnątrz. Znalazłem się w jakiejś innej społeczności, gdzie mieli dziwne prawa. Nie wolno było oglądać filmów dla rozrywki, jedynie władza je przeglądała w zamkniętym pomieszczeniu. Stałem przed łazienką i wydmuchałem nos, okazało się, że niewolno tego robić nie będąc w łazience. Już wysłano za mną policję, musiałem uciekać. Biegłem na autobus, aby się schować. Niestety nie zdążyłem, bo już odjeżdżał. Wszyscy na mnie wskazywali. Uciekłem do domu tej dziewczyny, nie było jej, tylko jej ojciec i młodszy brat. Schowałem się razem z nim za jego biurkiem. Usłyszałem jak weszło dwóch agentów. Ojciec tej dziewczyny chciał ich zmylić, ale i tak mnie zauważyli. Wyszedłem z ukrycia. Ten agent uśmiechał się i zaczął przyciskać moje zęby swoim palcem, odwróciłem się, coś do mnie mówił, ale nie zrozumiałem. Jakoś udało mi się uciec.

Poleciałem wysoko i daleko, co chwilę lądowałem w nieznanych miejscach i leciałem dalej, bo nadal było niebezpiecznie. Jedno miejsce było w jakiś sposób oddzielone od tego świata snów, osobny prostokątny fragment przestrzeni, był to szary las z chatką czarownicy, jednie się zniżyłem tam, nie lądując, szybko odleciałem. Trafiłem do domku, gdzie pracowali jacyś mężczyźni. Wszedłem, przeszedłem z jednym z nich przez hol i drugie drzwi, poszliśmy na górę schodami. Nie wiem co tam robili. Coś mi powiedziało, że to nie są ludzie tylko roboty i będzie kłopot jak im zdradzę to, że jestem człowiekiem. Jeden z nich kazał mi podejść, to zapcha mi wszystkie dziury. Szybką stamtąd wybiegłem, pod pretekstem, że wychodzę tylko na chwilę, coś wziąć czy coś, jeszcze coś do mnie wołał, ale nie słuchałem. Na zewnątrz już, odbiłem się od ziemi poleciałem. Nie pamiętam, gdzie wylądowałem, chyba się już obudziłem.


14.01.2017

Lato, świeci słońce itd. Przed balkonem jest rozwieszona czarna lina od lampy do lampy. Jakiś dzieciak, ktoś mówi, że Egipcjanin, wisi do góry nogami nad trawnikiem przywiązany za nogi do tej liny. Wije się, próbując się rozplątać. Chce go odwiązać i wołam mamę, aby przyniosła mi nożyczki. Przynosi mi kilka par butów na zmianę, założenie butów i zawiązanie sznurowadeł trochę trwa. Przychodzą starsi od wiszącego, chłopcy, którzy się nim zainteresowali. W końcu sam idę po nożyczki, ale gdy wracam już jest to niepotrzebne. Tamci co przyszli już go odwiązali i gdzieś z nim poszli. Miałem tylko zebrać pozostałą linę, zmieniła się w jakieś badyle, wziąłem je i poszedłem w stronę drugiego końca trawnika. Trawnik był kilkukrotnie większy niż w rzeczywistości, jego fragment był plażą (która według sennej mamy pozostała przeniesiona z trawnika innej sąsiadki i nasz się zaraził tym pustynnieniem) obok, której stała zjeżdżalnia z placu zabaw. Przy tej zjeżdżalni rósł krzak rumianku, który przyciągał osy. Pogoniło właśnie mnie pełno os jednak wróciłem tam. Mama mówiła, że mam zwrócić uwagę na okno w bloku na przeciwko, takie przystrojone, pewnie to tamta kobieta co się dopiero co wprowadziła zabiła poprzedniego mieszkańca. Przy drugiej lampie nie było pozostałości liny.

Z innego snu pamiętam, że wszyscy ludzie biegli przez labirynt korytarzy w jakimś budynku, uciekaliśmy przed wdzierającą się wodą. Musieliśmy dostać się na najwyższe piętro, ponieważ woda podnosiła się coraz wyżej z piętra na piętro. Raz skręciłem w stronę, gdzie kilku ludzi wybrało zły kierunek, ale na szczęście wróciłem i pobiegłem innym, właściwym korytarzem. Tamci zginęli zalani wodą. Znalazłem się na wielkim, pustym holu, ze mną była tam tylko jedna osoba. Na końcu tego holu była winda. Tamten wcisnął przez przypadek niższe piętro, ale nic się nam nie stało, bo winda była szczelna. Wcisnąłem numer najwyższego piętra, czyli 25 i pojechaliśmy tam windą. Na koniec zauważyłem, że woda dotarła na najwyższe piętro, jednak była płytka i ktoś się z tego śmiał.


18.01.2017

Leżę na łóżku i patrzę na odsłonięte okno, było już jasno. Szyba okna była częściowo wsunięta do góry, choć w rzeczywistości nie da się w ten sposób otworzyć okna. Na zewnętrznym parapecie usiadła mewa, ale nie zwykła mewa, tylko wielka, a może większa niż cało okno. Wsunęła dziób w szczelinę okna i coś zabrała, aparat fotograficzny czy coś podobnego, i odleciała. Szybko doskoczyłem do okna, ale było już za późno. Potem sąsiedzi z balkonu obok, podali mi stosik rysunków wielkości A4, które rzekomo ja narysowałem i kiedyś im podrzuciłem na balkon, chociaż nigdy naprawdę tego nie zrobiłem. Przejrzałem te rysunki i rzeczywiście je rozpoznałem, chociaż byłem pewny, że niczego takiego nie rysowałem. Jeden przedstawiał żołnierza. Jeszcze raz podszedłem do okna. Chciałem wyjść przez okno. Gdy już wychodziłem na zewnątrz, znalazłem się w innym pomieszczeniu, chyba w czyjejś firmie. Wiedziałem, że tam powinno być okno, ale i tak się pytałem tego kogoś, czy to on tak to zabudował, że nie ma już widoku na zewnątrz.

Na łóżku miałem porozkładane kilka pudełek z kasetami VHS. Były na nich nagrane horrory. Wyciągnąłem jedną, na której była naklejka z obrazkiem przedstawiającym skaczącego potwora. Każda kaseta miała dodatkowe "lepsze" kopie na mniejszych kasetach. Wyciągnąłem jeden koniec taśmy z kasety i ciągnąłem go przed przedpokój. Chciałem go przeciągnąć przez okno znajdujące się na półpiętrze klatki schodowej. Niestety nie udało się, bo taśma zacięła się między drzwiami i cofnęło mnie do mojego pokoju. Zostawiłem kasety w spokoju i wyszedłem z mieszkania. Wyskoczyłem przez to okno na daszek nad drzwiami do klatki schodowej. Pomyślałem, że choć to jest sen, to zadzwonię domofonem i wszystkich obudzę. Nie udało się, ponieważ drzwi zmieniły się w tunel. Biegłem przez niego, zatrzymałem się i chciałem się przecisnąć przez ścianę, poczułem tylko ból od uderzenia głową. Pobiegłem dalej. Trafiłem do Parku Oliwskiego. Po lewej zauważyłem lecącego motyla. Raczej jest lato. Biegłem dalej. Chciałem pójść tam, gdzie jest więcej ludzi. Ciągle miałem wrażenie, że jak za bardzo obrócę głową w prawo lub w lewo to się obudzę. W parku były siedzenia, na których siedzieli starsi ludzie, chyba znajdowała się tam jakaś mała muzyczna scena. Poszedłem dalej, przeniosło mnie w nie do końca mi znane miejsce. Tu już był wszędzie śnieg. Czarnowłosa dziewczyna śpieszyła się na autobus. Pobiegłem za nią, chcąc ją dogonić. W końcu ją złapałem. Ale to nie była ona tylko jakiś chłopak z fioletowymi włosami. Puściłem go i odszedłem.


19.01.2017

Na statku obcych

Był wielki kataklizm na Ziemi i całe życie na planecie zostało zniszczone. Tylko niewielka grupka ludzi została zabrana na statek kosmiczny obcych. Byłem w niej ja i jakaś ważna dziewczyna (jakby księżniczka?), której, ani razu nie widziałem. Już w tym statku kosmicznym, szedłem z kilkoma osobami. Jedni poszli schodami, a drudzy razem ze mną w dół o piwnicznych pomieszczeń. Znaleźliśmy się w czymś w rodzaj szatni. Byłem z kilkoma obcymi, wyglądali zupełnie jak ludzie. W pewnym momencie jeden z nich naśmiewał się, że jak przyjdzie ta księżniczka to ją postraszy i wtedy zdjął częściowo warstwę skóry na twarzy. Widziałem jego ostre zęby drapieżnika. Udawał, że odgryza jej głowę. Trochę się przestraszyłem. Inni też zsuwali lekko "maski" i pokazywali zęby. Na początku wydawało mi się, że mają dzioby z ostrymi zębami, ale raczej pod tym "przebraniem" byli na prawdę jaszczurami. Miałem takie głupie myśli, że się teleportuję na Ziemię i znajdę im jakieś jedzenie, aby nie pozjadali tych ludzi, których zabrali, ale chyba im w końcu tego nie powiedziałem. Nagle wszyscy się obrócili w moją stronę i się spytali czy ja też nie pokażę swojej twarzy. Zakłopotany, zacząłem się cofać, pewnie myśleli, że jestem jednym z nich. Chyba się domyślali, że jestem człowiekiem i podejrzałem ich prawdziwą istotę. Chcieli się na mnie rzucić, ale pomyślałem, że stanę się niewidzialny i chyba mi się udało. Sprawdziłem to pukając kilku z nich palcem, tylko się wzdrygnęli i nic nie robili. Stali przy oknie i na coś czy kogoś czekali. Przyszła wreszcie ich królowa, razem z nią przyszedł inny obcy. On mnie wyczuwał, kierował się w moją stronę. Nie wiem po co popukałem w kilku miejscach ścianę i odbiegłem na drugi koniec sali. Tamten zatrzymywał się przy każdym miejscu prze ze mnie dotkniętym. Królowa obeszła szatnię i wyszła. Potem sen się zmienił albo się obudziłem.


27.01.2017

Wieczór, albo noc. Coś miałem robić, może czytać książkę, ale zgasło światło. Próbuję zapalić lampkę nad łóżkiem, ale nie chce się palić. Idę do dużego pokoju, też nie da się tam zapalić. Pomyślałem, że coś jest nie tak z prądem. W końcu zapaliły się lampki choinkowe zawieszone na przedpokoju, chociaż w rzeczywistości tam nie było nigdy lampek choinkowych. Zaczęły mrygać. Wróciłem się do pokoju i położyłem na brzuchu na łóżku. Na łóżku wyświetliło się okienko z czymś podobnym do ajsenowego czatu. Była mowa o jakiejś muzyce i programach do zainstalowania. Lampki ciągle mrygają…

We śnie poprzedniej nocy też nie zwróciłem uwagi, że to sen. Środek nocy, ciemno, a ja wyciągam jedzenie, chyba obiad i jadłem…


01.02.2017

Chodziłem z młodszą ode mnie dziewczyną po sklepie. Miało chyba być jakieś święto albo sylwester i mieliśmy kupić słodycze. Ja w końcu nic nie wziąłem. Ona wzięła ogromny przezroczysty wór z czekoladowymi kulkami, bardzo drogi. Kilka spróbowałem, były dobre. Poszliśmy każdy w swoją stronę. Później wróciłem się tam autobusem. Biegłem, chciałem znaleźć tą dziewczynę, bo chciałem jednak ten wór czekoladek sobie kupić, ale nie wiedziałem, gdzie to było. W oddali widziałem tunel przy lesie, przy którym wysiadłem. Szło za mną dwóch takich dziwnych, zapytałem się, gdzie jest ten sklep, bo pomyliłem przystanki i się zgubiłem. Jeden z nich nic nie powiedział tylko mnie zaatakował i wtedy się po chwili zmienił sen. Znalazłem się w domu i miałem ten wór, ale było już tylko trochę tych czekoladowych kulek i kilka grubych czekoladowych patyczków. Nie zjadłem nic, bo sen się znowu zmienił.

Przeglądałem stronę z czarnym tle, blog z wpisami w postaci okładek książek. Było osiem pełnych wpisów i dziewiąty tylko rozpoczęty, co wyglądało jak otwarta książka, miał być uzupełniony 9 lutego.

Byłem w jakimś zacisznym miejscu w głębi miasta, wokół pełno zieleni, jakby w ukryciu. Razem ze mną był mój niby wspólnik. Mieliśmy coś jakby mapę. On stał niżej na chodniku, a ja się wspiąłem na ścianę i stamtąd zrzuciłem tą mapę. Rozpłaszczyła się na zielono. Zabraliśmy ją, to był raczej rozłożony karton z rysunkami. Położyliśmy go na korytarzu. Ten wspólnik coś tam szybko pisał, powiedziałem, aby się pośpieszył, bo zaraz uczniowie wychodzą z klas i pewnie nagryzmolą na tej mapie-kartonie. Zgiąłem ten karton i poszliśmy do sali, gdzie robią prześwietlenia. Otworzyłem drzwi i się spytałem czy już można, mam mapę do prześwietlenia. Pani, która robiła prześwietlenia kazała chwilę zaczekać, ponieważ jeszcze nie przyszła. W tym momencie ktoś inny już ustawił się w kolejce. Chyba nie było robionego tego prześwietlenia mapy. Wyszliśmy na zewnątrz. Była już noc. Szedłem z dziewczyną i z kimś jeszcze. Przyśpieszyliśmy kroku. Ten kartonik z mapą zmienił się w urządzenie przypominające tablet, z wieloma przyciskami, przełącznikami i suwakami do głośności i jasności, jeden przełącznik miał z obu stron wartość 1. W trakcie jak szliśmy uliczką miałem wszystko odpowiednio poustawiać, chociaż za bardzo nie wiedziałem jak. Zauważyłem, że w tym kartoniku urządzeniu są dwie tabliczki czekolady. Coś tam niby poprzestawiałem i dziewczyna wcisnęła czerwony przycisk z lewej strony, który to miał uruchomić. Byliśmy podekscytowani, że teraz się wszystko zmieni. Jeszcze bardziej przyśpieszyliśmy. Spojrzeliśmy na niebo i rozejrzeliśmy się dookoła. Niestety nic się nie działo, paliły się tylko światła w mieszkaniach, jedno większe było dziwne, ale nie zainteresowało mni. Zaczęliśmy wracać. Urządzenie się w końcu rozsypało i został z niego tylko zeszyt. Pomyślałem, że to zeszyt ze snów. Dziewczyna na głos wykrzyknęła "zeszyt ze snów?". Okazało się, że to był zeszyt Monroa, tego od podróży astralnych, w którym opisywał swoje przeżycia. Pismo było wyraźne i bardzo łatwo i szybko czytałem. Większości z tego nie zapamiętałem, tylko dwa fragmenty. W jednym pisał mniej więcej, że spotkał się z transcendentalnymi astralnymi istotami. Dalej napisał, że ostatnio obciążył oczy o 41%, ale za to jakie wyniki! Nie wiem o co w tym chodziło. Dalej jeszcze było równanie matematyczne na pół strony, wyszło 2zł, a potem zmieniło się na 250 lub 520zł i sen się skończył.


07.02.2017

Jestem z grupą osób na korytarzu szkolnym. Niedaleko jest inna grupa, to są ufoludki. Nic nie robią, bo wiedzą, że są silniejsi od nas, wysyłają tylko drony wielkości owadów. Kilka razy mnie taki gonił, ale w końcu dał spokój. Wszyscy nagle, gdzieś uciekli, a ja się schowałem do wnęki korytarza. Był ze mną mały Trump, po chwili też poszedł. Wiązałem sznurowadła i patrzyłem jak głównym korytarzem przelatują wielkie ciężkie przedmioty. Gdy się to skończyło (huragan?) także opuściłem to miejsce.

W moim pokoju był telewizor (a nie ma) i coś oglądałem. Zaczął się film, miał być huragan i pokazano drewniany domek przy jeziorze, naokoło drzewka. Tam byli naukowcy. Przyszła mama i kazała mi ściszyć. No to najpierw skierowałem pilota na szafę, bo szafa też była głośna, i ściszyłem. Na telewizorze musiałem ustawić na maksimum, bo wcale nie było głosu i przeskakiwało na różne menu. W filmie teraz był widok z samochodu. Miasto terroryzowała ogromna żółta żyrafa, większa niż budynki. Chyba nawet przewróciła kilka budynków. Goniła samochód.

Idę na górę klatki schodowej. Biegnę do ostatnich drzwi. Rodzice za mną krzyczą, abym nie wchodził tam, ale i tak wchodzę. Zapada się jakby ciemność i przechodzę do przodu przez tą ciemność. Wyczuwam naokoło czyjąś obecność. W powietrzu wirują, latają dwie postacie (duchy?). Układam palce jakbym strzelał z pistoletu, ale nie daje to żadnego efektu. Robi się jaśniej i oni siadają na łóżku i się przytulają.

Uruchomił się program, pewnie wirus, i instalował jakieś programy. Dziwiłem się, bo ja nie mam Windowsa, a tu takie coś się samo włącza. Zaznaczam ikonki (takie stare windowsowskie programy, różnych wielkości, jedna była trójkątna) pojawiające się na pulpicie i przeciągam do kosza. Pojawia się tego coraz więcej, nie nadążam, a nie mogę wyłączyć tego programu. Przychodzi do mnie mama i mówi, że już koniec czasu. Idziemy chodnikiem bez kapci (raczej butów, pokój był na zewnątrz widocznie), idę drobnymi krokami, schodzimy niskimi schodkami. Mówię, że jeszcze kapcie idziemy na lewo. Jak dochodzę do kapci dzwoni budzik.


13.02.2017

Wracałem skądś idąc wzdłuż ogrodzenia z siatki, za którym bawiło się dwóch chłopaków. Przeszedłem przez bramkę. Miałem długą linę z latawcem, wypuściłem go wysoko, aż do chmur. Pomyślałem, aby wysłać impuls elektryczny poprzez tą linkę, wysiliłem się, ale pokazało się tylko kilka bardzo słabych piorunów, które uderzały w latawiec. Zostawiłem latawiec chyba tamtym dwóm, linka wisiała w powietrzu. Wszedłem do domu, był inny. Smarowałem kanapki miodem, trochę się wylało na blat i zjadałem od razu ten miód. Miałem trzy papierki do wyrzucenia. Tam, gdzie jest okno kuchenne były drzwi wychodzące na plażę. Ciepło, lato. Kierowałem się do małego przewróconego śmietniczka. Papierki kilka razy się w coś zmieniały, aż zmieniły się w trzy metalowe kapsle, więc pomyślałem, aby to wrzucić do odpowiedniego pojemnika, wtedy pojawiły się duże śmietniki. Szedłem po piasku, a tu nagle coś podleciało i usiadło na mnie, wlazło mi pod koszulkę. Podciągnąłem branie i jakoś udało mi się to przekręcić do przodu, zobaczyłem, że to pszczoła, zrzuciłem ją z siebie, nie goniła mnie. Śmieci chyba zostawiłem na piasku i wróciłem. W łazience myła się siostra. Patrząc przez okno zauważyłem, że z okna na przeciwko wygląda rudowłosa dziewczyna, mrugnąłem do niej, ale chyba nie widziała mnie. Na trawniku przed oknem kuchennym wyschła woda i wszystkie rybki leżały w trawie zdechłe. Za drzwiami stała starucha z małą dziewczynką, wpuściłem ją do środka, nie wiem po co, weszła nic nie mówiąc. Dziewczynka była od tułowia do głowy, okazała się rozwalonym robotem, a więc mnie oszukano. Potem siostra i tata byli u mnie w pokoju. Przeglądałem na smartfonie, którego nie posiadam, ocenzurowane strony. Siostra się kręciła na krześle. Wyjrzałem przez okno, coś mi nie pasowało. Rośliny, które zasadziłem zostały przesadzone w dwa rzędy, a jedna paprotka wyrzucona. Tata stwierdził, że to moja fantazja, zezłościłem się na niego. Pobiegłem, coś tam porozwalałem, z lodówki wyrzuciłem dwa jajka na podłogę. Biegłem dalej korytarzem, który nie był już w domu, jakiś inny budynek, uczelnia czy coś. Mijałem różne pomieszczenia, w których było dużo osób. Chciałem skręcić na lewo do wyjścia, ale zmieniłem zdanie i wszedłem do sali pełnej ludzi, podszedłem do ładnej dziewczyny i...i się wtedy obudziłem  Ta dziewczyna, jak się kończył sen, mówiła coś o mamie, chyba pytała się czy mama już dzwoniła, raczej od rzeczy.


27-02-2017

We śnie leżałem na łóżku odwróconym o 90 stopni. Wpatrywałem się w sufit, gdzie była przyklejona biała rzeźba z gipsu (niby tata ją tam wstawił, aby wpływała na moje sny). Rzeźba przedstawiała realnej wielkości drewnianą ławkę i cztery osoby na niej siedzące, kobieta i trzech mężczyzn. Kobieta siedziała po lewej stronie ławki i patrzyła się do przodu, dwóch mężczyzn siedziało po prawej, byli schyleni i opierali się o kolana. Trzeci mężczyzna siedział pośrodku i patrzył się do góry (czyli w moją stronę). Gdy tak się wpatrywałem, scenka nabierała rzeczywistości, nabierała coraz więcej barw, kawałek zielonego wskazywał na to, że za ławką była łąka. Wciągnęło mnie do snu z ławką. Kobieta z mężczyzną wstali i poszli ziemistą drogą. Kobieta trzymała go pod ramię. Doszli do schodów, którymi weszli na rozwalający się most, widać było pofalowaną, łuszczącą się drogę na moście. Po chwili on ją odepchnął, a ja poszedłem dalej (chyba przez ten czas moja świadomość siedziała w tej kobiecie). Padał deszcz. Znalazłem się w nieznanym mi budynku. Siedziałem i coś zawiązywałem. Zebrał się tłum. Po środku stała szkolna ławka, za nią usiadł pan związany chyba z orkiestrą, miał odświętne ubranie. Po chwili wstał i zaprosił wszystkich na koncert, mieliśmy zejść schodami do dużej sali. Potem (a może wcześniej, już nie wiem) mama mówiła mi, że ktoś dzwonił mi na komórkę, którą zostawiłem w domu. Pomyślałem, że mogła mnie mama powiadomić dzwoniąc do babci, z którą byłem przez cały czas na spacerze (ta babcia była zmarła i nigdy nie miała swojej komórki za życia). Potem jeszcze siedziałem na kanapie w dużym pokoju i trzymałem jakiś zmoczony papierek.


11-03-2017

Lecę wysoko w chmurach, wydaje mi się, że jestem przemokniętym papierkiem (papierowym samolocikiem?), mam lekki, niezupełnie świadomy lęk wysokości. Niedaleko mnie przelatuje prawdziwy, pasażerski samolot. Podlatuję bliżej, ponieważ widzę otwarte okienko. Ktoś mnie chwyta i wciąga do środka.

Trafiam do nieznanego mi pokoju na poddaszu. Jestem razem z jakąś dziewczyną, może z tego samolotu. Pan, który tam mieszka coś nam opowiada, m.in. o wąskim wysokim na dwa metry łóżku. Pokazał też, że dokupił tak samo wielką poduszkę i ustawił na podłodze obok łóżka. Pomyślałem, że rzeczywiście była potrzebna taka wielka, bo jakby się przez przypadek spadło to można by się połamać, a tak miękko na poduszkę... Poza tym, częściowo świadomy, rozejrzałem się po pokoju i stwierdziłem, że jest bardzo duży, na pewno nie śni mi się mój. Szedłem dalej, po lewej stronie znajdowały się schody prowadzące na dół, na których szczycie przysiadła moja kotka. Pomyślałem, że może później sprawdzę co tam jest, a teraz pójdę w prawo korytarzem. Na samym końcu korytarza była wnęka, stała tam stara brązowa szafa. Nagle przyszedł pomocnik tego pana mieszkającego w tym pokoju, był bardzo zdenerwowany, pewnie chciałem zobaczyć co jest w środku. Zabrał ze sobą szafę. Wcale nie chciałem otwierać tej szafy. Wiedziałem jednak, że kryje ona coś, czego oni nie chcą nikomu wyjawić, trup, albo coś związane z wampirami. Szedłem dalej, bo okazało się że jest tam przejście do innego korytarza, większego i szkolnego. Chodziło tam dużo uczniów. Po środku korytarza zaczęła się toczyć duża metalowa kula. Z dużą trudnością poruszałem ją za pomocą telekinezy. Trudność była związana z tym, że kula miała magnetyczny napęd, jej obie połowy kręciły się w odwrotną stronę wytwarzały pole elektromagnetyczne. Dalej chodziłem korytarzami nieznanej szkoły. Potem chciałem wrócić z dziewczyną do tych schodów prowadzących na dół, ale nie mogłem, korytarze się pomieszały i nie dało się tam trafić z powrotem.


18-03-2017

Biegłem środkiem ulicy, nie jechał ani jeden samochód. W odwrotną stronę biegł tłum ludzi, uciekali przed czymś. Powiał silny wiatr i zaczęło padać. Widziałem zbliżające się ciemne chmury, pewnie huragan. Nie zawróciłem, wiedziałem, że dalej był domek, w którym się schroniłem w jakimś poprzednim śnie. Nie wiem czy się obudziłem, czy przeniosło mnie do innego snu. Szedłem z blokiem, nagle zachciało mi się iść do lasu, a może coś mnie tam skierowało. Po lewej stronie boiska (tak na prawdę to tam jest niedorobiony parking, ale i owszem jest  jeden kosz do koszykówki) była brama, nad którą wisiał napis wybity na prostokątnej blaszce:
"Oto dziedzina Zielarza Styrylisa
- miejsce mocy"
Od napisu rozchodziły się wygrawerowane promienie słoneczne. Byłem pewien, że ta brama z napisem istnieje na prawdę (nawet po obudzeniu byłem przekonany, że rzeczywiście jest to prawda). Przeszedłem przez bramę i wszedłem ścieżką w las. Dotarłem do łąki. Zaczęła się ścieżka zbudowana z desek z poręczami, trochę podobna do mostu na płaskiej powierzchni. Ten "most" zakręcał często pod kątem 90 stopni. Myślałem, że lepiej jak bym w niektórych miejscach przeskoczył, ale tak nie zrobiłem, bo miałem zbyt mało energii i lepiej już było się przejść. W którymś momencie, deski zakręciły w lewo w głąb ciemnego lasu, już nie szło się po płaskim terenie, drewniana ścieżka obniżała się spiralnie. Chyba się obudziłem i od razu zasnąłem, powróciłem do tego samego miejsca. Szedłem w dół, po jakimś czasie zacząłem się kręcić w kółko. Okazało się, że jestem już na dole i to koniec ścieżki z drewna. Skręciłem w prawą stronę. Był tam sklep, zdziwiłem się, że w środku lasu sklep postawili. Wydaje mi się, że był jakby wyżej, a niedaleko mogły się ciągnąć tory. Byłem pewien, że to Sopot, a tak daleko na pewno nie zaszedłem. Szedłem po trawniku wzdłuż ulicy. Trawnik czy łąka była oddzielona ogrodzeniem z metalowej siatki. Na krawędzi lasu i ulicy leżał biały piasek. Dotarłem do nieznanego parku (w lesie?). Zrobiło się pochmurno, śnieg czy piasek leżał na ziemi. Szła kasjerka z Biedronki. Położyłem się na brzuchu i ślizgałem się lekko się unosząc.


20-03-2017

Unosiłem się w nieznanej, trudnej do zidentyfikowania przestrzeni. Leciałem przez jakiś czas i wylądowałem. Szedłem z grupą osób miedzy blokami, rozglądałem się naokoło. Nagle tamci wpadają do dziury, która otwiera się na ulicy, blisko chodnika. Prawie cali przysypani piachem, śmieją się i podskakują. Idę w inną stronę. Jestem w czyimś mieszkaniu, coś z kimś przeglądam na komputerze. Pokój jest jasny, ja i członkowie rodziny tam mieszkającej, wychodzimy z pokoju. Wszyscy się rozbiegają po pokojach, widzę małe dziewczynki. Niektóre pokoje są ciemne, a inne jasne, jakby w jednych pokojach była noc, a w pozostałych dzień. Są tam schody prowadzące do ciemnych piwnicznych pomieszczeń. Nie wchodzę tam, bo mam przeczucie, że zakończyłoby się to koszmarem lub bym się od razu obudził, poza tym wydawało mi się, że kiedyś to miejsce mi się to śniło. Wszedłem do małego ciemnego pokoju, stała tam mała dziewczynka. Podszedłem do niej, ale prawie od razu wyszedłem z pokoju, ponieważ ta dziewczynka była jakby kocia i czułem, że chce mnie podrapać.


21-03-2017

Trwała wędrówka kosmicznego ludu. Unosiliśmy się w przestrzeni kosmicznej. Poruszaliśmy się wzdłuż strumienia patykopodobnych złotych obiektów. Każdy łamał te patyki, brałem nawet po kilka i je łamałem. Po dłuższym czasie stwierdziłem, co poinformowałem innych, że nie powinniśmy łamać wszystkich, bo to zaburzy równowagę, ale mnie nie słuchali. W pewnym momencie znaleźliśmy się na planecie, wędrowaliśmy wzdłuż brzegu morza po kamiennych płytach. Wiele osób szło po wodzie lub też unosiło się nisko nad nią. Spostrzegłem, że w wodzie znajdowało się wiele czegoś podłużnego, wystającego także w wielu miejscach na brzegu. Były jakby z gąbki i szarych szmat. Nikt nie zwracał na to uwagi, pewnie były to jakieś morskie wodorosty lub po prostu śmieci. Nagle jedno z tych, teraz wiadomo, że stworzeń, wynurzyło się i schwyciło jedną z unoszących się osób w pysk. Znowu się zanurzyło i popłynęło dalej. Zewsząd zaczęły się podnosić te stwory. Wyglądały jak wielkie tasiemce albo robale, np. dżdżownice, nie miały oczu. Nikt tego nie zauważył, szli dalej jak szli. Wiedziałem, że trzeba uciekać. Mogłem tylko zawrócić. Szybko biegłem i przeskakiwałem z miejsca na miejsce. Wydaje mi się, że to był jeden wielki stwór z wieloma odnóżami, które jak chciały mogły się odczepić i zostać osobnym organizmem. Wiele razy już prawie schwyciłby mnie za nogę, ale w porę wyskakiwałem do góry i biegłem, nie mogłem się unosić w powietrzu, oddychałem bardzo szybko. Dotarłem do jakichś zabudowań. Skoczyłem w górę na jakiś skalny blok i na następny wyżej. W chwili, gdy skoczyłem ostatni raz, zauważyłem odrywające się od moich stóp mrówki. Jestem pewien, że do tej pory byłem małym ludzikiem, a teraz w chwili skoku urosłem do normalnych rozmiarów. Mętnie pamiętam jeszcze, że żył tam już jakiś inny lud, który coś dla mnie przygotował, miały być trzy próby czegoś i przejście, gdzieś dalej.

W drugim śnie znalazłem się na bogatej posiadłości. Przed wielkim domem znajdował się równie wielki basen. W wodzie dwie pary uprawiały seks. Wszedłem do wody, jednak szybko ich wyminąłem. Po chwili, gdy dopłynąłem na koniec basenu, zjawiła się trzecia kobieta, nie wchodziła do wody. O coś mnie oskarżała i poszła zawołać ochronę. Uciekłem stamtąd. Wiedziałem, że tamci ją jednak w czymś oszukali i to ją, gdzieś zamknęli. Chciałem ją znaleźć i uwolnić. Niedaleko basenu znalazłem wejście do mini budynku parterowego. Przeszedłem krótki korytarzyk i wszedłem do małej salki na końcu. Przed stolikiem siedział Bill Gates, miał czekoladowe ciasteczka i herbatę. Zapraszał mnie do siebie. Nie chciałem się przyłączać, ponieważ wiedziałem, że to on zamknął dziewczynę. Wychodząc spytałem się go jedynie czy te ciastka to ciastka z przeglądarki internetowej. On się tylko uśmiecha jak to on. Wokół korytarza było pełno drzwi, otwierałem każde po kolei, ale nie znalazłem jej. Były jeszcze inne, dobrze zabezpieczone, pancerne drzwi, nie dałem rady ich otworzyć. Chociaż nikogo tam nie było, to zapewne obserwowano tutaj poprzez liczne kamery. Nie chciałem budzić niczyich podejrzeń, więc jak najszybciej opuściłem to miejsce.


29-03-2017

Na półce, albo takiej półko kanapie, leżała moja kotka. Na drugiej, trochę wyżej, także leżała ta sama kotka. Coś mi się poplątało to z nazwą jakiejś gry, i że jedna kotka miała taką wersję, a ta druga nowszą wersję. Byłem trochę zdziwiony, a może nawet zaniepokojony, bo nie wiedziałem już, która to ta prawdziwa. Później jechałem autobusem i opowiadałem dwóm takim co siedzieli przede mną o tym śnie, o tej grze, kotce i jeszcze czymś więcej czego już teraz nie pamiętam, chyba coś z lasem. Dalej jak jechałem to widziałem, co zwróciłem im uwagę, dziwny trzyczęściowy autobus. Wjechał do uliczki, gdzie nie jeżdżą autobusy. Wił się i falował jak wielki robal, a na nim siedziała jak na koniu jakaś pani, którą w tym śnie znałem. Chwilę się zastanowiłem, ale wydało mi się wszytko normalne. W innej części snu wstałem z łóżka i wyszedłem przez okno na trawnik. Było ciemno. Myślą przeniosłem się poza żywopłot, gdzieś dalej. Znalazłem na ziemi dwa pojemniki z jakimś płynem w sprayu. Nie wiem w jakim celu przez cały czas na siebie tym psikałem. Zrobiło się jasno, wszystko wydawało się bardzo rzeczywiste i jednocześnie dziwne, wydawało mi się, że już śnił mi się podobny sen, wywołujący podobne emocje. Dużo osób się przechadzało przy ulicy. Ciągle byłem skupiony na tych dwóch pojemnikach. Przeniosło mnie wtedy na drugi koniec miasta do mieszkania cioci. Nikogo nie było, balkon był otwarty, wiał lekki wiatr. W końcu otworzyłem te dwa pojemniki. Wylałem całą zawartość na głowę. Czułem przyjemny, chłodny płyn ściekający po mnie.


08-04-2017

Byłem w nieznanym mi mieście. Zupełnie nie pamiętam co tam robiłem. Pamiętam jedynie jak znalazłem się w ukrytym miejscu tego miasta. Widziałem (później wyglądało to jakbym oglądał na telewizorze) jak idzie jaszczuropodobna postać wzdłuż ściany. Nie miała ogona, całe jej ciało pokrywały zielone łuski, miała kołnierz z łusek. Jaszczur stanął przed piramidą podobną do piramid Majów. Nagle w tą piramidę trafia pionowy słup energii. Lektor opisywał co się dzieje, pamiętam tylko, że to ma jakiś związek ze Słońcem. Potem byłem razem z siostrą przy przystanku, znajdującym się niedaleko tego miasta, ale już zwykłej jego części. Opowiadałem jej co widziałem i tłumaczyłem jej, że to się działo po "lewej" stronie rzeczywistości, czyli w innym wymiarze.


13-04-2017

Siedziałem z tatą i coś oglądaliśmy na telewizorze. Było otwierane czerwone wino lub coś podobnego. Nalałem sobie, jednak zamiast do kieliszka lub chociaż do szklanki to do pudełka po jogurcie. Piłem pomieszane razem z jogurtem. Jak wychodziłem z pokoju, zauważyłem różne słodycze poukładane na komodzie.

Udałem się do lasu. Gdy się tak zagłębiałem, zauważyłem coś dziwnego, to przemykał między drzewami drapieżny niebezpieczny dinozaur. Szybko wzbiłem się w powietrze. Niestety leciałem zbyt nisko i ogromny wąż owinął mi się wokół nóg i chyba mnie ugryzł. Obudziłem się.


17-04-2017

Wychodzę balkonem na dwór, wszędzie biało od śniegu. Skądś tam wiem, że ksiądz proboszcz robił coś tam (w sumie nie wiem co) i też mam to robić. Idę, więc pod balkon sąsiadów i szpadlem przekopuję niewielką ilość ziemi ze śniegiem. Idę z powrotem, zatrzymuję się przed żywopłotem i tak przez chwilę stoję. Przechodzę na trawnik i idę przed swoje okno, ale nie wiem po co, to się wracam na balkon. Mama pyta się co ja tak długo tam robiłem. Odpowiadam, że co najwyżej trzy minuty byłem na dworze. To musiało się zdarzyć, gdy zatrzymałem się przed żywopłotem, zasnąłem na stojąco, a gdy się obudziłem wydawało mi się, że to była krótka chwila.

Potem miałem coś takiego, że leżę w łóżku i napiera na mnie jakaś bezkształtna, ciężka do zidentyfikowania ciemna istota. Wyglądała jak czarna plama. Próbuję ją odepchnąć ręką, wcale się jej nie boję, wyobrażam sobie, że tworzę wokół siebie pole ochronne i każę jej odejść. Nagle czuje raczej irracjonalny niepokój, gdy zauważam, że moje ciało się tak na prawdę nie porusza, a ja poruszam fantomowymi, przezroczystymi rękoma. Wydaje mi się, że widzę jeszcze inne przezroczyste istoty (duchy?) i się wtedy budzę.



23-04-2017

Myślałem, że więcej mi się przypomni w ciągu dnia, lecz niestety nie. We śnie był późny, ciemny wieczór, a może i już noc. Na placu pomiędzy blokami byli jacyś ludzie. W którymś momencie, pojawiły się dziwne stwory. Miałem broń, krótki metalowy pręt, który wytwarzał silne wyładowania elektryczne (pewnie to się wzięło po obejrzeniu filmiku o dronie w klatce Faradaya), mogłem także wbić go w ziemię, i za pomocą myśli, kierować strumieniem elektryczności po ziemi, aż do celu. Kilka razy w kogoś trafiłem. Nagle cały plac i chodnik wzdłuż bloków wypełniły najprzeróżniejsze stwory. Skojarzyło mi się to wtedy z bitwą z "Władcy pierścieni", nie mogłem się przyjrzeć nikomu dokładniej, ale miałem pewność, że w większości to byli orkowie. Biegli jedni na drugich. Choć było tak gęsto, to nie zetknąłem, ani nie wpadłem na nikogo. Wszystko to było jak iluzja. Wyszedłem z gęstwiny i szedłem trawnikiem. Ukrył się tam mały, złośliwy stworek, gnom czy coś takiego. Chciałem strzelić w niego impulsem elektrycznym, niestety "różdżka" przestała działać. Wtedy mnie zauważył, ale mu uciekłem. Biegłem, już za dnia, przez całą dzielnicę. Po drugiej stronie ulicy, jacyś chłopacy komuś grozili, że wykurzą ich z tej okolicy i coś tam gadali o podpisach. Zatrzymałem się i usiadłem na ławce. Wciągnęła mnie senna reklama, tam stojąca. Przenikały się w niej dwa obrazy, jeden zaczynający się od lewego górnego rogu, to była kobieta siedząca przy pianinie i grająca, drugiego, tego zaczynającego się od prawego dolnego rogu, już za bardzo nie pamiętam, ale też kogoś tam przedstawiał. I tak siedziałem i się patrzyłem i patrzyłem. I ktoś mnie wtedy obudził...

*

Taegan Cardale

Odp: Po drugiej stronie lustra
« Odpowiedź #4 dnia: Styczeń 18, 2021, 18:20:29 »
01-05-2017

Razem z jakąś dziewczyną znaleźliśmy się w niewiadomym, mrocznym miejscu, nic nie było widać poza czarnymi podwójnymi drzwiami. Wcześniej widziałem stos czegoś co miało być strasznymi filmami, horrorami dostępnymi tylko od pewnego wieku. Dziewczyna woła do kogoś za drzwiami, że przyszliśmy w sprawie tych filmów, mam prowadzić dochodzenie. Ktoś stał przy drzwiach, ale tylko czekał i nie otwierał. Dziewczyna mówi, że to właśnie my nie mamy kluczy i prosi, aby nam otworzono. W końcu sam otwieram drzwi, pewnie od samego początku były otwarte. Po lewej stronie stoi małą dziewczynka (skojarzyło mi się z filmem "Ring"  ), kilka razy opiera się dłońmi o drzwi, witając nas w tym czasie i o czymś mówiąc. Kilkakrotnie się to powtarza, jakby  film się zapętlił w tym miejscu, chociaż to ponoć było celowe ze strony tej dziewczynki, aby nadać taki efekt. Wchodzimy, idziemy za nią ciemnymi, wąskimi, krętymi korytarzykami. Coś mi nie dawało spokoju, byłem pewien, że ta "dziewczynka" nas w coś wkręca. W ogóle dziwnie jakoś wyglądała raz jakby poruszała się normalnie, a raz jak gdyby była cieniem przemykającym po ścianach. Przeszła po strumieniu światła okręcającym się wokół śluzy do następnego, głębszego pomieszczenia. Poszliśmy za nią. Poprosiła nas, abyśmy zeszli jeszcze głębiej do mniejszego pomieszczenia, a ona poczeka na nas. Zeszliśmy, ale od razu wiedziałem, że to był błąd, że to pułapka. Widziałem na ścianie zanikający symbol dziurki od klucza. Okazało się, że to była starucha, czarownica, a nie mała dziewczynka. Zasypywała nas piaskiem i gruzem, został jedynie mały prostokątny otwór, w którym mieściła się ręka. Nie wiem co dokładnie zrobiłem, chyba odepchnąłem tą staruchę i jakoś się przemieściliśmy na zewnątrz. Znaleźliśmy się na trawie. Ta stara czarownica chciała nas zabić, chyba jakimiś czarami. Próbowałem w nią uderzyć energią, krzyczałem kamehameha, a nawet moc punktu przesunięcia, czy coś takiego . Chyba to nic nie dało, jednak przenieśliśmy się do zupełnie innego miejsca, na razie w miarę spokojnego. Całkiem się rozjaśniło.

Byliśmy w śpiworach, tak mi się przynajmniej wydawało. Ktoś się zaczął turlać w śpiworze i pociągnął mnie za sobą i też zacząłem się turlać. Nie mogłem się wydostać, albo raczej ten ktoś, bo ja byłem już na zewnątrz i obserwowałem. Grupa ludzi leżała w worach, związanych sznurem tak, aby się nie wydostali. Po obudzeniu miałem pewność, że wyglądali jak obcy z filmu "Alien", a nie ludzie.

Sen się zmienił, jakoś tak się złożyło, że siedziałem tej dziewczynie "na barana" i szła z budynku w stronę plaży. Doszliśmy do wody i szliśmy wzdłuż brzegu. Naraz pojawiła się ta "czarownica" i zaczęła nas gonić. Była szybsza od nas i nas dogoniła. Chyba ją odepchnąłem. Zeskoczyłem z dziewczyny i biegliśmy osobno po piasku, jednak wcale nie szybciej. Potem nie wiem co się działo, sen się pewnie zmienił.

Nie wiem kiedy dokładnie to się działo, może później. Byłem w pokoju czy jakiejś sali z kilkoma osobami. Oprócz nas był ktoś niemile się zachowujący (pewnie taka pozostałość po tej wiedźmie), który trzymał widełki stroikowe. Wziąłem je od niego i kilka razy uderzyłem o swoją głowę. Niestety nie wydały żadnego dźwięku. Obejrzałem je, były pogięte, pewnie dlatego nie działały poprawnie. Ten ktoś kazał mi w takim razie wypić olej kokosowy z tych widełek, miało to niby pomóc w ich działaniu…

W następnej części snu stoję przed domem, raczej zwyczajnie wyglądającym z zewnątrz. Z domu wyszła dziewczyna wyglądająca jak aktorka Emma Watson. Czekała na swojego chłopaka. Kiedy przyszedł powiedział, aby poszła z nim na górę, a ona da jej "doładowanie". Poszedłem razem z nimi. Przechodziliśmy przez jakiś długi korytarz, drzwi, potem wchodząc do windy powiedziałem jej, że to doładowanie nie będzie na pewno tym czego się spodziewa. Wyszliśmy z windy, minęliśmy jakąś salę, potem stołówkę (krzesła były poskładane na ławkach, nikogo tam już nie było). Spytałem się jej czy wiedziała, że w jej domu znajduje się stołówka, odpowiedziała, że nie. Potem szliśmy przez następny korytarz, wiadomo było, że to szkoła. Spytałem się jej znowu, czy wiedziała, że w jej domu zmieściła się szkoła, jak się niby tam mógł zmieścić cały budynek szkolny? Na to pytanie także nie potrafiła odpowiedzieć. Szliśmy dalej i się obudziłem.


06-05-2017

Jestem razem z kimś na balkonie. Jest ciemna noc. Szaleje wichura, silny huragan. Latają różne rzeczy, odrywane są fragmenty dachów. Widzę jak spada kilka termometrów. Wchodzę do domu, bo robi się niebezpiecznie. Wiem skądś, że ten wiatr nie jest naturalny, jest wywoływany przez złą, nieludzką postać, znajdującą się na dnie otchłani w oku cyklonu. Trzeba ją powstrzymać przed zniszczeniem świata. Jak zwykle w takim przypadku we śnie, chwalę się jakie to ja posiadam umiejętności i siłę. Włącza się wtedy senna wyobraźnia i spada świadomość, przez co nie widzę co tak na prawdę się tam dzieje. W wyobrażonej scenie posyłam falę energii na samo dno. Huragan ustaje, jednak ta istota tam nadal jest. Udaję się z kimś niby do siedziby tego stwora. Teren pilnują ubrani na czarno, zakapturzeni strażnicy. Niosą niezapalone świece, nie zauważają nas. Wchodzimy do budynku. Idę jasnym korytarzem i ciągle o coś zahaczam. Coś tam spada na jednym stoisku, na drugim wpadam na wywieszone mokre ręczniki, które spadają na podłogę. Kobieta tam pracująca wiesza je z powrotem i zakłopotana podaje mi papiery do wypełnienia. Jest to pismo związane z wypadkami, chociaż to ja poprzewracałem różne rzeczy, to i tak dostanę za to pieniądze, ponieważ byłem ponoć narażony z ich strony na wypadek. Później sen wraca do mojego pokoju. Wszystko w ruinie, stoi tylko ściana z oknami. Byli tu jacyś naukowcy i wsadzili do ziemi pod drugim oknem duży kryształowy kamień, miało to działać jako zatyczka, korek energetyczny niepozwalający znowu się wydostać potworowi na wolność. Pytam się kogoś obok mnie, co z tymi diamentami tam się znajdującymi, można by je sprzedać...





11-07-2017

Podróżowałem razem z trzema żołnierzami, chyba też byłem żołnierzem. Każdy miał mała drewnianą łódkę. Płynęliśmy po rzece. Pogoda była pochmurna. Dalej szliśmy wśród leśnych zarośli piaskową drogą. Dotarliśmy do osiedla. Wszędzie coś wybuchało. Pobiegliśmy na lewo. Działo się tam coś złego, więc jednak zawróciliśmy i pobiegliśmy w odwrotną stronę. Zaczął zawalać się budynek. Przejście pod mostem zasypywało gruzem i ziemią. Oni trzej zdążyli się przedrzeć. Zatrzymałem się przed drzwiami bloku obok, jakby się rozjaśniło. Jakieś dziecko przyszło i coś mi dało. Zastanawiałem się nad tym, że mógłbym wejść do czyjegoś mieszkania i wyjść oknem z drugiej strony skoro przejście pod mostem zostało zasypane. Po jakimś czasie, prawdopodobnie zwiększyła się nieco moja świadomość, bo pomyślałem, że przecież mogę te wszystkie bloki obejść naokoło, a nie przechodzić koniecznie w tym miejscu i się zacząłem budzić.


13-07-2017

Na trawniku zamiast trawy rozsypane gęsto małe różnokolorowe kamyczki, nad którymi kucam i się im przyglądam. Kilka większych ładnych, w tym jeden niebieski, kładę na bok, a resztę mam grabić czy coś. Przychodzi sąsiad z góry i proponuje mi, abym pozbierał więcej kamyków, bo jak nie to będę później przekopywał ziemię w celu poszukiwania jakich kamieni. Jednak więcej nie zbieram, bo mi wcale do niczego nie są potrzebne.

W piwnicy jest mały stolik, a na nim ciasto na talerzyku, filiżanki z herbatą, i szklanka z wodą. Wypijam wodę, reszta nie jest moja i zabiera ją jakaś pani tam mieszkająca.


08-08-2017

Jestem w Nowym Jorku, chociaż tak wcale nie wygląda, nie jest to bynajmniej znane mi miejsce. Idę zatłoczonym placem. Wchodzę do nowo odbudowanej wieży World Trade Center. Na parterze jest apteka. Myślę sobie, że wypadało by coś kupić (ciekawe po co?). Aptekarka pyta się mnie najpierw po polsku i po angielsku, co podać. Jestem pewien, że to Polka. Odpowiadam, że chcę aspirynę. Tak na prawdę to nie wiem po co mi aspiryna, zazwyczaj nie biorę tego. W portfelu okazuje się, że mam złotówki zamiast dolarów, a dokładniej 100zł i drobne. Coś tam mówię nieskładnie po angielsku, że jednak potem przyjdę. Wpadam w panikę, bo nie wiem gdzie zamienić na dolary, po za tym, nie mam wystarczających pieniędzy na bilet powrotny samolotem i dziwię się, że od razu nie zakupiłem. Szybko wracam tym placem, nie wiem dokąd iść. Przechodzę białym chodnikiem kierującym się na prawo od placu. Coś mi się tu zaczyna nie zgadzać, bo skąd ja się tam w ogóle wziąłem w tym Nowym Jorku? Zatrzymuję się, robię TRa zaciskając nos, mogę oddychać. Co za ulga, to sen. Zadowolony, idę tam z powrotem. Tylko tym razem są tam dwa silnie umięśnione wielkoludy terroryzujące ludzi. W im znanym celu chcą się dostać do budynku. Wiem, że nic mi nie mogą zrobić. Podchodzę do nich i okładam z pięści. Nie robi to na nich żadnego wrażenia, stoją zastygnięci. Po chwili jeden się przewraca chrząkając. Zostawiam ich i wbiegam do wieży i do apteki. Zamykam drewniane drzwi (chyba koloru ciemnozielonego). Niestety z nimi był ich posłuszny sługa, raczej słaby, chudy i wysoki, mało mięśni, czyli zupełne ich przeciwieństwo. Jednak pragnie się im przypodobać. Włamuje się przez te drzwi. Przytrzaskuję go i wyrzucam na zewnątrz. Dalej nie pamiętam snu...





14-08-2017

Karuzela lub mały pojazd latający. Lecę gdzieś? Odbieram paczkę. Otwierając pojawiam się przed dużym białym domem, znajdującym się w otoczeniu zieleni. Paczka jest od cioci, myślałem, że dla siostry, ale jednak dla mnie. W środku po prawej stronie coś jakby wizytówka wykonana niby przeze mnie, którą ponoć dałem ponad 10 lat temu cioci. Siostra się dziwi, że co to, aż 10 lat temu? Na tej wizytówce ktoś, chyba ciotka, napisała "Michał", ale skreśliła, bo to przecież nie moje imię. Oprócz tego dorysowany był ludzik z kresek, pewnie przedstawiający tego Michała. W paczce znajdował się bardzo gruby plik papierów w formacie A4, na których znajdowały się różnego rodzaju wzory matematyczne i zadania do wykonania. Chyba się ucieszyłem. Był tam jeszcze drugi, grubszy dwa albo trzy krotnie plik, ale niestety nie zdążyłem sprawdzić co tam było. Potem wreszcie weszliśmy do tego domu, prawdopodobnie był to dom cioci. Był kilkukrotnie większy niż w rzeczywistości. Ja i jakieś dzieciaki zaczęliśmy się bawić. Zabawa polegała chyba na eksplorowaniu tego ogromnego domu. Właśnie wchodziliśmy schodami na samą górę. Interesowały mnie ostatnie ciemne drzwi. Chciałem sprawdzić co się za nimi kryje. Niestety pilnował ich wielki czarny wilczur. Jedno z tych "dzieci" wbiło mu w brzuch ostro zakończony patyk i wszyscy zbiegliśmy śmiejąc się. W połowie schodów odkryłem inne ciekawe drzwi. Wiedziałem, że to jest jakiś ukryty pokój wujka, o którym tylko on wie, że się tam znajduje. Wchodzimy tam. Pokój jest bardzo duży. Kilka razy skręcamy przechodząc do następnych części tego ciągnącego się pomieszczenia. Okazuje się, że jest to jakby wielka biblioteka. Mnóstwo półek, a na nich zamiast książek... alkohol. Różnego rodzaju wódki, wina, szampany, jest też piwo w puszkach (zauważam jedną koloru niebieskiego). Tego jest tak wiele i tak wiele rodzajów, że musiało być sprowadzane z różnych krajów. Jestem pewien, że jak nikt nie widzi, wujek się tam wkrada i zabiera ze sobą jedną buteleczkę i nikt jeszcze nie odnalazł jego sekretnej alkoholowej biblioteki. Dochodzimy do ostatnich drzwi, jest to przejście do jego właściwego pokoju. Usłyszał nas. Uciekamy. Zgaszam kilka świateł, resztę zostawiam zapaloną i wychodzimy stamtąd. Przed drzwiami siedzi ten pies (trochę teraz podobny do krowy), nadal z tym patykiem w brzuchu. Wyciągam patyk i opuszczam to miejsce. Później mam jeszcze jedną senną wizję z tymi alkoholami. Wydaję mi się teraz, że to było na korytarzu, gdzieś na zewnątrz. Wizja jednak szybko się rozwiewa.


02-10-2017

Sen zaczyna się w nieznanej łazience. Przeglądam się w lustrze stojącym po lewej stronie przy zlewie. Mam przeczucie, że moje odbicie w jakiś sposób się zmieni. I tak się dzieje, tyle, że przed lustrem stoi dziewczyna, a ja w oddali jako obserwator widzę jej zakrwawione odbicie. Krzyknęła przestraszona. Odbicie po chwili wróciło do normy. Chciała umyć ręce. Odkręciła wodę, poleciała czerwona. Nie mogła zakręcić przez co krew strumieniem popłynęła za drzwi tworząc na zewnątrz kałużę. Przyszła sprzątaczka. Powiedziała, że tak się dzieje z wodą, ponieważ coś jest nie tak ze stężeniem krwi i poszła poprawiać wężyk przy umywalce. Dziewczyna uwierzyła, że krew w rurach to normalne. Ja natomiast przeczuwałem, że tam panują wampiry. Wyszła, a ja za nią. Szliśmy ciemnym korytarzem. Zaczął nas zaczepiać jakiś wielkolud mający skórę o zabarwieniu oliwkowym. Zaczął się do mnie przymilać. Udało mi się go wyminąć. Przyszli następni, podobni. Pomyślałem, że nie dość, że wampiry to jeszcze geje... Zatrzymali nas tam. Udało mi się jednak odejść i się oparłem o ścianę zamiast wyjść z tunelu. Czekałem na tą dziewczynę. Wydaje mi się, że chyba już zniknęła, ja już byłem sobą. Teraz ci geje wampiry zaczęli jakieś swoje ćwiczenia albo tańce. Jeden z nich był stary i miał grubą szarą skórę jak u słonia.





16-11-2017

Znajduję się w sklepie spożywczym. Za czymś się ukryłem i przykucnąłem. Przyszły dzieci. Za pomocą telekinezy zacząłem lewitować wielkie ciastka w kształcie czerwonych kwiatków albo jakichś zwierzątek znajdujących się na drewnianych półeczkach za szybą. Wręczyłem po jednym takim trzem dzieciom, dzięki czemu miały darmowe ciastka. Wyszedłem z ukrycia i poszedłem na prawą stronę przy drewnianej ladzie. Jedna dziewczyna domyśliła się, że to ja przenosiłem te ciastka i też chciała takie dostać. Twierdziła, że tam w głębi za ladą na stoliku leży ciastko. Stolik był w cieniu, na nim stały różne blaszane garnki. Nigdzie nie widziałem żadnego ciastka. W międzyczasie przechodził sklepowy i jego pomocnica. Jeszcze głębiej zauważyłem takie miejsca jakby piwniczne. Przed drzwiami były postawiane jeden na drugim różnokolorowe szklane wazoniki. Właśnie z tamtego pomieszczenia wychodziła jakaś pani i chciałem jej zrobić żarcik i (oczywiście za pomocą telekinezy) strącić jeden fioletowy wazonik. Niestety runęła cała ścianka wazoników. Tamta pani myślała, że to ona drzwiami przewróciła wszystkie, a ja się powoli wymknąłem ze sklepiku.

Coś tam było jeszcze o tym jak na dużej sali sportowej odbywały się zawody. Ktoś zły (jakaś królowa?) chciał zrobić krzywdę dziewczynce, pewnie tej ze sklepu i ja miałem ją ratować. I możliwe, że nie wyszedłem z tego sklepu tylko przeszedłem właśnie tymi piwnicznymi korytarzami do innego większego budynku.
***

Idę słabo oświetlonym tunelem, pewnie takim pod ulicą. Przystaję na końcu, nie ma tam wyjścia. Opieram się przy ścianie na coś czekając. Ktoś pali papierosa. Przychodzą dzieci, zapewne cała klasa. Jakiś blondyn, którego identyfikuję jako Lajkonika pali swojego e-papierosa, coś tam mówi o liquidach. Inny starszy czarnowłosy chłopak (Slavia?) daje wszystkim dzieciom, a także mnie po dwie słomki. Myślę, że to pewnie oranżada czy coś i wciągam ustami. Tamten co rozdawał te rurki z białym proszkiem pyta się kogoś stojącego bok mnie czy posłodzone jest lepsze i się śmieje. Domyślam się, że to nie żadna oranżada tylko pewnie kokaina. Robi mi się sucho w ustach. Nie wiadomo skąd przychodzi tata i siostra. Tata jest na coś zdenerwowany, pewnie coś podejrzewa. Idę za nimi do wyjścia.


01-12-2017

Dawny kolega przyszedł do mnie na urodziny (chociaż wcale nie miałem wtedy). O czymś tam rozmawialiśmy na kanapie i zajadaliśmy się różnymi słodyczami, kulkami czekoladowymi. Nie wiadomo skąd mieliśmy skrzynkę ze sztabkami złota. Powiedziałem, że jakbyśmy mieli takie sztabki złota (no, ale przecież mieliśmy, więc nie wiem o co chodziło) to byśmy mogli za nie dostać dużo pieniędzy, śmialiśmy się. W którymś momencie, tak się jakoś zapytałem, że może to sen przecież są te sztabki złota, ale chyba nie wziąłem tego na poważnie. Potem on poszedł, niby miałem z nim też gdzieś się przejść, ale chyba zapomniałem. Zostawił mi w prezencie butelkę wódki, schowałem do biurka. Posprzątałem papierki po cukierkach.


22-12-2017

Już w trakcie snu. Lecę z kimś nad miastem. Lądujemy u wejścia dziwnego budynku. Wchodzimy. Idziemy dalej tunelem, jest po lewej stronie w części oszklony. Wydaje się jakbyśmy znaleźli się w ogromnym komputerze. Ludzie przenoszą wielkie podzespoły. Tunel skręca w prawo. Jest ciemniej, ludzie są ubrani w ochronne kombinezony z maskami. Wyczuwam atmosferę niebezpieczeństwa. Może tam jest jakiś trujący gaz? Wracamy. Wychodzimy z tunelu do recepcji. Na stole znajduje się pełno różnokolorowych kulek. Umieszczone są pojedynczo w pojemnikach i zanurzone w gęstym płynie. Każda jest miniaturową planetą. Ten ktoś kto przyleciał ze mną próbuje jedną wyciągnąć. Gestami komunikuję mu, aby tego nie robił, bo włączy się alarm i będzie na nas, albo chociaż na niego. Chyba wyjmuje i szybko wkłada z powrotem. Przychodzi recepcjonista czy ktoś pilnujący tego miejsca. Opowiada o tych planetach. Ludzie, aby się dostać na nie, łączą się umysłami z tymi planetami. Dowiedziałem się, że ta wyjęta przed chwilą to była planeta głównie turystyczna, pełna plaż.

Następnym razem oglądam jakieś zdjęcia. Już wiem, że to nich śnił mi się ten tunel, ponieważ bardzo go przypominają. Po obudzeniu się dochodzi do mnie, że przecież to też mi się śniło.

Z innych snów to pomieszały mi się skarpetki i szukałem odpowiedniej do pary.

Idę ciemnym tunelem. Ktoś straszny mnie goni. Wpadam na nieznajomą dziewczynę. Wyczuwam jej długie włosy. Przytulamy się do siebie i w słabej sennej grawitacji powoli opadamy na łóżko...

Jasny letni dzień. Wychodzę przez balkon na trawnik i skaczę kilka metrów ponad żywopłotem. W trakcie skoku czuję napięcie w mięśniach pleców, przechylam się lekko do tyłu, bezpiecznie ląduję na piasku. Jest tam stary plac zabaw (w rzeczywistości już tylko sama trawa). Zauważam trzy duże kamienie. Postanawiam je później wziąć. Wracam do domu.


28-12-2017

Szedłem chodnikiem, brzydka szara pogoda. Chyba tata mnie, gdzieś prowadził. Doszedłem do jakiegoś budynku we śnie mi znanego, rehabilitacja czy coś podobnego. Wyszła pani, spytała się czy to pierwszy raz. Odpowiedziałem, że drugi i podałem papiery. Wszedłem do wielkiej sali, możliwe, że to była stołówka. Dużo ławek z komputerami, przy niektórych ktoś siedział. Tamta pani podtrzymywała mnie z tyłu. Miałem iść w celu jakichś ćwiczeń. Doszliśmy do komputera z wielkim monitorem. Powiedziała, abym do niego usiadł, ale od razu zmieniła zdanie i miałem iść dalej. Szedłem przy tych ławkach, potem przy końcówce pomiędzy ławkami. Tak podtrzymywany przeszedłem na około tych wszystkich ławek. Znalazłem się przy wyjściu. Na tym wielkim ekranie pojawił się jakiś kwadratowy czerwony symbol. Byłem pewny, że chodziło o to, aby skupiać na nim wzrok. Po chwili zaczęła się reklama. Pokazywana była jakaś młoda pani, a wokół niej krążył dym w różnych odcieniach brązu. To liquidy do epapierosów były reklamowane. Każdy siedzący przy swoim komputerze oglądał właśnie to nagranie ciągle powtarzane. Pomyślałem, że to pewnie jakiegoś rodzaju hipnoza, a ja na szczęście nie wciągnąłem się w to.


04-01-2018

Szedłem sobie w nieznanym budynku i doszedłem do mieszkania sąsiadki obok, chociaż tam nigdy nie wchodziłem. Sąsiadka powiedziała, że czymś tam miałem się zająć i chyba wróci później. Był tam włączony telewizor na jakiejś telenoweli. Włączyła się reklama. Reklamy były dziwnie nagrane, były dopasowane do seriali, w ten sposób, że jak zaczynała się nagle reklama to tak jakby była to kontynuacja tego serialu. Było to celowe, aby nikt nie zauważył, że serial jest tak na prawdę przerywany i aby obejrzano wszystkie reklamy. Potem o tym wszystkim powiedziałem cioci.




12-01-2018

Na i-senie mieliśmy dawać sobie prezenty. Przyszła wampia i przyniosła własnoręcznie wykonaną broszurkę, miała około stu stron, okładka w oliwkowo złotym odcieniu, na okładce lub jej wewnętrznej stronie, zdjęcie wampii, słoneczna sceneria. Powiedziała, że na 50-którejś stronie zrobiła listę prezentów, aby nikt nie kupował takich samych. Otworzyłem tą książeczkę. Kilka pierwszych stron było ręcznie zapisanych niebieskim długopisem na kartkach w kratkę. Część przeczytałem, niestety nic nie zapamiętałem. Dalej tekst był wydrukowany i mnóstwo zdjęć wampii. W przed ostatniej był kawałek pustej kartki włożonej do kieszonki, a na ostatniej jeszcze jedna kartka zapisana odręcznie. Przeglądałem te zdjęcia. Na początku było kilka dużych na całe strony. Raz pokazała się inna dziewczyna. Dalej wampia w wannie schowana za pianą, uśmiecha się. Dużo jej zdjęć także w wannie z kimś innym. Mógł być to Lajkonik, ale chyba nie, bo wyglądał zbyt kobieco. Patrzyli się z tych zdjęć jakby mnie widzieli.


14-01-2018

Miałem, gdzieś lecieć samolotem. Na początku były problemy ze znalezieniem dla mnie miejsca, wszyscy siadali, gdzie chcieli. Przy moim miejscu siedziało dwóch wielkich kryminalistów. Swoje siedzenia ustawili zbyt blisko tych za nimi i nie dało się tam wejść. Jednak, gdy tam przyszedłem przestawili swoje krzesła i sobie poszli. Usiadłem i zapiąłem pasy. Trochę się rozejrzałem. Samolot był wielkim szarym pomieszczeniem, okna były umieszczone wysoko, tak że nie było widać co jest za nimi. Na środku przed nami był ekran pokazujący ogień i wybuch. Wtedy, gdy samolot zaczął się wznosić ten ekran schodził w dół. Spodziewałem się przeciążenia, ale nic nie poczułem.

Wracałem do domu (przed tym było więcej akcji, ale zapomniałem). Ulica przed wejściem była zablokowana, strażacy odgrodzili kilka metrów zasłaniając wszystko szarą folią. Wchodząc pod tą folię zauważyłem jak dwoje małych dzieci zostało wyniesionych i położonych na trawie przy krawężniku, twarze ich były owinięte folią, były martwe. Spytałem się jednego strażaka czy był pożar. Potwierdził i dodał, że najpierw musieli zburzyć mieszkanie sąsiadów. Nie wiedziałem o co chodzi. Wyszedłem spod folii. Próbowałem się przedrzeć z drugiej strony. Tam też przejście było pilnowane. Inni też chcieli przejść. Nie udało mi się i nie dotarłem do drzwi. Wtedy się obudziłem.


10-02-2018

Spotkałem stojącą przed domem ładną dziewczynę (albo chciałem tak ją widzieć, bo wszystko było zamazane). Przytuliłem ją i znalazłem się w łóżku. Ona leży obok mnie. Jest bez twarzy! Przestraszyłem się i obudziłem się.

Szedłem obok wzdłuż ulicy. Nagle po drugiej stronie, zaczęły biec jakieś trzy dzikie zwierzaki. Dwa mniejsze, możliwe, że koty i trzeci większy to był łoś. Łoś przeszedł na moją stronę ulicy, złapał w zęby jakieś nieżywe zwierzę i pobiegł dalej. Uciekałem, bo myślałem, że mnie zaatakują. One chyba raczej nawet mnie nie zauważyły, uciekały przed czymś większym, groźniejszym.

Zacząłem się unosić w pozycji leżącej. Chociaż nie byłem pewny czy się unoszę do nieba czy powoli opadam w stronę wody. Nagle z nieba (lub z wody) zaczęły spadać żółte świetliste krople energii. Unosząc się tak chciałem jak najwięcej ich nałapać.




18-02-2018

Trwa ponowna misja na Księżyc. Astronauci lecą właśnie swoim statkiem kosmicznym. Jest to misja ratunkowa dla Rosjan (albo to ci astronauci lecą tam zamieszkać). Księżyc już dawno został skolonizowany przez Rosjan. Zbudowali swoją Moskwę 2.0. Od wielu lat nie było od nich kontaktu. Teraz właśnie przyleciał jakiś obiekt z kosmosu i wszedł w elektryczną interakcję z Księżycem, przez to ten zaczął się bardzo szybko obracać wokół własnej osi. Jako, że były tam pobudowane niskie budynki, zostały w nienaruszonym stanie (wysokie drapacze chmur mogłyby się poprzewracać). Jedynie w centrum Moskwy, pobudowane były wysokie kolorowe budynki Cerkwi. Nic im się nie stało, ponieważ akurat tam przechodziła ta oś obrotu, takie "oko cyklonu", dzięki czemu uzyskana została stabilność terenu. Na około było widać rozmazujący się obraz obracających się budynków. Po wylądowaniu, przybysze zobaczyli, że jest tam normalna atmosfera i dużo zieleni.


23-02-2018

Dwóch agentów CIA stało na balkonie i sprawdzało śnieg na płocie. Jeden z nich dotknął śnieg gołą ręką i coś go ugryzło albo raczej poraziło prądem. Wiedzieli już, że w śniegu żyją mikroorganizmy, jakieś robale (pewnie zmutowane) z kosmosu. Chcieli to oczywiście ukryć przed wszystkimi ludźmi. Obserwowałem ich i wszystkiego się domyśliłem. Jako, że ich zauważyłem zabrali mnie ze sobą. Udaliśmy się jak najszybciej do ich tajnej siedziby. Po schodach weszliśmy na górę. Weszli oni i zamknęli drzwi, miałem chyba czekać. Jakaś pani pilnująca wejścia otworzyła i zamknęła drzwi dając mi znać, że nie powinienem tam jednak wchodzić. Użyłem telekinezy i udało mi się otworzyć zamek drzwi. Była tam sala jak w szkole i uczniowie, którzy mieli zostać tajnymi agentami uczyli się z książek. Też dostałem grubą książkę. Najpierw przekartkowałem ją zauważając, że zawiera dużo kolorowych zdjęć i stwierdziłem, że zacznę ją oczywiście czytać. Książka zawierała mnóstwo zakazanych informacji, wiedzy ukrywanej przed ludzkością, przez co nie można było jej wynosić na zewnątrz. Wyszedłem na chwilę. W holu siedzieli na kanapach jacyś ludzie. Był tam mój dawny kolega. Chciałem komuś przekazać wiedzę na temat tego, że w śniegu znajdują się te robale czy wirusy, aby ktoś to wiedział, więc mu to powiedziałem. On się położył na kanapie i płakał, nie wiedziałem z jakiego dokładnie powodu. Wróciłem na górę do sali. Powiedzieli nam, że mamy na coś tam tydzień.


06-03-2018

Była bieganina, ucieczka w nocy. Z kimś tam się spotykali w różnych miejscach, coś wymieniali. Krążenie wokół, szukanie innych. Nie wiem jak to opisać, działo się dużo i mało z tego zapamiętałem.

Jakiś starszy zarośnięty facet przed kimś uciekał. Ktoś go obserwuje. On stoi na podwyższeniu na łodzi. Ma przed sobą ekran, pociąga za rączkę i losuje mu się miejsce dokąd ma uciec, chyba gdzieś za granicą. Tłumaczy sobie, że tam na pewno jest jego znajomy wujek, on go przyjmie z przyjemnością. Pokazują się jakby jego myśli. Ten niby jego wujek, bardzo gruby, siedzi na wózku inwalidzkim. Tamten do niego podchodzi i wchodzi do otwartego brzucha wujka. Brzuch się zamyka, przykrywa kocykiem, a inwalida uśmiecha się do kamery.

Ktoś był wolny w jasności. Znalazł setki ludzi uwięzionych w ciemności w podziemiach. Leżeli ciasno obok siebie, nie mogli się ruszyć. W ciemności pojawiło się coś podobnego do wyładowań elektrycznych. Mógł być to zegar z odliczaniem do czegoś, a może kosmiczna mapa przedstawiająca gwiazdy. Tamten powiedział nam uwięzionym (raczej telepatycznie), że na chwilę jak to się stanie (wybuch?), on to odłączy i będzie w stanie to cofnąć.

Mam uczucie wznoszenia się. Widzę drzewa w dole. Mówię siostrze, że oglądam Harrego Pottera i jest ta scena z lotem i pewnie po tym będzie mi się śniło, że lecę. Mam wrażenie, że to blisko plaży. Obserwuję dziwne zdarzenie z wysoka. Z innego wymiaru wyłania się całe miasto, jakoś się usadawia pomiędzy drzewami i szarymi budynkami. Jest żarówiasto różnokolorowe. Mruga, przez co sprawia wrażenie hologramu, jeszcze się nie ustabilizowało. Teraz znajduję się w środku. Są tam małe pomieszczenia z małymi ludkami ubranymi w tak samo różnokolorowe ubrania jak całe to miasto. Jednak grupa w pośpiechu opuszcza pomieszczenie. Zostaje inna i rozsiada się. Mówię siostrze, że jak tamci uciekli to pozostali ci, no, Muzułmanie, muslimy. Ona się dziwnie na mnie patrzy i odpowiada, że to raczej niemożliwe.

W tym miejscu co te ludziki były jest teraz szkoła. Kucam, bo leżą tam jakieś drobne przedmioty, breloczki, np. półcentymetrowe nożyczki. Podchodzi do mnie dziewczyna z plecakiem i albo ona coś mi daje, albo ja jej jedną z tych drobnych rzeczy. Odchodzi pod klasę. Ktoś siedzący na schodach polecił mi, abym uruchomił ten nowy komputer. Ten komputer też jest na tych schodach. Ma jakąś rączkę, na końcu której jest włącznik. Wtedy nie zastanawiałem się nad dziwnym miejscem tego przycisku. Wciskam go i wtedy się budzę.

Przed kimś się jakbym ukrywał w niewielkim pomieszczeniu, będącym prawdopodobnie łazienką. Zamiast typowego wyposażenia jak lustro, zlew, krany, były na całej ścianie zwoje grubego srebrzystego drutu. Pomiędzy tymi drutami dopatrzyłem się słów. Przeczytałem "czas". Coś mi podpowiadało, że jest to związane z podróżą w czasie. Trzeba było to jeszcze włączyć. Bałem się jednak porażenia prądem lub zbyt silnego pola elektromagnetycznego i wyszedłem.

Czytałem jakąś książkę z krótkimi tekstami różnych autorów. Jeden z nich zatytułowany był "Dziedziczka". Autorka przepraszała i chciała zwrócić uwagę na to, że "Dziedziczka" nie jest kolejną częścią "Dziedziczki Hrabiego" tylko osobną powieścią. Nie wiem po co poszedłem do siostry i dałem jej ten kawałek do przeczytania, że niby ona to miała czytać i aby czytała odpowiednie książki w odpowiedniej kolejności. Popatrzyła, ale nie chciało się jej tego czytać.


09-03-2018

Ze statku kosmicznego obserwowałem Księżyc. Zmienił się nie do poznania. Stał się ciemnym półpłynnym jądrem, a wokół niego był stały szary pierścień, podobny do tego wokół Saturna, osadzony na sztywno. Ludzie tam żyjący wyginęli. Została pokazana szczelina głęboka na kilka kilometrów. Została prawie całkowicie zapełniona martwymi ciałami. Na powierzchni można znowu było przebywać jedynie posiadając specjalny skafander. Zastanawiałem się czy to może obcy zamienili Księżyc w wielki statek kosmiczny. I wtedy właśnie dostałem ostrzeżenie, że obcy wtargnęli na nasz statek kosmiczny. Uciekłem do pokoju, gdzie przebywał mały chłopczyk. Zamknąłem metalowo szklane drzwi, ale wiedziałem, że długo nie wytrzymają. Chłopczyk leżący na łóżku, schował się pod kołdrą i wiadomo było, że go nie zauważą i nie schwytają. Postanowiłem zrobić to samo. Niestety nie zdążyłem schować ręki (co pewnie i tak nie miało znaczenia) i obcy mnie wyciągnął. Chciał mnie oczywiście pożreć. Wyrwałem mu się i przebiegłem kilka metrów za drzwi w ciemny korytarz. To dało mi czas na uwolnienie się z ciała poprzez jego rozsypanie w pył. I się wtedy obudziłem.


12-03-2018

Śnił mi się ajsenowy czat. Mieczysław napisał jak zwykle jakieś głupoty wraz z nieznanym (prawdopodobnie nowym) użytkownikiem, który dał link do czegoś na youtubie. Jako, że było rano i jeszcze leżałem w łóżku, pomyślałem, aby zrobić coś do jedzenia. Miałem zrobić przedśniadaniowe kanapki do łóżka. Się zastanawiałem czy dwie czy trzy i czy w ogóle robić, przecież zaraz będzie śniadanie. Poszedłem do kuchni. Przyszło senne myślenie i zacząłem smarować masłem przedramiona. Musiałem sprzątnąć żwirek po kotce. Najpierw starłem masło papierowym ręcznikiem. Była wtedy (we śnie) 6, a może już 8 godzina.


17-03-2018

Przez kuchenne okno wpadało mocne światło słoneczne. Na blacie były porozkładane różne naczynia, talerze. Wpatrywałem się w nie przez jakiś czas. Dopiero po chwili dotarło do mnie co tam się dzieje. Po naczyniach chodziły różne zwierzęta. Dwa ciemnobrązowe ptaki, o puszystym upierzeniu, bóbr i inne robactwo. Te dwa ptaki przeleciały wokół kuchni i wylądowały na stole. Zmniejszyły się i zobaczyłem, że teraz to są zwykłe sikorki (chyba). Otworzyłem okno i zacząłem je zaganiać, aby przez nie wyleciały.


19-03-2018

Pierwszy chyba raz we śnie doświadczyłem czegoś takiego. Idę sobie, a tu się nagle po środku pojawia plama szarości. Zaczyna się to od jaskrawych zielonych liści drzewa i rozszerza się na cały widziany przeze mnie obszar snu. Widzę tylko w odcieniach szarości. Trochę później jest już lepiej, jednak nadal większa część obrazu jest poszarzała, tylko niektóre elementy mają kolor. Wygląda to jak brak synchronizacji kolorów. Do tego dochodzi gorsza widoczność, coś jakby śnieżenie w kineskopowym telewizorze. Schodzę stromą, piaskowo trawiastą górką. Zauważam moje stopy. Nie mam butów i krwawię. Moje ręce są fantomowo przezroczyste. Ktoś mnie podtrzymuje i pomaga zejść. Razem idziemy uliczką.


28-05-2018

Na trawniku przed moim oknem coś się działo. Było słonecznie. Wyjrzałem przez okno, a tam jakaś pani (sąsiadka?) coś robi z roślinami. Dechy były poukładane wokół, którychś roślinek bliżej okna, że niby dla ochrony, potem zostały zabrane. Wyszedłem przez okno na trawę. Wydaje mi się, że niedaleko było jezioro i widać jak zaczynał się las. Przyszedł jakiś dzieciak. Potem zaczęliśmy kopać dół. Użyłem "mocy", aby szybciej szło. Dokopaliśmy się do 8 metrów głębokości. Nie wiem co tam było na dnie. Jednak, nie patrząc, zacząłem za pomocą telekinezy wyciągać różne rzeczy na powierzchnię. Znaleźliśmy kilka sztabek złota, na których widniały wybite wizerunki jakichś królów. Były bardzo stare, średniowieczne, a może i starsze. Wiedziałem, że dzięki temu, że są takie stare będą uznane za cenniejsze niż tylko, gdyby było to zwykłe złoto. Powiedziałem mu, że podzielimy się pieniędzmi.


02-06-2018

W mieszkaniu było pusto albo prawie pusto, remont miał być czy coś. Przyniesiono kilka worków z białym proszkiem. Nie miał być do jedzenia, mama powiedziała, że do czegoś będzie użyty, chyba jako cement. Gdzieś poszliśmy. Była ciocia z wujkiem i jeszcze ktoś. Ja mówię o tym proszku, automatycznie zamieniając jego nazwę na cynamon*. Coś tam mówię o tym cynamonie, ciocia i wujek też, że cynamon to, cynamon tamto. Popijają wino. Wszyscy się śmieją. Aż tu nagle przychodzi policja lub się zbliża. Idę szybko do domu. Dziwię się, że przechodzę przez różne miejsca, których tam nie powinno być. Przecież byłem niedaleko domu. W sumie się zastanawiam, gdzie ja byłem. Nie wiem. Worki "cynamonu" są pośpiesznie ukrywane. Ktoś jednak odsypał sobie trochę do małego woreczka i tak zostawił między półkami. Przychodzi pani (z policji?), a ten woreczek na wierzchu. Udaję, że to mąka czy coś innego. Ona wychodzi, ale każe mi z nią iść. Nie idę. Jak już wyszła popijam ten cynamon winem, chociaż nie pijam wina, a co dopiero cynamon. Przychodzi czarnoskóry policjant i pyta się mnie jak działa islam. Odpowiadam, że nie wiem, no bo nie wiem o co chodzi nawet. On już tłumaczy, że jak zabraknie cynamonu to islamiści się źle czują, może nawet umierają. Wiedziałem już, że inni policjanci zabrali te worki z cynamonem i oddali w ręce islamistów.

Coś się działo w autobusie.

Dziewczynka i jej rodzice trzymając się za ręce skoczyli w przepaść. Na dnie była woda. Odczułem ten skok jakbym to ja skoczył.

*cynamon = kokaina


20-06-2018

Przeglądałem jakąś książkę. Czegoś w niej szukałem, informacji. Czułem przy tym niepokój. Prawdopodobnie wiedza zawarta w tej księdze sprawiała niepokój, coś było w niej strasznego...

Był wieczór. Ktoś przyszedł, bałem, że chcą zniszczyć drzewka, które posadziłem. Widok zasłaniały jakieś wysokie drzewa, nie rosnące w tym miejscu. Widziałem to jakby się działo dalej niż w rzeczywistości by się mogło dziać. Dziewczyna popchnęła chłopaka, a ten wpadł do morskiej wody, która właśnie przypłynęła na brzeg. Nie zastanawiałem się nawet, że tam gdzie mieszkam nie ma plaży, ani morza i się obudziłem.


03-07-2018

Miałem pusty zeszyt. Na pierwszej stronie jakiś gryzmoł, którego niby ja narysowałem długopisem, chociaż tego nie pamiętałem. "Rysunek" wyglądał jak planeta z pierścieniem wokół niej. Co najdziwniejsze było to, że jak poruszałem zeszytem to jednocześnie ta niby planeta także się obracała, chociaż przecież był to 2D gryzmoł. Nie zastanawiałem się nad tym głębiej. Na drugiej stronie też coś było, jakieś figury, kwadraty czy coś tam. Chciałem je połączyć liniami używając do tego linijki, ale przerwałem to, bo przecież ten zeszyt był do tego potrzebny i nie powinienem marnować miejsca na takie gryzmoły. Do czego ten zeszyt miał służyć, to jednakże ja tego nie wiedziałem...

Ktoś wyprowadzał w domu wilczura. Wybiegłem z domu, bo się przestraszyłem, że pobiegnie za mną (niezupełnie był taki powód, miałem świadomość, że to sen), chociaż nikt u mnie nie posiada żadnego psa. Myślałem pobiec na górę klatki schodowe, zajrzeć do czyjegoś mieszkania. Zmieniłem jednak zdanie i wyskoczyłem przez okienko na półpiętrze. Ukazał mi się zupełnie inny widok niż jest w rzeczywistości. Stały tam wysokie budynki z ciemnymi dużymi oknami (a może drzwiami?). No i jak wyskoczyłem z tego okna to podczas lotu wyobrażałem sobie, że jestem jedną z postaci z filmu "Matrix" i wskoczę do jednego z tych wielkich czarnych okien, przekoziołkuję się w dół po schodach i odwrócę się z wyciągniętymi przed siebie pistoletami. Nic z tego się nie stało, a lot wyglądał bardziej jakby sam ten budynek się płynnie do mnie przybliżał. Na dodatek zwiewało mnie w lewą stronę. Nie wiem czy wszedłem przez, któreś z okien, bo nagle pojawiłem się na ulicy. Budynki mieszkalne były zbudowane z cegły, przypominały zamki. Wszędzie na linkach pełno suszących się ubrań. Bloki-zamki połączone były na różnych poziomach, nie wiem jak to nazwać, mostami czy korytarzami. Z tyłu za mną zobaczyłem oświetloną światłem słonecznym ścianę, całą zamalowaną. Był napis "Sunday" i drugi obok, chyba "July". Rozejrzałem się i dotarło do mnie, że wszystkie te ceglane ściany miasta są całe w graffiti. No i idę tą uliczką. Wszędzie pustki, nikogo. Pomyślałem sobie, że to chyba Gdańsk. Za chwilę dostałem potwierdzenie w postaci kolorowej naklejki na szklanych drzwiach cukierni. Był na niej napis "Gdańsk City" (albo Danzig?). Dalej sobie idę i sen się urywa.

*

Taegan Cardale

Odp: Po drugiej stronie lustra
« Odpowiedź #5 dnia: Styczeń 18, 2021, 18:22:29 »
15-07-2018

Siedzę na kanapie i oglądam jakiś film. Najpierw jest pokazany widok na jakieś miejsce, które wydaje mi się prawdziwe, znajdujące się, gdzieś w okolicy, chociaż nigdy tam nie byłem, wydaje się jakby to była grafika komputerowa. Jednocześnie myślę, że albo to jest kamera pokazująca aktualny obraz albo to ja tam się znajduję. Wiem, dziwne. Widziałem jeszcze jakiś napis, ale nie pamiętam. Zaczyna się scena. Do sklepu wchodzi dziewczynka, chce coś kupić. Sprzedawczyni to starucha. Dziwnie wygląda, nie ma policzka z jednej strony i wszystko jej w środku widać. Dziewczynka dotyka za kawałek wiszącej poszarpanej skóry, ale szybko cofa rękę. Teraz dzieje się to w spowolnieniu. Myślę, że to chory migdałek czy coś wystaje. Niestety jest to coś straszniejszego. Nagle z gardła tej starej kobiety wyłazi ogromnej wielkości robal, przynajmniej taki wielki jak ona sama. Atakuje tą dziewczynkę. Ona jednak ma super moce i wywołuje falę uderzeniową, która niszczy tego stwora. W między czasie psuje się dźwięk i obraz w filmie i to, jak ta dziewczynka się obroniła zobaczyłem później. Chcę zgłośnić dźwięk głosów, ale nadal coś cicho mówią postacie. Przełącza mi się na zapowiedź czegoś podobnego do "Final Fantasy" przemieszanego z innymi filmami akcji. W pilocie na dole włącza się dotykowy ekran, przełączam na coraz to następne ekrany, pokazują mi się różne przyciski suwaki, nawet jest interfejs wzorowany na kasecie z muzyką. Nic nie działa. W końcu jakoś przeskakuje znowu do tego filmu. Teraz jestem w nim trochę bardziej. Każę uciekać innej dziewczynce, bo tu zaraz ten potwór będzie szalał. I wtedy właśnie tamta wcześniejsza dziewczyna zabija potwora. Widzę przez chwilę świetlisty dysk energii wytworzony przez nią, podobny do tarczy niebieskiej gwiazdy. Słyszę też dźwięk, coś jak grzmot. Dalej urywa film i przeskakuje do innej o wiele dalszej scenki. Ta kobieta przegląda się w lustrze, jest trochę niezadowolona z czegoś, może zdziwiona. Nie ma już dziury w twarzy, została odmłodzona, rosną jej długie włosy.


17-07-2018

Dziewczynka leci na czymś (na miotle?) w kierunku księżyca. Scenka jest rysunkowa, widać same kontury. Wlatuje w księżyc. Po wylądowaniu wszystko staje się normalniejsze, nie jest to już rysunek. Typowo senna atmosfera, lekka mgiełka albo kurz, możliwe, że świeci perłowo różowe światło. Ta dziewczynka razem z innymi chyba trzema dziewczynkami biega wokół czegoś podobnego do stołu. W miejscu tym rosną rośliny lawendopodobne. Dziewczynki radośnie wykrzykują "lawenda!, lawenda!, lawenda!". Jedna z nich próbuje roślinę i mówi, że smakuje jak ryba. Wtedy wszystkie wybiegają ścieżką między krzakami. Biegną jakimś wysoko zawieszonym chodnikiem, zakończonym urywającymi się długimi deskami. Dziewczynka chcę pokazać pozostałym jak to ona się nie boi wysokości. Jednak się cofa i nie idzie po tej najdłuższej desce zawieszonej wysoko nad ziemią. Dwie koleżanki mówią, że już późno i wracają do domu. Jedna zostaje z nią i schodzą schodami. Po lewej stronie stoją ściany z półkami, jedna część pełni funkcję biblioteczki. Biegną zobaczyć jakie książki są tu na księżycu. Jak już się tam zbliżyły, okazało się, że książki zamieniły się w słodycze. Nie wiedziały co wybrać, a może nie miały ochoty na nic. Zaczęło się ściemniać.


26-08-2018

Była mowa o jakichś wioskach i miastach. Prawdopodobnie, gdzieś pobudowano wiele różnych kolonii. Widziałem jedną taką: mini miasto w kształcie kuli o białym kolorze, do połowy zanurzone w jeziorze, wyglądało jak statek kosmiczny. Wchodziło się do niej szerokim mostkiem zwężającym się po środku. Z góry obserwowałem jak pan miasta-kuli siedzi przy stole i z kimś rozmawia. Jedli obiad w strefie restauracyjnej. Wewnątrz kulistego miasta dominowała biel. Na najniższym poziomie olbrzymiej kuli rosły różnego rodzaju rośliny wytwarzające tlen. Wydaje mi się, że nawet widziałem z samej góry jak coś zielonego się pięło. Nagle włączył się alarm, coś się stało, ktoś chyba atakował miasto! Trzeba było uciekać. Przygotowana była szybko super szybka żaglówka (też jak wszystko tam w białym kolorze) i pan miasta, jego żona ich córka (chyba) i ja popłynęliśmy jeziorem. Był już wtedy ciemny wieczór. Gdy było już blisko brzegu opadł żagiel i zaczęliśmy się topić. Na szczęście rozpędem udało się nam dopłynąć. Byłem jedynie mokry i to tylko w połowie. Chyba musiałem wyciągnąć dziewczynkę z wody (przez chwilę była cała zanurzona).

Na brzegu fabuła odbiegła trochę od właściwej. Też musiałem uciekać. A może niezupełnie, miałem pomóc dostać się na scenę jakiemuś piosenkarzowi-bohaterowi. Na razie śpiewał fałszywy artysta. Jego pomocnicy zatrzymywali nas. Jeden z nich chciał mnie uderzyć, ale powiedziałem mu, że to nie ja mam śpiewać i poszedł szukać tego piosenkarza. Tymczasem my przemknęliśmy bokiem. Pojawili się fani tego piosenkarza (małe dzieci?), ich zbawcy czy coś. Piosenkarz był nieźle wyluzowany. Ubrany był w brązowo pomarańczowy kombinezon. Się przywitał z fanami, joł!, joł!, coś zanucił i skręcił w lewą stronę, gdzie zapewne były drzwi prowadzące na scenę. My tu zostaliśmy przy ścianie na kuckach jakbyśmy czekali do klasy. Kilkoro z dzieci, które przykucnęły po środku korytarza robiły takie głupie półprzysiady połączonymi z raczej zboczonymi gestami rękoma. Inne się spytały co robicie. Ja im odpowiedziałem, że przysiady i zaczęły też to robić śmiejąc się.

Później był sen o kupowaniu słodyczy. Byłem z ciocią w sklepie (w rzeczywistości jakiś czas temu przerobionym na monopolowy) znajdującym się przed moim blokiem. Zauważyłem białą czekoladę Ritter Sport. Pokazałem ją cioci wiedziałem, że jest droga, ale co tam niech będzie. Niestety okazało się, że to jakieś polskie gówno milkie milky czy coś i odłożyłem to na miejsce. No to snickersa biorę. Połamany. Sprzedawczyni mówi, bo to kilka małych w jednym opakowaniu. Aha, na pewno. Stwierdziłem, że w Biedronce taki baton kosztuje trzy razy mniej. A poza tym nie muszę jeść słodyczy.

Jeszcze coś było (możliwe, że na samum początku) o sąsiedzie wielkoludzie. On zawsze chciał pomagać, a wychodziło odwrotnie, więc się przed nim chowałem (w biurku?). Po jakimś czasie nieznacznie zmalał, jednak nadal był o wiele większy od przeciętnego człowieka. Wiele zapomniałem z tego czy tych snów. Była jakaś akcja, być może powiązana z poprzednimi snami.


10-09-2018

Siedzę sobie w swoim pokoju przy biurku przed komputerem. Jest dzień, zima, na zewnątrz mróz i śnieg, ponuro. Nagle zauważam, że coś się rusza za oknem. Zbliża się ściana. Przecież jak się zderzy to zniszczy cały mój pokój i mieszkanie! Na szczęście koty, gdzieś sobie poszły, to się im nic nie stanie. Zamykam okno i zasłaniam roletą. Po chwili dochodzi do mnie, że nie ma szans, aby zamknięte okno i roleta powstrzymały tak masywny obiekt. I na pewno się nie zatrzyma, przez co cały blok się zapadnie! W tym samym momencie robi się jasno. Otwieram okno na całą szerokość. Zatrzymało się! Przyglądam się tej "ścianie". Okazało się, że jest to piękna pozłacana brama, część jakiejś budowli. W jakiś przedziwny sposób wdarła się do naszego świata. Portal wiedzie do innej rzeczywistości. Przechodzę przez okno i przez bramę. Znalazłem się na małej piaszczystej wyspie. Chwilę jeszcze przypatruję się tej bramie. Wiem, że jest to część ruin fraktalnego kościoła zasypanego paskiem. Trochę się jakbym unosił i widziałem z góry, że przyszli dwaj panowie, zapewne technicy, którzy zatrzymali "czas" i teraz zastanawiają się jak nie dopuścić do kolizji dwóch światów. Nie interesuje mnie to. Jestem teraz w bezpieczniejszym i cieplejszym miejscu. Idę po słonecznej plaży. Wszędzie naokoło leży mnóstwo wypolerowanych wielokolorowych kamyków. Dużo jest takich błyszczących i lekko przezroczystych. Szukam niebieskich jak tło i-senu. Wybieram kilka i chowam do kieszeni. Na uboczu znajduję jasnobrązowy przezroczysty kamyk. Myślę, że jest to inna wersja mojego kamienia snów, którego zawsze przed spaniem kładę sobie pod poduszkę, więc zabieram i tego. Z bramy wychodzi pani z dwójką dzieci - chłopczykiem i dziewczynką. Jednak bardzo szybko rozmyśla się i stwierdza, że już czas wracać. Namawiam ją, aby została trochę dłużej. Dzieci się nawet nie pobawiły na plaży. Zgadza się. Nagle, tak samo jak ja, zauważa te wszystkie piękne kamienie. Wkłada sobie czym prędzej jak najwięcej do kieszeni. Nie ma już miejsca i musi resztę trzymać w rękach. Zastanawia się jakby tu zabrać ich jeszcze więcej. Rozrywa się jej kieszeń i wszystkie kamienie wysypują się na piach Śmieję się, że chciała za dużo. Wtedy zaczynam się krztusić. Udaje mi się wypluć małego kamyka, wyrzucam go. Stoję na trawie, coś tam wygrzebywałem, wychodzą mrówki, obserwuję je. W tym czasie kobieta odeszła wzdłuż brzegu idąc wodą. Otworzyła się inna prostokątna brzydka brama. Ona chce przez nią przejść. Po drugiej stronie widzę mroczny korytarz. Chodzą tam jakieś złe istoty Odciągam ją i mówię, że zginie jak tam pójdzie. Wierzy mi. Ciągnie mnie teraz za rękę w kierunku oceanu. Nie chcę iść. Mówię jej, że jest za głęboko. Ona mnie jednak dalej ciągnie. Okazuje się, że cały czas utrzymuje się taki sam niski poziom wody - prawie do kolan. Po chwili naszym oczom ukazuję się druga mała wysepka. Koniec snu


17-09-2018

Usłyszałem dźwięk budzika (nic nie dzwoniło na prawdę), więc wstaję i ubieram się. Zacząłem się przeglądać w nieistniejącym w rzeczywistości lustrze zawieszonym na drzwiach. Chyba był remont. Pewnie tak. Przyglądam się sobie w lustrze. Zacząłem czuć silny niepokój. Rozglądam się po pokoju. Niby wszystko w porządku. Odwracam się znowu do lustra. I tu się zaczyna dziać. Lustro faluje jak powierzchnia wody. Ktoś mnie chwyta i wciąga przez lustro. Budzę się w innym miejscu. Jesteśmy w drodze (jedziemy na sankach? - śniegu nie ma), gdzieś za lasem w nieznanym mi mieście. Groźny przywódca gangu coś do mnie gada. Mówi, że od wczoraj minął miesiąc. Nie zgadzam się, przecież to musiał był tylko jeden dzień. Ten się denerwuje, jeden miesiąc i koniec. Jeszcze coś niezrozumiale tłumaczył o kierunkach, gdzie możemy się udać. Tam, albo tam, tam nie, bo tam Japończycy coś sobie przyczepiają... tak się obudziłem.


24-09-2018

Po siłowaniu się z wieloma przytrzymującymi mnie do łóżka rękoma udało mi się wreszcie wstać. Było już zapalone światło. Poczułem ogromny intensywny strach. Nie mogłem otworzyć drzwi co jeszcze bardziej wzmogło panikę. Na chwilę się jednak odemknęły i widziałem mamę siedzącą w kuchni. Zaraz jednak coś mnie złapało z tyłu i przeciągnęło przez ściany i przez balkon w ciemną noc. Bardzo szybko przeleciałem przez chmury w przestrzeń kosmiczną. Czułem wtedy jakbym spadał w bardzo długim ciemnym tunelu. To coś co mnie złapało wyglądało jak czarny, dość duży krążek lub pierścień albo donut z ostrymi krawędziami, składał się z kilkunastu warstw przedzielonych żłobieniami. Zaczął mnie ciągnąć poprzez kosmos. Musiałem się go trzymać, aby nie spaść, to więc zmniejszył się dzięki czemu łatwiej mi było się tego chwycić. Leciałem z układu gwiezdnego do układu. Przeleciałem chyba z pół galaktyki. Widziałem wiele dużych planet podobnych do Jowisza i inne mniejsze oraz księżyce krążące wokół nich. Kazałem mu lądować na jakiejś planecie podobnej do Ziemi. Jednak przeleciał jeszcze kilka innych planet i dopiero wtedy zaczął wlatywać w atmosferę docelowej planety. Widziałem wzgórza, morza, doliny. Wylądowałem w lesie. Szedłem przed siebie, czy raczej płynąłem w powietrzu. Chyba trafiłem na wiejskie obszary. Zauważyłem farmera w szopie przerzucającego widłami stogi siana. Przemknąłem niezauważalnie. Trafiłem na rozgałęzienie dróg. Mogłem iść w lewo, prawo albo do przodu. Z prawej strony galopem przemieszczały się konie. Skierowały się w moją lewą stronę. Stał tam domek złośliwych, krwiożerczych krasnoludków. Już tam stały trzy w tych swoich spiczastych czerwonych czapeczkach. Nie jestem tylko pewien czy na te konie czy na człowieka nieopatrznie zdążającego w złą stronę drogi czyli w miejsce ich zamieszkania. Poszedłem do przodu. Jednak bardzo szybko zawróciłem, bo byłem pewien, że tam są jacyś współpracownicy tych złośliwych krasnali, może to były jednak ich konie. Cofając się i kierując w stronę skąd przygalopowały konie, wszystko zaczęło mi się rozmazywać. Jeszcze tylko usłyszałem lub tylko wiedziałem, że niedaleko przejeżdża pociąg i się obudziłem.


07-10-2018

W pewnym momencie dostałem impuls informujący mnie, że mam przed czymś uciekać. Szedłem jednak powoli spokojnie. Wiedziałem, że dostanę wskazówki jak dojść do miejsca, gdzie mi pomogą. W czym, to ja nie wiedziałem. Nie wiedziałem też czego mam się bać i przed czym uciekać. Doszedłem do przejścia na drugą stronę ulicy i tak jak myślałem były dwie strzałki, jedna (czarna), ta w lewo, kierowała do posiadłości pewnego strasznego wampira i druga prowadząca na wprost (była dłuższa i biała) prowadziła w to miejsce, gdzie powinienem się udać. Wziąłem rozbieg, biegłem równo jak wskazywała strzałka. Widziałem jeszcze tego wampira ubranego w czarny płaszcz, przybiegł za późno. Wbiegłem już na przygotowaną elastyczną lampę. Zgięła się do połowy i łagodnie się odgięła do przodu przy moim równoczesnym wybiciu się. Wskoczyłem przez duże okno (prawdopodobnie już wcześniej wiedzieli o moim przybyciu i wyjęli szyby z ram, aby się nie zbiły) do pokoiku czarodziejów. Już na mnie czekali. Widziałem półki z wieloma książkami. Mieli chyba wiedzę, aby mnie uratować.

Miałem wrażenie, że znalazłem się w przyszłości. Stałem przed uliczką niedaleko bloku, w którym mieszkam. Uliczka była już zupełnie nieprzejezdna, rosło na niej dużo niezbyt wielkich iglastych drzewek. Podszedłem do nich. Okazało się, że większość z nich zbrązowiała w czasie kiedy się do nich zbliżałem. Poszedłem dalej, na skraj lasu (pewnie była to postapokaliptyczna przyszłość, wszystko porastał młody las). Była jakaś licytacja. Z ziemi został usypany murek z okienkiem, starsza pani wydawała te wszystkie rzeczy zebranym ludziom. Tym razem sprzedawali jakieś koce czy inne kolorowe materiały. Chciałem coś kupić, ale za każdym razem wymagali jakiegoś paszportu, a miałem tylko dowód. Na jednym z materiałów była przedstawiona scenka z "Harrego Pottera", na której był dyrektor szkoły czarodziejów i też sam Harry Potter. Inne miały miały jakieś zwykłe pojedyncze kolory lub kilka złożone z gradientów pastelowych kolorów. No nic, przeszedłem z powrotem przez ulicę. Miałem kilka banknotów stuzłotowych, a nic nie mogłem kupić...


09-10-2018

Miało być coś zaprezentowane. Jakaś pani opowiadała o tym grupce nieświadomych ludzi, że to oni pierwszy raz do tego doprowadzą. Wiedziałem, że chodzi o podróże w czasie. Krzyknąłem, że źle się stanie, będzie to działać niestabilnie, powstaną zaburzenia czasoprzestrzeni. A tak poza tym już inni potrafią w prawidłowy sposób przemieszczać się w czasie. Wtedy zaległa cisza na sali. Okazało się, że ja i jakaś dziewczyna posiadamy specjalną formułę do zbudowania maszyny czasu - wzory matematyczne zapisane na dwóch małych kartkach. Zaczęliśmy uciekać. Była noc. Za tym wszystkim stali kosmici. Ulicą jechały jakieś dziwne pojazdy, zatrzymała się ciężarówka. Z niej wysiadła policja należąca do obcych. Przeszukiwano teren. Niechcący upuściłem kartki z wzorami na trawę. Myślałem może, że jakby co to może lepiej byłoby je zakopać, ale jednak je zabrałem. Jakoś nas nie zauważono. Przebiegliśmy przez ulicę i tutaj albo sen się urwał albo część została pominięta, ponieważ już się gdzieś znajdowaliśmy wewnątrz przy schodach. Chyba byłem lekko sparaliżowany i na czas nie schowałem jakiegoś mechanizmu wielkości pierścienia z jakimś obwodem elektronicznym (był koloru złotego), który posiadaliśmy oprócz tych matematycznych wzorów. Nagle zza schodów wyłonił się mały szary kosmita, złośliwie się uśmiechał. Obejrzał to urządzenie, powiedział, że przeanalizował je i będzie w stanie je zbudować. Uciekł schodami. Dziewczyna powiedziała mi, abym się nie przejmował, bo jak on to uruchomi, to będzie miał zwarcie w umyśle.


10-10-2018

Części nie pamiętam, ale byłem znowu w podstawówce. Sprawdzałem plan lekcji. Ktoś powiedział, że możemy poczekać w klasie z samymi dziewczynami. Wszyscy chłopcy się uśmiechali jak wchodzili. Później pamiętam jak tam sprawdzałem plecak. I przeszliśmy w inne miejsce. Dżungla albo chociaż gęsty las. Podczas gdy przeskakiwałem leżące drzewo, dzieci zaczęły wołać w panice "goździki! goździki! Goździki atakują!". Się zastanawiałem o co chodzi, kwiaty atakują? To były jednak brązowe ptakopodobne stwory wielkości psa czy kota, które akurat przyleciały. Trochę przyśpieszyłem, a tu jezioro. Te niby ptaki potrafiły pływać, a mało było widać pod powierzchnią wody przykrytą wielkimi liśćmi. Szybko jednak przebiegłem po tych liściach na wodzie, co ktoś zauważył. Tu się zaczął pagórek pokryty cienką warstwą śniegu. Sennie spowalniał jak ktoś próbował biec. Na szczęście, choć z wielkim trudem, udało mi się wbiec, a było blisko jak jeden z tych ptaków by mnie dogonił. Prawdopodobnie one też były spowalniane. Ktoś mi wytłumaczył, że chociaż one także nie mogą się zbyt szybko poruszać, to zostawiają one ślady i jak ktoś w nie wejdzie zostanie w jakiś sposób sparaliżowany, więc trzeba uważać. Pokazał mi zdjęcie takiego śladu. Sen przeskoczył do czyjegoś mieszkania. Mieli dużego jasnobrązowego psa. Za mną wbiegł inny, mniejszy, koloru czarnego. Ich pies miał być wyprowadzany. Chciałem się schować do pokoju, niestety drzwi się sennie powoli zamykały i oba psy zdążyły wbiec. Wyszedłem szybko. Ten czarny połknął dziadka za jednym razem i przybrał jego formę. Poszedł wyprowadzić psa. Miał za chwilę wrócić. Inni się na to nabrali. Po chwili przybiegł mały ludzik, miał kilka centymetrów. Dzieci myślały, że to ten potwór co się zmienił w dziadka teraz podszywa się pod ludka. Ten chce uciec przez okno w noc. Zapomniał jednak o szybie i się od niej odbił. Opowiadał o czymś entuzjastycznie. Dzieci się chyba jednak domyśliły, że nie ma złych zamiarów.


15-10-2018

Dowiedziałem się, że Darek Sugier pisze swoją czwartą książkę. Mama kazała mi się już śpieszyć na pociąg i mówiła, że tam już na miejscu zmyję ten makijaż. Jaki makijaż? Czułem, że w sumie mam coś poprzyklejane do twarzy. Coś mi nie dawało spokoju, dziwne. Poszedłem na balkon. Wszędzie śnieg i lód. Ktoś coś tam robił. Pomyślałem, że nie wiem kto mnie uratuje (nie wiem o co chodziło w tym ratowaniu). Ścisnąłem w ręku grudkę lodu i rzuciłem w śnieg. Przeskoczyłem przez płotek balkonu i przez żywopłot. Miałem trzy strony do wyboru. Kiedy skierowałem się w lewo, wiedziałem, że się obudzę, więc poszedłem do przodu. Wiedziałem, że jak pójdę za daleko w ośnieżone drzewa to też się obudzę. Zakręciłem zatem pod czyiś blok. Była tam duża głęboka kałuża w kształcie prostokąta. Jakoś obszedłem ją po krawędzi przytrzymując się ściany budynku. Chyba dwa razy tam szedłem. Poszedłem za jakimiś paniami do dużego ciemnego pomieszczenia. Chodziliśmy na wysokościach po półkach. Jednej pani podobnej do sprzedawczyni ze sklepu z ubraniami powiedziałem, że możemy tu robić co chcemy, latać i chciałem dodać, że to sen, gdy ta mi przerwała "Cicho, cicho, bo usłyszą. To gdzie możemy latać?". Coś jeszcze było o kinie, ale już wychodziliśmy. Trochę się ściemniło. Nie wiem skąd, ale miałem w ustach kawałek folii, wyplułem to. Szedłem w nocy za, teraz już młodszymi, dziewczynami po ośnieżonej drodze. Jakaś kobieta pokracznie chodząca wrzuciła mi ten sam kawałek folii za koszulę. Wyjąłem go i wyrzuciłem. W tym momencie przejeżdżał za nami samochód. Wiedziałem o tym, ponieważ zostaliśmy oświetleni reflektorem. Wszyscy skręcili na prawą stronę, na łąkową ścieżkę, ja na lewą. Chciałem iść za nimi, ale nagle się obudziłem, nie wiem dlaczego.


18-10-2018

Siedziałem w wannie. Miała sennie duży rozmiar, ponieważ było w niej oprócz mnie kilka innych osób (wszyscy nadzy), a dalej znajdowało się przejście w kosmos. Przybyła jakaś ładna pani, czuć było coś mistycznego w jej osobie, wszyscy byli radośni. Powstrzymałem się od wiadomej czynności i chwyciłem ją tylko za rękę. Obudziłem się normalnie.

W drugim śnie znalazłem się w szarym dość rozległym piwnicznym pomieszczeniu. Miałem myć zęby. Wyciągnąłem z kubka szczoteczkę do zębów. Zauważyłem w niej brud. Powiedziałem innym, że w mojej pięcioletniej szczoteczce siedzi brud. Wszyscy się dziwili, łącznie ze mną (nie wiem czy bardziej mnie dziwił ten brud czy to, że szczoteczka miała pięć lat). Za chwilę wypadł i zaczął mnie gonić. Okazało się, że to osa. Uciekałem przed przez całą piwnicę. Odganiałem ją, ale ciągle wracała. W końcu jak znowu na mnie usiadła, chyba na szyi, to się obudziłem.


19-10-2018

Nadchodziła Wielka Fala. W mieście rozgłoszono, aby udać się do zamku-twierdzy w centrum. Zaczęliśmy więc tam biec. Było już czuć zbliżającą się wodę. Ściany szarego muru rozsuwały się, aby nas wpuścić. Przeszliśmy i potem były następne przejścia. Jedno się zamykało, ale niektórzy zdążyli nim przejść. Drugie, które się otwierało prowadziło dłuższą, ale jednak bezpieczniejszą drogą, przeszliśmy tędy. Zaczęła otwierać się trzecia strefa. Jedna ściana szybko opadała i było za nisko i za ciasno, zdążyły tamtędy przejść tylko jakieś dzieci. Wiedziałem, że są tam kręte wąskie uliczki niczym w labiryncie. Próbowałem wejść przez inną bramę, za którą było widać ciemność. Z wnętrza wyłoniła się ściana, zaklinowałem się na chwilę pomiędzy nią a drugą. Zatrzymała się i mogłem wyjść. Kolega powiedział z lekkim zaśmiechem "Wyluzuj". Może chciał dać mi tym znać, że nie ma potrzeby wchodzenia aż tak głęboko albo, że skoro stoimy na peronie, zapewne przyjedzie pociąg i nas zabierze w inne miejsce? Przeszedłem się dalej. Stało tam małżeństwo czekające na pociąg. Matka robiła zdjęcie siedzącej na murku córce. Pomyślałem, że obydwie są bardzo piękne i podobne do siebie.


03-11-2018

Dziś pamiętam tylko jak byłem obserwatorem w lesie. Stała tam dziewczyna z długimi włosami spływającymi po plecach i zastanawiała się jak przebyć wodospad wpadający w przepaść. Podpowiedziałem jej, aby skoczyła w dół, wtedy złapie ją ten ptak siedzący na poziomym drzewie i przeniesie ponad wodą. Skoczyła i tak jak jej powiedziałem ptak ją złapał pazurkami i przeniósł do dalszej części lasu, gdzie była ciemna ścieżka. Też skoczyłem. Czułem jak opadam i chwilę lecę.




06-11-2018

Leżąc na łóżku poczułem jak mi coś wychodzi z ust. To dwa wilki wyszły. Lekko się przestraszyłem, ale zrobiło mi się lżej.

Razem z mamą i z kimś jeszcze (może z siostrą) schodziliśmy okrężnymi labiryntowymi schodami znajdującymi się, gdzieś na dworze w nieznanym mi sennym miejscu. Mama nie chciała dalej iść i się wróciła z tym kimś. Skręciłem w boczne przejście i zszedłem schodami w słoneczne senne miejsce. Szedłem długim chodnikiem przy lesie. Na końcu miał być "przystanek", gdzie ponoć znajdowało się przejście do czwartego wymiaru. Powiedziałem komuś, że to tam, gdzie kosz do koszykówki i że zaraz tam z nimi pójdę. Oni tam poszli, a ja obszedłem to miejsce w poszukiwaniu czegoś innego. Widziałem to z drugiej strony. Niestety nie potrafię tego opisać szczegółowiej.

Coś tam się działo w domu. Ktoś atakował, dziwnie wyglądająca dziewczyna. Rzucała coś i niszczyła wszystko. Wyskoczyłem przez balkon przestraszony albo zdziwiony. Ona za mną. Zbliżając się do mnie mówiła "zajmę się tobą". Gdy się do mnie zbliżyła zmieniła się w mężczyznę. Powiedział, że to sen i kazał mi się rozejrzeć to stanę się bardziej świadomy. Mówił też, że senne postacie robią wszystko, aby odwrócić uwagę od tego, że to sen. Po tym jak mi to powiedział wszystko mi się rozjaśniło, lepiej widziałem. Rzeczywiście, wszystkie te postacie wyglądały dziwnie i sztucznie się zachowywały. Zajmowały się jakimiś niezrozumiałymi czynnościami. Ja albo jakaś postać senna za pomocą myśli rozłupała na pół duży kawał ziemi lub kamienia, na którym stała, osunęła się ziemia, miało to związek z jakąś rzeźbą. Senny przewodnik poradził mi jak zrobić coś podobnego. Później szliśmy uliczkami dzielnicy. Domy były inaczej poustawiane. Weszliśmy do jakiegoś obszernego budynku czy kompleksu. Spotkaliśmy się chyba z tymi osobami z poprzedniej części snu i czekaliśmy na coś lub kogoś na holu przy schodach. Oni chcieli iść na boisko pograć w jakąś senną grę. Pomyślałem, po co marnować sen na jakieś gry, jak tam władca Chin wraz ze swoją żoną (widziałem ich za szybą) wsiadają do pociągu. Zawołałem do nich, abyśmy pobiegli na peron to pojedziemy pociągiem do Chin, zgodzili się. Pobiegliśmy. Przed wejściem na ten peron zauważyłem ładną dziewczynę i inne postacie, które niby miałem znać. Dziwili się, że tam idę. Już miałem wsiadać do pociągu, gdy zauważyłem, że tam nie ma żadnego pociągu. Skręciłem w lewo za róg i zauważyłem otwarte wejście do jakiegoś pomieszczenia. Siedzieli tam chińscy żołnierze prawdopodobnie przetrzymywani tam wbrew ich woli. Bardzo głośno rozmawiali i krzyczeli przez co się obudziłem.


25-11-2018

Ponowne lądowanie na Księżyc. Już na powierzchni Księżyca tysiące rowerzystów robi wyścig. Jadą w moją stronę (w stronę kamery). Widok się przybliża. Próbuję manipulować otoczeniem, ale przypominam sobie, że to tylko nagranie. Wyłączam, bo obejrzę resztę później...

Stoję na korytarzu piwnicznym obok małego stoliczka na kółkach. Ogólnie świadomość najniższa z możliwych. "Oślepia" mnie wyobraźnia senna i dopiero po chwili zauważam, gdzie się znajduję. Jeszcze majaczę coś, że "ona podróżuje po łące" i kładę tubkę pasty do zębów w zielono białe paski na ten stolik. Ta łąka to była ta pasta i już nic więcej nie mogłem wycisnąć z opowiadania...

Były tam dwie dziewczyny, jedna z nich bardzo ładna, ubrana na czerwono. Chyba z tą ubraną na czerwono wychodzę, albo się później jakoś spotykamy. W międzyczasie pojawiają się senne wtręty, w pokoju rozłożone świąteczne prezenty i kolorowe dziecięce książki. Dzieją się różne dziwne rzeczy. Atakują obcy i musimy uciekać. Jeden z obcych zagląda przez kuchenne okno. Z jego głowy wystaje mnóstwo włosów-kabli, bardzo szybko się wydłużają i przyłączają do mojej głowy. Myślę, że umarłem. Przenosi mnie w noc na ulicę. Jest tam olbrzymia ciężarówka. Zaglądam do jej wnętrza i widzę dużo fraktalnych mechanizmów. Słyszę, też inny bardzo głośno stąpający pojazd, poruszający się niedaleko na dwóch mechanicznych odnóżach, też posiada fraktalną konstrukcję. Znowu mnie cofa do domu, nadal jest słoneczny dzień. Ta dziewczyna w czerwonej sukni leży pod oknem. Obcy nadal zagląda przez okno. Myślę, że trzeba by się szybko teleportować, ale udaje mi się tylko ją przenieść do innego pokoju. Budzi się. Musimy uciekać przed obcymi...


28-11-2018

Wyglądając przez prawe okno przed balkonem zauważyłem, że na niebie poza księżycem są też inne ciała niebieskie. Wiedziałem, że doszły dwa nowe księżyce. Jeden wyglądał jak jedna z planet olbrzymów, drugi jak ta plama na Jowiszu, miał odcienie koloru czerwonego i brązowego. I z tym drugim zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Obiekt ten w dziwny sposób się obrócił i stał się płaskim dyskiem obracającym się wokół własnej osi. Zaczął się zmniejszać i spadać w moją stronę. Szybko otworzyłem okno i złapałem ten "księżycowy dysk". Coś jeszcze leciało, czy raczej spadało w moją stronę, pomyślałem, że pewnie ufo. Spadało na trawnik, ale jakoś myślami zdołałem nakierować to do okna. Udało się mi złapać. Okazało się, że to miniaturowy dron, mniejszy od mojej dłoni. Miał cztery maleńkie wiatraczki. Zaniosłem wszystko do mojego pokoju. Ten pierwszy obiekt zamienił się w pawie pióro. Poszedłem dalej obserwować niebo.


01-12-2018

W hipnagogach zaczął padać śnieg...

Jakaś dziewczyna piosenkarka znajdowała się w zamkniętej arenie w kształcie kuli i śpiewała. Przeniosło mnie tam razem z rodzicami i siostrą. Ta piosenkarka miała tam biegać. Staliśmy po środku i obserwowaliśmy. W powietrzu popłynęły słowa piosenki, którą ona śpiewała napisane przez jej chłopaka (coś o snach). W tym samym momencie, gdy wystartowała zniknęła. Wiedziałem, że przeniosła się do warstwy rzeczywistości o innej częstotliwości. Mogłem ją widzieć, chociaż słabo, poprzez robienie zeza i mruganie. Czułem się oszukany takim występem i sobie poszedłem. Zatrzymałem się jednak przed ciemnym przejściem do tunelu. Coś tam zaczęło charczeć i coś tam gadać. Przestraszyłem się i postanowiłem wrócić i poczekać. Przeniosło nas do przedpokoju. Pojawiły się jakieś żarówiasto pomarańczowe robale. Chyba dwa zgniotłem, trzeci odleciał. Ten trzeci coś chrząkał i gadał. Wiedziałem, że to ten robal czekał tam w ciemnościach.

W telewizji pokazywali astronautów. Zatrzymali się przy asteroidzie. Mieli pojazd ze szczypcami większymi od tej asteroidy, przytrzymali ją nimi. W jakiś sposób poprzecinali to asteroidę i zaczęli wydobywać minerały im potrzebne. Założyłem okulary, chyba do 3D i widziałem wnętrze tej asteroidy i jej warstwy. Przypominały mi lody. I w tej chwili przyleciał jeden z astronautów i zatrzymał się na środku. Trzymał w rękach wielki kubeł śmietankowo czekoladowych lodów Algida.

W tym śnie zobaczyłem przed oknem wielką dziurę na trawniku. Wyszedłem przez okno na trawnik z taką łatwością jakby okno znajdowało się na tym samym poziomi co ziemia. Okazało się, że tata robił jakieś porządki. Obawiałem się co się stało z roślinkami. Z magnolią było chyba w porządku, co do reszty to nie wiem. Potem szedłem, gdzieś po dzielnicy. Miejsca były nieznacznie zmienione, na przykład tam gdzie była ścieżka przez łąkę, był chodnik i bloki mieszkalne, nie skręcałem tam. Szło wiele ludzi, wiedziałem, że to sen i chciałem coś zagadać do nich, ale miałem jakieś blokady i szedłem bez zatrzymywania się. Wracałem już w kierunku domu i pomyślałem, że skoro sen się i tak już kończy to wrócę do łóżka i zobaczę jak na nim leżę. Nie zdążyłem dotrzeć do drzwi do klatki schodowej, bo się obudziłem.


02-12-2018

Zdezorientowany chodziłem przy ulicy jakiegoś nieznanego mi miasta. Zatrzymałem się i stwierdziłem, że pójdę tam jak najdalej za tamtą ulicę i most co, w którymś śnie niby też chciałem się tam dostać, a nie zdążyłem i się obudziłem. Biegłem, ze mną jeszcze dwóch było. Ponury wieczór zmieniał się w dzień. Dotarłem skraju polany opadającej w dół. Niedaleko był chyba las i jakieś rury lub tunel. Zwróciłem uwagę tym dwóm, że tam w dole idą jacyś dziwni ludzie. Wyglądali na prehistorycznych jaskiniowców, mieli ze sobą siekiery. Szybko się stamtąd oddaliłem zanim nas zauważyli. Dalej nie wiem czy to kontynuacja czy zdarzyło się wcześniej. Wychodzę na klatkę schodową i postanawiam pochodzić po mieszkaniach. Wchodzę pod trójkę i głos mi mówi, że to mieszkanie cioci chociaż tam wcale nie mieszka. W przedpokoju siedzą jacyś chłopacy i palą papierosy. Wychodzę i idę wyżej schodami. Chcę wejść do dziewiątki, bo tam jest ta ładna dziewczyna. Słyszę nadal rozmowy i śmiechy tych chłopaków z dołu. Zaczynam liczyć drzwi. Jak zwykle się powielają i nie są na swoim miejscu. Wybieram jedne, które wydają mi się dziewiątką. Wchodzę i już myślę, że w końcu udało mi się wejść do prawdziwego mieszkania. Widzę jednak inną dziewczynę, która często jeździła tym samym autobusem. Podchodzę do niej i chcę ją przenieść. W uczuciu jest jak kot. Zostawiam ją, bo i tak wyglądała na wyblakłe nagranie, nawet nie jak senna postać.


07-12-2018

W jakiejś szopie czy innym ciemnym pomieszczeniu piwnicznym poprzewracały się różne rzeczy, deski, ramy, a na koniec drewniana rama od drzwi z zaokrągloną górą w kształcie łuku. Wskoczyła do niej jakaś dziewczynka, a potem ja. Przypominało to króliczą norę, tyle, że to był pionowy tunel w kształcie zaokrąglonych drzwi, miał szare betonowe ściany. Spadałem i spadałem. Co jakiś czas widziałem wejścia do bocznych tuneli, ale się bałem tam wchodzić, bo mógłbym nie wrócić, a chciałem dotrzeć na sam dół. W końcu się zatrzymałem. Była to kartka z narysowanymi ołówkiem konturami tej zaokrąglonej ramy od drzwi, trochę wyglądało to jak mapa. Doszedłem do wniosku, że to była gra. Wszedłem wtedy na i-sen. Na głównej stronie były tam senno-naukowe artykuły. Szybko je przewijałem, poprzeglądałem tytuły, ale nie zapamiętałem. Tylko pamiętam, że jeden był napisany w stylu Isabeli, nawet słyszałem jej wyobrażony głos. Po myślnikach coś było napisane o neuronach, sennych połączeniach w mózgu i neuronowych błogościach.


08-12-2018

Słoneczne lato, siedzimy na kocach na skraju lasu (piknik?). Postanowiłem pójść stamtąd. Zachciało mi się siku i szukam budynku, gdzie znajdę łazienkę. Doszedłem do szkoły podstawowej. Szybko przechodzę trawnik, bo tam na ogrodzeniu siedziały hieny i już prawie zeskakiwały. Wchodzę do szkoły i chodzę po korytarzach. Jest chyba połączenie z przychodnią lub szpitalem, ludzie siedzą przy ścianach i na środku korytarza, że ciężko przejść. Uważam, aby nikogo nie nadepnąć, niektórzy się przesuwają. Przechodzę wokół kolumny. Dochodzę w końcu do części szkolnej. Dziwię się, że trzeba tyle iść, przecież tam nigdy nie było tak długich korytarzy. Jest zapewne przerwa, ponieważ uczniowie sobie chodzą. Nie wiem czemu trochę się wstydzę, że chodzę wśród dzieci z podstawówki. Niektórzy biorą mnie za nauczyciela. Dwie dziewczyny pytały się mnie o coś. Uśmiecham się tylko i idę dalej. Znajduję w końcu łazienkę, ale nie wchodzę, bo jest napis, że to dla małych chłopców, innej nie znajduję. Docieram do rozległego holu, możliwe, że jest tam stołówka. Rozglądając się, zauważam, że duża część uczniów jest animacjami 3D, są różnobarwni, ich ubrania i włosy mają psychodeliczne kolory i wzory. Chcę już wyjść z tego budynku, ale nie będę przecież chodził znowu tak daleko, a poza tym nie wiem czy bym znowu znalazł wyjście. W połowie korytarza zauważam inne schody prowadzące w dół do szatni, idę tam. Schody są dziwne, jakieś ściśnięte. Przychodzi nauczycielka i kilku uczniów i mówią o co chodzi. Już sam załapałem jak się idzie tymi schodami. Trzeba je rozłożyć. Odciągam jedną poręcz od drugiej i się rozszerzają. Trzeba to robić z każdą częścią, poziomem osobno. Jeden z uczniów schodzi pierwszy i przechodzi czy wręcz spada prawie pionowymi i ciasnymi schodami. Coś tam krzyczy. Schodzimy za nim, jest ciemno. Chyba nic mu się nie stało, poobijał się trochę, a światło z jego latarki oślepiła go przez chwilę. Pokazuje mi monety leżące na podłodze. Ledwie je widać, bo jest tam tak ciemno, ale w końcu je zauważam. Zbieram przez chwilę. Widzę jednak, że są to jakieś stare pieniądze, na jednej z monet widzę 1000zł. I tak nie chciałem ich zabierać ze sobą, kładę je na mały stolik stojący przy ścianie. Oni poszli dalszą częścią korytarza, lepiej oświetlonego. Idę za nimi.


13-12-2018

Ciemna noc, leżę w łóżku. Były trzy nieznane dziewczyny, chciały uciec niezauważone. Poszedłem z nimi do ubikacji, bo miały się z kimś skomunikować przez internet i coś tam poustawiać w pralce (może się łączyły poprzez tą pralkę?). Ja miałem zostać i odwrócić uwagę, one wyszły drzwiami. Niby jedna z nich to była moja siostra, ale wiem że nie. Rano tata do nich dzwonił, odstawił słuchawkę i skierował w moją stronę, słychać było mocne szumy i jakby urywane zdania. Powiedziałem, że pewnie złapało ich tornado i udałem się na ich poszukiwania. Chyba ich nie znalazłem i już wracałem. Byłem po drugiej stronie ulicy z tatą lub kimś innym. Przypatrywałem się okolicy, było jakoś jaśniej i kolorowo. Moją uwagę zwróciły drzewa iglaste. Każdy poziom każdego drzewa był cieniutki i powiedziałem, że teraz wyglądają jak japońskie parasolki. Wróciłem do domu, przeszedłem mieszkanie i wyszedłem balkonem na trawnik. Okazało, że była akcja przycinania drzewek iglastych i nadawania innego stylu, gałęzie miały być cieńsze i równe, nie podobało mi się to, ale już nic nie mogłem zrobić. Zauważyłem, że kwiatki turki (pomarańczowe) padły, a stokrotki były w doniczce wkopane w ziemię chociaż nigdy nikt nie wkopywał kwiatków w doniczce na trawniku, a tu już zima, pada deszcz czy tam śnieg, więc trzeba wyjąć je z tej doniczki i normalnie wkopać bezpośrednio do ziemi. No tak, zapomniałem łopatki. Poszedłem do piwnicy po metalową łopatkę. Moje pójście wyglądało tak, że znalazłem się od razu w jakimś szarym pomieszczeniu, nawet nie zauważyłem, że tak nie wygląda nasza piwnica. Stało tam pełno niskich szafeczek z szufladami, w jednej szukałem łopatki. Otworzyłem szufladę i wyjąłem coś, nie pamiętam co, było mi nieprzydatne odłożyłem to, chciałem przeszukać pozostałe szuflady, jednak moje poszukiwania przerwały mi dwie bardzo ładne panie. Podeszły do mnie i w tym samym momencie znaleźliśmy się w zupełnie innym pomieszczeniu, było całe białe i jasne. Chwilę się rozglądam i stwierdzam, że to nie moja piwnica, wychodzę stąd, bo przecież przyszedłem po tą łopatkę. Gdy już chcę wychodzić, ta pani z blond włosami zagradza mi drogę i zamyka zasuwane metalowe drzwi, przesuwa poziomy pasek na ekranie drzwi symbolizujący blokadę. Na drzwiach pojawia się napis "SEKCJA C". Od razu wydaje mi się, że coś jest nie tak, ale udaję, że nic nie wiem, że nadal chcę iść po tą łopatkę. Ta druga, która miała ciemno brązowe włosy, siedziała w głębi pokoju, powiedziała, że jeszcze mu pozwólmy wyjść. Blondynka mi otworzyła. Wyszedłem. Nie odszedłem jednak zbyt daleko. Znów mnie złapały. Znowu biały pokój. Sam zacząłem otwierać te drzwi, przesuwałem ten pasek na dotykowym ekranie, który znajdował się na całej powierzchni drzwi, niecierpliwiłem się czemu tak powoli. Chciały mnie zatrzymać. Nie udało im się. Ponadto wiedziałem, że to wszystko jest iluzją przez nie kontrolowaną, ten biały pokój nie istnieje, drzwi także tam nie ma. Wybiegłem na korytarz piwniczny, rozleglejszy, większy niż w rzeczywistości. Wyszedłem z ciemnego tunelu. Był on jakoś wkomponowany w trawnik. Na ławeczce przy nim siedział starszy pan ubrany na pomarańczowo, wiedziałem, że to tybetański mnich. Chciałem wejść znowu tam, a on wstał i zagrodził mi drogę, powiedział, że lepiej nie. W tle widziałem balkon, z którego wyglądała kotka, na balkonie było lato. Ten wylot tunelu był podobny do tego, z któregoś z wcześniejszych snów, gdzie stał ktoś i coś mamrotał. Teraz, gdzieś mnie przeniosło na zewnątrz. Przed drzwiami do lotniska siedział na ławce ten mnich ubrany na pomarańczowo. Wykrzyknął do mnie "zagęszczaj przestrzeń" i wyjaśnił jak to robić. Nie do końca zrozumiałem, wiem jednak że chodziło bardziej o zagęszczanie uwagi. Miałem obserwować co się wokół mnie dzieje i zbadać jak wygląda wzór na podłodze i ściany. Na ścianach zobaczyłem pełno porozwieszanych wycinanek z białego papieru. Poza tym miałem skupić się w myślach na wybranym przedmiocie tak, aby obraz nie został zastąpiony przez wrogie postacie. Wybrałem kryształ, który noszę zawsze w kieszeni. Podziękowałem mu i wszedłem w korytarz z liceum połączony z rozległym korytarzem piwnicznym. Zawołałem do wszystkich znajdujących się tam uczniów, że mędrzec kazał zagęszczać przestrzeń, w ten sposób się obronimy. Ktoś chciał, abym pokazał mu mój kamień, nie chciało mi się jednak odwijać go z chusteczki. On jednak pokazał mi swój, chyba niebieski. Ktoś inny też, ale to się okazało, że była okrągła czekoladka albo muffinka. Poszedłem na koniec korytarza, tam gdzie poprzednio. Ktoś wchodził do piwnicy obok, poszedłem za nim. To było to pomieszczenie mieszkalne, gdzie palili papierosy we wcześniejszym śnie. Tym razem wszedłem i usiadłem z nimi. Kazałem im się pośpieszyć i zwiększyć uwagę, inaczej zostaną schwytani przez te dwie czarownice. Było już za późno. Wszyscy zaczęli zasypiać i wstawać. Śpiący szli za tymi dwiema kobietami czarownicami prowadzącymi ich do tego białego pokoju znajdującego się niedaleko. Chciały pożywić się ich energią. Zacząłem ich potrząsać, aby się obudzili i kierować z powrotem. Ci jednak z nowy zasypiali i szli zwabiani do pułapki. Nie wiem czy ktoś się uratował. Dwie czarownice wysłały za mną ochronę. Uciekłem z kimś na sam koniec korytarza. Był tam olbrzymi podziemny hangar. Na środku stała wysoka konstrukcja przypominająca rusztowania w połączeniu z windą. Stanęliśmy na platformie i szybko podniosła nas na dwa piętra, za wysoko i chyba winda nie miała celu. Nie było przycisku i musiałem zejść po tym rusztowaniu. Znalazłem na dole i ten starszy pan co tam był ze mną zjechał niżej. Ochroniarze chcieli nam przeszkodzić w ucieczce. Jeden (ciemnoskóry) stał na drugiej platformie windy, przycisnąłem strzałkę do góry i go szybko podniosło na wyższy poziom. Wkurzył się i zeskoczył, zaczął biec w moją stronę i skoczył na mnie w celu pobicia. Gdy już prawie na mnie opadał, przerzuciłem go za siebie. Wstał i znowu biegnie i skacze na mnie. I znowu przerzucam go za siebie. Chyba tak z dziesięć razy się powtarzał. Wtedy wyciągnął dwa pistolety, myślałem, że chce we mnie strzelać, ale nie rzucił mi je, jednak wiedziałem, że wybuchną i odrzuciłem je w trawę. Rzucił jeszcze jeden, wiedziałem, że ten by nie wybuchnął, ale nie chciałem go. Był jakoś częściowo otworzony, widać było paluszkowe bateryjki. Przebiegłem znowu cały tunelo-korytarz. Do tej piwniczki, w której siedzieli wcześniej ci palący wchodził dawny kolega. Spytałem się go czy nie chciał by kogoś zabić, myśląc o tych dwóch czarownicach, ale nie, tylko zamknął za sobą drzwi. Tak na prawdę to nie chciałem walczyć z tymi paniami, podobały mi się. Sam wróciłem do tego białym pokoju, ale patrzę a tam one otoczone przez kilku mężczyzn miały orgię czy co, a na dodatek ten czarnuch, co go wstawił Rebeliusz w swoim poście ostatnio, stoi na środku i się szczerzy. Wyszedłem stamtąd i zatrzasnąłem za sobą drzwi.


30-12-2018

Spacerowałem z rodzicami między blokami. Dziwne to było. Panowała atmosfera sztuczności, dziecinnego sennego komfortu. Te bloki były duże, jednak wydawało się, że wypełniam całe to miejsce sobą, nie pasowałem tam już. Zauważyłem kogoś siedzącego w piaskownicy, był ubrany cały na czarno. Wykrzyknąłem "złodziej, złodziej!". Spojrzał się tylko na nas i szybko uciekł. Ale co niby miał kraść? Zabawki pozostawione przez dzieci, czy piach z piaskownicy? Przeszliśmy dalej na prawo, a potem na lewo i wyszliśmy stamtąd. Szliśmy chodnikiem przed balkonem. Czułem, że to wszystko to senna przeszłość. Przed balkonem były małe drzewka i inne rośliny, których teraz już nie ma. Poszliśmy dalej. Gdy się skończył, oddałem zapis miejsca-snu dziewczynie napotkanej w lesie. U niej będzie bezpieczny, będzie mogła tam wchodzić kiedy będzie chciała i zmieniać go. Ja tam nie chciałem już więcej wracać.

Mama siedziała na kanapie w dużym pokoju, obok niej tata, trzymał na rękach nowo narodzone dziecko, dziewczynkę. Dziecko miało dziwnie dużą głowę, kształt też był dziwny, lekko koci. Na twarzy jakby maska ze skóry. Usiadłem obok nich. Tata położył mi je na kolana. przytrzymałem je, ale bałem się, że i tak zleci. Wziął je i trzymał je jakoś jedną ręką, aż dziwne, że nie wypadło. Potem pilnowałem je jak leżało na tej kanapie. Przyszła kosmitka o oliwkowym odcieniu skóry niewiele większa. Też miała pilnować dziecka.

W ciemności leżał człowiek, odwrócony twarzą do podłogi. Został pokryty prawie w całości bitą śmietaną i związany żółtą albo pomarańczową linką, ale tak luźno, że jakby chciał mógłby ją rozplątać. Spał. Ksiądz dotknął bitej śmietany i oddalił się na kilka kroków. Oblizał rękę, mmm jaka dobra. Wrócił to tego człowieka i położył się na nim na brzuchu wsuwając się pod linki. Zaczął się modlić. Człowiek w bitej śmietanie znikł, lekko się rozjaśniło. Dwie zakonnice-katechetki przerwały nam film. Powiedziały, że jest długi i muszą zrobić przerwę. Ktoś się spytał czy można by pominąć przerwę. Jedna z nich odpowiedziała, że musi być co najmniej 7 minut przerwy. Dwie lub trzy osoby (jednego poznałem z gimnazjum) wyszły do klasy obok za ścianą, reszta została w ławkach.


31-12-2018

Gdzieś na łące stały ruiny mieszkania. Wszedłem do zarośniętej trawą i chwastami łazienki. Jeden zlew był przykryty roślinnością. Podszedłem do zlewu na przeciwko. Mama coś mówiła, żebym czegoś nie robił. W jednym miejscu rosły gęsto drobne dmuchawce. Poruszałem je butem, aby nasionka upadły na ziemię, miałem wtedy lepsze dojście do tego zlewu. Spojrzałem w lustro i się bardzo zdziwiłem. Wiedziałem, że dopiero co poprzedniego dnia goliłem wąsy, a teraz miałem takie długie i gęste jakbym nie golił się z dwa tygodnie. Poza tym miałem zarost wyżej po bokach nosa. Potem jeździłem rowerem chciałem kupić nowy, ale było potrzebne jakieś przykrycie, a nie znalazłem. Coś tam było jeszcze o naprawie tabletu i wyjeździe do Warszawy.

Miejscem, do którego przybyliśmy władała jakaś wysoka zmora. Była cała niebieska i ubrana w świecące także niebieskie ubranie. Wypuściła na nas trzy węże. Próbowałem je zgniatać nogą, ale nic to nie dało. Uciekliśmy. Wyszliśmy górą z windy. Dwóm z nas udało się dalej przejść ja się zaklinowałem i dłużej mi zajęło wspięcie się. Niestety w tym czasie zaczęły zbierać się tam zombiaki. To była jakaś wielka galeria handlowa. Dalej leżały na półkach podobnych do hamaków dziewczyny. Wiedziałem, że choć ładne to też były zombie. Zombiaki się zbliżyły do mnie. Jakaś pani już mnie złapała. Chciała mi wyżreć mózg. Prosiłem, aby poczekali jeszcze chociaż 5 minut. Chciałem się w tym czasie obudzić. Otworzyłem i zamknąłem oczy. Nic to nie dało, nadal znajdowałem się w koszmarze. Chyba zeskoczyłem, ale jeden z nich zaczął mnie gryźć w głowę. "Zasnąłem" i przeniosło mnie do innej części tego snu. Myślałem, że mogę kontrolować pole elektromagnetyczne czy tam siłowe wokół siebie i zombi mi nic nie zrobią. Widziałem z oddali tą niebieską zmorę. Szedłem teraz wąskim podziemnym korytarzykiem. Przechodziły obok mnie różne osoby, nie wiem czy zombie. Trafiłem do niby serwisu komputerowego i nie wiem czemu się spytałem czy wydają tu tablety, bo to jakaś nagroda za coś miała być. Sprzedawca odpowiedział, że tak. Ktoś obok mnie miał do naprawy lub kupował obudowę z głośnikami. O coś się go zapytałem, tylko uśmiechał się. Przyleciał nóż. Gdy go dotknąłem (był gorący) dostałem wizji z wiadomością od zombiaków. Poruszałem nim w powietrzu za pomocą telekinezy. Jak mi się znudziło pozginałem go i wyrzuciłem do śmietnika.




01-01-2019

Traveler pozmieniał wiele na forum. Pododawał pełno różnych działów nie wiadomo do czego. Top 10 zostało zastąpione przez mapę forum, zajmującą kilka razy więcej miejsca. Było to podobne do drzewa katalogów z połączeniami, tyle że foldery nie były umieszczony jeden pod drugim, rozmieszczone zostały w różnych miejscach jak to na mapach, domki czy miasta. Boty podobne do motocykli z filmu "Tron" tworzyły połączenia pomiędzy tymi folderami, domkami, działami. Same też tworzyły nowe działy i puste posty. Było tego tak dużo, że się zdenerwowałem i wyłączyłem. "Obudziłem się." Incestus napisał na czacie, że razem z Travelerem będą zmieniać layout forum. Odpisałem, aby nie robili już tej mapki z botami.

Idzie dwóch księży-nauczycieli. Jeden miał żonę. Ten drugi mu zazdrościł. Powiedział, że jak by się pośpieszył to on by się z nią ożenił. Cały czas ją głaskał po głowie i ruszał warkoczyki. Poszli na górę schodami. Kobieta udała się, gdzieś korytarzami. Była ubrana w czerwony albo żółty płaszcz. Chciałem ją chronić na wszelki wypadek, gdyby ten co zazdrościł wrócił, aby ją schwytać. Zgubiłem ją jednak. Wszedłem do łazienki. Ktoś stał przed drzwiami i coś do mnie gadał. Nie rozumiałem o co mu chodzi. Zamknąłem drzwi. Niestety druga ścianka była zdjęta i nadal wszystko było widać. Coś się jeszcze działo i się obudziłem.


06-01-2019

Stoję przed ścianą korytarza (zapewne piwnicznego) i patrzę się na wiszący tam zegar, widzę jak porusza wahadło zegarowe. Zegar tyka. To jest jakiś dziwne miejsce i dziwni ludzie tam mieszkają. Ktoś do mnie podchodzi. Za zegarem pojawia na ułamek sekundy się wielki biały pająk. Śmieję się i mówię temu komuś, że pokaże mu dużego pająka. Idę na koniec korytarza, jest tam wejście do sali sportowej. Zauważam, że zza trybun wystaje nóżka pająka. Jest wielka jak ta cała sala czy tam hala sportowa, więc jak olbrzymi musi być cały pająk. Byłem przerażony co oni tam trzymają. Chciałem ich przestraszyć, a sam się bałem. Uciekłem do łazienki. Po chwili jednak wyszedłem. Cały czas się śmiałem, aby przykryć mój strach. Zbliżył się do mnie jakiś mężczyzna. Przywitałem się z nim uściskając jego "dłoń", zamiast ręki miał czarne owłosione pajęcze odnóże...

Razem z jakąś dziewczyną uciekałem przed wrogimi służbami policyjnymi. W końcu, gdy nas dogonili posłałem w ich stronę czy raczej próbowałem posłać falę energii. Niektórzy się przewrócili, ale słabe to dawało efekty. Ktoś tam jeszcze się na mnie rzucił, na szczęście dałem radę go odepchnąć i się obudziłem.


07-01-2019

Nie wiadomo skąd pojawiło się dwóch takich skurwieli. Byli w wieku gimnazjalnym. Jeden z nich był podobny do młodszego ode mnie dawnego kolegi z podwórka, drugi niezidentyfikowany. Najpierw chcieli mi zabrać czytnik i go zniszczyć, ale jakoś udało mi się go odebrać. Na pewno nie tylko o to chodziło, grozili mi, że coś tam mi zrobią. Byli silniejsi tylko dlatego, że potrafili podróżować w czasie i się teleportować. W dużym pokoju pojawił się wylot do ciemnych podziemi. Oni wiedzieli, że chcę uciec tam i coś zrobili wcześniej z moimi spodniami. Z pomiędzy czarnej zasłony tego przejścia pojawiły się jakieś mi nieznane dziwne dwa koty. Wyskoczyły na mnie. Zszedłem kilka stopni w dół w stronę podziemi. Jeden kot wskoczył mi na lewą nogawkę spodni. Okazało się, że tamtych dwóch zwilżyło mi spodnie bardzo silną koci miętką. Kot uczepił się pazurami moich spodni, zaczął gryźć i drapać, ogólnie był szalony. Musiałem zdjąć spodnie. Kot zabrał je do podziemi. Wróciłem do pokoju. Akcja przeniosła się do sali jakiegoś budynku. Z tymi dwoma współpracowała jeszcze jedna osoba, była to lalka z kocimi oczami. Nie wiem dlaczego przypominała mi Isabelę. Rozpoczęło się przesłuchanie w stylu tych z detektywistycznych książek, że w tym pokoju znajduje się przestępca, chociaż tylko ona tam była. Siedziała przy ławce, szmaciana lalka. Inna dziewczyna, której nie było widać wszystko powiedziała o tym co ta zła lala zrobiła, że to przez nią ta nogawka od spodni, i że to ona te rajstopy. Wiedzieliśmy, że lalkę opętał zły duch i teraz będzie źle. Znowu scena wraca do pokoi. Udało mi się coś im ukraść i teleportowałem się, gdzieś rzekomo w przyszłość. Szedłem oświetlonym światłem słonecznym korytarzem i skręciłem do drzwi. W ręku trzymałem zakupione to coś. Był to zestaw "Time travelling dla małych dzieci 4D". Niech będzie i dla małych, dobre i to. Wyglądało to na plastelinę z kształtami do wyciskania. Wróciłem i pokazałem, że ściągnąłem z przyszłości jakiś urządzenia, odtwarzacze muzyki czy coś. Oni źli na mnie, że im to ukradłem. Potem (albo wcześniej) miałem się teleportować robiąc przewrót w przód, podłoga miała być teleporterem. Niestety utknąłem częściowo głową w podłodze, a oni "I co, nie możesz się ruszyć?". Jakoś się wydostałem. Oni coś mi grozili, że jak wsadzę to drzewko do ziemi to i tak przyjdą i je wyrwą. Nie wiedziałem o co im chodzi. Już wychodzili. Byłem wściekły. Jednego z nich uderzałem pięścią w twarz raz za razem. Nie poruszyło go, ani trochę. Stał bez ruchu i się bokiem uśmiechał wyszczerzając zęby.

W drugim śnie siedzę na krześle w jakiejś sali. Po lewej stronie siedzi moja siostra lub ktoś ją przypominający, widzę ją tylko kątem oka. Pogładziłem jej rękę kilka razy, nie wiem czemu. Wstała i powiedziała do koleżanek, że może ją jeszcze w pępek dotknę. Przesiadłem się do drugiej części sali. Siostra chyba szła, gdzieś z koleżankami. Wziąłem od niej jednego schabowego kotleta i nałożyłem na talerz, ziemniaki pojawiły się same. Zacząłem jeść. Przyszły dzieciaki z podstawówki (bo to była chyba szkolna stołówka) i obsiadły mnie naokoło. Tak się przybliżały, że aż wchodziły mi na talerz. Nakrzyczałem na nie i poodpychałem, poszły się poskarżyć. Jadłem tego kotleta i były tam także takie podłużne fioletowe żelki, też je zjadłem, chociaż wiedziałem, że to niedobre i fuj, no to jeszcze trochę ziemniaczków. Przyszła pani nauczycielka tych dzieciaków. Nagadała mi, że co ja takiego narobiłem, tak nie wolno. No to jej tłumaczę, że mi prawie usiadły na tym talerzu, to co niby miałem zrobić? Ale tak nie można... Poszła sobie. Wyszedłem drzwiami na korytarze, wyglądało jak na mieście. Włączyła się jakaś wizja w odcieniach szarości. Jakiś nieznany (chociaż trochę znajomo wyglądający) mężczyzna stał na wiejskiej drodze przy chatach i opowiadał jaki dobry zrobił wybór przeprowadzając się na Ukrainę. Jak się to nagranie skończyło stałem tam jeszcze przy ścianie budynku i czekałem. Przeszedłem w końcu na drugą stronę ulicy, a nie, teraz to był znowu korytarz. Wszystko było kolorowe, bardzo sztucznie wyglądające, jakby wnętrze budynku zbudowane było z plastikowych makiet, pewnie by mnie zmylić. Z sali obok wyskoczył lekarz ubrany na biało. "O, już jesteś, no to szybko wchodź." Ja szybko pobiegłem do przejścia na boczny korytarz, lekarz szybko za mną. Słyszałem wiercenie, tam dalej odbywał się pewnie remont. Zauważyłem, że wzdłuż korytarza przy lewej ścianie były poukładane różne dziecięce zabawki, jakieś figurki, jelonki, samochodziki. Powiedziałem do lekarza, że pewnie tam są dzieci autystyczne, ponieważ układanie przedmiotów w linii jest jednym ze wskaźników wskazujących na autyzm. Pokiwał głową. Jeszcze spojrzałem się w drugi korytarz, gdzie znajdowały się schody na górę. Też było tak kolorowo i sztucznie. Też stały tam jakieś makiety, chyba kartonowe, w odcieniach pastelowych. Powiedziałem, że jest tam jakoś smętnie. Też się zgodził, chciał, abym jak najszybciej z nim wrócił. Poszedłem z nim. Nie wiem dlaczego, mogłem przecież uciec. W gabinecie była jeszcze pani "lekarka". Trzymała w ręku skierowane w moją stronę narzędzie podobne do malutkiej srebrnej wiertarki bez wiertła. Między sobą rozmawiali o mnie. Mieli mnie do czegoś przygotować. Stawałem się coraz bardziej świadomy, niestety nie za wiele. Pewnie usuną mi pamięć. Coś mówili o transferze mojej świadomości w przeszłość do mojego dziecięcego ciała. Miałem skądś jednak wiedzę, że ktoś czy coś mnie chroni i nic z tego się im nie uda i się obudziłem.




10-01-2019

Chodziłem po różnych ciemnych salach. Możliwe, że to były szkolne klasy, były tam różne osoby. Wszedłem do wielkiej sali. Znajdowały się w niej wielkie wieżowce (ciekawe jak się tam zmieściły?). Było ich około sześć, dziesięć. Schodziłem w dół jednego z nich. Nawet nie wiem kiedy tam wszedłem. Chyba były ze sobą połączone. Teraz się zastanawiam czy może w każdym z nich znajdowała się taka wielka sala, w której stały inne drapacze chmur? Wyszedłem jakoś w połowie. Wiedziałem, że gonią mnie jakieś straszne stwory, wielkie pająki. Wiedziałem, że trzeba coś z tym zrobić, aby się nie wydostały. To był chyba naukowy eksperyment. W oddali sali widziałem jakiś platformy, na które można było wejść. Wróciłem z dwoma osobami, weszliśmy na samą górę jednego z wieżowców. Znaleźliśmy nieznane ukryte drzwi. Tych dwóch poszło sprawdzić co jest z nimi, a ja przytrzymywałem drzwi, aby się nie zamknęły. Po jakimś czasie wrócili. Powiedzieli, że tam był taki sam budynek, tylko wychodziło się w średniowieczną przeszłość, nic ciekawego i wracamy. Pomyślałem, że skoro jedne drzwi prowadzą w przeszłość to na pewno są tu drugie drzwi do przyszłości. I rzeczywiście były. Przeszedłem przez nie i wyszedłem z budynku i z tej wielkiej sali w przyszłości. Nie widziałem wielkich różnic. Było tam wiele ludzi, wszyscy czymś podekscytowani, wyszedłem zupełnie na zewnątrz. Słyszałem odliczanie do czegoś. Już za parę minut zła sztuczna inteligencja miała przekonwertować całą ziemską materię na własne potrzeby. Wszystko dookoła zaczęło się świecić na czerwono i pomarańczowo, jak lawa. Nie mogłem już wrócić. Musiałem uciekać, ale nie wiedziałem dokąd. Wzniosłem się w powietrze i leciałem, sen stał się bardzo wyraźny. Mroczni słudzy sztucznej inteligencji zaczęli mnie gonić. Niedaleko bardzo nisko unosiły się burzowe chmury. Niestety wleciałem pod nie, a tam mnie szybciej złapią, bo to ich domena. Nagle ktoś odsłania kawałek chmury zwisającej, aż do ziemi jak zasłonę z materiału. Wtedy wylądowałem. Były to Elfy z czwartego wymiaru. Miały mi jakoś pomóc. Niestety nie dało się wyjść spod tych chmur. Trzeba było to obejść podziemnymi tunelami, aby się stamtąd wydostać. Już miałem z nimi iść, gdy usłyszałem jak ktoś rytmicznie mówił "nie wiem, nie wiem, nie wiem..." i się przez to obudziłem. Okazało się, że to kot jakoś tak oddychał przez sen, co się przełożyło na słowa we śnie.

Jeszcze był krótki sen jak siedzę na wannie i grzebię w wodzie w zlewie. Zlew był duży jak wanna. Potem jakoś jeszcze bardziej się powiększył. Po wodzie chodzili jacyś ludzie. Nie wiem jak się tu w łazience zmieściła wanna wielkości małego stawu i ci ludzie. Mówili, że chcieli popełnić fizjologiczne samobójstwo (ciekawe jakie jest jeszcze inne, filozoficzne?), ale na szczęście nie zrobili tego. W wodzie leżał rozmoczony makaron, odgarniałem go w ich stronę.


13-01-2019

W myślowych hipnagogach wrzuciłem do czystej przejrzystej wody strumyku kwadratową przezroczystą płytkę. Rozpadła się na ogromną ilość małych różnokolorowych kwadracików, które odpłynęły od punktu zetknięcia się tej płytki. Pomyślałem, że każdy teraz będzie mógł mieć taką drobniutką kolorową wysepkę na wodzie.

We śnie był obiad i tata nakładał jedzenie na talerze. Spytał jakie chcę grzyby do tego. Odpowiedziałem, że może być psylocybina i się zaśmiałem.


16-01-2019

Bardzo dużo się działo (albo tak mi się przynajmniej wydaje) i wiele nie pamiętam. Znów się rozpoczął rok szkolny. Z panią od matematyki wyszliśmy, gdzieś w teren przy lesie. Nie wiem po co miałem ze sobą duży plecak, w którym było tylko kilka drobnych rzeczy. Chyba się skaleczyłem w palec i mi pani założyła plasterek. Miałem później wrócić z domu i pokazać ten plasterek, ale tego nie zrobiłem. Potem miał być język polski. Poszedłem do ubikacji i wyszedłem.

Oglądałem trailer nowej części "Matrixa". We śnie myślałem, że były dopiero dwie części i teraz to będzie "Matrix III" i na dodatek serial. Zapowiedź trwała prawie 10 minut i zrobiłem pauzę. Później, jak oglądałem resztę, byłem już pewien, że to fałszywka, posklejane fragmenty z poprzednich części i "Animatrixa". Po obudzeniu wiedziałem, że zupełnie nic z tego nie było w oryginalnych filmach. Podczas oglądania słyszałem muzykę. W jednym momencie widzę kogoś w głębi sceny ubranego na czarno. Stoi nad stołem z kimś jeszcze, chyba naukowcy. Bliżej kamery stoi robot ubrany na biało, zamiast twarzy ma ekran z wieloma światełkami. Jest smutny. W innej scenie mały chłopak ma out of body experience. Widać jak jego ciało astralne wylatuje z fizycznego.

Skądś wracam autobusem. Autobus jedzie normalnie czyli prawą stroną. Wysiadam jednak jakbym jechał autobusem z zupełnie innej strony. Jestem pewien, że to przystanek blisko domu. Wszystko wydaje się normalne przez chwilę. Zaraz jednak okazuje się, że wysiadłem w zupełnie innym mieście. Widziałem nazwę tego nieistniejącego miasta. No to idę szukać powrotnego przystanku. Idę chodnikiem czy ulicą. Ulica powoli zaczyna się przekształcać w cienisty korytarz. W niektórych miejscach siedzą dzieci pod ścianą. Ktoś wstaję i do mnie podchodzi. Coś do mnie mówi, chyba o tym autobusie. Wychodzę stamtąd. Korytarz z powrotem staje się ulicą. Wychodzę za róg budynku, którego tam wcześniej nie było. Autobus mi uciekł. Jakaś pani niby mogła mnie podwieźć samochodem, ale odmówiłem. Powiedziałem, że sam pobiegnę. Obudziłem się. Jeszcze przez chwilę miałem senne myślenie, że tak w środku snu się obudziłem, a przecież nie wróciłem do domu i do swojego ciała i czy przez to nic mi się nie stanie, a może następnym razem sen zacznie się od tego momentu, którym go opuściłem?


17-01-2019

Było słoneczne lato. Wyszedłem z klatki schodowej na zewnątrz. Wspominałem, że tam na trawniku przy ulicy była szopa, a teraz już jej nie ma (w rzeczywistości nigdy tam nie było szopy). Weszła do niej mała dziewczynka.

Biegłem lub leciałem wokół ścian wąskimi korytarzykami, ledwo się tam mieściłem. We wnęce stały na parapecie zielone rośliny. Miały oczy i mówiły do mnie. Były bardzo szczęśliwe, że ktoś się zjawił. Prosiły, abym je uwolnił. Chciały chodzić i latać tak jak ludzie. Ale gdy dowiedziały, że nie jestem w stanie im pomóc stały się złe i mnie wyzywały. Szybko opuściłem to miejsce.

Znalazłem się w dużej sali. Byłem obserwatorem. Wszystko tam było czarne jak po pożarze. W rzędzie stało kilka szafek czy budek. W nich siedzieli policjanci jak zakonnicy zamykający się na lata, którzy już dawno zostali zwolnieni, ale obstawali przy swoim, że będą nie wyjdą stamtąd. Jeden z nich był młodszy miał czarne włosy. Właśnie przyszedł i oznajmił, że dziś jest dzień bez herbaty. Bo oni mieli dzień z herbatą co dwa dni. No, ale przecież mogą sobie zalać tą zepsutą już wodą, która została. Przyszła dziewczyna do niego. On miał ostatnią budkę. Pokazało się jego wspomnienie. Dziewczyna pyta się jego, że jak on jest informatykiem, to pewnie już zarabia bardzo dużo. On nie odpowiada, ukrywa, że robi co innego. Potem poszedł na rozmowę z policją. Przy wychodzeniu niby przez przypadek upadło mu jakieś urządzenie podobne do odtwarzacza mp3 ze słuchawkami, będące identyfikatorem, i książka. Podniósł oba przedmioty. Dziewczyna czekała na niego przed drzwiami. Teraz wszedłem do jego budki. Dziewczyna była związana sznurem i siedziała w pudełku, on ją całował. Dziwne, że się zmieściła w takim malutkim pudełku, może wchodząc do nie go się pomniejszyła? Krzyknąłem, że on ją tu przetrzymuje. Została uwolniona, a ten policjant zamknięty. Wyszliśmy na zewnątrz z tej szopy czy co to było. Ona miała iść do domu. Chciałem iść z nią, ale nie chyba nie chciała.

Teraz jest przeskok do innego miejsca, ale nie wiem czy to dobra kolejność, bo jakby się to działo jednocześnie. Jest noc hallowenowa w przyszłości. Było by zupełnie ciemno, gdyby nie złote światło latarń. Idę, gdzieś na mieście chodnikiem przy ulicy. Może to kontynuacja snu z poprzedniej nocy? Dużo ludzi chodzi. Przechodzę przez ulicę i robi się pusto i cicho. Wchodzę na plac między blokami. Zauważam jakichś ludzi. Są poprzebierani w pomarańczowe materiały jak w prześcieradła. Są przezroczyści, więc wiem już, że to duchy. Niektóre postacie mają długie dzioby. Wiem, że nie są przyjacielsko nastawieni. Chcę uciec. Unoszę się na wysokość budynku. Oni lecą za mną. Opadam i uciekam. Oni chyba nie mogą wychodzić poza granice tego placu.

Jest trochę jaśniejszy dzień. Idę z tą dziewczyną. Mamy udać się na inną planetę. Kierujemy się w stronę unoszącej się w powietrzu wysepki i wchodzimy po schodach. Ostatnio wiele takich wybudowano. Znajdują się w nich teleportery. W ciemnym kącie siedzi obcy z innego świata, chyba ona, jest stara. Nie widać jej za bardzo, ale mam wrażenie, że jest połączeniem pająka i grzyba. Pilnuje urządzenia. Najpierw przechodzi dziewczyna. Teleporter wygląda jak jakaś prasownica czy magiel. Z tej strony wydaje się, że człowiek będzie sprasowany tą rolką, ale tak na prawdę robi się cienki tylko na chwilę i od razu przenoszony jest w inne miejsce. Teraz ja idę. Kładę się na brzuchu, najpierw wchodzi głowa. Mam jakieś problemy i się cofam. Ta kosmitka wstaje i mówi, że musi mi odgryźć koniuszek prawego ucha, bo się klinuje. Się trochę przestraszyłem, nie chcę. Nagle jestem na dachu wysokiego budynku. Są tam inni. Jest znowu ciemno. Obserwuję jak w betonie formują się oczy. To chyba ja się teleportuję, jakoś powoli. Przychodzi mama z czajnikiem i polewa je wrzącą wodą. Krzyczę na nią co ona robi? Odpowiada, że mogłem przecież powiedzieć i odchodzi. Chyba nic się nie stało, oczy były jeszcze pokryte cienką warstwą betonu. Nagle słychać głośne "pop" i całe ciało wyskakuje i staje na nogi. Ja czy ten ktoś kogo przyteleportowało bierze głośny wdech. Mówi, że trochę go zabolało w klatce piersiowej, za długo w tym miejscu był pomiędzy tymi rolkami prasująco teleportacyjnymi. Jest zadowolony.


21-01-2019

U cioci w kuchni przy zlewie stały tubki z zagęszczonym mlekiem dla dzieci. Wyciągnąłem kilka i posmakowałem. Obok stała bita śmietana w kształcie tortu. Też trochę zjadłem. Smaku nie pamiętam, chyba był słaby. Przy tym były jeszcze stare kasety z muzyką zawieszone na stojaku. Miałem wrażenie, że wszystkie te rzeczy stoją tam od lat. W rzeczywistości nic z tego tam nie było.

W moim pokoju stała szafa, której już dawno nie ma. Miała więcej półek. Pod jakimiś rzeczami, chyba gazetami, znalazłem bombonierkę i kilka czekolad, o których nic nie wiedziałem, a leżały tam od świąt. Pokazałem mamie i siostrze te zapomniane prze ze mnie słodycze.

Wstaję z łóżka i idę wyjść drzwiami. Jednak się wracam i wychodzę przez kuchenne okno. Przechodzę przez żywopłot przy ścianie, trochę ciasno. Idę przez dawny plac zabaw. Biorę z ziemi jeden większy kamień i dwa małe. Idę do lasu. Gdy już jestem w lesie, wrzucam te dwa mniejsze kamienie jak najdalej pomiędzy drzewa. Są tam chłopcy spacerujący po tym lesie. Ciężko mi się idzie, bo tam jest sypki piach jak na plaży i śnieg. Chcę zejść po piaskowej skarpie. Trzymając ten duży kamień, budzę się. Jeszcze widzę w ciemności świetlisty dysk.


25-01-2019

Szedłem obok budek sklepowych. Wiedziałem, że jednego, odzieżowego sklepu już nie ma i rzeczywiście napis starty. Teraz był spożywczy. W ogóle jak spojrzałem to tam stało pełno samych spożywczych sklepów. Wszedłem do jednego. Brałem różne rzeczy do koszyka, nie pamiętam co, wiem tylko, że bardzo dużo. Poukładałem to na taśmie. Pani sklepikarka kasowała. Wkładałem do torby zakupy. Jakoś bardzo powoli mi to szło. Wyszło na to, że moich rzeczy było dużo więcej niż myślałem. Oprócz tych na taśmie, były jeszcze na dalszej ladzie i na górze kilku wyższych szafek. Wszystko mi się mieszało. W środku były jakieś nie moje rzeczy, pogięte stojące tam od lat. Na końcu jakaś ciemno pomarańczowa otwarta farbka. Zastanawiałem się czy to moje, ale chyba nie. Tam na końcu szafek stali już następni klienci, a ja nadal nie spakowałem swoich rzeczy. W końcu jakoś się z tym uporałem. Teraz był pan sklepowy. Jeszcze przy ladzie stało małe drzewko, dziwiłem się, że i to wziąłem. Przyszła mama i pomogła mi z częścią tych zakupów.

Wracałem do domu przy lesie. Podniosłem ze śniegu nasionko, byłem pewny, buku. Wygrzebałem zawartość i zjadłem. Potem pomyślałem, że przecież tak nie wygląda nasionko buku, tylko klonu. Zastanawiałem się czy mi będzie rosło w brzuchu i będę się dłużej czuł najedzony.

Z mamą i siostrą szedłem obok wielkiego budynku. Nagle zrobiło się ciemno. Po ulicy biegli ludzie. To wielka fala tsunami się zbliżała. Chwyciliśmy się za ręce i czekaliśmy, bo nic już nie mogliśmy zrobić. Sen się cofnął. Udało się nam wejść do tego budynku, ale i tak wiedzieliśmy, że to nie miało sensu. Fala i tak wedrze się do wnętrza.


02-02-2019

Zrobiło się jasno w pokoju. Kołdra zaczęła się zsuwać i unosić w powietrzu. Opadła i zaczęła mnie dusić. Powtarzało się to trzy razy. Rozluźniłem się i przestała.

Książki z serii "Harry Potter" pomieszały się z materiałami do nauki siostry umieszczonych w segregatorach. Stały na wysokich półkach przy suficie. Otworzyłem jedną książkę. Dwie kartki były luźne. Myślałem, że wcześniej nie zauważyłem tego, więc teraz chciałem przeczytać, aby nie zapomnieć. Pomiędzy stronami była jasna moneta z częścią tekstu. Niektóre słowa na niej były po rosyjsku. Aha, więc autorka pisała część w innym języku. Czułem jak moneta się topi jak czekoladka.

Uliczki dzielnicy zamieniły się strumyki i małe rzeki. W kilkuosobowej grupie płynęliśmy łódkami. Świeciło słońce. Chciałem samemu iść w bok na prawą stronę, ale musiałbym przechodzić przez wody lub je jakoś przeskakiwać. Pani, która powadziła naszą podróż kazała dalej płynąć łódką. Tam na końcu ulicy stały przecież ławki. Zdziwiłem się, przecież nasz cel był inny.


05-02-2019

Śniło mi się, że idę korytarzem, gdzie są szatnie i staję przed drzwiami do sennej stołówki. To jest McDonald’s. Jest tam dużo ciemnoskórych osób głośno rozmawiających i śmiejących się. Nie wchodzę tam, bo przecież nie znalazłbym tam prawdziwego jedzenia. Wychodzę na ulicę. Idę znowu szkolnym korytarzem, schodzę po schodach. Idzie za mną moja kotka. Dziwię się, że znalazła się tak daleko od domu. Biegnę, chcąc znaleźć miejsce wolne od innych ludzi, bo chcę polatać, a nie mogę, ponieważ oni nie wierzą, że można latać i to blokuje mnie. Próbuję się wznieść. Unoszę się pomiędzy schodami, ale chyba już tylko w wyobraźni i się budzę.


06-02-2019

Idę przez rozpuszczający się wielokolorowy śnieg (najwięcej zauważyłem niebieskiego). Śnieg ten porusza w kalejdoskopowy sposób. Widzę tworzące się mapy różnych lądów. Chwilę się temu przyglądam i idę dalej.

Spotykam japońską dziewczynę, chcę z nią zostać. Zapoznaję się z jej rodziną.

Obudziłem się w łóżku. Gdzieś obok było dwóch Chińczyków. Dali mi puste opakowanie po lekach i 10zł. Miałem to wyrzucić. Tłumaczyli mi, że strażnicy czy policjanci wyczują zapach i te 10zł wystarczy, aby ich przekupić. No to poszedłem. Znalazłem się na pętli autobusowej. Chyba i tak musiałem uciekać. A może to policjant uciekał, nie wiem.

Coś tam znowu było z Japonką, ale nie za bardzo pamiętam.

Wylądowałem w ciemnej jaskini. Znajdowała się na dachu bardzo wysokiego budynku. Widziałem jeszcze trzy utrzymujące się na niebie światła. Były to pozostałości trzech potworów, które zabiłem, chociaż nic z tego nie pamiętam. W tej jaskini czy ciemnej sali były trzy osoby. Jedną dziewczynę rozpoznałem jako Sudo. Była bardzo osłabiona. Zjawił się czwarty potwór. Nie potrafię go opisać, miał chyba długi dziób. Dałem Sudo jakieś lekarstwo, ale nie chciała wziąć. Pomagałem jej się poruszać i jakoś uciekliśmy. Tych dwóch pobiegło w inną stronę. Znaleźliśmy się w innej jaśniejszej sali. Ten potwór miał teraz humanoidalną postać. Na około jego szyi pojawiał się i znikał grzyb. Uciekaliśmy korytarzem i schodami w dół. Ciągle nie chciała leku chociaż słabo się poruszała. Biegniemy po schodach w dół, a tam kraty. Reset. Biegniemy po schodach w dół, a tam kraty. Powtórka. Biegniemy po schodach w dół, a tam kraty. Ktoś chyba przechodził przez, ale nie wiem, może to tylko wyobraźnia. Znowu. Biegniemy po schodach w dół, a tam kraty. Kilka razy jeszcze się to powtórzyło. Ten potwór już biegł w naszą stronę. Nie zobaczyłem co się dalej stało i czy w ogóle ten potwór rzeczywiście tam był, obraz zrobił się niewyraźny i się obudziłem.


24-02-2019

Świat był po wielkiej katastrofie i większość ludzi utraciła swoje miejsca zamieszkania. Nastały także problemy z jedzeniem. Szedłem sobie lasem. Spotkałem takich dwóch. Znaleźli dwie torby z jedzeniem, chyba ususzonym mięsem. To była karma dla kotów z łososia i kurczaka. Niedaleko, za krzakami szła dziewczyna. Ciągnęła za sobą duży różowy wór. Podbiegłem do niej i zajrzałem co ona tam niesie w tym worze. Miała tam pełno różnokolorowych cukierków, szklaków, gum rozpuszczalnych, czekoladek. Zawołałem tamtych dwóch. Teraz zauważyłem, że miała jeszcze dużo kolorowych długopisów, kamieni i kryształów. Podobały mi się ich psychodeliczne kolory i wzory. Pomyślałem, że zjem jak najwięcej tych cukierków, jednak nawet nie spróbowałem. Wziąłem dwa długopisy i dwa podłużne kryształy górskie. Błyszczały i były naturalnie ozdobione w kształty podobne do zielonkawych liści. Miały właściwości magnetyczne, bo jak zbliżyłem je do siebie lekko się przyciągały, wytwarzając wtedy światło. Pokazałem je tym dwóm i schowałem je do kieszonki w mojej koszuli flanelowej. W tej kieszeni był guzik, może mi się wcześniej urwał. Wyszliśmy na skraj lasu. Tam było kilka bloków mieszkalnych, które jakoś się zachowały. Zauważyłem dziwnie wystające szyby. Odbijały się w nich drzewa. Powiedziałem o tym dziewczynie i o tym, że pewnie niedawno robili remont. Odpowiedziała, że to niemożliwe. Wtedy zniknęły odbicia drzew. Za chwilę znowu się pokazały. Spojrzeliśmy na dalsze bloki, też miały dziwne szyby z obiciami drzew. Dziewczyna zamyśliła się powiedziawszy, że może jednak tak.

*

Taegan Cardale

Odp: Po drugiej stronie lustra
« Odpowiedź #6 dnia: Styczeń 18, 2021, 18:23:24 »
06-03-2019

Pamiętam spadnie i lot w ciemności, która zmieniała się w różnokolorową jasność.

Mam linę i wspinam się po wysokim budynku. Gdzieś w połowie się zatrzymuję. W okienku siedzi dziewczynka. Chwilę o czymś rozmawiamy. Ona w połowie wychodzi poza okno trzymając się framugi. Boję się, że spadnie, przytrzymuję ją. Daje ciemnoskórej dziewczynie, mieszkającej piętro niżej, przez okno dwa szklane flakoniki z jakimś olejkiem lub lakierem. Tamta je łapie, a dziewczyna wchodzi z powrotem przez okno. Jeden się zbił, bo na podłodze leży kawałek szkła. Jeszcze niżej wystaje ciemnoskóry mężczyzna i patrzy się do góry. W pewnym momencie widzę cały wieżowiec z oddalenia. Setki ludzi jak oczy budynku wychylają się z okien i patrzą do góry na nas. Niby to normalne, często tak się wychylają, aby porozmawiać. Mam lekki lęk wysokości. Przez chwilę wszystko wygląda jak animacja rysunkowa. Nie mam już liny (czy w ogóle ją miałem?), trzymam się jakoś ściany. Chcę wyciągnąć linę z kieszeni, aby ją przywiązać, gdzieś i po niej zejść, ale nie mogę jej wyciągnąć (ciekawe jak by się taka długa lina zmieściła w kieszeni). Myślałem, aby wejść do kogoś przez okno, ale nie, sen się kończy.


26-03-2019

Przy drzwiach na przedpokoju podeszła do mnie jakaś ładna dziewczyna. Spytała się mnie czy mnie pamiętasz, byliśmy w sanatorium w Sopocie? Spytałem się o jej imię. Odpowiedziała, że ma na imię Magda. Pomyślałem, że tam przecież była Marta, ale tak, też była jakaś Magda. Chociaż nie do końca wiem o jakie sanatorium chodzi. Ale OK.

Jestem w supermarkecie z jakąś dziewczyną (raczej nie z tą Magdą, tylko jakąś inną). Ona bierze koszyk  i wchodzi do sklepu przez bramki. Ja czekam przed sklepem, jakbym leżał na łóżku, nie mogę się ruszyć lub zapomniałem, że mogę. Gdy ona idzie z tym koszykiem, kasjer wstaje i szybko do niej podbiega. Tłumaczy jej, że nie można tak sobie wchodzić z koszem. Najpierw trzeba kosz zarejestrować i coś tam jeszcze. Później chyba sam idę po tym sklepie. Coś się stało z jakimś panem. Chyba mu krew leci z twarzy (ebola?). Dwóch się nim zajmuje. Dzwonią po pomoc. Szukają leków. Polecam mu podawać duże dawki witaminy C kilka razy dziennie, to pomoże...

Mam niejaką wiedzę, że pojechałem na wczasy z mamą i siostrą, a teraz gdzieś nocujemy. Jest ciemno. Leżę w łóżku, od prawej strony jest ściana. W nogach łóżka pojawia się jakaś dziwna postać. Widzę jej zarysy. Ma nienaturalnie wielką głowę i bardzo gruby i długi nos. Wiem, że to demon lub zły duch. Okrywa się półprzezroczystym materiałem (może jedwab?) i od razu zmienia się jakby przez cały czas tak wyglądała, ma piękną kobiecą sylwetkę. Ale za chwilę ten materiał z niej opada i znowu widzę, że to gruby demon z półmetrowym nochalem na pół twarzy. Poprawia materiał. Coś tam do mnie mówi, abym pomógł jej usiąść i zawiązać ten materiał, bo ona chce się ze mną przespać (aha i pewnie pożywić się moją energią). Pomagam jej i szybko uciekam. Biegnę ciemnym długim korytarzem w prawo. Kątem oka widzę pokoje mamy i siostry. Śpią, więc im teraz nie pomogę. Docieram na koniec korytarza i wchodzę do malutkiego pokoiku. Jest tam drewniane zielone okienko, zabite deskami, bez szyb. Bez namysłu przeskakuję przez okno i przenikam na zewnątrz. Ląduję na chodniku. To był jakiś długi budynek. Biegnę wzdłuż niego po trawie. Przez okno wygląda jakiś mężczyzna. Chowam się na chwilę i biegnę dalej. Wiem już, że tan hotel był zorganizowany przez wampiry pożywiającymi się ludźmi tam odpoczywającymi. Dochodzę do miejsca po drugiej stronie między budynkami. Miałem wrażenie, że już tu kiedyś byłem. Jest tam prawie w całości przysypana piaskownica czarnym piachem, chyba to jakiś węgiel albo popiół. Może kiedyś był tam pożar? Słabo widzę. Biorę jeden węgielek, aby go poczuć w ręce. Biegnę dalej. Biorę inny, jasny rozsypujący się kamyk. Polepsza mi się wzrok. W tym czasie zrobiło się już jasno. Wybiegam na ulicę. Budzę się.




31-03-2019

Leżałem w łóżku, ciemno, ale widziałem pokój. Był większy i wydawało mi się, że to nie mój pokój. Czułem lekki niepokój, bałem się duchów? Wstałem. Na ścianie oprócz aktualnej lampki była jeszcze stara. Próbowałem zapalić światło, ale nic. Nie wiem czy wiedziałem, że to sen. W tej nowszej lampce była żarówka wkręcona przez moją senną przyjaciółkę, niedawno poznaną. Wykręciłem ją. Zaczęła świecić i poczułem w rękach gorąco. Położyłem ją na pufie.


13-04-2019

Myłem nogi w łazience. "Przez przypadek" uderzyłem stopą o wannę i czułem silny ból. Nie mogłem zdjąć dziwnie zgiętej nogi z wanny. Do łazienki weszła straszna mroczna postać. Wiedziałem, że to ten zły duch to robił. Przestraszyłem się i wyszedłem z tego poziomu snu otwierając oczy. Obudziłem się astralnym ciałem. Jeszcze widziałem powidoki scenki z łazienki odlatujące w chmurce i rozpuszczające się w ciemności. Chciałem zapalić lampę, ale jak zwykle nic. Chwilę jeszcze leżałem na łóżku wpatrując się w ścianę. Na jej powierzchni zachodziły natychmiastowe zmiany. Przesuwały się cienie, pojawiła się okrągła klapka, dotknąłem ją i się zsunęła na podłogę. Czułem miejsce, gdzie zazwyczaj było zgrubienie z farby. Lampka dziwnie wyglądała. Obok niej pojawiły się w ścianie dwie dziury. Wsadziłem palec do jednej. Szybko jednak wysunąłem, bo może tam był jakiś robal mogący mnie ugryźć. Puściłem kabel z włącznikiem od lampki i dopiero wstałem z łóżka. Chciałem sprawdzić czy kryształ będzie jakoś inaczej wyglądał lub się dziwnie zachowywał. Może będzie się świecił? Podszedłem do szafki, gdzie trzymam ten kryształ. Gdy już ją otwierałem, obudziła mnie kotka idąca po wykładzinie...


14-04-2019

Znowu we śnie leżałem na łóżku i znowu chciałem zapalić lampkę i znowu się nie zapaliła. Zaciekawiły mnie moje astralne ręce. Wyglądały jak tak samo jak fizyczne ręce, były lżejsze. Ciągle je wyciągałem przed siebie i ruszałem za kabel od lampki. Słyszałem hałas powodowany włącznikiem obijającym się o ścianę. Było to tak rzeczywiste, że myślałem, że to może nie jest jednak sen. Obudziłem się na kilka sekund i sprawdziłem, że moja ręka leży pod poduszką. Zasnąłem świadomie i znowu eksperymentowałem z astralną ręką. Nagle pojawiła się żółta miska przyczepiona do kabla od lampki. Zrzuciłem ją. Kilka razy sprawdzałem stan fizyczny i astralny budząc się co kilka sekund i natychmiastowo świadomie zasypiając. Po kilku razach wstałem astralnym ciałem z łóżka. Przeszedłem kilka kroków po pokoju. Chciałem dojść do okna i zawrócić. Niestety się zaciąłem, szedłem krok do przodu i mnie cofało za każdym razem.


25-04-2019

Budzę się, zapalam lampkę nad łóżkiem. Nie pali się, zapaliła się tylko taka miedziana siateczka na powierzchni żarówki. Nie oświetla to pokoju. Czuję, że coś jest nie tak. Wstaję i idę do dużego pokoju, tam tak samo i w kuchni także. Myślę sobie, że wyskoczę przez balkon, ale lepiej nie, przecież to nie sen. Koty biegają po dużym pokoju, jeszcze uciekną, gdzieś na noc. Te koronki na żarówkach nie dają mi spokoju. Idę, budzę siostrę. Robię jeszcze tr z nosem, jednak to nie sen. Siostra budzi się, jest zła, że ją w środku nocy budzę. Wstaje i zapala wszędzie światła. Świeci się normalnie, a ja myślałem… Gaszę światła i się kładę spać. Budzi mnie melodyjka wydawana przez podskakujący brylancik w aplikacji, którą mi siostra w międzyczasie zainstalowała w telefonie. Ustawiona była na 16 w nocy (albo 4). Przewijam ją i przechodzę do następnej strony czy karty. Chcę to wyłączyć, ale nie wiem jak. Jest opis aplikacji i, że cena to $4.99. Wyłącza się jakoś, a ja już po chwili zasypiam (budzę się).


26-04-2019

Śniło mi się, że siostra wypożyczyła pewną grubą starą książkę. Była bardzo mi znajoma, jednak nie mogłem znaleźć jej tytułu i nie do końca wiedziałem co w niej było takiego znajomego. Wiedziałem, że będzie to coś ciekawego. Książka miała dużo kolorowych ilustracji. Szukałem pewnej postaci. Wiedziałem, że musi się znajdować w tej powieści. Był nią chyba zając (albo królik), ale nie byłem pewien. Nie znalazłem jej. Może przeskoczył do innego opowiadania? Książka miała na okładce numer w kółku. Powiedziałem siostrze, że ta książka ma dużo części, około dziewięciu i w bibliotece pewnie będą braki. A ona na to, że wie, i że ta książka ma więcej części, dwadzieścia, a może i dziewięćdziesiąt.


27-04-2019

Zima, ciemno, pada śnieg. Jadę z kolegą na sankach. Kto je ciągnie? Nie wiem. Chyba Nikt. Widzę jakiś obiekt lecący na niebie. Opada powoli w naszą stronę. Chcę to złapać. Kolega też, ale to mi się udało. Chwytam to. Wygląda jak świecący punkcik, ma dołączonego w kształcie czegoś z elektroniki. Rozbłyska i się roztapia, wsiąka w moją skórę. Wiem już, że to jest coś co przyleciało z kosmosu od obcych. Zmienia DNA. Czuję przez chwilę zimno w nogach. Tak jak ci obcy moje ciało nie zamarznie nawet na ekstremalnym mrozie. Przeżyję nadchodzącą epokę lodowcową. A jak kolega też chce niech poczeka na następny "kosmiczny płatek śniegu". Wstaję i idę w śnieżycę.


11-05-2019

Jestem w tej chatce śmietnikowej, wyrzucam śmieci. Zauważyłem różne ciekawe rzeczy wyrzucone przez innych ludzi. Miałem już pooglądać co tam było, gdy ktoś wtedy wszedł. Nie chciałem być posądzony o bycie bezdomnym, więc niczego nie ruszałem. Bezdomny coś zabrał, jakąś małą wąską skrzynkę. Wychodząc, powiedział "do widzenia". Też wyszedłem.

Zauważyłem, że na moim czytniku są wszędzie naokoło rysy. Zapewne to koty podrapały. A przecież nie zostawiałem go nigdzie. Przechodzę do następnej strony i widzę, że to jednak było jakieś zdjęcie. Na tej i na poprzedniej stronie były zdjęcia przedstawiające dywany z frędzlami. Te frędzle były podobne do rys. Dywany były prawdopodobnie odniesieniem do Orientu. Dalej było zdjęcie młodej kobiety. Uśmiechała się. Książka miała w tytule coś o "naszym świetle" i była o psychologii ezoterycznej.


12-05-2019

Poszedłem z niby znajomym w też niby znane mi miejsce z płyt betonowych, gdzie ponoć kiedyś tam już byłem. Rosły tam olbrzymie paprocie. Powiedziałem temu znajomemu, że poprzednim razem to mogłem ich dosięgnąć, teraz już nie, tak bardzo urosły od tamtego czasu. Od jednej paproci do sufitu (było to na zewnątrz, więc nie wiem skąd się wziął jakiś sufit) i do podłoża odchodziły nicie pajęcze. U góry zwisał wielki pająk. Kolega zaczął przyciągać go nicią. Nakierowywał go na mnie. Zacząłem biec. Pająk trafił we mnie i się odbił. Zauważyłem więcej podobnych pająków naokoło. Dobiegłem do drewnianego stolika, niedaleko było morze. Znajomy też już tam był. Wziąłem niewielkiego kamienia i go lekko nim uderzyłem. Położyłem kamień na stoliku. Zdenerwowany, pytałem się go, czemu mnie straszył tym pająkiem. I powiedziałem, że skoro ten kamień ma wartość 5zł to osa 10zł (to były chyba takie majaki senne, bo nie wiem o co mi chodziło). Potem było jakieś rodzinne spotkanie. Jedna z ciotek już zamówiła u nas ciasto specjalnie dla niej. Abo to słodkie ciasto truskawkowe na blasze zostało dodatkowo dla niej jak już wszyscy się rozejdą. Jadłem to właśnie ciasto. Miało śmieszne wzorki zrobione z przyprawy z papryki. Nie jestem pewien czy było truskawkowe. Jeszcze czytałem informację o tym, że wyziewy czy jakieś promieniowanie z pralek oznaczonych literą B działa źle na mózg. Patrzę na bok pralki, a tam wielka litera B naklejona.


14-05-2019

Pokazało się przejście na plażę. Ta plaża była mi już znana, wiele razy tam przebywałem w snach. Plaża ta znajduje się na wyspie. Razem ze mną były jakieś dziewczyny. Chyba też je znałem z innych snów. Weszliśmy na plażę. One miały grać jakieś role. To wyglądało jak wanna. Tak, to była duża wanno plaża. Wiedziałem, że to wanna, ale nadal sennie uważałem ją za plażę. W piasku w wodzie znalazłem ozdobne czarne nożyczki. Wyciągnąłem następne kilka podobnych nożyczek. Położyłem je z boku, aby je później zabrać. Te dziewczyny były nagie i były blisko mnie, opierałem się o nie. Widziałem je tylko kątem oka. Pomyślałem, że aby obejrzeć ich grę aktorską, czy cokolwiek one robiły czy się bawiły, należało by wyjść z tego telewizora, w którym to się dzieje (tutaj wanny). Zaśmiały się zgadzając się. Był tam też mój niby znajomy. Usiedliśmy kilka metrów od wanno plaży na chodniku-molo odchodzącym o niej. Znajomego też jakoś nie widziałem, niby był, ale go nie było. Z zewnątrz zobaczyłem wreszcie te dziewczyny. Niestety widok był niewyraźny, bo było za daleko i unosiła się para wodna. Zauważyłem tylko, że jedna z dziewczyn była ciemnoskóra.


17-05-2019

W dużym pokoju były ustawione dwa stoły. Były chyba stare szafki z barkiem. Ciocia opowiadała o tym, że ostatnio znalazła u siebie w domu karalucha. Patrzę a za nią na stole coś się porusza. Karaluch. Mówię cioci, że u nas też właśnie w tej chwili chodzi karaluch na stole. Nie spojrzała się, nie zwróciła uwagi na to co jej przed chwilą powiedziałem. Tylko o czymś gad, gada i gada. Ten karaluch był jasno brązowego koloru, wręcz takiego cielistego. Zmieniał się. Był teraz podobny do małego ludzika. Pomyślałem, że to może jeden z tych złośliwych krasnoludków ze snów. Ale nie, był tylko podobny do ludzika. Na drugim stole pojawił się drugi taki karalucho ludzik. Wyjadał właśnie coś z talerzyka. Dopiero teraz mama i siostra zauważyły robale. Chyba zaczęły krzyczeć czy coś i szybko szły je pozgniatać.


18-05-2019

Miałem wokół szyi założoną jakąś chustę. Było to niewygodne. Zdjąłem chustę i wstałem z łóżka. Miałem w ręku majtki. Chusta zamieniła się też w majtki. Nie wiedziałem, które są moje. Losowe wyrzuciłem do kosza na śmieci. Usłyszałem muzykę graną u sąsiadów z góry. Śpiewał Wiśniewski z Ich Troje, "...a jego arka przetrwa..." Patrzyłem przez okno. Było jasno. Widziałem jakby skompresowane kilka godzin w jednej chwili. Zmieniało się światło, a cienie się przesuwały.


22-05-2019

Wychodziłem właśnie z kimś z ciemności wielopoziomowego podziemnego starożytnego grobowca. Pamiętam tylko, że działo się dużo ciekawych rzeczy. Znalazłem się na piaskach dzikiej słonecznej plaży. Niedaleko rosła dżungla. Poszedłem z tym kimś na początek drogi. Czekało tam wiele ludzi w takich malutkich samochodzikach jak w grze Toon Car. Ruszyliśmy. Ten znajomy był najszybszy i już straciłem go z widoku. Prawie go jednak dogoniłem, ale wjechałem na jakąś spróchniałą drewnianą drogę zawieszoną wysoko. Rozleciała się i spadłem na plażę. Jechałem po piasku. Nagle przypłynęła fala i zawiał silny wiatr. Wzniosło mnie i wjechałem po klifie na most, tym razem betonowy. Pozostali już tam byli. Jechali jakoś powoli, albo i stali w miejscu. Musiałem ich nadgonić. W samochodzikach siedziały jakby znane mi osoby, jednak nie potrafiłem skojarzyć ich z nikim mi znanym. Jechałem szybko po moście.


13-06-2019

Wszedłem przez ekran telewizora do szaro białego nagrania. Trafiłem do jakiejś wioski. Chłopczyk z dziewczynką stali przy studni. Coś tam do siebie gadali i śmiali się. Zdziwiłem się, gdy zauważyłem głębokie zmarszczki na ich czołach. To nie byli wcale dzieci. Ci ludzie byli po prostu tacy mali. Wydawali się niedorozwinięci umysłowo. Przechodziłem obok rzędów ich małych glinianych chatek. Miały zaokrąglone otwory zamiast drzwi, dlatego wszystko widziałem co się dzieje wewnątrz. Nagle wszyscy zaczęli się dziwnie zachowywać. W każdym domku ktoś jadł bułkę albo chleb. W jednym z nich jakaś mała staruszka powiedziała głupim głosikiem "jestem taka malutka, a zjadam taki wielki kawał". Przechyliła głowę do tyłu i wgryzła się w wielki lekko spieczony chleb. Pomyślałem, że trzeba się ewakuować z tego wariatkowa. Zjawiła się normalna wysoka kobieta. Była raczej ładna. Chwyciła mnie za rękę i wyszliśmy przez główne drzwi. Tam był korytarz szkolny. Gimnazjaliści mieli chyba dyskotekę. Paliły się wszędzie psychodeliczne światła. Szliśmy razem i po chwili się obudziłem.


15-06-2019

Jestem na sali gimnastycznej gimnazjum. Powiedzieli, że wystarczy wziąć udział w meczu piłki nożnej, a dostanie się za to nagrodę w postaci kilku tysięcy złotych. Nigdy nie lubiłem piłki, więc tylko obserwowałem. Za mnie wszedł ktoś z innej klasy, bo można było także z innych klas przychodzić. Później w szatni od wf-u. Zostałem tylko ja i jeden z kolegów. Myślałem, że pewnie będzie mi dokuczał czy coś. Otworzyłem plecak. Miałem tam pełno książek i różnych innych niezidentyfikowanych przedmiotów. Wzrok kolegi skierował się na woreczek ze szklanymi kulkami. Spytał się po co to. A ja, że to takie tam. Lekko zawstydzony byłem, ale w sumie nie wiem dlaczego. Słyszałem dźwięk jak szklane kulki stukają. Tak na prawdę to nie wiedziałem skąd się one tam wzięły. Za chwilę patrzę, a ich już tam nie ma. Zabrał mi je i gdzieś schował, kurtkę też. Chodzę po szatni, patrzę wszędzie, chyba nawet znalazłem się przy niskim suficie jak skoczyłem. Aż tu nagle odkrywam, że tam są dodatkowe drzwi, których nigdy tam nie było. Wchodzimy. Mroczno. Salka jest kilkukrotnie wyższa niż szatnia. Na około pełno półek z książkami. Mam, znalazłem, moje szklane kulki i kurtka. Wszedł tu i je zostawił tam, nawet nie zauważyłem. W ukrytej ciemnej salce były metalowe schody prowadzące do góry, aż pod sufit. Idę sprawdzić co się tam znajduje.


19-06-2019

Znajdowałem się na dworze niedaleko bloku. Zauważyłem, że coś leci z nieba. Gdy zbliżyło się na odpowiednią odległość, widziałem, że jest to jakiegoś rodzaju krystaliczna struktura albo układ elektroniczny. Świeciło się to złotym światłem. Chciałem to złapać i obszedłem ogrodzenie z siatki. Już wznosiło się z powrotem. Udało mi się to jednak złapać. Wiedziałem, że teraz zacznie się coś dziać. Nagle zaczął padać deszcz kolorowych baloników z przyczepioną linką. Mogło to być wywołane tym, że w dzień widziałem baloniki z napisem "już od 5zł baloniki z helem, radość, dzięki której odlecisz". Było słychać radosne śmiechy i okrzyki. Wszyscy się rozbiegli. Łapali jak najwięcej baloników i je wypuszczali. Wtedy się unosiły, by za chwilę znowu opaść na ziemię. I znowu się wszyscy śmiali, biegali i podskakiwali w deszczu z baloników. Chciałem, aby spadło także konfetti. Spadło i inne różne przedmioty. I tak przez cały czas się to unosiło, opadało, unosiło, opadało. Coś się jeszcze działo i przeniosło mnie przed przystanek autobusowy. Chwyciłem trzy baloniki i zacząłem się wznosić w powietrze (czyli odlatywałem). Spostrzegłem, że otoczenie dziwnie przypominało mój pokój z zapalonym górnym światłem. Wcale się nie wznosiłem, tylko unosiłem się w miejscu na wysokość, gdzie byłaby moja głowa gdybym stał nad łóżkiem. Może rzeczywiście stałem. Miałem jeszcze przez chwilę uczucie unoszenia się i się obudziłem.


26-06-2019

Trójka dzieci, dwie dziewczynki i chłopczyk, bawiła się w wielkim, rozległym domu. Biegały, słychać było ich śmiech. W pewnej chwili jedna z dziewczynek skręciła obok schodów w korytarzyk zakończony oknem. Nagle zniknęła. Przestraszone dzieci poszły sprawdzić co się dzieje. Zrobiło się ciemno, za oknem szalała burza. Dziewczynka leżała cała we krwi, przebita przeogromnym nożem wystającym pod kątem z podłogi. Na nożu była naklejka z rokiem 1921. Wiedziałem, że to duch nieżyjącej kobiety otworzył przejście w czasie. Dziewczynka nie zauważyła noża i w niego wbiegła. Skądś też wiedziałem, że następny będzie chłopczyk. Zostanie opętany i też w jakiś sposób zmanipulowany, aby się zabił "przez przypadek".


02-07-2019

Siedziałem przy długiej ławce ustawionej pod ścianą. Po lewej stronie siedział kolega z podstawówki, a po prawej z gimnazjum. O czymś przez cały czas monotonnie rozmawiali. Słyszałem coś o trzech różnych wodach mineralnych. Jedna woda stała na ławce. Aha to jest ta dzika woda, o której mówiliście. I wtedy ucichli. Tak jakby przez to, że ja coś na głos powiedziałem oni nie mogli już mówić. Na ławce była przyklejona kwadratowa naklejka. Miała logo apple i jakiś tekst o szczepionkach. Odkleiłem ją i zrobiła się grubsza. Zmieniła się w papierową broszurę zgiętą w kilkadziesiąt stron. Ta naklejka była na jednej stronie, podałem ją koledze z lewej strony, może do czegoś wykorzysta. Zacząłem rozkładać tą książeczkę. Była bardzo długa. Na jednej stronie było coś o świętach, a reszta o zimie i śniegu.

Było jakieś zamieszanie na świecie, chaos, może wojna. Nie pamiętam już wiele z tego. W ciemnym pokoju piwnicznym spotkali się kobieta z mężczyzną. On był jakimś agentem czy szpiegiem wojennym. Rozebrał ją i siebie. Już wystawiał swojego wielkiego penisa i chciał ją od tyłu, gdy ta ze śmiechem i krzykiem odskoczyła do przodu. Potem chyba się jednak zgodziła. Sen dalej dział się kilka lat później. To była dziewczynka, którą urodziła tamta kobieta. Wychodziła właśnie z jakiegoś pomieszczenia na zewnątrz. Wiedziałem, że ma zdolności telepatyczne i komunikuje się z matką i innymi.


03-07-2019

Była jakaś impreza czy zabawa. Okazało się, że miałem długie ciemne włosy i koledzy upletli mi warkocze, takie z kulkami. Poszedłem do łazienki i obejrzałem się w lustrze. Podobało mi się. Jednak rozplotłem je, aby przypadkiem nikt nie brał mnie za dziewczynę.

Stałem, gdzieś na zewnątrz przed ścianą bloku. Pod tą ścianą były takie metalowe kratki zabezpieczające. Chyba lała się woda, bo przepłukiwałem usta, chociaż nigdzie nie widziałem kranu. Wodę wypluwałem w te kratki. Leżała tam gazeta, przez kogoś wrzucona. Na okładce widać było wizerunek jakiejś polityczki. Plułem na nią. Coś sobie ubzdurałem, że to prawdziwa twarz zastygnięta w czasie i kiedy się obudzi będzie na niej moja ślina. Przemyłem ją wodą.

Ciemno, wiał silny wiatr. Jechał samochód policyjny. Kogoś gonił. Ten ktoś uciekał. Wspinał się na wysoką górę. Samochód się zatrzymał. Wysiadł mężczyzna z kobietą. Nie wyglądał na policjanta. Wiedziałem, że gonią nie słusznie oskarżonego. Tamten był już wysoko. Starucha myślała, że go złapie przechodząc skrótem. Wspinała się prawie pionową ścianą. Gdy już była prawie na górze, kawał skały zaczął się odłamywać. Coś tam głośno wymamrotała. Spadła. Została po niej tylko mokra plama. Zaczynało się robić jasno. Ktoś z oddali powiedział, że ta góra to jak pod blokiem. I rzeczywiście, wysoka góra była jedynie iluzją. Ten ktoś wszedł na jakąś starą niską ruinę. Schodziliśmy ścieżkami, które były jak korytarze bez zewnętrznych ścian. Było wąsko. Miałem lekki lęk wysokości chociaż nie było zbyt wysoko, a ja byłem tylko obserwatorem.


06-07-2019

Skądś się dowidziałem, że rząd (światowy?) czy ktoś tam chce szybko obniżyć liczbę ludzi na świecie, więc będą zagazowywać domy. Szybko się ubraliśmy i uciekliśmy na zewnątrz. Stałem na dachu autobusu. Przede mną, na dachu drugiego wozu autobusowego, była grupa ludzi śpiewająca "Abba ojcze". Miało to wywoływać pozytywne wibracje. Dołączyłem do nich w śpiewie, ale szybko przestałem, bo tata stał na dachu tego drugiego autobusu i się trochę wstydziłem. Dojechaliśmy do jakiegoś miejsca i wysiedliśmy. Razem z tatą szukaliśmy wejścia do kościoła. Szliśmy właśnie obok ściany albo takiego betonowego płotu przypominającego te zabezpieczające miejsce budowli czy remontów. Zatrzymaliśmy się i cofnęliśmy. Tak, tam były, małe czarne zakurzone drzwiczki. Przeszliśmy przez nie. Zdziwiłem się, bo wchodziło się z boku ołtarza, a przednie siedzenia były bardzo blisko. Usiedliśmy na wolnych miejscach. Ksiądz zaczął mszę. Było w tym coś dziwnego, ale dalej nie pamiętam.


07-07-2019

Oglądałem film video na starym telewizorze. To była druga część tego horroru, gdzie jest rozległa arena i pojawiają się zombie (po obudzeniu się zastanawiałem się o jaki film chodziło, ale doszedłem do wniosku, że nic takiego nie oglądałem). Był wieczór i zapalone światła. Chyba przygotowywałem kolację. Coś tam działo się przy ladzie. To było zupełnie mi nieznane w rzeczywistości mieszkanie. W połowie było przedzielone przezroczystą ścianą z dwoma drzwiami. Musiałem uciekać, bo przecież tam na końcu z prawej strony wyłażą zombiaki. Szybko zabrałem koty i zamknąłem drzwi. No tak, nie zamknąłem drugich drzwi i się wróciły. Kazałem koleżance, z którą mieszkałem, a która akurat skądś wróciła, złapać koty na smycz i szybko wychodzimy, aby nas zombie nie złapały. Ja wtedy z grupą osób miałem przechwycić jakieś dane. Wkradliśmy się do strzeżonego budynku, a ja czegoś szukałem w komputerze się tam znajdującym. Zauważyli nas. Reszta oczywiście się rozbiegła po budynku. Uciekałem. Strażnikami były dwie robotyczne istoty. W ciemnym mokrym korytarzu walczyliśmy biegnąc. Posłałem w ich stronę falę energii. Zadziałało słabo i z opóźnieniem, ale dzięki temu im uciekłem. Dalej biegłem bardzo długim korytarzem podobnym do szkolnego, wydającego się mieścić jednocześnie w tym mieszkaniu, które aż tak duże nie było. Poganiałem innych, aby uciekali bo z końca korytarza przybywają oni. Trzy osoby leżały przewrócone na podłodze. Jedna to była jakaś dziewczyna. Chciałem jej pomóc, myśląc, że to tamci chcą ją skrzywdzić. Okazało się, że to android zabójca. Szybko biegłem, lecz ta miała wydłużającą się elastyczną rękę. Skręcałem już do innego korytarza, gdy usłyszałem, że ta istota mnie zlokalizowała i chwyciła. Obudziłem się za chwilę.


08-07-2019

Przy łazience otworzyło się w powietrzu okno. Najpierw wydawało mi się, że to moja siostra, gdzieś dzwoniła, ale to chyba jednak ja. Połączyło mnie z barem w Mediolanie. A może to było Minneapolis, nie wiem, w każdym razie coś na m. Więc, zamawiałem jakieś jedzenie. W tym okienku był za ladą kelner czy kucharz i wykładał jedzenie osobno na kawałki papieru. Mięso, szynki, kiełbasa. Myślałem, że miałem sobie samemu dobrać plasterek wędliny, to otworzyłem szufladę spod ekranu. Wybrałem sobie jeden z wielu do wyboru, które tam leżały w tej szufladzie. Szybko jednak schowałem, bo tamten już wybrał sam od siebie i ułożył jak mu pasowało. Położył też właśnie kiełbasę ustawiając pionowo, jednak przewróciła się na boczek. Część wkładałem na talerz, chyba była jeszcze surówka, a część pod biurko. Widok niepostrzeżenie zmienił się na biuro. Przed szerokim biurkiem siedziała jakaś pani i też rozkładała jedzenie dla mnie. I znowu część przełożyłem na potem pod biurko, bo było tego zbyt dużo, abym zjadł na miejscu, a część na talerz. Trochę poznikało, widocznie wynikło to z błędów transferu poprzez ten ekran teleportacyjny. To co nałożyłem na talerz było zimne i bez smaku. Nad drzwiami łazienki wisiał telewizor, a może piekarnik. Z boku był doczepiony kominek przypominający raczej rurę wydechową od samochodu. Powiedziałem, że końcówka jest żółta, a reszta niebieska. Pani wytłumaczyła, że nie może być niebieskie, całe ma być żółte lub w innym kolorze, bo jak będzie niebieskie to źle się upiecze, ale ona to wszystko załatwi tak, aby było dobrze.


28-07-2019

Biegnę za dziewczynką i mniejszym chłopczykiem podziemnymi korytarzami. Znalazłem duże okna. Wołam ich i wychodzimy przez nie. Nagle przypływa wysoka woda. Wdrapujemy się na skałę. Dziewczyna spada. W porę ją chwytam, przytulam ją. Ktoś przychodzi. Nie wiem czemu myślę, że jeden z nich, ten wytatuowany, uważa ją za swoją własność i ją puszczam. Odchodzę stamtąd.

To było chyba jakieś forum. Na kartce pojawiał się tekst pisany przez kilka osób. Każdy po kolei czytał swoją część. Było to jakieś przesłanie dla całego świata. Ci co pisali i to czytali byli z różnych kultur. Stali razem na końcu korytarza w szpitalu. Scenka się przeniknęła i teraz stali na zielonej łące. Gdy tak wygłaszali swoje przemówienie, czułem pozytywne emocje, chociaż nie rozumiałem treści. Przybył psychopata i zdjął górną część czaszki dziewczynki. Zobaczyłem elektronikę. Odepchnąłem go i złożyłem jej czaszkę z powrotem. Pytałem się jej rodziców po co to zrobili, przecież to już kto inny z ożywionym ciałem ich córki ze sztucznym mózgiem. To jest już tylko jej kopia z pamięcią zmarłej. Zgodzili się ze mną, kiwnęli głowami, chcieli trwać wciąż w iluzji. Zauważyłem inną małą dziewczynkę. Była w wózku-karocy. Koleżanki tamtej dziewczyny pierwsze ją zauważyły. Kilka razy się wychylała zza zasłony. Podszedłem do niej i ją pogłaskałem. Miała mieć telepatyczne zdolności.


29-07-2019

Poszedłem do piwnicy. Mama i siostra czegoś tam szukały. Usiadłem na środku, tata wycinał coś z płyt, chyba drewnianych. Wtedy zobaczyłem coś dziwnego. Stała tam ściana. Po jej lewej stronie były od podłogi do sufitu dwie kolumny, jedna jasna i druga, ta z przodu, ciemna. Po prawej stronie było przejście do dalszej części piwnicy. Przecież tam nigdy nie było żadnego dalszego przejścia! Nie mogłem się w tej chwili ruszyć, bo coś tacie przytrzymywałem. Kazałem kotce sprawdzić co tam jest i mi powiedzieć. Poszła, ale nie spojrzała co znajduje się za ścianą i nic nie powiedziała. Wreszcie byłem wolny, wstałem i poszedłem tam. Było tam czarne podwyższenie, podobne do sceny w teatrze albo kinie. Na drugiej ścianie były małe szare drzwiczki. Były zamknięte. Do piwnicy wszedł chłopiec. Otworzył te drzwiczki i wszedł do srebrnej kuli, tam się znajdującej. Dzięki niej można było podróżować w czasie. Chciał chyba przenieść się w przeszłość i coś zmienić. Zamknął za sobą drzwi. Jeszcze słyszałem jak mówił, że obaj jesteśmy w polu (siłowym?, elektromagnetycznym?). Schodząc z podwyższenia zastanawiałem się czy będę pamiętał to zdarzenie. Jak najprędzej udałem się do wyjścia.


30-07-2019

Miałem założone okulary wirtualnej rzeczywistości i włączyła się jakaś gra. Przechodzę przez przejście w skale i idę korytarzem mieszkaniowym. Jednak zawracam, aby zobaczyć co było za poprzednimi drzwiami. Niestety lokacja się zmienia i wyrzuca mnie z gry. Uruchamiam ją ponownie, bo chce zobaczyć co będzie dalej jak będę szedł tym korytarzem. Gra nie wraca do tego miejsca. Wytłumaczyłem sobie, że gra nigdy nie zaczyna się tak samo, zawsze jest inna i dlatego jest taka interesująca. Pokazuję siostrze pudełko od tej niby gry. Są na okładce dziewczyny ze skrzydełkami podobne do tych z anime Sailor Moon.

Przed kimś uciekałem. Przeniosłem się niby nad Japonię. Ten ktoś już mnie dogonił. Unosiłem się nad gęstym, bardzo rozległym lasem. Korony drzew oplatała gęsta sieć elektryczna, lądując jakoś udało mi się przez nią przecisnąć. Ten co mnie gonił nic mi złego chyba nie chciał zrobić i się pogodziliśmy czy coś. Trafiliśmy do jakiegoś fragmentu budynku, będącego po części w lesie. Tam były hodowane dziwne zwierzęta. Nie wiem co to były za zwierzęta, jakby białe owce albo lamy, ale zupełnie inne, pewnie senne. Jedne stały przy ścianie i chyba coś jadły, a drugie gdzieś dalej. Tak się złożyło, że ten starszy pan co się nimi zajmował był z Gdyni. Coś mówił, że jak się rzuci kawałem jedzenia to biegnie za nim jedna grupa zwierzątek zamiast konkretne, te oznaczone. Powiedziałem do kolegi, że chciałbym się iść po tym "japońskim" lesie jak długo się da. On jednak zwrócił uwagę na to, że przecież tu jest tylko kilka drzewek. To był pewnie taki jak zwykle oszukany senny las.


09-08-2019

Idę za jakąś młodą dziewczyną. Wchodzimy na plażę. Ona szybko wchodzi do wody i znika, gdzieś w tłumie. Idę wgłąb morza, aby ją znaleźć. Im dalej idę tym więcej ludzi w wodzie. Natrafiam na kogoś, ale to nie ona. Ta jest grubsza i jest z kimś. Widzę w poprzek wody. Niby mam wodę do pasa, ale jednak jest bardzo płytko. W pewnym momencie wchodzę w strefę z okrągłej czarnej gumy. Kobieta, która tam obserwowała powiedziała, że tam jest przechowywany gaz używany przez nazistów do zabijania. Szybko to przechodzę, wchodzę na chwilę do głębszej wody i wskakuję na drewnianą platformę. Jest tam ta dziewczyna, którą szukam. Wchodzi do łodzi i szybko odpływa w prawą stronę. Wchodzę do drugiej łodzi. Łódź przypomina gondolę tylko bardzo szybką, ktoś w niej był i nią sterował. Na początku myślałem, że płynie w odwrotnym kierunku, ale jednak zawróciła i płyniemy za łodzią, w której znajduję się dziewczyna. Poruszamy się ciemnymi kanałami.


10-08-2019

Archeolog był na brzegu jeziora, robił wykopaliska, czegoś szukał. Był podobny do Indiana Jonesa, miał też coś z MacGyvera. Panowała atmosfera zagrożenia, musiał się śpieszyć, bo niedługo dotrą tutaj drapieżniki. Wykopał trochę przy wodzie, trochę dalej, nic nie było. Kopał ziemię jeszcze dalej na lewo od wody. Coś znalazł i był zadowolony. Nie wiem co to byłą za skamielina, czaszka, statuetka czy coś innego? Scena się powtórzyła. Tyle, że tym razem to ja grzebałem w ziemi. Znalazłem jakiś ładny kamień, był pożyłkowany spiralnie, lekko zagięty, węższy i wydłużony na końcu. Widziałem, że było to kamienne narzędzie wytworzone przez człowieka tysiące lat temu. Odwróciłem się. Przyszedł do mnie wielki prostokątny kamień, był wyższy ode mnie. Miał kilka otworów w pionie. Zastanawiałem się czy może ten mały kamień, który okopałem był jakimś magicznym kluczem. Próbowałem włożyć go do każdej dziurki i przekręcić, może otworzy się przejście, tak myślałem. Niestety do żadnej dziurki nie pasował.

W innym śnie przemierzałem zawiłe korytarze jakiegoś budynku. Szybko biegłem szukając wyjścia. Chyba kręciłem się w kółko i co chwilę cofało mnie na wyższe piętra. Raz zobaczyłem UFO. Stało zaparkowane przed drzwiami, do którejś z sal. Nie wiem czy wydostałem się stamtąd.

Jechałem autobusem. Skojarzyłem coś co tam mogło się zdarzyć z jakąś śmieszną sytuacją, ale teraz nie pamiętam o co chodziło. Wysiadłem. Mama zakładała mi kartonowy szalik. Miało być to tymczasowe. Kartonowy szalik miał się zamienić w prawdziwy po odpowiednim ułożeniu. Wiedziałem jednak, że wygląda on na taki chuligański i ludzie z autobusu będą się patrzyć i śmiać (?) Przejechały w tym czasie dwa autobusy. Po chwili jeden się zatrzymał. Jakiś pan wołał do nas, że to źle, że taki szalik mam. Wstydziłem się tego. Powiedział, że nas ktoś podwiezie do domu samochodem. Jechaliśmy. Powiedział, że te tuje nie mogły tam być posadzone. Też się dziwiłem dlaczego drzewa rosną na środku ulicy. Zawróciliśmy i przejechaliśmy po nich. Teraz jechaliśmy skrótem, bardzo szybko. Nie wiedziałem, że są tu takie ulice i dziwne tunele.

Miałem stosik czekolad. Musiałem je schować do lodówki, bo było gorąco i w szafie by się rozpłynęły. Każdy w lodówce miał swoją półkę, przez co było mało miejsca. Przeniosłem półkę o jeden poziom wyżej. Teraz niestety mleko u góry się nie mieściło.

Szedłem schodami po lewej stronie ulicy. Były rozciągnięte na całą długość chodnika. Z naprzeciwka szła dziewczyna. Przeniknęła przeze mnie jak zjawa.


12-08-2019

...Idę ciemnym gęstym lasem. W oddali zauważam wielkiego lisa w towarzystwie innych zwierząt. On był raczej połączeniem lisa z wilkiem, był czarno pomarańczowy. Słyszałem jak warczał. Jak najszybciej zmieniłem kierunek. W inną stronę szła jakaś kobieta. Lisowilk ją zauważył i powoli za nią podążał. W tym czasie wyszedłem na ulicę. Wszedłem do wielkiego budynku, aby się schować. Wydawało mi się, że widzę cień wielkiego stworzenia poprzez szyby drzwi.

Jestem w wielkim centrum handlowym. Wewnątrz znajduje się czarna kopuła. Ma kilka pięter. Na każde można się dostać ruchomymi schodami. Sprawdzam każde z nich. Na jednym jest restauracja z czarnymi siedzeniami. Dużo tam ludzi idzie tymi schodami. Rozmyślam nad tym, jak tam wejść, bo widzę tylko małe okienka. Wchodzę na dach tej kopuły, do czegoś w rodzaju kina. Siedzę sobie i jestem jednocześnie obserwatorem. Wszyscy ludzie siedzą na podłodze jakby w półśnie. Myślą, że oglądają jakiś film o mrówkach. Zauważam z lekkim przerażeniem, że w rzeczywistości mrówki chodzą po nich. Najpierw wchodzą na rękę, potem przechodzą po ciele w górę po szyi i analogicznie schodzą w dół. Tak jakby obrysowywały ludzkie kontury. Od razu wchodzą na drugą osobę (nie wiem czy wszyscy się trzymają za ręce czy trzymają je na podłodze), w sposób, że nie ma przerwy pomiędzy ludźmi, jest wielka, niekończąca się ścieżka. Większość z mrówek coś niesie, listki, a także kawałki śmieciowego jedzenia zgromadzonego za plecami ludzi. Właśnie obserwuję dziewczynę o blond włosach. Przez to, że na nią patrzę, budzi się z hipnozy. Widzi mrówki, ale nie rusza się, bo nie chce zwrócić na siebie uwagi mrówek, nie wiadoma jak by zareagowały, pewnie bardzo agresywnie. Po jakimś czasie mrówki znikają i "seans" się kończy. Zostaje kilka osób, które jako jedyne wiedziały o co w tym wszystkim chodzi. Mrówki żywiły się ludźmi. Jednocześnie wchodziły do ust ludzi i "karmiły" ich odchodami. W piasku i kurzu zostało trochę zdechłych mrówek i jedno podłużne gówno. Wychodzimy stamtąd.

Idę z "Indiana Jonsonem" (ma oczywiście kapelusz na głowie) po ciemnym lesie, gdy docieramy na jego skraj. Wychodzimy na zniszczony chodnik i na uliczkę przy blokach. Widzę jeszcze małego ludzika złożonego z kamieni lub betonowych kawałków, poruszał się po niską metalową ławką obok śmietnika. Wzdłuż chodnika stoi kilka kamiennych płyt. Wołam towarzysza wyprawy, aby zobaczył. Zwracam jego uwagę na to, że każdy ma otwory, zupełnie ja ten wielki kamień z poprzedniego snu, niektóre mają kształt usb. Wystarczy znaleźć klucz, aby zadziałało, wtedy wszystko się naprawi. Idziemy dalej. Na trawnikach gęsto od różnych dziwnych kwiatów. Zauważam ogromną lawendę. Nie jest fioletowa, ma nienaturalnie jaskrawy różowy kolor i ma dodatkowe drobne, żółte kwiatki. Wiem, że to jest zupełnie inna rzeczywistość, może nawet inna planeta. Dalej po lewej stronie znajdujemy inny kwiat, to wielki dzwonek, też ma taki sam żarówiasty, jak ta zmutowana lawenda, różowy kolor. Tu zdarzyła się jakaś straszna katastrofa. Idziemy. Zawiał mocny mocny wiatr. Poleciał kawał papieru i coś innego, może teczka, albo mała skrzynka. Ten papier przyciągnąłem do siebie za pomocą telekinezy. W naszą stronę szła kobieta (prawdopodobnie to ta sama co była wcześniej w lesie) i podniosła przedmiot. Obudziłem się wtedy.


15-08-2019

Miałem sto nasionek bananowca. Powiedziałem tacie, że gdzieś bym je zasadził. U nas na trawniku raczej nie, bo sto bananowców to za dużo na tak małej powierzchni. No to pomyślałem, że zasadzę w różnych miejscach na dzielnicy, taki żart będzie jak wyrosną te wszystkie bananowce. Później zobaczyłem kiście bananów rosnące na lampie. Były zarobaczone. Blisko obok tej lampy z bananami stał słup albo druga lampa. Tam miały swoje gniazdo wróble. Tamte robale z bananów przechodziły do ich gniazda. Jeden wróbel chciał lecieć. Zeskoczył ze słupa z rozłożonymi skrzydłami i tak je trzymał wyprostowane, bez ruchu. Spadał i spadał. To mrówki siedziały na jego skrzydłach i go obciążały. Obraz się przybliżył i nie, to nie były mrówki, to były malutkie wrony. Namyśliły się i zaczęły trzepotać skrzydełkami, dzięki czemu wróbel mógł lecieć.


24-08-2019

Szedłem głębokim lasem. Patrzę, a tam biała lodówka. Otwieram ją, chcę się najeść jak najwięcej, ale chyba nic nie zdążyłem spróbować. Jakieś malutkie zwierzaczki lub krasnoludki stały za nią. Wiedziałem, że coś złego nadchodzi, las zrobił się ciemny. Po za tym ten obszar lasu powoli się zamykał. Musiałem uciekać. To czarownica mnie goniła. Gdy wyszedłem z lasu, czułem za sobą zbliżającą się ciemną obecność. Była wielka, potężna i bezkształtna. Nie odwracając się, czym prędzej przebiegłem wewnętrzną uliczkę. Jeszcze tylko przejdę przez główną ulicę i będę bezpieczny. Wtem pojawił się czarny samochód, a w nim wysłannicy czarownicy. Byli ubrani na czarno. Szukali mnie. Przebiegłem przez ulicę, a tam po drugiej stronie, nie wiadomo skąd, biegnie w moją stronę stado krów. One były szalone! Trochę panika, ale nie miałem wyboru, parłem do przodu. Miałem dziwne szczęście, bo za każdym razem, gdy krowa miała mnie już stratować, to albo udało mi się uskoczyć w bok, albo krowa mnie przeskoczyła. Po chwili nie było śladu po krowach. Pewnie pobiegły do tego lasu. Ten czarny samochód znowu się pojawił. Zatrzymał się na chwilę. Z tyłu siedziała dziewczynka. Chyba o coś się mnie pytali i zaraz pojechali.


26-08-2019

Ktoś wszedł do mojego pokoju i coś sprawdzał przy szafce. Ciemno było i widziałem kto to. Patrzę, a tam szuflada częściowo otworzona i unoszą się z niej bąbelki podobne do baniek mydlanych, tylko te były z jakiejś astralnej substancji. Już prawie do mnie dolatywały, gdy zaczęły się szybko oddalać na prawą stronę. Przyciągnąłem je myślami i złapałem wyciągniętą ręką. Dwie takie bańki zjadłem, nie wiem po co. Do intruza mówię, że coś nie mogę wstać z łóżka. Ten coś pokazuje. Zauważam, że podłoga od mojego pokoju do kuchni jest przechylona pod kątem około 45 stopni i głową zsuwam się po łóżku, przez to nie mogę się wydostać. Nagle poczułem złość z tego powodu i wyskoczyłem z łóżka. Wyjąłem z szuflady kamień snów, i wskazując nim na niego, kazałem gościowi przestać tu chodzić i się wynosić.

Zaglądam przez ekran telewizora. Widzę jakąś amerykańską klasę. Oni coś też oglądają na telewizorze. Patrzą się w moją stronę jakby mnie widzieli. Wszystko dzieje się w lekkim przyśpieszeniu. Dziewczyna siedząca na krześle po środku zaczyna się kąpać. Widać pianę na jej ciele. Wyłączam senny telewizor. Chciałem sprawdzić w gazecie jaki był tytuł tego programu. Nie znalazłem. Jeszcze po obudzeniu wydawało mi się to bardzo ciekawe i próbowałem sobie przypomnieć tytuł, aby później to znaleźć i obejrzeć całość.


27-08-2019

Znalazłem się w pustym kościele. Obok stał konfesjonał. Za chwilę przyszedł proboszcz. Zauważył mnie. Powiedział, że skoro jestem to może mnie wyspowiadać i usiadł w konfesjonale. Odpowiedziałem, że nie potrzebuję. Odszedłem na parę kroków. Położyłem się na brzuchu z myślą o unoszeniu się. Mówię do księdza, aby patrzył jak się unoszę. Uniosłem się może na milimetr. Chociaż za chwilę poczułem jakbym miał ulecieć za wysoko i zatrzymałem to. Wstałem i zacząłem podskakiwać. Tym razem lepiej mi szło. Skakałem może na półtora metra i powoli opadałem. Za każdym razem przebijałem się przez coś ciekłego i wychodziłem po za przestrzeń tego snu do innego, gdzie była cieplarnia z bujną zieloną roślinnością. Po chwili przeniosło mnie do domu do dużego pokoju i nic już nie dawało skakanie.


29-08-2019

Wychodzę z klatki schodowej i idę przed siebie. Patrzę na budynki. Nudzi mi się. Mówię, aby sen się zmienił. Lekko wszystko zafalowało. Znalazłem się za ulicą. Ziemia się rozpada, sypie się piach. Pomyślałem, że jak wpadnę do tej dziury w ziemi to wpadnę do innego snu.


05-09-2019

Przed kimś uciekałem. Oczywiście jak zwykle dużo się działo, ale nie pamiętam. Skradałem się pomiędzy korytarzami i przechodziłem przez drzwi. Prawie mnie złapała czarownica wampirzyca. Byłem zawieszony w powietrzu w świetlistym kurzu, nie widziałem swojego ciała i nie mogłem się poruszyć. Przypomniałem sobie, że trzeba, tak jak pisał Castaneda, się patrzeć na stopy. Zauważyłem swoje stopy i mogłem się ruszyć. Raczej miało się patrzeć na ręce, też zobaczyłem jak macham dłońmi. Widziałem tylko stopy i dłonie. Wyszedłem stamtąd przez, któreś z drzwi, świeciło mocno słońce. Widziałem jak jakaś dziewczynka idzie z dziadkiem na rozpoczęcie szkoły. Poszedłem za nimi. Niby miałem na nią czekać. Przed wejściem do szkoły było zeschnięte drzewko. Poszedłem je podlać. W tej chwili zostało zasłonięte stołami przed, którymi ktoś siedział, ale jakoś je podlałem. Wszedłem do szkoły. Kątem oka zobaczyłem jakąś dziewczynkę z różowym plecakiem ubraną całą na różowo. Spojrzałem na nią. Miała dziwnie zniekształconą twarz, aż się wzdrygnąłem. Przeniosło mnie do łazienki. Powiedziałem jej, aby zaczekała. I ją, tą filiżankę, odstawiłem na wannę w miejsce z numerem osiem (?). Umyłem zęby. Jak wyszedłem z łazienki, wziąłem tą filiżankę, bo mieliśmy wyjść z domu. Okazało się, że na tej filiżance nie było ósemki tylko szóstka (?).


06-09-2019

Biegnę lasem z jakąś dziewczyną i innym znajomym. Musimy wykonać jakieś zadanie zanim nas te wampiry czy tam wilkołaki złapią. Mamy chyba coś uruchomić i wrócić. Przenosi nas do przeszłości. Na mieście spotykamy syna Supermana. Chcemy, aby jego ojciec nam pomógł. Przez chwilę widzę jakąś postać wychodzącą z pomiędzy skał, a za tymi skałami woda i kolorowa roślinność. Cofa nas do przeszłości, znowu biegniemy. Mam spowolnione ruchy. Zatrzymuję się w połowie i wracam. Ktoś z "naszych" informuje mnie, że komnata była już pusta i ten obiekt zniknął lub został przez kogoś przemieszczony. Dobiegam do miejsca, gdzie mogę się schować. Już mogę tylko powoli iść. Wrogowie też tu już są. Wtapiam się w tłum zakładając szary kaptur bluzy. Przechodzę przez drzwi po boku korytarza, dla nich są jakby niewidoczne. Tam jest połączenie szkoły i szpitala. Jest dużo łóżek. Pielęgniarki pomagają rannym.


09-09-2019

Sikałem w ubikacji, kiedy ktoś zaczął dzwonić do drzwi. Zawołałem mamę, aby otworzyła, chociaż pewnie zasnęła przed telewizorem. Wyszedłem. Skądś wiedziałem, że jest to jakaś znajoma z rodziny, miała w nazwisku coś z chrzęszczeniem korzeni czy coś podobnego. Trochę się zdziwiłem, bo o tej porze to tylko ćmy siadają na domofonie i dzwonią. A tu ktoś niezapowiedziany. Ktoś otworzył drzwi, ale nie wiem kto. Poszedłem obudzić mamę. Jednak już wstała. Nawet otworzyła okno w moim pokoju, aby wywietrzyć. Ciekawe po co w nocy? Jednak nie zobaczyłem tej niby znajomej.

Coś się śniło jeszcze o dziewczynie kontrolującej elektryczność i jej pokemonie pikachu. Były chyba walki innych pokemonów i wchodzenie na górę. A, i coś się działo w nieznanej, ciemnej piwnicy. Było tam dużo osób.


10-09-2019

Na parkingu w dzień nagle z powietrza wyskakuje czarnoskóry, skacze na białego, a ten jeszcze na kogoś innego. Tak jak się pojawili nagle znikli. Została tylko kobieta. Leży i śpi. Nad nią stoi wysoki mężczyzna. Ma długie blond włosy niezauważalnie wchodzące w rudy i resztę ciała także porośnięte krótkimi skręconymi włosami. Jego oczy są głęboko zielone. Coś chce od leżącej na betonie, lekko ją dwa razy dotyka stopą. Ta się budzi. Patrzy się na nagiego mężczyznę stojącego przy niej. Nie boi się jednak, że ten jej coś zrobi, bo widzi, że nie ma narządów płciowych tylko coś zasklepione w kroku. Mówi do niej w dziwnym nieznanym języku. Po chwili domyśla się, że temu chodzi o to czy ona nie ma rozmienić 20 złotych.


18-09-2019

Siedziałem w ławce. Był język angielski. Przejrzałem zeszyt. Chyba znowu nie miałem czegoś odrobionego. Podeszła do tablicy czarnoskóra nastolatka. Miała w ręku podręcznik i kartkę. W podręczniku było zdjęcie czaszki. Na kartce miała podpisać rysunki i zrobić obliczenia. Uprościła to do iksów i igreków. Nie wiedziała co dalej. Zaczęła się zasłaniać tym, że to szczątki muzułmanina. Nie może nic pisać, ani rozwiązywać zadań z matematyki, bo tak by zbezcześciła muzułmański grób. Wymazała co zrobiła do tej pory i zabrała kartkę. Miałem to rozwiązać. Byłem trochę na nią zły, że usunęła to co już zaczęła, to bym miał szybciej. Kolega w blond włosach zaczął coś mówić i się z czegoś śmiać. Wyszedł po chwili z klasy. Ta cała sala stała na platformie umieszczonej na wysokich drabinkach. Chciałem pokazać im jak latam. Niestety prawie upadłem na plecy. W ostatniej chwili uniosłem się z milimetr nad ziemią, co zamortyzowało upadek, gruba zimowa kurtka także.

Ciemna noc. Otworzyłem w pokoju okno i wyskoczyłem na zewnątrz. Wszędzie było pozalewane, że jak bym wszedł do wody to do pasa. Przeskakiwałem z miejsca na miejsce, gdzie była trawa. Wszystko wyglądało inaczej i rozleglej niż w rzeczywistości, nie było niektórych obiektów. Spotkałem niby dawnych trzech lub czterech kolegów (może trochę ich tylko przypominali). Przeszliśmy przez ulicę całą zalaną. Byłem lekko świadomy tego, że to sen i wiedziałem, że można chodzić po wodzie bez zanurzania się, prześlizgnąłem się po jej powierzchni. Na chwilę przystanąłem. Na czarnym tle nocnego nieba zobaczyłem przelatujący meteor spalający się w atmosferze. Dalej był leśny pagórek. Poszedłem na prawą stronę, ale zobaczyłem, że drzewa robią się przezroczyste i znikają. Pojawiało się inne miejsce. Wiedziałem, że przeniosłoby mnie w daleką część snu i się wróciłem. Drzewa znowu się pojawiły jak hologram. Poszedłem za sennymi znajomymi lewą stroną. Jeden z nich musiał mi podać rękę i mnie wciągnąć, bo inaczej bym się ześlizgnął, a zaczęło już wszystko zamarzać. Poszliśmy do sklepików na piętrze, których w rzeczywistości tam nie ma (po obudzeniu byłem pewny, że kiedyś tam były). Oni poszli po jakieś słodycze, chodzili od sklepiku do sklepiku. Dziwnie się czułem, taki ściśnięty, niekomfortowo, jakbym miał coś z mięśniami brzucha lub kręgosłupa. Po jakimś czasie wyszedłem. Skądś wiedziałem, że jak polecę na 60 mil do góry, to dolecę do sfery, gdzie egzystują duchy ludzi zmarłych. Skoczyłem i zacząłem lecieć. Dla utrzymania równowagi rozłożyłem wyprostowane ręce na boki. Leciałem coraz wyżej i szybciej. Wszystko się rozmazało. Trochę zwolniłem i prosiłem kogoś (chyba świadomych duchów, których nie widziałem), aby mi pomógł. Przyśpieszyli mnie i znowu leciałem. Znajdowałem się w czymś podobnym do wiru czy tornada. Widziałem kątem oka czerwone zarysy tego wiru. Znowu mnie tamci przyciągali w górę. Nie wiem czy doleciałem, bo się obudziłem.


20-09-2019

Dzwonili do mnie. Powiedzieli, że lecą z kosmosu i muszą zabrać mi te książki. Nawet nie zauważyłem kiedy, gdy weszli przez okno. Jeden już brał książki. Miałem trzy wypożyczone z biblioteki. Oni musieli je wziąć, ponieważ w nich znajdują się dane, które poszukiwali, i które są im bardzo do czegoś potrzebne. Jeden zabrał książki. Drugi powiedział, że tego digimona pluszaka też muszą mieć. Nie wiedziałem skąd ta maskotka. Na pewno nie moja. Siostra też takich nie ma. Jeden z nich musiał odczytywać co było napisane długopisem na okładce grubej książki. Ciężko mu szło, czegoś brakowało. Wychodzili przez okno i mieli już odlatywać. Krzyknąłem do nich, że skoro biorą te trze książki, których nawet nie zdążyłem przeczytać, to niech chociaż ksero odeślą mi. Jeden z nich odpowiedział, że może oddadzą. Później byłą jakaś impreza. Siostra rozmawiała z gośćmi z rodziny. Opowiedziałem jej i mamie co się dziwnego stało, że kosmici byli. Potem zrobiło się ciemno. Spojrzałem przez drzwi na mój pokój. Znowu stali przy oknie w ciemności, ubrani cali na czarno. Wyskoczyli znowu. Poszedłem do dużego pokoju powiedzieć o tym mamie i siostrze. Było ciemno. Zaczęły mnie gonić duże pszczoły i szerszeń. Odganiałem się od nich. Usiadłem na kanapie i powiedziałem, że przyleciały pszczoły, i że ten szerszeń to szerszeń pszczeli, a nie osi. No i było tych dwóch znowu, cali w czerni, wyskoczyli przez okno. Nie wiem czy oddali te trzy książki.


22-09-2019

W klasie było kilka grup osób. Założyłem okulary i wszystko było jasne. Zobaczyłem, a raczej nie zobaczyłem dużej części uczniów. Oni nie byli prawdziwymi ludźmi. Dałem okulary tym, których widziałem, czyli prawdziwym ludziom. Jedni byli dobrzy. A drudzy, ta mniejsza grupka osób, gdy zauważyła, że tamci są nie prawdziwi, zaczęli się na nich wyżywać. Jeden z nich zaczął drugiemu ciąć czymś ostrym dłoń i wbijać drut.

Siedziałem w autokarze. Mieliśmy jechać, gdzieś z klasą. Pani nauczycielka miała prowadzić. Słyszałem głos jednej dziewczyny jak mówiła, że może dobrze, że nie ma tego okrągłego wejścia jack, bo to jest już niebezpieczne i by ją namierzyli. Zachciało mi się siku, więc poszedłem do kabiny kierowcy. Widziałem oczywiście kierownicę. Usiadłem i zacząłem sikać. W majtkach znalazłem jakieś szare kulki kurzu. Obudziłem się, bo chciało mi się siku.

W barze był duży ruch, pełno ludzi chodziło. Skądś się dowiedziałem, że pani Kayah nagrywa tam właśnie teraz teledysk do swojej piosenki. Nie widziałem jej tylko wiedziałem, że śpiewa. Możliwe, że na chwilę obraz z kamery mrugnął na miejsce, gdzie siedziała piosenkarka. Była to wnęka w drewnianej chatkowej ścianie baru na zewnątrz. Weszło kilka osób. Zostali poproszeniu o to, aby na chwilę się zatrzymali, gdzieś w kącie, bo tu się nagrywa.

Ktoś z jakąś dziewczyną znalazł betonowy budynek w kształcie sześcianu. Wiedzieli, że był tam niedawno ten profesor. On prowadził tu jakieś poszukiwania, ale zniknął bez śladu. Znaleźli dużą ilość walizek. Bali się je otwierać, bo mieli przeczucie, że zobaczyli by w nich zmielone szczątki poszukiwacza. O czymś długo rozmawiali. Nagle zauważyłem, że to szkielety ze sobą gadają. Szkielet kobiety był wmurowany w blok razem z jej motocyklem, na którym przyjechała. Jej czaszka jakby odżyła, miała rude włosy, ale nie była połączona z resztą szkieletu, unosiła na kilka milimetrów. Mówiła coś o sferze wokół głowy, pewnie jej kasku. I gadała, i gadała, i gadała.

*

Taegan Cardale

Odp: Po drugiej stronie lustra
« Odpowiedź #7 dnia: Styczeń 18, 2021, 18:24:16 »
24-09-2019

Stałem przed wejściem do ciemnego tunelu. Coś mi majaczyło o pistolecie, że miałem się nim przed kimś bronić. Nie miałem pistoletu. Ustawiłem lustro tak, aby pokazywało co się dzieje w tunelu i nacelowałem na nie kamerę. Ekran kamery pokazał dużą grupę ludzi, której tam przed chwilą nie było. Patrzę w tunel no i tak rzeczywiście nie ma nikogo. Kamera jednak pokazuje jakieś postaci. A więc to duchy! Tak, dzięki tej kamerze można widzieć niematerialne byty.

Idę ulicą, jest słoneczny dzień. Trafiam do jakiegoś dziwnego zaułka. Na końcu ulicy są schody do ciemnych drzwi. Ktoś wychodzi, wampiry. Szybko wyciągam coś z plecaka. Przy krzaku kładę dwie metaliczne kostki, wzmacniacze częstotliwości. Nie wiem co mam dalej robić, niby się przygotowywałem do takiej sytuacji, a teraz na szybko muszę myśleć co dalej. Wkładam szybko do nich jakieś karty pamięci, a do czegoś podobnego do pilota czy elektronicznego klucza pendrive (chyba pomarańczowy) i celuję w wampiry. Włączam to wciskając przycisk, zaczyna piszczeć. Działa, wampiry się uspokajają i wracają do siebie. Niestety ktoś, komu to nie pasowało, obserwował z boku i za chwilę zniszczył część urządzenia. Szybko pobiegłem stamtąd do szkoły. Ulica płynnie zmieniała się w korytarz. Gonił mnie tamten, był ubrany w czarną pelerynę z kapturem. Słyszałem coś, że on stoi po stronie wilkołaków. Wbiegałem na drugie piętro. On nie mógł przebywać zbyt długo w takich miejscach, więc wynajął kilka osób, aby mnie złapali. Już ich widziałem, czekali na mnie na schodach. Musiałem się cofnąć. Ale po chwili pomyślałem, że tak na prawdę to nic mi nie mogą zrobić. Wróciłem się. Niby mieli mnie pobić. Jeden z nich, taki grubas, miał wór. Powiedział, że to "prezent" dla mnie, co miało znaczyć, że to jakieś skradzione moje rzeczy, i że przez to wie, gdzie mieszkam. Wbiegłem do klasy. Wszyscy obojętni, a nauczyciela brak. Tamci rzucili wór z tymi rzeczami. Był tam ręcznik podobny do mojego z moim imieniem, ale za chwilę stwierdziłem, że nie ma tam nic mojego, oszukali mnie. Ktoś powiedział, że te szmaty śmierdzą. Dla eksperymentu nacelowałem urządzenie na normalnych ludzi. Od razu pożałowałem tego. Wstali z ławki i ruszyli w moją stronę. Wiedziałem, że podziałało odwrotnie niż na wampiry. Stali się agresywni. Jakoś przeskoczyłem tablicę i drzwi. Wiedziałem, że załatwili tamtych, którzy mieli mnie pobić. Przebiegłem korytarz, stał tam duży tłum. Zombie szły przed siebie. Rozszarpały napotkane na drodze małe dzieci. Ups, chyba trzeba uciekać, aby nie było na mnie.


26-09-2019

W półśnie zobaczyłem jak ktoś skakał przez krzaki. Ktoś inny skomentował to, że tak wygląda podróż w czasie.

Wreszcie otworzyli forum na thelinked.pl. Chociaż na stronie głównej nadal było tylko czarne tło i napis "takie śmieszne czarne tło ".

Przyjechał dziadek swoim samochodem maluchem. Przed klatką schodową na trawniku rozłożył samochód na części i pomalował. Chciał, abyśmy te części poukładali na balkonie. Trochę się zdziwiłem, bo to na pewno się nie zmieści. Przyszedł sąsiad z bloku z naprzeciwka. Obejrzał te części. On miał niby malucha w starszej wersji (w rzeczywistości ma zupełnie inny samochód). Potem, jakby nie miał u siebie, chciał skorzystać z naszej ubikacji. Jak części zostały złożone z powrotem w malucha przetarł szybkę i powiedział, że jest w porządku, chociaż rysa widoczna.

Na plaży był drewniany budynek. Moim zadaniem było pilnować przy drzwiach, aby więźnie nie uciekli. Dalej wewnątrz był jeszcze ktoś inny kto ich pilnował i z nimi rozmawiał. Wypuszczono jednego więźnia i w sumie nie było kogo mi pilnować. Wyszedłem na deski na plażę. Słońce mocno świeciło. Trzy dziewczyny tam stojące do mnie zagadnęły czy już koniec na dziś. Powiedziałem, że nie ma już więźniów do pilnowania to idę. W oddali szła dziewczynka ubrana w fioletową sukienkę. Zaczęły na nią gadać jaka ona gruba. Poszedłem do baru chyba razem z nimi i postawiłem im jakieś drinki.

Akcja przeniosła się na dalszą część plaży. Dusza człowieka inkarnowała w ciało jaszczurki. Z pyska i ogona wyrastały dziesiątki węży i innych jaszczurek. Ludzie go ciągnęli z tych dwóch stron, chcieli oderwać od niego te węże. Człowiek w jaszczurce krzyczał w myślach z bólu jak go rozrywali na pół.

Okazało się, że tego wypuszczonego więźnia porwała jakaś grupa przestępcza. Zostawili jego zdjęcie jak zamykają go do wielkiego drewnianego wozu karawany. Dodatkowo wtargnęli do tego więzienia na plaży i porwali dwóch pozostałych. Odtworzył się filmik jak ich porywali i związywali zamykając i odjeżdżając. Nie wiadomo czego chcieli, okupu? Nie mieliśmy z nimi kontaktu i nie wiedzieliśmy, gdzie się zatrzymali. Mieliśmy ich szukać. Dziewczyny znalazły jakiś wóz, ale to nie ten. Tamten był większy. Jacyś panowie przyszli i poszliśmy do baru. W menu były alkohole, jeden którego nazwy nie widziałem, 8 mojito, inny był serwowany tylko do godziny 15, a to już wieczór. Chyba zamówiłem te 8 mojito. Potem w nocy z kimś szedłem w poszukiwaniu tej karawany. Chyba się rozłożyło wesołe miasteczko. Z prawej strony coś stało. Weszliśmy do tunelu. Aby przejść należało dać policjantowi bilet. Dziewczyna i inny dali bilet. Ja nie miałem, ale jakoś przeszedłem niezauważony. Dziwiłem się, że trzeba płacić za przejście w zwykłym tunelu. Na końcu tego tunelu zauważyliśmy ten czarny w ciemnościach wóz karawany. Poruszał się jakby na czterech drewnianych nóżkach jak wielki mechaniczny koń.

Leżę na dużym białym materacu. Przychodzi lekarz i pielęgniarka. Dają mi dwie okrągłe tabletki i jedną podłużną. Pod jakimś pretekstem wychodzę na chwilę i uciekam.

Trafiam do piwniczki. Przeglądam różne rzeczy. Nagle ktoś wyciąga kawałek szyby z okna i wchodzi, widzę trawę. Myślę, że chce ukraść książki, ale przecież tam nie ma. Było ich trzech. Jeden zabrał te duże owocowe ciastka. Chciałem je zjeść. Pomyślałem, że nie chcę tych słodyczy. Pozostałym dwóm dałem kilka kwadratowych czekolad. Każda z nich była zaczęta. Poczułem przelotnie smak jednej, był kokosowy. Wzięli wszystkie te słodycze i cukierki i sobie poszli.

Widzę, jakby w ekranie, idzie trójka dzieci przez las, dwóch czarnoskórych chłopców i jedna blondynka. Jedna starsza pani wyciąga ich z tego ekranu. Zauważa, że są ranni, a nie chce się nimi zajmować, więc mówi do drugiej, zabieramy ich do szpitala. Mam obserwować znaki. Dwóch chłopaków zostało zabranych na jakieś przymusowe roboty. Jeden stał na korytarzu i coś mówił, że pierwszy raz ma taką robotę. Uśmiechnięty, gadał i gadał i gadał. Zapytany o rok odpowiedział, że tak, to był też tysiąc osiemsetktóryś. I znowu zaczął o czymś gadać. Drugiego chłopca nie widziałem. Dziewczynka siedziała we wnęce ściany. Była częściowo niewidzialna. Chciałem ją zabrać stamtąd. Zawołałem do niej, Andżela, chodź, możemy stąd wyjść.

Spotkałem dawnego kolegę. Naprawiał komputery. Powiedział, że te stare sprzed 2000 roku miały lepsze ekrany. Wyjął części i składał z nich komputer w monitorze. Najpierw dwa czarne głośniki, wyżej następne dwa i ekran. Spytałem go o rozdzielczość. Powiedział, że nie wiadomo.

Noc. Leżę na łóżku pod oknem chociaż łóżko mam przy drzwiach. Przy ścianie leżał jakiś mężczyzna na podłodze z kobietą. Nie wiem jak się tam zmieścili, chyba pokój się powiększył. Wyglądali na jakieś senne stwory i może rzeczywiście nie byli to ludzie, bo było ciemno i mało co widziałem. Zawołałem do nich wyciągnijcie mnie, bo nie mogłem wstać. Spojrzałem na okno i już mogłem wstać. Wyskoczyłem przez nie. Przyklepałem kamień, aby dał mi energii czy coś, ale nic się nie stało to pobiegłem przed siebie jak najdalej. Zdziwiłem się, gdy zobaczyłem, że zbliżam się do mieszkania zamiast się oddalać.

Wielki komar leciał. Trzymał dwa równie wielkie komary. Ciekawe tak we trójkę? A może chciał je zjeść?

Miałem zeszyt, w którym ktoś na końcu powypisywał różne kosmiczne rewelacje. Zostawiłem sobie do przeczytania na potem.

Siedzimy w grupie kilku osób w dużej jasnej sali przy stole. Trzeba coś było wybrać. Była plansza jak do gry z kwadratami na brzegach. W pierwszym była azjatycka wanilia, pomyślałem, że ją wybiorę. Z kolegą przeglądaliśmy zeszyt leżący na stole. Była rozrysowana tabelka z naszymi imionami oraz podzielona na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. W każdej części było napisane co robimy w danym momencie i o czym myślimy. Ci "oni" wiedzieli nawet jakie będą nasze myśli i sny w przyszłości! A jak coś im się nie podoba to cofają się w czasie i to zmieniają. Nagle przyszło dwóch mężczyzn ubranych w czarne garnitury i w kapeluszach. Twarze mieli obwinięte czarnym materiałem. Wyciągnęli jakieś urządzenia. Już wiedziałem o co chodzi i zamknąłem oczy. Zobaczyłem tylko błysk. Chcieli wymazać nam pamięć. Ja nie zapomniałem niczego, reszta pewnie tak. Zniknęli. Przeglądałem ten zeszyt jeszcze raz. Kolega przeczytał w nim coś o rozmyślaniu. Tabelki już nie znalazłem, były tam tylko przepisy obiadowe i zdjęcia jedzenia. Chciałem wytłumaczyć pani, która z nami była całe to zdarzenie, ale ci w czerni znowu się zjawili. Odwróciłem się, gdy strzelali do nas tym światłem. Położyli te urządzenia na stole i chcieli zrobić jakiś test. Dali mi zabawkową myszkę dla kotów pod rękę. Nie wiedziałem o co chodzi, co ja mam niby z tym zrobić? Jeden przytrzymał mnie za rękę i zaczął nią poruszać góra dół, przybliżając ją do tego urządzenia. Mogłem je zabrać, ale uciekłem. Schowałem się w ubikacji. Miałem problem z zamknięciem drzwi, ale w końcu się udało. Oni nawet nie próbowali ich otwierać. Usłyszałem dźwięk tych urządzeń i jak najszybciej zamknąłem oczy. Przez drzwi i zamknięte oczy zobaczyłem błysk i unoszące się w ciemności dwa prostokątne powidoki. Obudziłem się.

Jechałem z koleżanką na rowerach. Skręciliśmy w prawą stronę i wjechaliśmy do jakiegoś budynku. Wjechaliśmy po schodach na drugie piętro. Trochę to było dziwne jechać rowerem po schodach, ale szło lekko, więc więcej o tym nie rozmyślałem. Na górze było ciemne miejsce. Zostawiliśmy rowery na podłodze. Zaatakowały nas małe agresywne dzieci. Jedne krzyczały inne się śmiały i płakały. Nie znalazłem koleżanki. Więc, albo otoczyli inną małą dziewczynkę, albo ona zmalała.

Ciemność. Grupa metalowców ubranych na czarno zebrała się wokół ogniska i grają głośną metalową muzykę. Jeden z nich patrzy się w moją stronę. Ma bardzo białą twarz jakby oblał się białą farbą. Dziwnie marszczy się. On śpiewa tekst piosenki.

Zjawił się wielki czarny pies. Chwyciłem się jego ogona i wyciągnął mnie z łóżka. Razem z dwoma dziewczynkami jechaliśmy, gdzieś na jego grzbiecie w nocy. Potem był dzień. Staliśmy przy jakimś stoisku sklepowym. Przyszedł jakiś chłopak i spytał się tych dwóch dziewczynek czemu tak się wykrzywiają. Odpowiedziały, że próbują te kwaśne rozpuszczalne gumy do żucia. Znowu była noc. Powiedziałem im, że jak nie zdążę, to one później pomyślą o mnie, to ja zniknę tam, gdzie jestem, a pojawię się w miejscu, gdzie przebywają. Potem z balkonu podlewałem trawnik w miejscu, gdzie rosną chwasty. Nie wiem po co. Tylko ten pas ziemi był oświetlony światłem dziennym, resztę spowijała ciemność nocy. Wylałem wodę z gumowej rękawiczki. W drugiej też była woda i jakieś brudy.

Chłopak leci hulajnogą wysoko nad chmurami. Czuję jego lekki lęk wysokości. Krótka myśl o Avatarze. To jest niby jego drugi lot. Hulajnoga zmienia się w rower. Chłopak jest w połowie drogi. Gdy pomyślałem jak on wyląduje, że przecież się rozleci, ten nie może już utrzymać roweru i go wypuszcza. Leci do tyłu na plecy.

Czytałem książkę. Miałem dwie wersje. W jednej były strony poprzestawiane, przeczytałem trochę, ale już nie pamiętam. W drugiej było niby to samo plus dodatkowe linijki tekstu. Za każdym razem jak sprawdzałem czy się zgadza, coś się zmieniało, strony się przestawiało, dopisywał dodatkowy tekst. Możliwe, że jedna wersja to był komiks, bo były dołączone czarno białe ilustracje. W pierwszej wersji stał mnich przed blokiem, a na samym końcu drzewo, które rozpoznałem z tej drugiej wersji. W drugiej było to samo i jeszcze silna wichura się zerwała nagle.

Jakiś kolega urwał sobie nogę, aby nią straszyć potem. Za oknem była jakby skocznia narciarska. Wyskoczyłem i zjeżdżałem jak z górki po śniegu. W połowie drogi ten kolega wyciąga tą martwą nogę ze śniegu i mnie straszy. Nie przestraszyło mnie to, było trochę dziwne. Na dole były dwie górki z piachu i trzecia leśna. Wchodząc do lasu usłyszałem szeleszczenie, drzewa się poruszyły. To wielki drapieżny dinozaur. Czym prędzej wybiegłem, ale ten mnie dogonił i odgryzł głowę. Szybko wtedy się wybudziłem i idąc pomiędzy tymi ziemistymi górkami opowiadałem komuś, że chociaż już się obudziłem to czułem jak ten potwór mnie pożera. Dostałem wiadomość na telefon, że 100MB będzie za darmo, ale już za 200 będę musiał zapłacić 4 tys. Wyłączyłem tą aplikację. Chciałem ją usunąć, ale aplikacja do czyszczenia też byłą jakimś złośliwym oprogramowaniem. Potem szedłem za blokiem niedaleko lasu. Przyplątał się do mnie jakiś dzieciak. Pytał się co tam na statku. Nie wiedziałem o co chodzi. Skądś miałem zabawkowe okrągłe urządzenie z ekranem. Coś mi na nim pokazywał. Można było robić nim zdjęcia.

Ktoś wszedł do mojego pokoju i wsunął do biurka trzy gazety (albo komiksy?). Były one w tematyce Gwiezdnych Wojen, a przynajmniej jedna z nich. Przeglądałem je. Pojawiły się animacje na papierowych stronach. Otworzyły się mapy różnych kosmicznych lokacji. Były tam informacje o istotach zamieszkujących tamte planety. Nagle zakręcił się rysunek Yody z wypisanymi jego jakimiś mądrościami, a także hasło "Good crystal".

Kilka razy się budziłem. Pomiędzy każdą pobudką wisiała inna firanka niż w rzeczywistości i była zaczepiona o sufit. Wtedy wiedziałem, że to sen.

Szedłem obok lasu. Nad drzewami nagle zleciały się metaliczne okrągłe pojazdy latające. Były jednocześnie daleko i blisko mnie. Chciałem za nimi lecieć, ale nie udało się. Chwyciłem jednego z daleka i chwilę przytrzymałem.

Ktoś wskoczył przez dziurę w drucianym ogrodzeniu. Za nim wskoczył chłopiec bez ubrania. Niestety nie udało mu się przeskoczyć i krokiem wskoczył w wystające ostre druty. Cały pokrwawiony. Później była jakaś zbiórka, gdzieś. Ten mężczyzna nagi stał z innymi, ubranymi. Chłopiec też tam był. Już nie był pokrwawiony.

Spotkałem się z kilkoma osobami. Poszliśmy, gdzieś gdzie był kiosk. Widziałem borówki amerykańskie wielkości jabłek. Usiedliśmy do stołu blisko ulicy. Jedna dziewczyna siedziała bliżej tego kiosku i obserwowała. Na stole leżały setki czekolad różnych rodzajów. Chyba jedną spróbowałem i szukałem jakich niespotykanych. Jedną z orzechami zostawiłem na potem. Nagle patrzę, a tam nie ma prawie czekolad. Powiedziałem, że przecież zjadłem co najwyżej cztery albo pięć, a tu już nie ma ani jednej. Ktoś zaproponował, że może w takim razie przejdziemy do piwnicy. Odpowiedziałem, że lepiej nie, bo teraz piwnica miesza się z innymi miejscami i nie wiadomo co z tego wyniknie.

Jasne słońce świeciło. Widziałem drzewo. Ktoś na nie wchodził. Mogłem wytworzyć pole siłowe wokół siebie. Gdy zbliżyłem ręce do mrówek, te zamiast na nie wchodzić, omijały je.

Miałem dziwnie długie włosy i kapelusz, chociaż nie noszę kapelusza. Zdjąłem go i wyszedłem na dwór. Pomyślałem, że nawet w czwartym wymiarze trzeba chodzić do fryzjera. Dwie dziewczynki biegły przed siebie. Jedna potem do mnie przybiegła, śmiejąc się.

Wszedłem do wyciętego ponurego lasu. Zostało tylko kilka drzewek naokoło. W środku zamiast prawdziwych miały być wyświetlane holograficzne.

Miałem kartkę, którą znalazłem przyczepioną do jakiejś budki. Wydawało się, że jest dużo tekstu do przeczytania. Tekst składał się z różnokolorowych kryształów. Gdy ktoś pisał, pojawiały się nowe, zamiast liter. Miałem je policzyć.

Spotkałem na przystanku cosmica. z koleżanką. Weszliśmy do klatki schodowej i wchodziliśmy schodami na górę. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się. Stałem na schodach i patrzyłem się co oni robią. Uśmiechnięty cosmic. z koleżanką robili pompki opierając się o framugę. Wystawiali głowę na zewnątrz i szybko chwali, gdy zbliżał się poziom następnego piętra. Dziwne, przecież tam nie było windy, a poza tym nadal staliśmy na tym samym poziomie. Kiedy "dotarliśmy" na odpowiednie piętro, koleżanka cosmica. usiadła na podłodze i miała jakby podbite oko.


19-04-2020

Jechałem pociągiem i dojechałem do skrzyżowań wielu torów. Inni jechali do Gdańska. Powiedziałem, że później do nich dołączę. Musiałem jeszcze zajrzeć do kilku miejsc.

Ktoś musiał zamknąć swoją firmę. Teraz sprzedawał hulajnogi na schodach. Pojeździlem chwilę i odstawiłem. Była za mała, a rączki zrobione z cienkiego drucika.

Szedłem przez łąkę, z prawej strony było jezioro. Wzdłuż ścieżki ustawione regały z pustymi pułkami. Nie wiedziałem o co chodzi.

Jakoś nie mogłem się wyprostować i musiałem się oprzeć o ścianę. Trochę pomogło, ale nie do końca. Ktoś powiedział, że tam jest zamieszczony silny magnes powodujący zaburzenia. Odsunąłem się od ściany co polepszyło moją sytuację. Mogłem się normalnie poruszać. Patrzyłem jeszcze na ścianę. Moje fizyczne ciało tam zostało przyklejone bokiem. Wyrastały z niego wypustki i wrastało w ścianę. Skądś widziałem, że uwolniła się esencja zła. Bardzo się tego przestraszyłem. Zrobiło się ciemno. Spod korzeni wydostały się różne wielkie robale, których w ciemności nie mogłem dostrzec. Rój insektów leciał nade mną. Zwinąłem gazetę w rulonik i uniosłem do góry. Zeżarło połowę. Zacząłem biec tunelem.

Goniły mnie jaszczuropodobne istoty. Nawet jak się obudziłem widziałem jak jedna chodzi w moim pokoju. Zamknąłem jedno oko. We śnie mnie goniły. Otworzyłem oko i nadal jaszczur stał obok mnie. Pomyślałem, że mnie nie widzi.

Miałem się przebrać, bo wychodziłem gdzieś.

Szedłem przez halę towarową. Wyszedłem na lotnisko i zmierzałem w stronę głównego wyjścia. Poprzez szyby świeciło mocno światło słońca. W połowie drogi zauważyłem cień na kaflach podłogi. To ktoś tam siedział i czytał gazetę.


25-04-2020

Oni jechali czarnym samochodem i porwali jakąś dziewczynkę. Gdy się zatrzymali na światłach podszedłem do samochodu, dach był otwarty. Ona jadła watę cukrową z lodami. Tamci chyba zasnęli czy co, bo mnie nie widzieli. Zauważyłem, że do tej waty przyleciały ogromne osy, a na spodzie lodów łaziły mrówki. Lizała lody, nie widząc owadów. Powiedziałem, aby lepiej zostawiła te lody, bo są prawdopodobnie trujące, i że jest to chyba sen, ale nie musi się tak od razu budzić. Wysiadła. Prowadziłem ją za rękę do kogoś.

Wyglądało to jak gra platformowa. Obserwowałem jak dwie dziewczyny (jedna ciemnoskóra) przenosiły kogoś na górę do jaskini. Postać miała przyczepione różowe paski. Jako, że nie były zbyt silne przenosiły po kawałku. Odrywały stopy, nogi na pół, tułów, dłonie, ręce, szyję i głowę. Jedna z nich przerzucała każdy kawałek na wyższą skalną półkę, a ta druga, ciemnoskóra składała ciało w całość. I znowu następna wyższa półka, i znowu przerzucanie po kawałku i składanie w jedną całość. Było tam kilka półek skalny, więc trochę to trwało. Zniecierpliwiłem się i poleciałem tam do nich na lianie przez przepaść. Chwyciłem go lub ją i przeniosłem w całości boczną ścieżką po lewej stronie, wniosłem do jaskini i położyłem na stolik tam już oczekujący. Otworzyły się skalne ściany i stolik wjechał do środka, po czym jaskinia się zamknęła. Jedna z dziewczyn chciała, abym dotknął palcem jej buzi i sprawdził czy nie śmierdzi. Tak zrobiłem, ale nic nie poczułem.

Ciemna noc. Przyjechali gangsterzy swoim ciemno zielonym autem. Z przodu wyszedł jeden z karabinem i czekał, ale nie zauważył jak przeciwnik już się dostał na tył samochodu i grzebie. Zawiązał strunę na supełek, aby nie odjechali i niepostrzeżenie wsiadł do środka. Dziwne, przecież chciał, aby nie odjechali. Potem wsiadł ten z karabinem, a potem ja na tył po prawej stronie. Powiedziałem, że ładny zielony samochód, a ten z przodu mówi mi, że jest czarny. No przecież widziałem, że jest zielony. Nie, jest czarny. Wyjrzałem za okno, no i rzeczywiście był czarny. Pewnie tak światło padało wcześniej, że wydawał się ciemno zielony. Jedziemy gdzieś. Z przody po prawej stronie wielki ekran. Oni grają w jakąś grę. Nad tym ekranem do gier umieszczony mniejszy telewizor, ale też dosyć duży. Leci jakiś krwawy film. Kierowca też musiał mieć ekran, w którym było widać z kamerek jak jedzie, inaczej miałby tylko kawałek szyby i mało by widział. Pomyślałem, że ten samochód musiał się zrobić wysoki, aby to wszystko pomieścić. Nadal jechaliśmy w ciemności.


02-05-2020

Leżę sobie na łóżku i słyszę trzeszcząco podskakujące hałasy na dworze. Ubzdurałem sobie, że to budka (telefoniczna?) mnie goni, chociaż nic nie widziałem, i przeskakuje przez krawężnik. Chciałem wstać, ale nic z tego. Za którymś razem w końcu udało mi się i wyjrzałem przez małe boczne okienko po lewej stronie w rzeczywistości nieistniejące. Zobaczyłem ptaki, chyba kury i koguty. Dla zabawy wystawiam im znalezioną szmatę na kiju. Przybliżają się. Okazuje się, że to ludzie. Byli bardzo zdziwieni, jak zobaczyli ten kawałek materiału.

Zeskoczyłem z daszku na senny chodnik. Szedłem obok sklepów. Byłem bez butów. Nagle wszedłem w kałużę. Aż zakrzyknąłem, taka była zimna woda, ale pomyślałem wtedy, że było to bardzo śmieszne. Szedłem jeszcze chwilę i się obudziłem.


13-05-2020

Przy lesie zebrało się wiele wron i kawek. Czułem zaniepokojenie, chociaż nie wiedziałem co jest nie tak. Zaraz zobaczyłem, że ptaki są prawie tak duże jak ja. Tłum ludzi, tam się znajdujących przestraszył się i wszyscy rozpierzchli się w popłochu. Szedłem sobie spokojnie przed siebie.

Szedłem za budkami sklepowymi. Zauważyłem bezdomnego, tego z wózkiem na zbierane rzeczy. Niósł ogromną skałę jakby była pusta w środku. Wszedłem do lasu na prawo. Szedłem tą leśną ścieżką. Wszystko jakby zmieniało się jakby w  przyśpieszonym trybie. Zaczął wiać wiatr, który przywiał owoce maliny. Wyskakiwały w moją stronę. Chciałem kilka zebrać, ale nagle zebrało się na na ziemi gęste mrowie mrówek. Na końcu ścieżki przy wyjściu z lasu usiadłem. Wyciągnąłem z plecaka kanapki (chyba z serem). Zjawiło się dwóch złośliwców. Chcieli mi zabrać kanapki i sami zjeść. Odwróciłem się od nich, i gdy ugryzłem kanapkę sen się skończył.

Szaro, leje deszcz. Tłum idzie powoli wąskim chodnikiem pomiędzy budynkami. Jest tam ciemno. Byłem pewien, że to ponad kilometr. Wsiadłem na rower i jakoś tak szybko dojechałem jakbym zrobił kilka kroków. Zrobiło się jasno. Przyleciał dron i usiadł na dachu. Zmienił kształt w antenę.

W sali ze szkolnymi ławkami i krzesłami było zebranie. Zaczęło lać. Wyjrzałem przez okno. W lesie leciała ogromna ważka. Zniknęła w strugach deszczu. Podszedłem do szafki z przodu sali i wyciągnąłem szachy z góry. Szafa była cała upchana takimi samymi szachami, nie było już miejsca na nic. Położyłem to na ławce. Zastanawiałem się po co to wyciągnąłem. To chyba miało być jakieś zadanie. Przyczepiłem do szachów słuchawki, które tam znalazłem i zamknąłem to w kartonie. Jakieś dziewczyny zaczęły mnie papugować, bo myślały, że każdy miał robić takie coś. Schowałem wyjęte szachy. Pani prowadząca ten „wykład” była zdenerwowana. Nie wiem czemu, przecież już to schowałem.

W kuchni zjawiła się Izabela. Powiedziała, abym przeczytał „Ambergris”. Po obudzeniu się sprawdziłem na internecie co to za książka.

Na rzece była mała wyspa. Przy niej zatrzymywały się łodzie. Dostałem się tam przez nowo wybudowany most. Było ciężko, bo już był częściowo zawalony. Nie pamiętam co się tam działo. Wróciłem tym mostem w inne miejsce. Przy rynnie zalęgły się pomarańczowe drobne robale, takie kropeczki. Na szczęście były uwięzione w czymś podobnym do akwarium połączone szklaną rurą z drugim pojemnikiem, gdzie mieszkała kolonia żółtych, jeszcze groźniejszych insektów. Ktoś przyszedł i zrobił dziurę w rurze. Zacząłem uciekać, bo wiedziałem, że jak się wydostanie, to się to rozejdzie na cały kraj i wszystkich zeżre. Poczułem powiew na plecach. To dosięgła mnie fala. Nic mi się jednak złego nie stało.

Poszedłem do piwnicy. Tam się dowiedziałem, że jakaś kobieta co miała czarne włosy, miała się już ostrzyc, ale ktoś ją zabił i zamurował. I dopiero teraz po tylu latach to wyszło na jaw. Dziwne, że przez tyle czasu nikt nic nie zauważył. Obok, co jeszcze dziwniejsze, mieszkali Indianie w swoim namiocie. My tylko mieliśmy co parę lat odsłaniać karton z tego namiotu i przynosić im jedzenie i wodę. Po czym znowu się zamykało kartonem ten namiot. Ponoć jakby tam wejść, to w tym namiocie było więcej miejsca niż w piwnicy. Potem czegoś szukałem. Miałem coś wydostać spod ściany. Poczułem pajęczynę na włosach. W szafce obok namiotu znalazłem zagubione szachy dziadka. Ja miałem takie same, tyle że brakowało figurek. Okazało się, że te szachy nie są takie same, tylko te same. Szachy dziadka były z przeszłości i były kompletne. Znalazłem jeszcze trzecią wersję. Oprócz kilku figurek były w nich czarno-białe zdjęcia.

W dzień przyleciało UFO i zatrzymało się w powietrzu przy balkonie. Wyszła z niego czarownica na balkon. Za pomocą wiązki światła wciągnęła do góry zaspanego chłopczyka.

Oglądałem koncert zespołu Queen. Freddie Mercury śpiewając przeskakiwał na dalszą część sceny trzymając się liny. Zastanawiałem się jak on jeszcze zdołał utrzymać mikrofon. Potem zszedłem drewnianymi schodami na dół. Skuliłem się, bo pod ubraniem ukrywałem puszkę piwa, jedno chyba już wypiłem. Dziwne, przecież w rzeczywistości nie piję alkoholu. Otworzyłem drzwi i wtedy przyszedł mój brat. Dałem mu tą puszkę. Koleżanki z klasy się uśmiechnęły i poszły dalej. Za mną schodził mój starszy brat. Dziwne, przecież ja nie mam braci. Wyszedłem na otwartą przestrzeń. Tam były stoły restauracji na podłodze z desek. Nauczycielka coś tam krzyczała. To ten młodszy brat się upił i się kiwał idąc. Szybko zaprowadziłem go na ławkę. Kazałem mu głęboko oddychać, aby mu przeszło, bo inaczej będzie na mnie, że mu dałem piwo. Usiadłem obok niego. Wydawało mi się , że zajmuję ciało kogoś innego. Przyszła ta nauczycielka (albo może pielęgniarka?). Była bardzo na mnie zdenerwowana. Mówiła chyba po niemiecku i w powietrzu wyświetlały się polskie napisy, więc rozumiałem. Zacząłem się tłumaczyć, że ja przecież jestem z przyszłości... „Tak, tak sobie mów. A teraz wydmuchuj powietrze.” Przyszedł jeszcze pielęgniarz, aby jej pomóc. Przytrzymał mnie i zacisnął palce na moim nosie. Zacząłem wydmuchiwać. No i przez to się obudziłem. Wiedziałem, że właśnie o to im chodziło, abym się stamtąd wybudził.

Wyszedłem z bloku. Spojrzałem się na prawo. W miejscu wyciętego lasu trwały budowy jakichś wielkich budynków. Widać było szkielet złotych konstrukcji. Zbyt długo nie obserwowałem, bo śpieszyłem się na autobus. Wsiadłem i jechaliśmy. Oprócz mnie była jeszcze jedna osoba. Wjechaliśmy w górzysto leśne tereny, nawet nie wiem, gdzie to jest. Zaczęło podskakiwać. Odkleiło mnie od siedzenia i widziałem jak autobus jedzie slalomem.

Ominąłem wejście do ciemnego lasu. Trochę się przestraszyłem. Pomyślałem jednak, że następnym razem tam wejdę.

Stałem na balkonie i obserwowałem chmury. Nagle coś zaczęło lecieć, satelita lub coś podobnego. Schowało się za chmury. Za chwilę znowu się pojawiło i schowało. Co chwilę powtarzało się to dokładnie tak samo. Już wiedziałem o co w tym chodzi. Na niebie była wielka obracająca się rolka, a to był tylko obraz na niej wydrukowany. Tak nas przez cały czas oszukiwali. Byłem bardzo zdenerwowany tym. W szczeblach balkonu otworzyło się przejście, którym zeskoczyłem. Biegłem ulicą pod prąd roztrącając samochody na boki. Zatrzymałem się. Koniec ulicy był zablokowany. Teren został zabudowany, że nie dało się wydostać. Chciałem iść w prawą stronę, gdzie był chyba peron, ale moją uwagę odwrócił jakiś nagabywacz stojący po lewej stronie. Był ubrany w płaszcz, taki jakby tajniak. Zapraszał do restauracji, przed którą stał. Wyciągnął z kieszeni dwa kawałki starego zeschniętego mięsa. Bez zastanowienia zacząłem je rzuć. Przez to się obudziłem. Nie wiem jak dałem się nabrać na takie coś.

Tyle deszczu padało, że z trawnika zrobiło się małe jeziorko i strumyk z niego wypływający na chodnik i ulicę. Wyszedłem oknem i przeszedłem przez wodę. Potem jak wracałem, usłyszałem dwie dziewczyny jak się ze mnie naśmiewają, że "podlewa nawet jak pada deszcz" chociaż to nieprawda. Przeszedłem suchą ścieżką otworzoną w tej wodzie. Pod balkonem palił się na czerwono neonowy napis "WARNING".

Czekaliśmy przed klasą na nauczycielkę. Stałem obok małej szafki. Podeszły do mnie koleżanki. Nawet nie zauważyłem, kiedy znowu zrobiły to samo. Pomyślałem, że tym razem przesadziły. Do tej pory odcinały mi tylko palce. Teraz odcięły mi lewą rękę, aż do łokcia. Gdy wchodziliśmy do klasy, zaśmiewały się. Usiedliśmy do ławek. Otworzyłem zeszyt. Dziwnie się czułem, trochę mnie mrowiło. Jednak ręka szybko odrastała. Już był nadgarstek i pojawiały się palce.

Byłem zamknięty w nieznanym domu. Na korytarzach często spotykałem młodą Żydówkę. Niby poprzednio też tam była. Chociaż nie wiem co za poprzednio. Wiele dni minęło, aż mogliśmy wyjść. W drzwiach zatrzymała nas jeszcze stara babcia zarządzająca tą posiadłością. Ją też niby dobrze znałem. Ona coś plotła z włóczki, ubrania chyba. Jak wyszliśmy, ja z tą dziewczyną musieliśmy jak najszybciej uciekać z tego miasta. Jego mieszkańcy byli wampirami i już od dawna chcieli się pożywić naszą energią. Chronił nas jedynie ten dziwny dom. W jakiś sposób teleportowało nas na nowo odkrytą planetę. Tam z innymi ludźmi zakładaliśmy naszą wioskę. Niestety, nie wiem w jakim celu, wróciliśmy do tego miasta. Lecieliśmy i widać było statek kosmiczny, a potem ląd i góry. Miało być na chwilę. Nie udało się jednak nam wrócić na tą planetę. Mieszkańcy rzucili się na nas. Oczy im świeciły się na czerwono. Odepchnąłem ich falą energii. Znowu uciekaliśmy, aby znaleźć bezpieczne miejsce.

Widziałem, że z lasu wyłania się jak pożar rój mrówek. Przeszedłem z innymi do sąsiedniego pokoju. Z jednej i drugiej strony pokoju stały łóżka. Jakiś grubas przyszedł i zacisnął na mnie ręce chcąc mnie udusić. Uwolniłem się z łatwością. Potem siedliśmy w kilka osób wokół długiego stołu nadal w tym samym pokoju. Ten grubas zabrał mi dwa wafelki. Udało mi się odebrać mu jeden. Był trochę pognieciony. Śmiałem się z nich, że to ich pogryzą te kwantowe mrówki, które niedługo się tu pojawią, a nadejdą ze wszystkich stron. Ci po drugiej stronie stołu poszli spać.

Przed zaśnięciem usłyszałem taki głos/myśl: „zrelaksuj się i wibruj prawidłowo”.

Spadł błękitny śnieg. Tata poszedł sadzić fiołki na trawniku.

Mieliśmy "paczkę kwiatową". Miała eksplodować rozsiewając maciejki naokoło.

Wyskoczyłem z łóżka, chodząc jakby w powietrzu. Głowę jeszcze miałem przy poduszce, a nogi na ścianie i w powietrzu. Tworzyłem takie jakby węzły grawitacyjne. Szedłem przedpokojem. Nie dotarłem jednak do drzwi, ponieważ coś mnie obudziło.

Na ścianie w moim pokoju było pełno półek z ogromną ilością książek. Ktoś przyszedł i siedliśmy na kanapie. Rozciągał mi powiekę, mówiąc, że to aż do półtora centymetra daje radę. Potem wziął jedną grubą książkę i przeglądał ją. Powiedział, że ciekawa ta "Codzienna książka". Zastanawiałem się co to znaczy, że książka jest "codzienna". Wiedziałem, że mam jeszcze drugi tom, który zapewne był "Niecodzienną książką". W tych dwóch książkach było wszystko, powieści, krótkie opowiadania, ilustracje, zdjęcia, fragmenty z nowel, wielka lista innych książek, a nawet reklamy z Rossmanna.

Widziałem jak „drzewo” Travelera wzniosło się ponad korony drzew lasu, który wtedy obserwowałem z góry. Wyglądało jak pęd skrzypu polnego. Zdziwiłem się, że jest tak wielkie, zawsze pisał, że jest taki niski.

Siedziałem na fotelu po środku ciemnej wielkiej komnaty znajdującej się nigdzie. Po jakimś sennym czasie widok przesuwa się na blok, gdzie mieszka ciocia. Cała ściana od strony balkonów była za szybą. Pomiędzy tą szybą a ścianą z balkonami przepływała mgła, a gęste białe chmurki powoli unosiły się do góry. Gdy zacząłem się zbliżać, zauważyłem, że teraz tylko same balkony mają swoją szybę z przodu, po bokach nic nie było. Ponadto balkon zniżył się z pierwszego piętra poniżej parteru. Dwa koty szaleńczo wymachiwały łapami po szybie jakby coś tam było. Wszedłem po schodach znajdujących się po lewej stronie. Wiatr przywiał pozostałość po pomarańczowej skorupce jakiegoś robaka. W rogach balkonu drobne pajęczyny. Nie wiem co widziały koty.

Zjeżdżałem wąskim ciemnym tunelem w głębiny. Mówili, że inni mieliby klaustrofobię. Mnie to jednak nie dotyczyło. Tunel się wił spiralnie. W końcu wyskoczyłem na plażową jasność sennego świata. Tłumy ludzi się wygrzewały na piasku i pływało w morzu. Trochę się zamoczyłem. Zaraz jednak wyszedłem z wody i zmierzałem na drugi koniec miasta. Chodziłem uliczkami, aż dotarłem do przejścia, gdzie rosło takie wysokie charakterystyczne drzewo o niebiesko zielonym odcieniu liści. Zatrzymałem się przed torami. Całe były zalane wodą. Ochlapałem kilka osób po drugiej stronie. Stali na peronie czekając na pociąg. Ciekawe czy w ogóle przyjedzie? Przepłynąłem kawałek miedzy torami. Woda była brudna i pływały śmieci. Wracałem na plażę, aby się umyć w czystej wodzie zanim sen skończy. Znowu przechodziłem obok tego drzewa. Wskoczyłem do wody i płynąłem w stronę miasta po drugiej stronie. Był to Sopot. jakoś szybko tam dopłynąłem, jakby się ląd przybliżył. Budynki były inne niż w rzeczywistości, wyższe i nowocześniejsze. Chciałem zawrócić na plażę, ale już się obudziłem.

Z dziwną trudnością udało mi się wsiąść na rower. Jechałem ulicą pomiędzy domami. Na niebie zobaczyłem czerwone światło. Pojazd kosmiczny był w kształcie diamentu. Przyleciał blisko mnie i zatrzymał się jakby mnie obserwując. Po chwili odleciał. Jechałem dalej. Minąłem dwie dziewczynki w czarnych gumowych rękawicach (albo to ja je miałem). Dalej jechałem ulicą całą w wodzie. Prowadziła do tunelu wydrążonego w górze.

W moim pokoju stały duże białe szafy, podobne do poprzednich. Wewnątrz były przykręcone dwie kryształowe kulki, jedna na jednym końcu, a druga na drugim, jakoś w połowie wysokości. Kot wskoczył na półkę. Za nim jakiś ludzik, który został pomniejszony do takiego rozmiaru, że zmieścił, by się w dłoni.

W nocy nastąpiła inwazja obcych. Zmieniali kształt swojego ciała udając innych ludzi. Czarnoskóry chłopiec stał chwilę na rogu szkoły, po czym wszedł do środka. Ktoś inny przyszedł. Czekał na kolegę, czyli tego co sobie poszedł. Zobaczyłem wielką gęstą masę. To był obcy. Zmieniał się w tamtego co tu był poprzednio. Ten co czekał nic nie zauważył i poszli, gdzieś razem. Z krzaków wyskoczył brat jednego z nich i zaczął ich śledzić. Wszyscy trzej byli czarnoskórzy. Pobiegłem do schronu. Była już tam grupa ludzi. Wszędzie było ciemno, światła pogaszone. Dzieci z krzykiem wbiegły do środka. To jeden z tych potworów ich gonił. Szybko schowaliśmy się w głębi bunkru. Obcy już się wmieszał w tłum. Część osób się rozbiegła na korytarze podziemi. Zostałem tylko ja i przewodnik grupy. To był incestus (albo Darek Sugier, bo to nie było do końca jasne). Trochę się przeląkłem, bo myślałem, że może jego także podmienili, ale chyba nie. Coś do mnie mówił, ale wszystko zagłuszyły krzyki. Pobiegliśmy na piętro wyżej i dalej przez korytarz. Zgubiłem go. Wchodziłem schodami na górę. Spiralne schody pojawiały się na bieżąco. Każdy stopień był różnej wielkości i kształtu. Kątem oka widziałem jak pozostali biegają po innych dalszych schodach i korytarzach.  Byli ubrani w kolorowe kurtki. Goniła mnie jakaś zmora. Na półpiętrze było otworzone okno. Firany rozwiewał wiatr. Gdy już wyskakiwałem na zewnątrz, obudziłem się.

Wybiegłem przez furtkę na piaskową drogę. Jechałem na lewitującej kwadratowej desce bez kółek. Po drodze znalazłem duży kamień „tygrysie oko”. Był trochę przybrudzony, więc wytarłem. Deska straciła moce i się zatrzymała na ziemi.

Po zamknięciu oczu zobaczyłem zamiast mącącej się ciemności, gęste mrowie poruszających się robali, będących literami i cyframi.

Byłem w bibliotece. Szukałem jakich książek, ale nie do końca byłem pewny jakich. Były same pustki na półkach. Bibliotekarka polecała mi te z działu, który mnie nie interesuje, chyba związane z polityką. Wziąłem kilka. Jedna była bardzo gruba. Inne miały okładki w odcieniach niebieskiego.

Nocą biegaliśmy od sklepu do sklepu, od domu do domu. Raz natknęliśmy się na ruiny domu. Następnym razem znaleźliśmy malutki domek. Ktoś tam siedział na fotelu przy drzwiach. Szybko wyszliśmy. Weszliśmy obok do podobnego równie małego domku. Biegłem razem z jakąś napotkaną kobietą. Przechodząc przez różne drzwi i pokoje zauważyłem, że idziemy spiralnie w lewo do wnętrza tego małego domku, który wewnątrz był raczej wielki. Grupa osób nas goniła i musiałem ich jakoś wystraszyć, aby się oddalili. Przed drzwiami o coś się zaczepiłem stopą i mnie wybudziło. Coś mi się wydaje, że ona chciała mnie zwabić w pułapkę i dobrze, że się obudziłem. Chwilę jeszcze czułem niewyjaśniony strach.

Na korytarzu było jakieś zebranie lub apel. Prawie wszystkie krzesła były zajęte. Ktoś siadał obok mnie i musiałem zabrać kurtkę. Przeszedłem na drugą stronę korytarza, pod okna. Każdy miał zobaczyć jak poprawnie prasuje się skarpetę. Jeden z uczniów położył biało niebieską skarpetkę na podłogę. Rozprostował ją, bo była zagięta i zaczął prasować żelazkiem.

Ciemna noc. Pagórek w jakiejś wyludnionej miejscowości. Na nim Biedronka. Na budynku nie było żadnych oznaczeń, napisu „Biedronka”, nawet okien nie było. Był pokryty zardzewiałą blachą. „Jak dobrze, że jest Biedronka”, usłyszałem, „nasze wybawienie”. Ludzie spod przystanku autobusowego wbiegali czym prędzej na górkę i ustawiali się w kolejce już kilka godzin przed otwarciem.

W telewizji pokazywali chińskiego naukowca. On zbudował komputer ze sztuczną inteligencją. Mieścił się w małej puszce. Mówił, że załadował go odpowiedziami na wiele pytań. Potem zobaczyłem jak ten Chińczyk idzie z małą dziewczynką (jego wnuczką?). Razem z nią idzie chłopiec w podobnym do jej wieku. To był ten komputer przerobiony w robota. Podobny był do humanoidalnego androida Adolfa z „Akademii Pana Kleksa”, tyle, że był przyjaźniejszy. Przeszli obok mnie, siedzącego na ławce. Działo się to na górce niedaleko większego supermarketu.

To był jakiś słabo oświetlony magazyn. Stały przyniesione przez kogoś kartony. Mama odnalazła plik dokumentów dla niej. Ktoś powiedział lub było tam napisane, aby sprawdziła po ile są dolary i jak najszybciej zamieniała te dokumenty. Szybko stamtąd wyszliśmy, chyba do banku. Była też mowa o tym, że najlepiej, aby to zrobić jak najszybciej, bo inaczej mogą się o tym dowiedzieć członkowie rodziny. Mignął mi widok kogoś z rodziny. Też znalazłem jedną kartkę dla siebie. Z tyłu był znak zapytania i napisane było, że i tak mam to, gdzieś zanieść, aby mnie nie zamknęli.

Po wstaniu z łóżka przeszedłem do dużego pokoju obok. Ten pokój był jakiś inny. Tam już byli koledzy i koleżanki z klasy (skąd oni się tam nagle znaleźli?). Słoneczny dzień. Gdzieś jechaliśmy autobusem. Większość wysiadła. Zostałem z jedną koleżanką i jej młodszą siostrą. Siedziałem na hamaku zawieszonym między siedzeniami przy oknie. One też już wysiadały.

Wyszedłem z przejścia między budynkami mieszkaniowo-sklepowymi (możliwe, że od fryzjera). Poszedłem na lewą stronę, ale od razu zawróciłem na prawą. Szła znajoma mamy, z którą nie chciałem się spotykać, więc poszedłem krawężnikiem przy trawie w stronę przejścia przez ulicę. Trafiłem do zupełnie innego miejsca w mieście i blok wyglądał zupełnie inaczej. Jednak, gdy wchodziłem przeniosło mnie do mojego. Spytałem się mamy jak to możliwe, że udało się jej otworzyć drzwi, przecież ten kieszonkowy album na zdjęcia miał już tylko czerwone miejsca, inne kolory zniknęły, a nawet jedna folia była przedarta. Nie mam pojęcia jaki związek z domofonem miał kieszonkowy album do zdjęć bez zdjęć.


16-05-2020

Przez wielką szybę obserwowałem jak przygotowywany jest autokar. Ja się z nimi nie wybierałem. Dwa poprzednie autokary zostały zaatakowane przez tyranozaury i wszyscy zginęli. Teraz zapewne stanie się to samo. Wszedłem do ciemnego tunelu podobnego do pociągu. Gdzieniegdzie mrugały światła. Wiedziałem, że Sudo tam pracuje w laboratorium biologicznym dla jakichś naukowców. Słyszałem jak mówi, że ludzie na planecie są extra, czyli dodatkowi, co znaczy, że równie dobrze może ich nie być.

Dziurka do klucza do piwnicznych drzwi była miedziana, w kształcie sowy.

Zobaczyłem przez okno, że jedna mała roślinka (podobna do skrzypu lub mięty) jest wysuszona. Tata był przed balkonem i pomyślałem, że mógłby tą roślinkę podlać. W tym momencie ta roślina się wyprostowała i wyskoczyła z ziemi. Szybko podreptała drobnymi korzennymi kroczkami przed balkon i czekała na wodę. Tata wrzucił ją do woreczka. Powiedziałem, że przecież przyszła, aby ją podlać. No to tata wyciągnął roślinkę. Ta się tak bardzo przestraszyła, że zaczęła uciekać. My za nią. Przecież miała być podlana. Uciekła, gdzie pieprz rośnie.

*

Taegan Cardale

Odp: Po drugiej stronie lustra
« Odpowiedź #8 dnia: Styczeń 18, 2021, 18:25:29 »
17-05-2020

Szedłem sobie ścieżką obok muru, za którym znajdowała się plaża. Mewy siedzące na tym murku zrzucały kamienie na ścieżkę, więc trzeba było uważać. Wszedłem do krótkiego tunelu jaskini prowadzącego do parku. Rzuciłem dwa kamienie. Jeden wpadł we wnękę w ścianie i tam pozostał. Jakiś dzieciak, którego nie widziałem powiedział, że te kamienie niedługo zamienią się w wodę.

Wracam z kolegą do domu. Idziemy po śniegu. Przyczepia się do mnie dwóch cyganów. Jeden zdążył mi otworzyć plecak z jednej strony, a drugi z drugiej. Ukradli mi 200zł. Uciekli. Kolega mówi, że niech mają, ale ja chcę im odebrać. Jakoś od razu trafiam do lasu i dowiaduję się, że tam już od wielu lat jest wioska cygańska. Dziwne, że nie zauważyłem. Cyganka wyjaśnia mi, że potrzebują pieniędzy na ogrzewanie, ale to mają już za darmo, bo to kościół im opłaca. Nie znalazłem tych dwóch co mnie okradli. Wracam do kolegi. Jest na mnie zły i idzie sobie sam obojętnie. Powiedział tylko, że te dzieci takie biedne, a ja nie pozwalam się okradać i powinienem się tego wstydzić.



22-05-2020

Była informacja w telewizji. Ktoś pokazywał mapę Australii. Była tam zaznaczona prostokątna strefa obejmująca jedną trzecią lądu. Mówił coś, że tam zostanie wybudowana w ciągu tysiąca lat jakaś budowla. Przenosi mnie do części kościelnej. Podłoga ułożona z kafli w kształcie puzzli. Wiedziałem, że Isabela się właśnie tym inspirowała rysując pokój. Pod ścianą stoi małpa ksiądz. Siedzę jakoś na ścianie z dwa metry nad nim. Przytrzymuję czarną fajkę, która jest mikrofonem.

Wchodzę po stromym zboczu na granicy z lasem. Tam były siedzenia widokowe. Pomyślałem, że to za wysoko dla kotów. Dla ludzi także, bo trzeba było się wdrapać na ogrodzenie i tam wskoczyć. Schodów, ani drzwi tam nie było. Ciekawe dlaczego?


24-05-2020

Leżałem na szpitalnym łóżku i wpatrywałem się w twarze patrzące się z paczek po papierosach szczelnie poupychanych, przez pacjentów zmieniających się przez lata, pomiędzy gałęziami drzewa wpadającymi do środka sali przez rozbite okno po mojej lewej stronie. Pomyślałem, że to dobrze, bo to Afryka, a tu przecież świeci mocno słońce, a że nie ma żaluzji to w sam raz. Wstałem i poszedłem na korytarz. Wyszedłem za kimś na pobliską łąkę.

Uciekałem przed dwoma uzbrojonymi osobnikami. Biegłem wzdłuż ulicy. Co chwilę wchodziłem do różnych sklepów, aby zmylić pościg. W jednym ze sklepów, a może barze spotkałem dwóch kolegów, coś zamawiających. Dalej nie pamiętam. Tamci chyba mnie nie złapali. Może nawet nie chodziło im o mnie.


25-05-2020

Na forum o oobe był sprawdzian. Trzeba było wypełnić kilka pól. O jakiej godzinie w nocy stosować jaką technikę na LD i jakie fale mózgowe wywołuje dana technika? Na szaro był przykład jak to wypełniać. Nic nie wpisałem, z tego powodu, że nie mam pojęcia jakie fale mózgowe są wywoływane przez jaką technikę.

Na i-senie kilka ukrytych działów zostało odkrytych. Slavia przenosił tematy do innych działów, widocznych dla każdego. Tło było jednolicie czarne.

Ślizgałem się na kolanach wewnątrz jakiegoś sklepu. Przy wyjściu znudziło mi się to.

Odsłoniłem firankę (kilka razy, bo wracała) i otworzyłem okno. Zaczęły się pojawiać wszędzie w powietrzu "płynne kolory" we wszystkich odcieniach tęczy. Wyskoczyłem przez okno. Przeszedłem przez zmrożony śnieg. Jak wychodziłem za trawnik musiałem niestety się obudzić, bo mnie noga swędziała. Gdy otwierałem oczy, widok nadal był jeszcze przez chwilę zalany przez te wszystkie kolory.


27-05-2020

Siedziałem w ławce. Pani od fizyki też już usiadła do swojego biurka. Po klasie latał bezkształty kawałek drewna. Nagle wleciał do buzi nauczycielki. Wypluła. Chciał wlecieć mi też do mojej mojej buzi, ale ja zakryłem usta rękoma. Kilka razy jeszcze próbował wlecieć i usiadł na mojej ławce. To był ptak podobny do wróbla. Dziwny był, jednolicie jasno brązowy, jakby jeszcze niepomalowany. Mnie i kolegę z ławki, co na imię miał Adam, przeniosło do osłoniętej budki, takiej małej sali w sali. Aby widzieć co się dzieje na zewnątrz, ciągle musiałem odsłaniać czarną zasłonę. Nauczycielka rysowała jakiś bardzo zaawansowany wykres. Chcę wyciągnąć zeszyt od fizyki. Nie ma w plecaku, zapomniałem zabrać. Był jakiś inny A4, z wyrywanymi kartkami. Wyciągam jedną kartkę. Coś mi się jednak nie zgadza. Patrzę do plecaka. Nie ma nic, żadnych książek, ani innych zeszytów, tego z wyrywanymi kartkami także. Na ławce też nic. Nikogo tu nie było kto by miał ukraść i po co. Kolega z ławki cały czas coś pisał. Spojrzałem na tył klasy (z tej strony nie było zasłony), wszyscy siedzieli porządnie w ławkach. Wyglądam z zasłony na tablicę. Nie mam pojęcia jak mam nawet zacząć przerysowywać ten dziwny wykres. Był podobny do firanek z dwóch stron. Pomyślałem, że potem pożyczę zeszyt od kolegi i sobie przerysuję na spokojnie. On też nic nie zaczął. No to co on tam cały czas pisał? I w ogóle jaki jest temat lekcji? Wyszliśmy zza zasłony. Podeszła do nas nauczycielka do fizyki. Coś mówiła, ale nie pamiętam lub nie usłyszałem. Wyrwana kartka się pomniejszyła do rozmiaru A5, a potem była tylko kawałkiem papierka leżącym na półce.


16-06-2020

Wszedłem schodami do windy. Cały poziom był windą. Półmrok. Porozstawiane minimum dziewięć krzeseł z dwóch stron prostokątnego stolika. Obok, od strony poręczy, leżał biały materac. Podszedłem do przycisków i poprzyciskałem kilka. Wróciłem i usiadłem przy tym materacy. Nic, winda nie rusza. Jakieś dziecko usiadło przy stoliku. Jeszcze raz poszedłem i nawciskałem różne kombinacje przycisków. Usiadłem na krześle. Pomyślałem i powiedziałem do tego chłopca, że chyba powinniśmy usiąść w odpowiednich miejscach jak nasi poprzednicy to może wtedy winda się ruszy. Nie ruszyła. Miałem niejakie ogólne przeświadczenie, że jak winda się w końcu ruszy, to dotrzemy na stację kosmiczną. Czekamy i ciągle stoimy w miejscu. Znowu podszedłem do tych przycisków. Stał tam Putin. Miałem wrażenie, że ma już dość tych wszystkich odstępów. Wcisnął kombinację, o której tylko on wiedział. Byłem pewny, że już niedługo ruszymy.

Na laptopie otworzyło się okienko, z plikami, lub może to był odtwarzacz do filmów. Zaczęło się pomniejszać. Wyglądało jak po zmianie wyglądu w Windowsie XP, niebieskie. Gdy się tak pomniejszało, widać było miedziane druty podtrzymujące belkę. Powstał z tego folder na pulpicie. Też był taki niebiesko żelowy, jak ze starego "upiększającego" zestawu ikon. Był pusty, więc usunąłem go. Na pulpicie zaczęło powstawać pełno pustych folderów. Foldery miały w nazwie amerykańskie miasta. Zapamiętałem San Francisco i Los Angeles. Zaznaczyłem wszystkie i wrzuciłem do kosza. Pojawiło się więcej niż usunąłem. Nie nadążałem nad tym, wyrastały jak grzyby. Poszedłem spytać się kolegi co z tym zrobić. "Zadzwoniłem" lodówką, czyli ją otworzyłem. Za najwyższą lodówkową półką zauważyłem kolegę. To nie był ekran, to był portal. Gdybym zdołał się przecisnąć, przeszedłbym do jego mieszkania. Chyba nie wiedział co z tym zrobić, bo mi nie odpowiedział.

Leżałem na trawie i przeglądałem stare książki ze znalezionego kartonu. Jedna była pożółkła. Był to zapisany przez kogoś zeszyt w linie. Przekartkowując go, stawał się coraz mniej zapisany. Odłożyłem go. Znalazłem drugi, podobny. Ten się już rozlatywał. Potem nie mogłem odszukać tego poprzedniego. Tata przyniósł mi jakieś urządzenie. Wyjąłem z czarnego opakowania. Było to połączenie maszynki do strzyżenia włosów i do obcinania krzaków (?). Elementy tego urządzenia połączone były luźnym, niezaizolowanym kabelkiem. Gruba paluszkowa bateria także była na wierzchu. Bałem, że mnie pokopie.




05-07-2020

Jechałem autobusem z kilkoma osobami. Obok kierowcy siedział jego zastępca (Konduktor - tak go we śnie nazwałem). Ten zastępca był jakby takim zastępczym pilotem na samolocie. Ale przecież to nie był samolot, a autobus właśnie. Nagle się zatrzymaliśmy. Konduktor siedzący obok kierowcy wstał i złośliwie uśmiechając się ogłosił, że będzie przesiadka. Czy coś się stało? Jakiś wypadek może? Nie wiadomo. Plecak z moimi rzeczami zostawiłem na dalszym siedzeniu po prawej stronie z myślą, że po niego potem wrócę. Bo mieliśmy wrócić do tego autobusu? Teraz jechaliśmy tym innym autobusem w drugą stronę i zastanawiałem się dlaczego ja ten plecak w tamtym pierwszym autobusie zostawiłem i jak mam go potem odnaleźć.


08-07-2020

Duża łazienka czy coś takiego. W środku stała tylko wanna od ściany do ściany, może na trzy albo cztery metry. Była ukryta za zasłoną. Ktoś stał po lewej stronie. W wannie było więcej wody niż mogło się zmieścić. Woda wystawała na około dziesięć centymetrów i się nie wylewała. Pomachałem nad nią ręką. Powiedziałem tamtemu komuś, że normalnie woda by się już dawno wylała, a ta wystaje ponad, tak jakoś dziwnie.


27-07-2020

Siedziałem na czymś w rodzaju drewnianego siedzenia zerwanego z krzesła. Lewitowałem na tym po korytarzu szkolnym. To może nie było takie zupełnie lewitowanie, bardziej ślizganie się po podłodze. Jakaś klasa grała w piłkę nożną pod górką na tym korytarzu. Piłka poleciała w moją stronę i ją odbiłem tym siedzeniem, nie pamiętam już w którą stronę. Polewitowałem przez korytarz. Za krzakiem przy barierce stała jakaś para. Potem mi to lewitujące siedzenie zniknęło i szedłem przy szkolnej ścianie. Jakaś uczennica weszła do klasy i zamknęła za sobą drzwi. Spojrzałem na plan lekcji wiszący obok drzwi i przeczytałem jaka teraz się zaczyna lekcja. Ale trochę (tak tylko trochę) się uświadomiłem, że przecież nie chodzę już do szkoły i że może to jest sen, ale może nie. Nie wszedłem, tylko poszedłem dalej. Na rogu była łazienka. Było tam kilka osób. Jedno miejsce puste. Zamknąłem drzwi na zasuwkę. Sprawdziłem czy się nie otwierają. Oczywiście, że się otwierają. Drzwi do łazienek nie ma możliwości zamknąć. Wiedziałem jednak, że tym razem nikt nie będzie próbował wchodzić i się spokojnie wysikałem (dobrze, że tylko we śnie). Było ciemno, bo zapomniałem zapalić światło. Moją uwagę zwróciło także to, że było tam bardzo ciasno. Ledwo się mieściłem między muszlą klozetową a drzwiami. Bez sensu to pomieszczenie zostało zbudowane. A jeszcze, chociaż nie widziałem, bo ciemno, to wydawało mi się, że od podłogi do sufitu było zagracone jakimiś niezidentyfikowanymi rzeczami. Wyszedłem nawet nie oglądając tego. Przyszedł jakiś pijak czy ktoś taki. Go tylko kątem oka widziałem. Miał zadymione ubranie. Kilka dzieci uciekło, bo się przestraszyło go. Ten powiedział "Wam trzecioklasistom zginął Krzysztof B., powiadam wam!"
Spytałem się kim był Krzysztof B.
"Był znajomym Krzysztofa C."
"A kim był Krzysztof C.?"
"Krzysztof C. był znajomym Krzysztofa B."
Tak mi odpowiedział. Więc wszystko już jasne.
Wyszedłem z łazienki.
Poszedłem na trybuny. Tłum. W oddali widzę jedną z moich dwóch kotek. Jest wesoło. Robię jej zdjęcie. Okazuje się, że jest małą dziewczynką. Może zamieniła się w człowieka? Idę na drugą stronę trybun. Tutaj prawie nikogo nie ma. Jest tak ponuro. Są jakieś małe pomieszczenia czy wnęki. Nagle wpadam do środka. Na zewnątrz stoi jakaś istota sowopapuga czy coś. I się na mnie patrzy. Straszne to było i jednocześnie obojętne. Teraz leżę już na swoim łóżku. To coś jest na podłodze. Ma jakieś urządzenie ze splątanymi niebieskimi kablami, którymi chce mi coś zrobić. Wyrywam je i odrzucam kilka razy. Próbuję wstać, ale mnie przytrzymuje, abym nie wstawał. Chyba jednak udaje mi się, nawet łatwo. Sen się trochę zmienia. Kotka ma niby zaschnięte rany na kręgosłupie i trzeba je smarować jakąś maścią czy kremem. Więc smaruję ją. Niezauważenie sen zmienia się w oświetloną kuchnię. Siostra dziwi się czemu dotykam jej pleców. W sumie nie wiem, a z kotką wszystko przecież w porządku. Sen znowu przeskakuje. Chodzę, gdzieś po nocy z Izabelą. Wchodzimy do jakiegoś sklepu albo wypożyczalni filmów i muzyki. Dała mi płytę z muzyką z filmu "Heavy Metal" (1981). Sobie wybrała kilka płyt z serialem "Świat według Kiepskich". Miał symbolizować parodie, które tworzy na i-senie.


23-08-2020

Pamiętam, że byłem na zjeździe i-senu. Poszliśmy do jakiejś karczmy coś zjeść. Zasiedliśmy do dużego drewnianego stołu. Po mojej lewej stronie siedział cosmic., a naprzeciwko siedziała reszta osób, czyli Slavia, Fallen, Sudo, nie pamiętam dokładnie. Ktoś opowiadał o jakimś wybuchu. Nagle do środka wbiega dziewczyna. To ona podłożyła bombę pod ten budynek ( to był bank?)! Przebiegła całe pomieszczenie i wyskoczyła przez drugie drzwi. Coś okrągłego leżało na stole. To był zapalnik tej bomby, zostawiony w pośpiechu przez tą dziewczynę. Więc nie uda się jej zdetonować. Podrzuciłem to do góry w powietrze. Zawisło jak bańka mydlana. Mogłem tym poruszać za pomocą myśli. Powiedziałem im, że patrzcie, to nie jest sen, a ja mam zdolność telekinezy! Uśmiechali tylko (to był taki cosmicowy uśmiech). Aha to jest senny zjazd, to jest sen, no przecież...


03-09-2020, 11:16

Znalazłem się na holu na końcu korytarza. Tam po prawej stronie stało małżeństwo, a z nimi chirurg ubrany na biało. Idę w ich stronę. Mam tu znaleziony but tego chirurga, a w nim... Upsi, wpadł w ogień, na którym piekli mięso na obiad. Kwadratowy palnik stał na samym środku holu. Wyciągam but z jedzenia. Nikt nic nie zauważył. A więc, mam znaleziony but tego chirurga, a w nim gruby plik paragonów dokumentujących jego przekręty. Zaraz wszystko wyjdzie na jaw, gdy im je pokażę. Zaraz się dowiedzą.

W innym śnie, na ciemnym korytarzu, ktoś poraził mnie błyskawicą. Najbardziej poczułem w lewym ramieniu i dłoni. Widziałem jego twarz. Wyglądał jak Sylar z serialu „Heroes”. Odwrócił się i poszedł. Ktoś inny przychodzi i mówi, że jak zagram z nimi mecz koszykówki to dostanę szklaną kulkę. I pokazuje mi ją. Nie wiem po co mi ta szklana kulka. Jednak, oglądając ją, wydaje mi się rzeczywiście bardzo ciekawa. Zawierała w sobie osiem mniejszych, turkusowych, ułożonych w sześcian.

Idę z mamą w sklepie. Wchodzimy na dział z między innymi słodyczami. Przechodzimy między innymi klientami. Długo się zastanawiam i jesteśmy przy końcówce tego działu. W sumie nic ciekawego tam nie było. Mama idzie do kasy. Kasa jest przedzielona zresztą sklepu bardzo szerokim przejściem jakby to było na otwartym terenie albo przemieszane z innymi sklepami i chodziło by się do tej jednej kasy z tych wszystkich sklepów. Siostra też chyba była, ale już zapłaciła za swoje zakupy wcześniej i wyszła. Zmieniam zdanie i szybko wracam. Niby wchodzę do tego samego działu, a teraz są tam garnki. Przechodzę się po innych. Nigdzie nie ma słodyczy. Wracam znowu do tego samego działu. Znowu są słodycze. Czyżby na chwilę został podmieniony? Biorę na szybko jakiś batonik. Robi się ciasno. Zaglądam na poprzedni dział tak jakoś przez półki. Tam coś przestawiają i ten cały dział musieli przesunąć, dlatego tak mało miejsca. Czy te wszystkie półki są na kółkach? Rozluźnia się. Szukam jakieś czekolady. Biorę Milkę Astral. Nowość. Jest to biała czekolada z kuleczkami z ciemnej czekolady (albo na odwrót) mającymi przypominać gwiazdki na niebie. Wychodzę ze sklepu. Został mi tylko mały kartonik z jedną dużą kostką czekolady i nawet nie Astral, a jakiejś innej nieznanej. Dziwne.


05-09-2020

Patrzę przez kuchenne okno, a tam płynie brudna brązowa woda, głęboka na kilka metrów. Myślę, że wylało. Powódź! Ale skąd wylało?, przecież tu żadnej rzeki nie ma. Woda niesie ze sobą wielkie połacie traw, jakby trawniki pozrywała. Koty się przestraszyły i biegną w stronę balkonu, a ja za nimi, bo mogą wyskoczyć i się utopić. Nie ma drzwi, aby zamknąć balkon i są jakieś dziwne dziury. Balkon się rozpadł, został tylko szkielet konstrukcji. A kotka hyc hyc i się zsunęła po lince (jakiej lince?, tu przecież nie było żadnej linki) i przebiegła na około pod balkonem. Czemu była białą kulką? Coś mi tu nie pasuje. Wskoczyła na górkę z lasem (przecież tu nigdy nie było górki z lasem). Wychylam się poza balkon. Jakoś tu wysoko, jakby to nie był parter tylko trzecie, a może i nawet czwarte piętro. Udaje mi się wskoczyć na tą górkę. Znalazłem się na polanie przy wejściu do lasu. Znalazłem tą "kotkę". To była biała zabawkowa pluszowa myszka dla kotów. Wiedziałem. Ale się nabrałem, koty pewnie śpią w domu. Przeszedłem z tej górki z lasem z powrotem na balkon i do środka. Przez inne okno patrzę jak płynie woda. Samochody jadą po tej wodzie czy tam unoszą się jakby wyjeżdżały tunelem spod bloku. Trochę dziwne, przecież tu nie ma tunelu, a samochody nie jeżdżą, ani nie parkują tak blisko. Mówię tacie, że z tych drzewek to już nic nie będzie, a jeżeli jeszcze są pod tą wodą, to pewnie zgniją. Jakoś tak przemieszczam się spod ściany na zewnątrz pomiędzy tymi samochodami. W jednym miejscu widzę w błocie na tej wodzie takie drobne czerwone kropeczki. Zaszedłem daleko tą przemieszczoną wodną ulicą i wracam. Idę chyba bez butów "na bosaka". Ktoś idzie ze mną po lewej stronie. Mówi, że w wodzie są bakterie zarazki. A ja chodzę po wodzie. Mówię do niego, patrz, ja po wodzie chodzę! To nic, że stopy mam trochę zanurzone, ale po wodzie chodzę. Zdziwiło go to. Nie zdziwiło go to. Zaczął biec. Zwolnił kroku. To jakiś wyścig czy co? Skoczyłem do przodu i zrobiłem takie powolne salto w powietrzu. Trochę krzywo wyszło i w połowie jakbym się obserwował z odległości. Siedzę przy białym biurku. Przez okno wpadają promienie słoneczne. Czytam książkę, jest ciekawa. Na biurku leży podręcznik do matematyki. Mam jeszcze kilka zadań do zrobienia. Kończę czytać książkę i wsadzam ją do środka podręcznika w taki pasujący prostokąt. Później oddam do biblioteki w ten sposób razem z tym podręcznikiem do matematyki. I wypożyczę następną część tej książki.


06-09-2020

Jesteśmy na hali sportowej. Są tam prowadzone jakieś eksperymenty z laserami i hologramami. Na suficie i ścianach pulsują, przemieszczają się cienie, zmieniają kształty, pojawiają i zanikają chmury. Nagle coś się zmienia, faluje, wyłaniają się bardziej fizyczne struktury. Wiemy, że to czterowymiarowe istoty chcą wejść do naszej rzeczywistości. Leci rój pszczół. Przez chwilę widzę jak w tłumie idzie królowa pszczół. Uciekają. Następuje walka. Szerszenie ich wygoniły. Wszyscy cicho siedzą w gęsto ustawionych krzesłach. Starszy siwiejący pan w okularach wygłasza swoją mowę. "Przejmujemy władzę tutaj!" Resztki pszczół wyleciały. Cały byłem w miodzie. Jakąś szmatką czy kartką starłem grubszą część miodu z ubrania. Spodnie i tak zostały mokre od tego miodu. Mam łuk. Strzelam w przedstawiciela szerszeni. Strzała niby trafia, ale nic mu nie robi. Nie wiem czy przeleciała czy zniknęła. Strzelam dodatkowych kilka razy i nic, dalej stoi. Tamten też ma łuk, strzela w moją stronę. Odbijam strzały łukiem. Trzeba uciekać. Znowu strzela. Ja czekam przed szklanymi drzwiami, aż się otworzą. Strzały, co dziwne, czekają za mną w powietrzu. Wreszcie wybiegam przez te drzwi, a strzały za mną. To są strzały samonaprowadzające! Przebiegam przez różne korytarze. Wchodzę do sali, która miała z jednej strony same okna. Przy drzwiach leży w łóżku chłopiec, może siedmioletni. Jest chory, ma gorączkę. Nad nim stoją jego matka, babcia i kilka innych osób. Przez drzwi wbiega jakaś kobieta, a za nią potwory wysłane przez szerszeniowców. Przytrzymuję przez chwilę drzwi, ale na nic. Tamta wyskakuje przez okno. No to ja też. Ci co zostali będą pewnie pozagryzani i zjedzeni. Wyskakuję. To jest jakby Nowy Jork tylko taki jeszcze nowszy. Wszędzie wysokie wieżowce, biel i połysk metalu. Już wskakuję na płaski budynek i chcę się wspinać na wyższy, a tu helikopter leci, więc bez sensu. Biegnę naokoło. Przechodzę znowu przez te szklane (chyba obrotowe) drzwi. Tym razem wchodzę do podziemi. Tam są szatnie i łazienki. Mijam grupę walczącą. Przechodzę do łazienki. W środku są dwie osoby. Na zewnątrz ustawili swoje bronie, młot i miecz. Zostawiam tam mój łuk. Przewróciły się ich rzeczy i narobiły hałasu. Wybiegam na zewnątrz. Jest już ciemna noc. Słyszę głos z megafonu "Przywołajcie Mentalistę!". Niedaleko widzę kogoś kto tam stoi, to nie Mentalista, to ktoś podobny do ochroniarza, uczeń Mentalisty. Chyba jest przyjacielem. Nie doniesie na mnie. Mentalista wychodzi z dworca kolejowego i zbliża się w naszą stronę. Tak się kończy sen.


16-09-2020

Ciemno jest, bo pada silnie deszcz. Zbiera się wszędzie głęboka woda. A przed chwilą podlewałem rośliny, niepotrzebnie. Te rośliny przeniosły się w inne miejsce niż na prawdę. Nie wiadomo skąd przyszła jakaś kobieta i mówi, że na lewej powiece mam robaka. Wyciągnęła go i gdzieś rzuciła. Niby to normalne, że teraz takie małe robaki mogą wchodzić do oczu. Jakoś się nachyliliśmy nad ziemią i obserwowaliśmy jak idzie ten robal. Tam chodziło więcej taki małych robaczków, były czarne i zaokrąglone. Szedł w naszą stronę, a ja się nie mogłem podnieść z tej ziemi. Jeszcze mi wejdzie znowu na powiekę. Skręcił jednak w inną stronę i dopiero wtedy mogłem wstać. Zobaczyłem, że tam było pełno błota. Była noc. Ta kobieta weszła do swojego auta i odjechała. Przeszedłem do słonecznego dziennego snu bez deszczu. Szedłem przejściem pomiędzy jakimiś blokami. Po lewej stronie był wąski pas piachu. Gdzieniegdzie rosły chwasty. Szedłem jakbym miał związane nogi w kolanach. Tam mogły być te robale lub pająki w tych chwastach. W połowie przeskoczyłem na chodnik po prawej stronie. Korzeń wystawał pomiędzy kaflami. Usłyszałem jak mówią, że w końcu (albo dopiero) po iluś tam miesiącach będą szukać tej porwanej dziewczyny. Mogło jednak chodzić o to, że już znaleźli jej martwe ciało.


22-09-2020

Idę mglistym korytarzem. Po lewej jest prostokątna sala. Wszystkie ściany są częściowo przezroczyste i dlatego wydają się jak ze mgły. Widać kto tam chodzi. Wchodzę. To są niby osoby z gimnazjum. Nikogo jednak nie znam. Wyglądają jak cienie. Słabe oświetlenie. Przechodzę przez całą podłużną salkę. Już prawie wychodzę, gdy mnie ktoś napada i przytrzymuje. Dochodzi jeszcze dwóch z nożyczkami. Chcą mnie pociąć. Udaje mi się ich odepchnąć. Sen się zamazuje. Odmazuje się w łazience. Na drugim brzegu wanny jest przyklejony kawałek zamarzniętej wody o nieokreślonym kształcie. Wiem, że to ma jakiś związek z Januszem Korwinem-Mikke. Ale jaki to już nie wiadomo. Był tu kilka godzin temu i zostawił kawałek lodu na wannie? Dziwne, że się nie roztopiło do tego czasu. Przybliżam się, aby dokładniej się temu przyjrzeć i nie mogę tego znaleźć. Z daleka to nadal widać. Znowu się przybliżam. Stoję na trawie. Mam w ręku blaszany kubek lub puszkę. W środku są różnego rodzaju przybory. Metalowe cyrkle i długopisy. Jakieś miedziane blaszki w różnych kształtach, prostokątne, kwadratowe, trójkątne, okrągłe, chyba nawet gwiazdki i kwiatki. Całość to tak dziwnie brzęczy przy potrząsaniu. Nagle wydaje się, tak jakbym w ogóle nie miał tego blaszanego pojemnika. Starsza pani z pierwszego piętra wychodzi na balkon. Myślę, że się na mnie patrzy, bo hałasowałem tym czymś. Ona patrzy się przed siebie. Ma ten sam metalowy kubek z blaszkami i wystukuje o ściankę balkonową tylko sobie znaną melodyjkę. Przypomniał mi się ten kawałek lodu co był na wannie w łazience i idę na jego poszukiwania. Doszedłem do jakiejś większej łąki czy czegoś takiego. Tak jakby przynajmniej jeden cały blok zniknął, bo się tyle tam miejsca zrobiło. Tam rosną przy ścianie pod oknami małe iglaste drzewka. Ciekawe kto je tam wsadził? Z balkonu, tym razem na parterze, machają do mnie mama i siostra. Dlaczego tam są? Ja się przyglądam ścianie za tymi drzewkami czy tam przypadkiem nie ma tego kawałka lodu, ale nie, nie ma. Oddalam się stamtąd. Wchodzę na pierwsze piętro, w którymś z bloków. Przyciemnione światła. Jest włączony telewizor na ścianie. Tamta pani od tego blaszanego instrumentu stoi przed telewizorem jakby była prezenterką. Jest jakiś teleturniej. Widać okrągłą tarczę do rzucania rzutkami i nagrody jakie można wygrać, gdy trafi się w określone pola. Widać jakąś konsolę do gier. Do pokoju wchodzi Krzysztof Ibisz i rzuca w stronę telewizora lotką. Nie trafia. Ojej, ojej, jak smutno. Podchodzi do telewizora. Jest rozżalony, że nie wygrał swojej konsoli.


15-10-2020

Znowu sen w budynku szkolnym. Idę przez korytarz razem z innymi. Wszyscy ustawiają w pary w takiej węższej, zacienionej końcówce korytarza przed drzwiami. Czekają na coś lub kogoś. Nie wiedzą czy mogą wyjść na zewnątrz. Otwieram drewniane drzwi. Jeden z kolegów krzyczy na mnie co ja robię, przecież tam istnieje zagrożenie, nie wolno wychodzić! I tak wychodzę i inni chyba też. Jest dzień. Bardzo blisko, jakby od razu przed tymi drzwiami, jest przystanek autobusowo kolejowy. Przy nim jest wejście do lasu i gdy tam patrzę, na ścieżce pojawiają się szyny, wiem że jedzie już po nich kolejka. Odchodzę kilka kroków, aby nie wjechała we mnie. Gdy znowu tam patrzę, szyny zanikają i nic tam nie jedzie. Ścieżka chyba nie może się zdecydować czy ma być teraz zwykłą leśną ścieżką czy torami kolejowymi. Przechodzę przez ulicę. Ten kolega to Rebeliusz. Mówi do mnie dużą ilością brzydkich słów. Radzę mu, aby tam nie szedł, bo niedaleko mieszka Isabela i jak wróci to rzuci na niego złe zaklęcia. Chociaż pewnie już go zaczarowała, tak dziwnie gada. Jednak ten idzie za mną. Może on tam po prostu mieszka? Wchodzi do klatki obok. Otwieram drzwi kodem. W połowie dźwięk wpisywanego kodu się przycisza i się budzę.


27-10-2020

Szedłem razem z mamą i siostrą obok lasu, tego na nieco większej górce. One szły między drzewami i ich mało widziałem. Ja szedłem przy chodniku, czy raczej przy ścieżce błotnej, bo chodnika już nie było. Obserwowałem jakieś zwierzątka podobne do żółwi bez skorupy, poruszające się w tym błocie w kierunku ulicy, której chyba też już nie było. Schowane tu siedziały w tym lesie od czasów kiedy były jeszcze dinozaury i dziwiłem się, że nikt ich do tej pory nie zauważył. Cofnąłem się kawałek i podniosłem kilka równo uciętych połówek szarych kamieni wielkości małych bułek. W tym czasie z lasu wybiegł wielki brązowy pies i zaczął się tarzać w błocie. Poszełem na róg jakiegoś bloku. Nie wiedziałem, gdzie to się znajduje, bo okolice się pozmieniały. Na kaflach poukładałem te cztery połówki, jedną na jednej betonowej płycie i jeszcze coś, może ciemną kość. Poszedłem znowu tą błotnistą ścieżką. W łóżku znalazłem nieznane mi dwie książki z bardzo drobnymi literkami. Jedna była już otwarta. Było coś o lataniu. Mignął mi obraz kolorowego spadochronu w chmurach w kształcie namiotu czy czegoś podobnego. Wydawały mi się sennie ciekawe. Odłożyłem je na później, bo przyszli goście. Usiadliśmy przy stole w kuchni. Była paczka kakaowych wafelków. Jedne miały pomagać w usuwaniu kamienia nazębnego. Smakowały jak zwykłe wafelki, tyle, że były mniejsze i szare. W paczce z wafelkami znalazłem dwie torebki z małymi czekoladowymi kulkami. Było ich więcej niż wafelków, dziwne, że się zmieściły z wafelkami. Dobre nawet. Jedną torbę schowałem do szuflady na potem. Nie chcałem wszystkiego naraz zjeść. Nie wiem dlaczego, ale smak tych czekoladowych kulek był podobny do liter w tych książkach co znalazłem. Wróciłem do kuchni, aby dokończyć pozostałe czekoladki. Ciocia powiedziała o mnie "On chce latać!". Nie wiedziałem co ma latanie wspólnego ze słodyczami. O co w ogóle chodzi?


28-10-2020

Księżyc był jakby mózgiem, ale jednocześnie takim kokonem, w którym rozwijały się dzieci, mające się niedługo urodzić. Zjawili się intruzi i wlecieli statkami kosmicznymi w księżyc.

Słoneczny dzień. Znalazłem na chodniku otwartą książkę. To było w jakimś wyższym miejscu. Zacząłem czytać. Nagle zjawiła się grupka młodych ludzi. Byłem pewien, że było ich sześciu, przynajmniej dwie dziewczyny. Jeden z nich wyciągnął płachtę z tej książki. To nie była zwykła książka, to było coś pomiędzy książką a filmem. Gdy się czytało, to co się działo wyświetlało się jako film na tym materiale wokół księgi. Gdy przewracałem na następną stronę, to się coś zablokowało i musiałem poprawić tę płachtę. Wtedy w środku widać było scenę w autobusie. To oni byli aktorami. Łapali się górnych poręczy i przeskakiwali jak na drabinkach. Ktoś nawet udawał małpę. Spytali się czy oglądałem ich serial, w którym grali. Nie oglądałem. Zamknąłem książkę i powiedziałem im, że obejrzę ten serial później, a nie taką atrapę książkowo projekcyjną. Oni wybiegli przez kamienną bramę (do ich zamku?) i ja też gdzieś poszedłem.


29-10-2020

Na początku snu było coś o ludziach mieszkających w górach. Mroźna noc i na tle ośnieżonych stalowo niebieskich gór było widać władcę tej górskiej społeczności. Był on uznawany przez nich za wielkiego czarodzieja, a wręcz i ich boga. Coś się jednak stało i coś tam przekazał pewnej kobiecie. Spotkałem ją jak wychodziła z jakiegoś pomieszczenia. Wyglądała jednocześnie na młodą i starą. Ze schowka tam się znajdującego wydostała wcześniej ukryty wielki wór. Tam były rzeczy przekazane je przez tego króla. W środku były różnego rodzaju kolorowe kamienie, bransoletki, wisiorki, klejnoty posiadające magiczne moce. Ktoś wyszedł zza tych szaf i patrzył się w naszą stronę. Wiedzieliśmy, że będzie chciał sprawdzić co my tam przeglądamy i może będzie chciał część zabrać dla siebie. Jakoś go wyminęliśmy. Zatrzymaliśmy się w połowie szkolnego korytarza i otworzyliśmy wór. W nim znajdował się tak samo wielki drugi wór. Nie mam pojęcia jak się mógł tam zmieścić i jak ona mogła to wszystko dźwigać. W tym drugim było pełno butelek po różnych wodach mineralnych ze starymi wyblakłymi papierowymi etykietami. Te butelki były napełnione ze źródła z tych gór. Była to magiczna uzdrawiająca woda. Wyciągnąłem dla niej jedną większą butlę, a sobie wziąłem dwie mniejsze. Musieliśmy uciekać i się rozdzieliliśmy. Przemieszczałem się rzeką tam płynącą, chyba na tratwie czy jakiejś desce. Napotkałem bandytów płynących łódką. Jeden z nich już wyciągał czarny pistolet. Za pomocą lupy stopiłem plastikową rączkę i mu się skleiła, nie mógł wyciągnąć i obaj wpadli do wody. Wpłynąłem w ciemny tunel. Spotkałem się z dziewczyną przy białej ścianie. Tam było umieszczone niewielkie urządzenie. Ona wciskała jakieś numery. Coś się złego stało i musieliśmy się dostać do tego maga z gór, aby nam pomógł. Mignął jego obraz. Dowiedzieliśmy się, że niestety on już dawno był martwy, ktoś go zabił, ale, że czas jest iluzją, mieliśmy się przenieść w przeszłość i właśnie to urządzenie na tej ścianie miało otworzyć nam przejście. Coś chyba nie chciało zadziałać. No to ja włożyłem kartę do środka. Ona powiedziała, że lepiej nie, no to szybko wyciągnąłem. Na ekranie pojawiły się jakieś czerwone cyfry. W końcu jednak przenieśliśmy się bez tego urządzenia. W dalszej części byłem tylko obserwatorem. Ona wyszła z łąki ścieżką i na betonową platformę kolejową. To była Hermiona, zauważyłem. Była bardzo zadowolona, że się tam znalazła. Przyjechała czarna kolejka i się zatrzymała. Ona zdjęła swoją kurtkę i zawiesiła na przodzie tej kolejki. Dziwnie to wyglądało, jakby pojazd był niewielki, ponieważ cała przednia część została zakryta jej kurtką. Poszła wesoło dalej. Przeskoczyła przez wąski strumyk. Chociaż nie szła jakoś specjalnie szybko, to pokonywała drogę w przyśpieszonym tempie. Wszystko to, całe to miasteczko, wyglądało nierealnie, jakby mniejsze niż w rzeczywistości. Całość składała się ze stref, gdzie raz był dzień, a raz noc, mgła, przejrzyście. Łąka z lasem, peron, kolejka, przejścia pomiędzy torami, jakieś małe budynki czy budki, chodniki, uliczki. Dalej był niewielki staw, a za nim rozpoczynały się te góry. Odnalazła tego niby króla. Wyglądał zupełnie inaczej niż przedtem. Miał wielki podłużny stół ustawiony równolegle do ulicy, a na nim makietę tego miasteczka, które właśnie przeszła (ten fragment wydawał się nałożony na główną ulicę mojej dzielnicy). Składał elektryczną kolejkę, która poruszała się raz w jedną stronę i wracała na miejsce. Miała chyba metaliczny pomarańczowy kolor. Za dużo szczegółów, aby to zapamiętać. Nagle zauważyła, że wpłynęły łabędzie do tego stawu. I coś leżało na brzegu. To małe martwe łabędziątko. Myślała, że ożyje, jak to się działo zawsze, jednak nie poruszyło się i większy łabędź zjadł je, aby się nie zmarnowało. Zasmuciła się. W tej chwili ktoś do niej zadzwonił jakby zza chmur. Dowiedziała się, że mogą to wszystko naprawić, doprowadzić do prawdziwego stanu, zwłaszcza że teraz nadchodzi ta magicznokosmiczna fala energii, co ją bardzo ucieszyło.


30-10-2020

Znalazłem jakąś w większości pustą książkę. Otworzyłem, gdzieś po środku. Po prawej pusta strona, a po lewej zadrukowana może jedna czwarta strony. W połowie tego krótkiego tekstu dwie linijki rozmazały się w rozwidlającą się rzekę. Zastanawiałem jak ja mam to przeczytać, jak się wymawia takie rzeczne linijki. Przez to się sen skończył.

Ciemna noc. Jezioro w lesie, oświetlone tylko księżycem. Za jeziorem był dom, którego nie było widać. Na brzegu jeziora leżeli nadzy mężczyzna na kobiecie. Byli częściowo zanurzeni w wodzie. Chociaż mogły to być manekiny tam pozostawione, tak było ciemno. Przeszedłem dalej. W wodzie zobaczyłem podłużne szyszki i kamienie.

Idę chodnikiem niedaleko lasu. Nad tym chodnikiem pojawia się brama - dwie kolumny po bokach i belka na nich. Ta brama jest koloru jasno brązowego, lekko przezroczysta, z gąbczastego czy gumowego materiału, niezupełnie materialna. Po lewej stronie siedziały jakieś dziwne zwierzęta. Były złączone z bramą, tak samo jak ta brama były to tylko niedokończone bryły bez tekstury. Nagle przyszedł jakiś łoś czy coś takiego i wbił swoje rogi w zwierzę podobne do lwa. Potem zobaczyłem jak te duchy zwierzęta po troszeczku przemieszczały się z tą bramą wzdłuż chodnika, myśląc że nie zauważą ich ludzie. Pobiegłem do domu, gdy zrobił się wieczór. W kuchni była mama i siostra. Nagle na podłodze pojawiło się pełno poruszających się małych przedmiotów. Wiedziałem, że były przysłane przez te dziwne duchy. Podniosłem jedno plastikowe kółeczko i odrzuciłem.

Szedłem błotem między blokami. Szedłem na drugie piętro. Była tam metalowa barykada. Jakoś przeczekałem i pojawiłem się po drugiej stronie. Chciałem wejść do czyjegoś mieszkania. Otworzyłem drzwi. Ktoś właśnie wychodził. Jak wszedłem, to przeniosło mnie do mojego.

Znowu miałem jakąś książkę, tym razem zapisaną. Różne osoby, które ją wcześniej czytały pisały komentarze do tekstu. Na pierwszych dwóch stronach ktoś napisał niebieskim długopisem pionowo "SMERFY PRESENTS". Najwięcej napisane było ołówkiem, prawie na każdej stronie. Wiedziałem, że to jakaś dziewczyna pisała. Przeczytałem słowo mamujilo albo mambujilo, co miało oznaczać dół po japońsku. Dalej były jakieś dłuższe notatki. Na marginesie co chwilę zapisywane były różne godziny, na przykład 16:50.


02-11-2020

Na pętli autobusowej ustawiono scenę. Piosenkarz lub piosenkarka (to nie było pewne) miała takie wielkie czarne włosy. Te włosy tworzyły kształt kuli o średnicy kilku metrów. Musiały być ciężkie. Zastanawiałem się jak można utrzymać tak wielkie i ciężkie włosy. Publiczność była ubrana w szare stroje. Dwie osoby robiły sobie jaja z artysty i także miały miały takie wielkie, kuliste fryzury. Ta niby piosenkarka (teraz zakapturzona w czarnym płaszczu i ze zwykłymi długimi włosami, opadającymi jej na plecy) podchodzi do tych dwóch (już też ze zwykłymi włosami) i coś agresywnie recytuje w ich stronę. Wiedziałem już, że to nie było zwykłe przedstawienie tylko satanistyczny rytuał, a te śmieszki zaraz będą zabici. Chciałem ich obronić. Podbiegłem do nich. Z lewej kieszeni kurtki wyciągnąłem jakiś gruby, srebrny pręt zakończony kółkiem i rozciągnąłem teleskopowo. Nie wiem co miał mi dać, razić prądem i wiercić jak wiertarka? Nie ważne co, to nie działało. Wybiegłem na ulicę, a ta czarownica za mną. Uciekłem otwierając oczy. Niby się obudziłem. Leżałem w łóżku i zacząłem się unosić. Przeniosło mnie w stronę balkonu. Jednak znalazłem się nie na swoim, a na balkonie cioci. Skoczyłem z pierwszego piętra. Wyskoczyłem znowu zupełnie w inne miejsce. Opadając i budząc się, słyszałem jeszcze jak mama pyta się mnie jaka jest pogoda. Czułem, że jest mróz.

Byliśmy, gdzieś na mieście z klasą. W budce dostałem jakieś ciastko czy drożdżówkę z bitą śmietaną i cukrem pudrem, składające się z mniejszych. Dobra, niech będzie, że pączek z budyniem składający się z małych pączków. Nauczycielka kupiła też innym pojedyncze, zwykłe. Idziemy korytarzem. Ktoś gadał mi o tych pączkach. Oni jakoś szybciej wyszli z budynku. Znalazłem się na niższym piętrze. Nie było schodów, ale nagle z góry zaczęły zbiegać i turlać się, małe żołnierzyki. Było ich dużo jak mrówek. Tak turlając się w dół tworzyli stopnie spiralnych schodów, aby za chwilę zamienić się w rzeczywiste schody. Przeszedłem przez nie. Wsiedliśmy do autobusu. Wspięliśmy się po drabince na tylne siedzenia. Niższe poziomy były zajęte przez tych małych żołnierzyków i jakby zasypane czarnym węglem. Znalazłem siedzenie normalnej wielkości. Kilka osób usiadło po drugiej stronie przy szybie na tych malutkich siedzonkach jak dla lalek, trzy osoby na jednym. Gdy dojechaliśmy, wysiadłem razem z jedną dziewczyną. To było chyba Monte Cassino w Sopocie. Błysnęło chwilowo światłem słonecznym. Pobiegliśmy w stronę hotelu. Pozostali niby już tam byli. Biegłem za dziewczyną. Ona mówiła, że będzie pierwsza i zarezerwuje pokój. Chyba numer 5, ale nie wiem czy dobrze usłyszałem i zawołałem do niej czy chodziło o piątkę. Nie odpowiedziała, bo już weszła do środka i do windy. Przed malutkimi, ciemnymi drzwiami, stały jakieś metalowe konstrukcje. Jakoś się przecisnąłem i wszedłem przez drzwi od razu do windy. Trochę się zdziwiłem, że winda nie poruszała się w dół, tylko w bok na lewą stronę. Kabina windy była niska i trzeba było się położyć. Całość była wyłożona lustrami, które jednak częściowo przenikały i było widać nieco co jest na zewnątrz windy, taki podgląd wnętrza budynku.

Stałem przy zakręcie jasno oświetlonego żółto-beżowego korytarza i czytałem długą kartkę albo raczej zwój. Nie pamiętam o czym był tekst, bo słabo się skupiałem na tym. Gdy jednak doszedłem do dziwnej nazwy czegoś ezoterycznego lub kwantowego, której niestety też nie zapamiętałem, miałem zamiar zacząć od początku z większym skupieniem.  Zauważyłem na górze był ozdoby szlaczek. Moją uwagę rozproszyli ludzie w korytarzu. Nagrywano tam film, pewnie horror. Kobieta w czerni powiedziała, że coś mrocznego i niepokojącego zauważyła za rogiem korytarza. Reszta się przestraszyła. Podpowiedziałem im, że może to starożytna zła istota tu straszy zza ścian. Chyba mnie nawet nie zauważyli.

Widzę kilka osób, chyba ta aktorka i inne osoby. Obraz był ciemny, czarny. Słychać było metaliczny hałas. Wydawało się, że padał deszcz, ale to nie był deszcz, to był poziomy "szum". Ktoś powiedział, że zasłona między naszym światem a astralem robi się cienka, więc wysiliłem się i tam wskoczyłem do nich. Szum zniknął i rozjaśniło się. Oni się chyba mnie przestraszyli czy coś i pobiegli w prawą stronę. Znalazłem się, gdzieś na chodniku. Nie wiem czy to było rzeczywiste miejsce czy stworzone przez sen. Wydawało mi się, że oni biegają pomiędzy zaparkowanymi tam samochodami jakby oszaleli. Sen był bardzo jasny. Zastukałem w szybę samochodu. Dźwięk był bardzo realistyczny. Po za tym, ciągle słyszałem ten metaliczny, mechaniczny hałas. Zapewne niedaleko za lasem pracowały jakieś ciężkie maszyny.

03-11-2020

Siedziałem na krześle jakiejś hali, jakby szkolnej. Naokoło mnie było pełno pustych siedzeń, z przodu możliwe, że scena czy coś. Przede mną usiadły dwie koleżanki. Mówiły coś o jedzeniu. Widziałem, że kilka osób poszło do baru po prawej stronie coś zjeść. Też coś poszedłem sobie zamówić, myślałem o pizzy lub czymś podobnym. Zachciało mi się jednak siku i zszedłem schodami niżej do łazienki. W jednej była grupa cyganów. Nie wchodziłem tam. Poszedłem do łazienki obok. Tam było pełno różnych rzeczy, dużo porozwalanych rupieci, porozbijane szkło, wszędzie odchody, bardzo brudno. Ktoś przesuwał ciężką szafkę? Zaczął sikać na podłogę. Wyszedłem, sobie chwilę poczekam. Ten ktoś też wyszedł. Zdjął spodnie i zaczął silnym strumieniem sikać na podłogę i ściany. Ochlapał mnie w nogę. Poszedłem stamtąd. Ten na chwilę przerwał. Myślę sobie, że znajdę inną łazienkę. Schodzę schodami. Idą inni ludzie. Widzę, że tamten znowu zaczyna. Wszyscy przyśpieszają, a ja za nimi. Ile on ma litrów tego moczu? Sika tak silnym strumieniem, aż trafia mnie w plecy. Trzeba uciekać. Jestem na niższym piętrze niż sikający, a to nadal jakoś odbija się od ścian i kieruje się w dół. Wychodzę z tego budynku. Na zewnątrz łapię mnie za rękę robot i nie chce puścić. To był robot reklamowy. Gadał o różnych rzeczach, jakie tam mają do sprzedania (głównie komputerowe). Ciągnął mnie w stronę tego ich sklepu. Ostrzega, że jak nie pójdę do sklepu i nie kupię czegoś to będą tortury. Wchodzimy do tego sklepu. Oburzony, skarżę się im co oni jakieś roboty teraz wysyłają, aby sprowadzać ludzi do ich sklepu i jeszcze grożą torturami. Okazało się, że temu robotowi coś się pomyliło, bo to nie był ten sklep, ten był z ubraniami. Wychodzimy. Tam jest jakaś budka. Znowu coś się pomyliło, bo tu przejścia nie ma. Obchodzimy naokoło. Też coś zupełnie innego. W końcu wyrywam mu się i uciekam.

Na ulicy stoją opuszczone samochody. Kobieta wychodzi spod ciemnego mostku i idzie między nimi. Spotyka jakiegoś mężczyznę. Ten każe jej nie zawracać i iść z nim, bo spod tego mostu coś złego się zbliża. Przechodzą przez ulicę. Widok skręca w lewą stronę ulicy i unosi się nad miastem.

Traveler wysyłał mi prywatne wiadomości, które jakoby miały coś potwierdzić. Najpierw wysłał mi trzy, a później było coraz więcej. Każda wiadomość była z innego multikonta Travelera. Pamiętam tekst "tu jest woda" i "psaoooojo". Wiele słów zawierało literę "o". Każde o było w kształcie jajka.


15-11-2020

Na krawędzi stromej rozpadliny stał jeden dom. Miał może trzy albo cztery piętra. Dziwiłem się, że został wybudowany w takim miejscu. Przecież może się kiedyś zsunąć lub ktoś może tam spaść, a nie było żadnego ogrodzenia. Jakoś udało mi się zejść na sam dół po skarpie (możliwe, że były tam drewniane schody). To było chyba koryto wyschniętej rzeki. Po bokach były łąki i drzewa. W oddali ktoś "płynął" na drewnianej tratwie z kółkami. Odpychał się długim kijem od ziemi zamiast wiosłowania. Nie wiem, czy płynął w moją stronę, czy w odwrotną. Chyba się zatrzymał. Na tej swojej tratwie miał wielkiego czarnego wilka i psa. Pies się patrzył nieruchomo na wilka. W pewnym momencie wilk zniknął. Trochę się przestraszyłem i pobiegłem do tego domu, który okazał się moim sennym domem. Wbiegłem na piętro coś sprawdzić (w sumie to nie wiem po co). Kot wybiegł na zewnątrz, ale nie wiem czy zwykłymi drzwiami czy bezpośrednio z piętra. Poszedłem szukać kota, aby go wilk nie pożarł. Gdy już prawie złapałem kota, ten gdzieś uciekał. Nie był to mój kot z rzeczywistości. Był rudopomarańczowy, lekko przezroczysty. Nagle ten wilk przybiegł, czy raczej jakoś tak przyskoczył i stał bokiem. Niby się go bałem na początku, ale tak na prawdę mnie nie obchodził. Nawet nie wiem co ten ogromny wilk chciał zrobić, zjeść kota? Poszedłem znowu szukać kota. Teraz, zamiast koryta wysuszonej rzeki, były tam betonowe chodniki i bloki. Gdy znalazłem kota, wilk znowu zastąpił mi przejście, a potem poszedł, gdzieś za blok w krzaki. Chyba go kot wcale nie interesował. Ściemniało się. Wbiegłem na drugie piętro domu. Tam były trzy pokoje bez drzwi, bardzo blisko siebie. Mój był po środku. Miał większe przejście. Stały tam jakieś komputery. Zrobiło się ciemno i się obudziłem.


16-11-2020

Leżę w jakimś pokoju na starej kanapie, której już dawno nie ma, a może nawet nigdy nie było. Leżę na prawym boku jak w rzeczywistości. Jest wieczór. Oglądam coś w starym kineskopowym telewizorze, umieszczonym między szafkami. Przełącza mnie na coś innego. Przełączam kanały w poszukiwaniu odpowiedniego, chyba coś z anime miało być, ale nie wiem. Są programy czarno-białe, są i kolorowe. Coś z muzyką. Cofam do tyłu. Teraz jest jedynka. Zielenie, rośliny. Lektorka mówi "Oni mają tak z natury". Nie obchodzą mnie programy przyrodnicze. Wiedziałem, że mam przełączyć o 15 do przodu. Wpisuję 15, ale robi się 14 lub coś innego i nic. Wchodzą puste kanały, niektóre mają logo. Zaczyna się jakaś bajka o zwierzątkach. Jest trochę straszna, ale nie wiem dlaczego. Zza drzewa wychodzą zwierzątkowe postacie. Są coraz bliżej. Już prawie wychodzą z ekranu. Pomyślałem, że tego już za wiele i podszedłem sam. Postacie zatrzymały się, stały się kartonowe. Ten "telewizor" też był z kartonu wyciętego z przodu, aby przypominało ekran. Karton w kartonie w kartonie. To była tyko głupia iluzja. Zdjąłem górny karton. Wewnątrz leżały trzy zabawki przypominające wojskowe pojazdy: samochód, helikopter i czołg. Zdjąłem następny karton. W środku znajdowały się papierki, różnego rodzaju śmiecie, resztki po jedzeniu. Zostało jeszcze kilka warstw kartonów. Chciałem je podrzeć i wyjść i obejrzeć resztę sennych pokoi, ale się wtedy obudziłem.

Siedzę z siostrą przy kanapie w dużym pokoju. Coś chyba układamy. Jest jasny dzień. W ręku mam kolorowy kamień i myślę, aby sprawdzić czy to nie jest przypadkiem sen. Pokazuję kamień siostrze. Powoli chybocze się po bokach, aby w końcu unieść się i zatrzymać w powietrzu. Mówię, że to na pewno sen, ale żeby jeszcze zatkała usta i nos to będzie pewność. Siostra zatyka nos, ale usta zakrywa tylko ręką i widać nadal zęby. Udaje, że nie wie o co mi chodzi i idzie się schować do swojego pokoju. Sam robię test. Robię głęboki wdech, przez co wszystko przez chwilę faluje. Poszedłem na balkon sprawdzić czy nie ma tam nic dziwnego. Słońce jednak mocno świeciło i raziło w oczy. Nic nie mogłem przez to zobaczyć i się obudziłem.


17-11-2020

Przylecieliśmy nad inną planetę w statku kosmicznym. Pomieszczenie było okrągłe, całe pod oszkloną kopułą. Okrągła podłoga była wyłożona białymi kafelkami. Pani kapitan miała kryształową kulę ustawioną przed szybą. Dotykając ją i poruszając, sterowała w ten sposób pojazdem. Miała jeszcze telefon, ale to chyba nie było związane ze sterowaniem. Stałem przy szybie. Na drugim końcu tego okrągłego pomieszczenia też ktoś stał, nie wiem kto, bo było daleko. Po mojej lewej stronie były zawieszone dwie podwójne białe szafki. Uchyliłem na chwilę drzwiczki i zobaczyłem długą kartkę z powtarzającym się wyrazem "strong" lub czymś podobnym. Spytałem się po co te szafki tutaj są. Otrzymałem odpowiedź, "aby zajmowały miejsce", w sensie, żeby można było zauważyć, w którym miejscu jest szklana kopuła, bo może ktoś ma lęki, że wpadnie w pustkę. Polecieliśmy na tą planetę. Na łąkach i pomiędzy drzewami umieszczone zostały różne obiekty przypominające kopie prawdziwych budowli. Na przykład unoszące się w powietrzu piramidy i sześciany. Dolecieliśmy do jakiegoś miejsca i potem jeszcze raz szedłem przez te łąki i las, ale już pieszo. Szedłem z jakimś kolegą. Doszliśmy do skrzyżowania leśnych dróg. Po prawej było miasto, na wprost był dalej las. Poszliśmy na lewą stronę, gdzie były miejsko-wiejskie tereny. Twarzy kolegi nie widziałem, bo się, ani razu nie odwrócił, tylko za nim szedłem. Po drodze zwróciłem uwagę na miniaturki sześciennych budek z czerwonymi dachami wyrosłe jak drzewa z ziemi, ogrodzone piaskownicą, która też wyrosła. Dalej były porozkładane po dwie gałązki i obsypane brązowymi nasionami. Miały z tego wyrosnąć przez jesień miniaturowe place zabaw na tych gałęziach. Każde dziecko mogło mieć swój mały fraktalny plac zabaw. Poszliśmy dalej. Za chwilę się jednak wróciłem i zabrałem dwie gałązki z nasionami. Też chciałem mieć taką egzotyczną "roślinę", a wiedziałem, że tak normalnie to nie jest dostępne, może nawet nielegalne. Dalej natknęliśmy się na murzyńską wioskę. Jakieś dziecko stamtąd chciało nam sprzedać te nasiona za wysoką cenę. Ten kolega albo jeszcze ktoś inny kto za nami przyszedł, chciał za to sprzedać bardzo drogą pietruszkę, chyba za 89zł i jakieś inne warzywo za 60zł. Jakaś starsza pani przyszła i gadała, że trochę za drogo i nieładnie tak nabierać dzieci. Wchodzimy do okrągłej drewnianej chatki. Przy oknie jest gruba Murzynka, a na około niej skaczą rozbawione dzieci. Mam jakąś kartkę i czytam im tekst częściowo po polsku, a częściowo po angielsku. Nie wiem o czym to jest i po co to im czytam.

Maszynista zakłada na tył pociągu dodatkowy napęd, bo główny się popsuł. Pociąg odjeżdża, a maszynista zostaje na peronie, bo zapomniał wsiąść. Siedzę sobie na górze kwadratowego przedziału wysypanego piaskiem. Jest dziwnie wysoko. Siedzę jakoś tak na krawędzi nad tym przedziałem, chociaż nadal wewnątrz pociągu. Mam długi drążek od szczudeł, sięgający aż do tego piachu na podłodze. Za pomocą niego chcę przeskoczyć na przeciwległą krawędź, ale czuję lęk wysokości i za każdym razem mnie cofa. Po zatrzymaniu się pociągu znajduję się, gdzieś między budynkami na mieście. Wychodzę i idę w tłumie kogoś szukać. Wszystko jest bardzo realistycznie kolorowe.


18-11-2020

W hipnagogach widziałem różne geometryczne, falujące wzorki, które po chwili zamieniły się w równoległe linie, coraz bardziej się zagęszczające. Usłyszałem taki jakby uśmiechnięty, pytający głos "Ciekawe kto to wszystko powycinał?".

Włączyłem grę lub jakieś nagranie. Na czarnym tle była, raczej płasko wyglądająca, planeta. Nagle błysło i eksplodowało. Przecięło planetę na pół. Nie wiem czy ten błysk pochodził z wewnątrz czy z zewnątrz. Na około leżały porozrzucane paski z tekstem, które próbowałem przeczytać i poukładać, ale jakoś mi nie szło. Włączyło się nagranie "Z pomocą przychodzi nam nVidia!" i wtedy planeta zrobiła się trójwymiarowo kulista, a papierki zostały pozabierane spod mojego kursora. Zaczęło się odtwarzać dalsze nagranie. Wojskowy odrzutowiec zakręcał w kanionie i leciał nad roślinnością.

Jadłem pizzę już pokrojoną. Była podobna do zegara, a może to był zegar? Mama była w tle. Nic w sumie nie widziałem po za tą pizzą. Miałem, gdzieś pójść i coś wypożyczyć albo zamówić, nie wiem o co chodziło. Na pizzy widziałem, że dochodzi 17:00, więc jeszcze zdążę. Jeszcze kawałek filmu czy czegoś oglądałem przez kilka minut.

Idę chyba do kina na jakiś film. Na mieście widzę chłopca ubranego na galowo. Ma wielki zarost, długie zwisające wąsy pod nosem i drugie wąsy pod ustami. Dziwię się, że w tym wieku ma już taki zarost, chyba że jest sztuczny, dokleił sobie dla efektu. Wchodzi na piętro do niby galerii handlowej, chociaż na galerię to za bardzo nie wyglądało. On i jego znajomi wchodzą do pomieszczenia i zamykają drzwi. Obserwuję ich. Widać wszystko, bo ściana i drzwi są ze szkła. On staje na niewielkim podwyższeniu-scenie, a kilka jego znajomych siada na czarnych rozkładanych krzesłach i gdzieś jeszcze z tyłu. Martwi się, że tylko tyle osób przyszło. Jeszcze dochodzi jedna pani. Idzie od strony schodów. Chłopak zaczyna wygłaszać swoją mowę, ale zapomniał już początku. Pokazuje się wizja będąca wizualizacją procesu jak on próbuje sobie przypomnieć tekst. W ciemnych podziemnych pomieszczeniach przemieszcza się widok między kolumnami i betonowym umeblowaniem. Zatrzymuje się na kamiennej półce. Tam wiją się dżdżownice. Już sobie przypomniał. Miał mówić o tym, że to wcale nie prawda, jak niektórzy wierzą, że to dżdżownice rządzą światem. Jest zupełnie inaczej. Przechodzę wtedy do innego dalszego pomieszczenia. Nie wiem w końcu, czy ja mam do tego kina iść, czy gdzie? W tym pomieszczeniu jest tłum ludzi. Na coś czekają. Półnaga kobieta wchodzi do środka. Ma ze sobą walizkę. Jakiś mężczyzna z czarnymi włosami (Chińczyk?) staje w przejściu i spogląda na tą walizkę. Jest jakby narracja, że on tylko patrzy się na walizkę, ale jak jego żona przyjdzie to może myśleć, że on patrzy się na tą półnagą kobietę. On rozmyśla o tej walizce. Marzy o takiej fajnej walizce, jakby on wspaniale poukładał rzeczy ze swojego materiałowego plecaka. Mi ta walizka przypominała część łóżka. Były tam jakieś rzeczy widoczne i ta kobieta weszła do środka, więc może to trumna była? Ten nadal rozmyśla o tej walizce. W jego wyobrażeniu pojawiają się dwie wielkie kobiety-strażniczki, mające czarne plastikowe staniki na ubraniu jako ochronne tarcze czy coś. Chciały go wyprosić. Ten je uderzył mocno-lekko w ramię i w przyśpieszeniu przemieściły się do przodu. Ten ciągle o tej walizce. Niezauważenie robi się ciemno. Leżę w swoim starym łóżku, które było inaczej ustawione, bo o 90 stopni przekręcone niż aktualne. Po prawej stronie rusza się i podnosi się kołdra. Słyszę kobiecy głos "Czy się boisz duchów?". Budzę się uderzając ręką o bok łóżka, już prawdziwego.


20-11-2020

Sprzątaczka grzebała w ziemi. Była ubrana na fioletowo. Wyszedłem zobaczyć o co chodzi. Żółte kryształki szkła po rozbitej butelce ułożyła na kupkę. Jak mnie zobaczyła, to uciekła. Obok zauważyłem wystającą zieloną butlę po piwie. Widziałem ją pod ziemią, podczas gdy odkopywałem. Przytrzymałem ją, bo stała na spróchniałej półce piwnicznej i tylko cienka warstwa ziemi ją przytrzymywała. Zabrałem tą część ziemi i pół półki odpadło. Butelka stała na połowie półki w piwnicy, jeszcze trzymającej się ściany. Z ziemi dodatkowo wyciągnąłem jakąś farbę czy rozpuszczalnik w spreju. Psiknąłem w powietrze, działało nadal. Postawiłem na półkę obok tej zielonej butli po piwie. W moim pokoju tata chciał podłączyć kabel od lampki do drugiego gniazdka, tego za drzwiami. Krzyknąłem, aby tego nie robił, bo jak tam podłączy, zapewne będzie spięcie. Podłączył, ale szybko wyjął. (Lampka nad łóżkiem paliła się nawet z odłączonym kablem od zasilania.) Za łóżkiem był dobry kontakt. Z dziury w ścianie wystawał duży szary kamień, oparty na wąskiej półeczce. Od dziury w ścianie odchodziły trzy czarne kable, wchodziły w kamień, a na zewnątrz, z przodu kamienia, wychodził pojedynczy, zakończony wtyczką. Wepchnąłem kamień do środka i podłączyłem kabel od lampki do tej wtyczki. W książce "Leśny Ludek" znalazłem na ostatniej stronie kartkę, którą niby przed laty tam włożyłem. Położyłem się na lewym boku i przeglądałem tą kartkę. Z jednej strony była to zwykła kartka w kratkę. Był tam rysunek Włóczykija z "Muminków" i napisany wierszyk. Naokoło były miejsca oddartego papieru, jakby gdzieś to było przyklejone i zdarte. Z drugiej strony były jakieś reklamy, w prostokątach i kwadratach. U góry po środku, częściowo otwarty laptop "MacBook Pro". Poniżej nie wiem co tam było. W prawej stronie kartki było coś związane z programem graficznym, pewnie Photoshopem, jakieś wskazówki jak coś prościej robić, tła czy coś. Nic potrzebnego. Po lewej stronie wszystko było na fioletowo, zdjęcie jakiejś kobiety, coś o kawie. Była tam informacja, że ekspres czy inne urządzenie do kawy można podłączyć z aplikacją, czy jakimś serwisem internetowym. Było to raczej bezużyteczne i zagiąłem tą część kartki. Wsadziłem z powrotem to tej książki. Zasnąłem i się niby obudziłem. Nie mogłem wstać, albo już jakby wstałem, ale nadal leżałem na łóżku, na lewym boku. Zastanawiałem się czy ta kartka na prawdę tam była w tej książce. Kilka razy "wstawałem" i mnie cofało. Gdy w końcu się obudziłem, wiedziałem już, że nie ma tam żadnej kartki (i kamienia w ścianie też nie).

*

Taegan Cardale

Odp: Po drugiej stronie lustra
« Odpowiedź #9 dnia: Styczeń 18, 2021, 18:26:23 »
21-11-2020

Kobieta ubrana na czarno wykrzykiwała coś w ekstazie do swoich oprawców. Była uznana za czarownicę i mieli ją spalić na stosie (lub już spalili), ale jakoś oswobodziła się z więzów (możliwe, że już była martwa, a to się dzieje w zaświatach) i stoi na czarnych drewnach. Skoczyła z wysokości w słoneczny dzień. Akurat ulicą szedł jakiś (letni?) pochód i wskoczyła na przyczepę w jakąś czarną, bulgoczącą maź. Zniknęła roztopiona, aby za chwilę wynurzyć się odmłodzona w jeszcze większej ekstazie, roześmiana, uśmiechnięta, wiła się na plecach w tej kąpieli. Gdy pochód doszedł do pewnego momentu ulicy, wszystko to zaczęło się roztapiać. Ta kobieta poszła w dal po chodniku. Ja jeszcze oglądałem resztki z roztopionego pochodu. Były tam w czarnych kałużach różnego rodzaju miniaturki zwierząt, m.in. małe rekiny. Wszystkie były czarne.

Zawisłem wysoko w powietrzu przy jakimś murze zamku. Bardzo powoli upadałem na plecach. Bardzo ciężko, ale udało mi się odbić od powietrza i wejść na mur. Były tam małe dzieci, trochę wyglądające na roboty. Wszedłem bramą w krótki tunel. Po środku, z pomiędzy kamieni drogi, wyłaniało się różnokolorowe, elektryczne światło. Wszedłem w nie i naładowałem się tą energią. Pod ścianami też były podobne iskry i wyładowania. Tam skakały sobie te dzieci. Wyszedłem z tunelu i zszedłem schodami do lasu. Jakaś grupa ludzi tam się zebrała i zabrała stamtąd znalezione pojazdy. Wyjechała nimi z lasu. Też coś znalazłem - jakąś metalową płytę z kółkami i coś podobnego do wiertarki. Złożyłem to w hulajnogę i gdy "wierciłem" mogłem jechać. Wyjechałem z lasu, gdzieś na miasto. Wszyscy szli główną ulicą, jakby samochody zostały opuszczone. Jazda tą niby hulajnogą nie miała najmniejszego sensu, bo szybciej bym szedł na piechotę, ale nadal jechałem. Jechałem za jakąś kobietą z córką ubraną na ciemnoniebiesko. Chwyciłem ją za niebieską sukienkę, ale zaraz puściłem, bo pomyślałem, że wszystko to jest takie super realistyczne, kolory i światło, więc może rzeczywiście to jest ten Astral i są tu prawdziwi ludzie? Nie byłoby to przecież grzeczne tak zaczepiać nieznajomych. Dziewczyna lekko się odwróciła, ale nie na tyle, abym mógł zobaczyć jej twarz. Potem znalazłem się na słonecznej łące. Rowerami przyjechało kilka dziewczynek, zatrzymało się, jedna się przewróciła na trawę, bardzo szybko przeszły przez nią duże ilości mrówek i sobie poszły, ona wstała, wsiadła na rower i odjechała z pozostałymi. Wszystko to działo się w przyśpieszeniu.

Na pasku pojawiły się trzy ikonki od przeglądarek internetowych, przedstawiające planetę Ziemię. Prawdziwa była brązowa, co oznaczało, że się zawiesiła, a pozostałe, nieprawdziwe, były niebieskie. Jedna z nich była zatytułowana "Januka". Wyrzuciłem ją na pulpit. Na tapecie w jednym miejscu było matematyczne równanie do rozwiązania. Tam zostawiłem tą ikonkę. Przeglądarki nie udało się uruchomić i wszystko wyglądało i działało jakoś dziwnie. Położyłem się pod kocykiem w dużym pokoju. Miałem komputer i słuchawki. Jakiś ciemnoskóry dzieciak tam też leżał (chyba było więcej śpiących dzieci) i mnie złapał klejącą ręką z orzeszkami za moją rękę. Mówił coś jakby był bardzo mądrym dzieckiem. Wytarłem rękę. Poszedłem do swojego pokoju. Tam stał wielki monitor, albo telewizor, nie wiem czy dla mnie, czy gdzieś miał być przestawiony. Stała tam nieznajoma gruba kobieta, rozmawiająca  z jakimś swoim znajomym. Popchnęła mnie na kanapę bez powodu i dalej rozmawiała. Też ją odepchnąłem. W monitorze była wnęka z ustawieniami rozdzielczości, a w niej kubeczek z mnóstwem lizaków. Lizak odpowiadający za najwyższą rozdzielczość został zabrany przez kogoś kto już ustawił rozdzielczość właśnie na najwyższą, czyli 4K. Wziąłem jednego płaskiego lizaka dla siebie. Dałem trochę temu dzieciakowi. W tym momencie to się działo jakby, zamiast na kanapie, to na ławce przystanku autobusowego. Były tam też okrągłe, kuliste lizaki. Przeniosło mnie znowu do dużego pokoju. Ten dzieciak znowu coś gadał i dotykał mnie klejącą ręką. Założyłem czarne słuchawki. Nagle znalazłem się bardzo wysoko w powietrzu, w chmurach. Wskakiwałem do oceanu co było przyjemne. Wskakując w wodę wyskakiwałem na drugą stronę, gdzie znowu znajdowałem się w powietrzu i znowu wskakiwałem do wody z wysokości. Za każdym razem, gdy znajdowałem się pod wodą, czułem głęboki spokój, ciszę i byłem w stanie wciągnąć dużo powietrza. Po którymś razie, zatrzymałem się na plaży pod wieczór. Szumiały fale. Na piasku leżała ostra blacha. Była pomalowana w różnokolorowe pasy. Rzuciłem ją w trawę i wbiła się pod kątem. Gdy szedłem tak po plaży, przeniosło mnie w okolice mojego zamieszkania. Wszędzie było pełno białego piasku. Pomyślałem, że to pewnie z plaży nasypało. Raczej nie, ten piach przywiało z pustyni, zapewne z Sahary. Idę ulicą i jednak wydaje mi się, że to śnieg. Ulica była zasypana tak, że samochody nie mogły jeździć. Wszedłem do lasu. Ktoś szedł z białym psem. Wyskoczył i biegł między drzewami. Widok nie był płynny, zacinała się. Pies był raz tu, raz tam, a potem nagle zniknął. Wyszedłem z lasu i szedłem w stronę parku. Nadal wszystko słabo widziałem, jakby coś mi co chwilę zasłaniało widok. Pojawiałem się co kilka metrów. Zatrzymałem się przy wejściu do parku. Tam stała jakaś dziewczyna. Odwróciła się do mnie, a ja ją objąłem. To się działo jednocześnie w tym przejściu do parku i w autobusie. Z boku, zza czegoś wyszła jej koleżanka, też była ładna. Podczas budzenia się czułem jeszcze przez chwilę jak ją obejmuję.


28-11-2020

Patrzę się przez okno do wnętrza kiosku. Na łóżku leży półnaga kobieta. Nad nią koc zawisł jakby fala się zatrzymała lub wiatr zawiał. Z obrazu wiszącego na ścianie wychodzi czyjaś ręka. Są tam jeszcze inne postacie. Wszystko to jest nieruchome, jakby zapauzowane. Wydaje mi się, że to mogą być duchy. Szyba robi się ciemna i obraz zanika.

Przechadzam się przez tłum tańczących powiększonych świeczek na tort urodzinowy. Poruszają się w powietrzu raz w lewo, a raz w prawą stronę. Z przodu ktoś idzie ubrany w garnitur i kapelusz. Zatrzymuję się przed klatką schodową. Biorę podłużne szyszki i wrzucam w krzaki. Dowiedziałem się od kogoś, że jak zgniją to z tego coś wyrośnie ciekawego. Patrzę się do góry na ścianę. U kogoś, chyba z drugiego piętra, rosną grzyby pod parapetem.

Jakaś sąsiadka, której nigdy nie widziałem, wchodzi do piwnicy i bierze mój nowy rower jakby to był jej. Pewnie nawet się nie zastanowiła. Jedzie za bloki, tam gdzie z góry widać las. Wychodzi na to, że my jedziemy jednocześnie na tym rowerze, a ona nawet mnie nie zauważa. W pewnym momencie zawracam i się zatrzymuję. Gdy schodzę, ona jedzie, a ja ją gonię. Na razie powoli jedzie i prawie ją doganiam, ale jak wyjeżdża na główną ulicę, to przyśpiesza. Biegnę szybciej. Obraz się rozmazuje i jak robi się wyraźnie, znajduję się w jakich ruinach. Jakaś pani tam się zajmuje naprawą samochodów czy motorów, domyślam się. Chociaż dziwne, że ktoś tam jest. Przecież wszystko tu porozwalane jakby lata temu nastąpiło trzęsienie ziemi. Mówię jej, że jakaś kobieta weszła do piwnicy i zabrała mi rower, bo myślała, że to jest jej. Pytam się jej, czy może tu nie przejeżdżała, chociaż znałem już odpowiedź. "Jakaś kobieta pojechała na rowerze, tak? Nie, nie widziałam takowej." Wychodzę z tego pomieszczenia i budynku. Z oddali widzę, że wyszedłem z przeogromnego kościoła. Pewnie to był jeden z tych Fraktalnych Kościołów. Za nim widziałem most.


30-11-2020

Czytam jakąś książkę. We śnie wszystko wyraźnie widać. Tekst nie zmienia się nawet, gdy wracam do poprzedniej strony coś sprawdzić. Nic z tego niestety nie pamiętam. Jest słoneczny, letni dzień. Wychodzę z domu. Wszędzie śnieg, mróz, zimno. Przechodząc przez ulicę, widzę jak wzdłuż tej ulicy porusza się fala ciepłej morskiej wody. Po drugiej stronie zastanawiam się, gdzie iść. Do lasu nie. Poszedłem na koniec ulicy. Z daleka widziałem dziwne budynki. I plażę. Tam podążała ta fala.



09-12-2020

Przyjechały dwie ciocie i znajoma mamy. W dużym pokoju wyjrzałem przez okno balkonowe. Zamiast bloku był statyczny obraz boiska z piłkarzami, słychać było gwizdy. W domu widok był rozmazany. Wyszedłem z zamiarem pójścia do lasu, tego po prawej stronie. Obraz zrobił się ostrzejszy. Przypomniało mi się, że to w sumie bez sensu, bo ten las wycięli. Wtedy natrafiłem na kawałek ogrodzenia z metalowej siatki. Mogłem to obejść, ale sen się zawiesił i mnie przykleiło. Zanim się obudziłem, widziałem jeszcze dwie dziewczynki biegnące za tym ogrodzeniem.

Przed klatką schodową, na trawie były ustawione w równej odległości biurka ze starymi komputerami z monitorami kineskopowymi. Przyszedł dawny kolega Damian i włączył dalszy komputer. Coś trzasnęło. Zapytał się mnie co to miało być. Mówię mu, że to ten obrazek kółka czy czegoś na kartce był dołączony do ekranu logowania i za każdym razem, przy logowaniu, wydaje taki dźwięk jakby petarda wybuchała.

W kuchni przy stole mama wypełniała ankietę czy coś dla mnie związanego z wirusem. Były cztery pytania. Pierwszych trzech nie pamiętam. W czwartym pytali się "Czy masz olej w głowie?". Oczywiście, mówię, w głowie to ja nie mam żadnego oleju.

Ktoś dzwonił telefonem. Odebrałem. Mówili, że są ze Szczecina i zaraz tu będą. I rzeczywiście już ktoś pukał i dzwonił. To policjanci covidowi! Już weszli! Było ich dwóch. Udało mi się im wyrwać i wybiegłem na zewnątrz. Pobiegłem za las i biegłem wzdłuż ulicy. Pokazały się budynki, których tam nie było wcześniej. Trochę jakby niedaleka przyszłość. Jakaś pani wchodzi do swojej klatki schodowej. Wiem, że ci policjanci już są blisko. Wołam do niej "niech mnie pani ukryje!". Wchodzimy. Zamek do jej drzwi ktoś jej wcześniej zepsuł. To nie były zwykłe drzwi, to były drzwi teleportacyjne. Wystawały miedziane druty. Podpaliłem je zapalniczką. Zapaliły się, dzięki czemu nastąpiło połączenie. Otworzyłem drzwi i przeszliśmy. Jej mieszkanie to był wielki pojedynczy pokój kwadratowego kształtu. Był to prawie pusty pokój - po środku przy ścianie łóżko, a przy drugiej ścianie długie biurko. Ona usiadła na chwilę na łóżku. Teraz była młodsza niż przedtem. Drzwi były otwarte. Na korytarzu stała mała szafeczka z jakimś plakatem na ścianie. Chodzili tam jacyś ludzie, dziwne. Ktoś ruszał przy tym plakacie. Wyszedłem na chwilę. To był tunel prowadzący na dworzec. Pomiędzy jakimiś wielkimi szafkami i innymi gratami był ustawiony ten "wirtualny" pokój. Na tych szafkach położony był szklany sufit. Ściany i drzwi też były szklane. Wróciłem. Ktoś wszedł. Myślałem, że to ci policjanci, ale nie. To jakieś dzieci przyszły i zostawiły jej na biurku 50zł i kilka stówek. Wzięła je. Przyszli jacyś starsi ludzie i chyba ksiądz. Mieli wyprawić egzorcyzmy. Pomyślałem, że będzie to zabawne, niech będzie. Usiedliśmy na łóżku, a oni wymówili jakieś modlitwy, pokropili na nas święconą wodą i wyszli. Potem przyglądaliśmy się w róg przy suficie. Był krzywy. Trzeba będzie wyrównać.

Idę ze szkoły jakimś korytarzem. Kogoś bili i przez to spadł mi jogurt na ziemię i się rozwalił. Zastanawiam się czy jeść taki otworzony. Nie no, wracam do sklepu w szkole i kupię nowy.

Jest ciemna noc i siedzę, gdzieś na balkonie (nie moim) bez płotu z dwoma dziewczynami, jakimiś znajomymi. Kłuje mnie, bo siedzę na gałęziach z igiełkami. Jedna znajoma postanawia, że już idzie. Zeskoczyła z balkonu i poszła. Druga też idzie i ja też. Po nią przyjechał ktoś samochodem. Ja idę dalej tunelem.

Znowu ciemna noc. Siedzę, gdzieś wysoko i nawet nie zastanawiam się co tam robię i co to za miejsce. Wydaje mi się, że to dach, gdzieś na mieście. Jest tam kilka osób oprócz mnie. Jeden kolego czy ktoś tam zeskakuje. Trzyma się balona napełnionego helem, więc łagodnie opada na ziemię. Widzę go w oddali jak przechodzi przez ulicę i trzymając się za sznurek od balonika nogami prowadzi rower. Dziwię się jak on utrzymuje się na tym balonie i jeszcze rower popycha nogami. Też tam idę. Kieruję się w stronę dworca. Przedtem jeszcze jest przystanek autobusowy i jakaś koleżanka stoi z psem. Drugi kolega szybko przebiega przebiega przez trawnik, bo ten pies go chciał gonić, a smycz była długa. Woła do mnie "szybko, przechodź!". Mnie się nogi blokują i tak powolutku mi się idzie. Chociaż ciemno, to widzę wszystkie psie gówna w trawie. Pies prawie mnie dopada, ale ona go przyciąga za smycz. Zamiast do przodu to spycha mnie jakoś w bok, a ten pies znowu skacze na mnie. Odpycham go ręką. Ona mówi, abym szybko przechodził, bo mi palce odgryzie. Mnie tam coś blokuje. Pies skacze na mnie i prawie gryzie w rękę. Budzę się i sprawdzam palce. Nie odgryzł mi.

W tym śnie jest dzień. Jakaś siła mnie bardzo szybko ciągnie. To pojemnik po melatoninie, który trzymam lewej ręce. Szybko przelatuję przez drzwi prowadzące na dworzec. Wychodzą ludzie i jakiś dyrektor tego miejsca. Na środku stoi jakaś dziewczyna. Mnie tam szybko przy niej przeciąga. Wbiegam na ścianę i biegnę po niej. Wybiegam na zewnątrz. Zatrzymuję się, ponieważ odkręcił mi się ten pojemnik od melatoniny. Znajduję się w trawie przy niskim betonowym murku, niedaleko jest jezioro. Idzie jakaś pani z małym czarnym psem. Zabieram szybko rękę z murku, bo już prawie mnie ten pies ugryzł. Składam pojemnik po melatoninie i przyśpieszam. Wracam się w poprzednie miejsce. Jest tam wielka scena i tam jest D. J. Trump. Przemawia do ludzi. Mówi, że to kłamstwa, że to było oszukane. Zawiesza kartka pod kartką zawierającymi dowody (łącznie cztery), gdzieś bardzo wysoko na szarej ścianie. Później nastaje noc i znajdujemy się przed Białym Domem. Trump sprowadza kilkukrotnie burzę i duże ilości wody z nieba. Ma to oczyścić Amerykę. Przylatuje fałszywy Superman i atakuje go. Lecą wysoko w chmury i walczą ze sobą. Trump zwyciężył.


10-12-2020

To był taki szkolny pałac. Schodzę szerokimi białymi schodami. Mamy iść biegać z klasą. Przed drzwiami wyjściowymi leżą dwie pary moich butów. W tych nie będę biegać, bo to dobre wyjściowe. Idę szukać trampków. Nie wiem nawet, którym pokoju czy sali je zostawiłem i nie mogłem ich znaleźć (może dlatego, że nie mam żadnych trampek). W tym czasie wszyscy już zdążyli wrócić z biegów. Nauczycielka woła wszystkich "dzieci, chodźcie, będzie test z robienia kwiatków". Idziemy na piętro. Otwiera się niewielkie pomieszczenie. Jakaś szalona kobieta stoi z karabinkiem załadowanym przezroczystym żółto pomarańczowym żelem. Z tyłu odchodzą przewody napełniające tym płynem. Ona trzęsie się jak jakaś narkomanka czy alkoholiczka. Porusza się na wszystkie strony. Sprawdza tylko co jakiś czas maszynę ustawioną z tyłu za nią. To była wirówka, też skacząca. Jest uzależniona od robienia dzieciom donosowych wtrysków. My się ustawiamy w kolejkę. Pomyślałem, że niech kilka osób przejdzie to wtedy wchodzę. Tamtej ręce coraz mocniej się trzęsą ze zniecierpliwienia. Już nawet wypuściła trochę w powietrze "dla spróbowania". Wchodzą jedna osoba, druga, trzecia. Szybciej, szybciej! No to teraz ja. Nadstawiam nos i mi wstrzykuje ten żel do lewej dziurki. Od razu źle się czuję. Połowę zatok mam zapchanych, ciężko mi oddychać, nie czuję lewej strony głowy. Wychodzę. Przechodzę w tył kolejki, aż do schodów. Nie wiedzą, że to tylko pogorszy sytuację. I o co miało chodzić z tym "testem"?, że niby teraz będą sprawdzać kiedy się to rozpuści i wypłynie nosa? Czuję się zły, że tak dałem się nabrać. Trzeba było iść biegać w tych kapciach albo na bosaka.


11-12-2020

W nocy byłem, gdzieś na wysokościach znowu z jakimiś kolegami. Tam była wodna zjeżdżalnia i niewidoczny w dole basen. Zjeżdżalnia zakręcała do góry, tak że ja się zjeżdżało to można było wrócić na górę. Oni zaczęli zjeżdżać na jakichś pontonach, wybijało ich do góry i zakręcało w powietrzu, aż wskoczyli z powrotem. Ja miałem tylko mało piłkę plażową. Zjechałem na niej, ale spadłem w dół. Nie była jak tam wejść z powrotem, bo nie było normalnego przejścia, ani schodów. Chodziłem pomiędzy zostawionymi tam samochodami. Raz otworzyłem ciężarówkę, ale to nic nie dało. Kilka osób się do mnie przyłączyło. znaleźliśmy opuszczony autobus teleportacyjny. Dzięki niemu mieliśmy wrócić na górę. Usiedliśmy razem na siedzeniach tak, aby nie dotykać się kolanami, bo coś tam. Miało nas za chwilę teleportować.

W telewizji pokazywali wieżę w Chinach. Była tak wysoka, że aż wystawała ponad chmury. Ta wieża była wybudowana w czasach komunistycznej Polski i wtedy była bardzo ozdobna. Teraz Chińczycy ją przebudowali, aby się źle nikomu nie kojarzyła. Była bardzo prosta. Na górze była taka jakby wielka okrągła niezadaszona arena. Brak też było jakichkolwiek barierek na krawędziach, żadnych zabezpieczeń, więc można było łatwo spaść. Jednak jak zauważyłem na podglądzie/mapie, w środku był wewnętrzny okrągły teren, a na około coś podobnego do gór. Oprócz tego wewnętrznego kręgu, reszta to była ziemia, piach. Jakoś tak niepostrzeżenie mnie tam przeniosło razem z mamą. Byliśmy w jakimś okrągłym pomieszczeniu bez ścian, ale z czarnymi materiałowymi zasłonami. Wyjrzałem za te zasłony. Ludzie chodzili tam na plaży. Wyszliśmy z tego pomieszczenia. Ciągnąłem stojak na kółkach z ubraniami koloru czerwonego. Z oddali widziałem, że ktoś miał taki sam. Zostawiłem stojak. Mama chyba wybrała jedną czerwoną bluzkę, którą zamachała. Weszliśmy do innego wielkiego pomieszczenia. Też było tam ciemno. We wnęce stał wielki chiński robot bojowy. Na jego stopie było logo jabłka i naklejka z oznaczeniem nowego procesora wyprodukowanego przez Apple. Na jednym ładowaniu miało wytrzymać 20 minut. Pewnie Chińczycy raz to wypróbowali i tak tu zostawili ma pokaz. Zauważyłem, że miecz był już rozwalony, a jego druga stopa oderwana, leży na drugim końcu sali do naprawy.


15-12-2020

Schodziłem szkolnymi schodami razem z kilkoma osobami. Prowadziliśmy rowery. Schody zakręcały spiralnie w prawą stronę, wyglądało to jak wąska wieża. Na dole normalnie powinna być szatnia. Przez cały czas miałem uczucie, że jestem miejscem. Dziewczyna idąca za mną, śmiejąco zapytała się mnie, co ja tak dziwnie się telepię. Odpowiedziałem jej, że to nie ja, że to przecież tak się zawsze dzieje, że jak schodzi się z rowerem takimi schodami, to wtedy ściany się śmiesznie przekrzywiają i ruszają. Widziałem jak przechodzę ja razem z innymi za róg. Wiem, że tam w połowie, gdzie normalnie jest ściana, teraz są okna i my tam przechodzimy razem z tymi rowerami na jakąś otwartą przestrzeń.

Mała dziewczynka wstała z krzesła. Miała głowę wrony. Poczułem się dziwnie. W wesołych podskokach wyszła z pokoju. Za oknem był rój muszek. Poszedłem w stronę balkonu. Usłyszałem kogoś głos "Balkon to pewna śmierć". Wyszedłem głównymi drzwiami.

Poszedłem do małego sklepiku spożywczo monopolowego. Miałem coś kupić. Przy drugiej ladzie stała była właścicielka. Za nią były półki z książkami. Jeden dział był przeznaczony dla Ernesta Hemingwaya. Na drugiej półce były książki związane z naturą. Miały okładki w odcieniach zieleni ze zdjęciami drzew i innych roślin. Z tyłu słyszałem jak jakaś pani siada na krześle (w rzeczywistości nie ma tam żadnych krzeseł, ani żadnej drugiej lady) i słyszę jak mówi "Czy zastanawiała się pani, co może pani zrobić, aby ludzie tu przychodzący pili?". Zdziwiłem się, przecież na terenie sklepu jest zakaz picia alkoholu. No chyba, że chodziło o wodę mineralną albo jakieś soczki. Przeszedłem do pierwszej lady. Poprosiłem o dwie ryzy papieru. Zdjęła dwie z najwyższej półki, zza butli wody mineralnej. Zapłaciłem i wróciłem do domu. Wszedłem od razu do kuchni, nie wiadomo po co, nawet butów nie zdjąłem. Zawołałem do siostry, że przyniosłem już te ryzy...a tu patrzę, a to nie są ryzy papieru tylko dwa takie same tomy słownika wyrazów obcych w czerwonych okładkach. Od razu poszedłem z powrotem do sklepiku zamienić. Poprzedniej pani już nie było. Przyszły teraz trzy ekspedientki. Dwie były na zapleczu. Słyszałem jak mówiły, że za godzinę się zamykają. Przyszła ta trzecia podobna do tej z kosmetycznego. Dziwnie się na mnie patrzyła. Powiedziałem, że chcę te słowniki zamienić, bo wcześniej tu byłem i wziąłem te dwie ryzy papieru, a potem nie wiem co się stało, w domu się zmieniły w słowniki wyrazów obcych, a może nie zauważyłem, że od razu dostałem słowniki. Niech pani sprawdzi. Tam za panią na najwyższej półce, tam za butlami z wodą mineralną.


17-12-2020

Skądś szedłem, już nie pamiętam, bo to w połowie snu. Chciałem w coś lub kogoś uderzyć energią. Udało się, ale słabo. Z ręki wyleciały mi mętne fioletowe kule, podobne raczej do dużych baniek mydlanych. To było chyba przy ogrodzonym boisku. Myślałem, gdzieś pójść, ale to za daleko, sen by mi się skończył zanim bym doszedł. Szły jakieś dzieci. Na ulicy znalazłem jakieś przedmioty zamknięte w plastikowych jajeczkach. Otworzyłem. W jednym była piłka kauczukowa, a wewnątrz niej zatopiona scenka z niebieskim motylem lecącym nad kwiatkami. W drugim były dwa płaskie okrągłe magnesy, wielkości prawie dłoni. Zaszedłem do pizzerii. Zrobiło się od razu cieplej. Na ladzie leżało w prostokątnym naczyniu coś jakby spaghetti w sosie pomidorowym albo może lazania, nie wiem. Wziąłem trochę ręką do spróbowania. Niby coś czułem, ale chyba jednak było sennie bezsmakowe. Wyszedłem i poszedłem na lewą stronę, gdzie był fryzjer (w rzeczywistości jest to po prawej stronie). Idąc tunelem, słyszałem dźwięk nożyczek. Obracałem się na lewy bok. Obudziłem się na prawym.


19-12-2020

W książce, którą czytałem litery zaczęły się upłynniać, zmieniać kolory w bardzo szybki sposób. Każda miała co chwilę różny kolor. Zaczęły dołem wypływać z książki. Stałem, gdzieś przy ulicy. Zaczął padać śnieg. To te litery spadały w formie śniegu (zwykłego, białego).

Na niebie był księżyc w kształcie serca i dwie duże planety blisko siebie.

Skądś wracałem z tatą. Przechodzimy przez ulicę. Blokują mi się nogi i spycha mnie w lewą stronę pasów. Przeszedłem, ale zjawiła się policja. Chcieli dać mi mandat. Tłumaczę się, że mi coś się z nogami stało i przeszedłem kilka centymetrów za pasami. No dobra, nie dali mi kary. Idziemy dalej. Wyremontowali jakiś mały sklep, chyba z ubraniami. Był tam wizerunek księcia w niebieskim płaszczu. Dalej patrzę, a w trawie leżą druty, blachy i ogólnie gruz. To był zniszczony kiosk. Pomyślałem, że też powinni tak wyremontować. Nagle zaczynam biec, jakbym jednak zdecydował się uciekać przed policją. Wskakuję na dach tego sklepu i biegnę po nim, przeskakują na dach kościoła, który się tam pojawił, znowu na drugą stronę, na dach sklepu i z powrotem na kościół. Za każdym razem policja była w miejscu, gdzie skoczyłem. Zeskoczyłem i biegłem pomiędzy blokami, na około. Wpadłem na siatkowe ogrodzenie przy lesie i się zaplątałem. Policja już tu była i zakuli mnie w kajdanki. Obudziłem się i sprawdziłem czy nie mam kajdanek na rękach. Nie miałem.

Wyszedłem z jakiegoś tunelu i szedłem przez chwilę korytarzem za kilkoma dziewczynkami. Usiadły przy stolikach otwartego baru, aby coś zjeść.

Przybliżyła się do mnie daleka wizja. Jakieś magazyny, pokoje. Wszystkie meble i co tam było było z drewna. Za dużo szczegółów, by to zapamiętać i opisać. Możliwe, że te pomieszczenia były fraktalne. W jednym pomieszczeniu stał z tyłu telewizor, a przed nim stał piosenkarz i piosenkarka. To byli metalowcy. Dziwnie wyglądali, tak kanciasto. Zaczęli tańczyć tak po metalowemu i śpiewać. Nie byłem pewien czy to rzeczywiście był metal. Muzyka to jakieś hałasy, ale nie metalowe.


20-12-2020

Jadę, gdzieś autobusem, chyba do sklepu. Nie wiem po co tam jadę autobusem jak to jest niedaleko. Na drugim przystanku wsiadają panowie konduktorzy. Chwilę czekam i wybiegam z autobusu. Słyszę jeszcze jak jeden woła mnie po nazwisku. Skąd je zna, czy teraz w autobusach są kamery z rozpoznawaniem twarzy? Przebiegam przez ulicę, nie wiadomo gdzie. Wbiegam do jakiegoś bloku. Ktoś za mną ciągle idzie (albo ja za tym kimś, to nie było pewne). Na klatce schodowej były moje koty. Jakoś weszły do tamtejszej piwnicy. Zabrałem je i wychodzę z tego bloku. Otwieram drzwi, a tam znowu takie same. Otwieram te następne i znowu pojawiają się następne. Stwierdzam, że to samoreplikujące się fraktalne drzwi. Widzę dwa symbole. Po prawej kwadrat, a po lewej trójkąt lub coś podobnego. Po otwarciu, którychś następnych drzwi docieram do właściwych. Biorę koty znowu ze sobą, bo w czasie otwierania kolejnych drzwi, ciągle znikały i pojawiały się w piwnicy i musiałem po nie wracać. Także za każdym razem, po otwarciu kolejnych drzwi, ten ktoś jakby od nowa szedł za mną (albo przede mną), jakby się to co chwilę resetowało. W końcu, gdy wyszedłem z tego bloku z kotami, wsiadłem do autobusu. Bez kasowania biletu. Tym razem kanary się nie zjawiły.

Słyszę w myślach imię "Cynthia".

Lato. Siedzę sobie w dużym pokoju. Dużo osób znanych i nieznanych. Nie ma drzwi od balkonu, ani okien. Balkon nie ma płotu, jest tylko zasłonięty różowym materiałem. Za pomocą telekinezy poruszam jakimś napompowanym niebieskim woreczkiem z lodem czy czymś. Przelatuje przez zasłonę. Przyciągam go, aż z silnie, bo prawie by mi rozciął policzek krawędzią. Trzymam. Przychodzi jakaś dziewczyna z brązowym kucem. Zaraz wychodzę z nią jechać do hotelu.

Znalazłem się w labiryncie ścian, dopiero co się budującego kościoła. Jakaś kobieta wskazała leżący na ziemi kamyk. Spytała się czy to ja go tam zostawiłem. "Nie". "Wierzę ci", odpowiedziała. Powiedziała to tak jakoś niepokojąco, jakby ten kamień leżący na ziemi oznaczał coś strasznego. Podała mi kamień. Tam było przejście do piwnic. Biegnę za kotami, aby się nie zgubiły. Ta odnoga piwnicy w rzeczywistości jest krótka, a we śnie ciągnie się kilometrami. Piwniczny korytarz zmienia się pociąg. Koty wskakują do przejścia pomiędzy przedziałami. Drzwi się zasuwają. To jest winda. Z daleka rzucam tym kamieniem. Drzwi się rozsuwają. Koty wybiegają na drugą stronę. Tam jest inny korytarz, szkolny czy coś. I znowu następne drzwi przedziałowe, które są windą. Tym razem dobiegam i otwieram drzwi. Dalej jest bank, nikogo nie ma. Potem przebiegam dalej. Docieram do swojego pokoju. Leżę w łóżku. Widzę, że koty się podwoiły. Jedna z kopii nie ma włosów/sierści. Idę do kuchni. Tamta kobieta z kościoła zemdlała i upadła na mnie. Śpi.


21-12-2020

W nocy ktoś puka do nieistniejących szklanych drzwi obok okna. Tłum ludzi. Chcą, aby ich wpuścić. Od tych drzwi Ciągnie się na zewnątrz wokół ściany, aż do balkonu przejście, a dalej plac. Tam stoi Melinda Gates. Ona i jej znajomi coś świętują. Za chwilę Melinda puka do tych nieistniejących drzwi, aby ją i innych wpuścić. Nie otwieram.

Już dzień. Na kołdrze siedzi wielki trzmiel z różnobarwnymi skrzydłami motyla. Przekładam go na kartkę papieru i idę w stronę balkonu, aby go wynieść. Po drodze spadami i mam trudności z chwyceniem go. Jakoś udaje mi się, ale kładę go na parapet i robi się biały, wszystkie kolory uszły. Mam nadzieję, że się obudził, że to tylko jego bezbarwna powłoka została w tym śnie.

Coś puka do mojego okna. Patrzę, a tam takie, w sumie nie wiadomo co, jakby owad z drucików. Wiem, że to nie było by dobrze, aby się dostał do środka. Jakoś tak trochę otwieram okno i szybko zamykam. Idę do dużego pokoju. To coś przylatuje. Pokazuję to tacie. Bierze to i wyrzuca za balkon.

Wieczorem siedzimy w kuchni, bo jacyś goście przyszli. Jakaś pani siedzi blisko mnie. Nie wiem kto to, ktoś ze szkoły?, nauczycielka? Jakoś dziwnie siedzi, jakby na środku stołu. Prawie mnie obejmuje. Nie wiem czy jest smutna czy wesoła. Mówi coś mniej więcej jak "A czy wiesz co będzie robiła Emilia i Agnieszka?". Nie wiem i trochę się dziwię, przecież Emilia popełniła wiele lat temu samobójstwo. Potem idziemy jakąś dużą ciemną salą do oświetlonych drzwi.

W samochodzie siedzą cztery osoby. To bracia. Są do siebie podobni, ubrani po gangstersku, w kapeluszach. Jeden wyszedł. Drugi został zastrzelony. Kierowca wyrwał sobie z niewiadomego powodu żuchwę i pociekła woda. Uśmiecha siedzącego z tyłu, widać małe kły. Idzie na tył i już go prawie gryzie, gdy ja się wybudzam. Wstaję, bo wiem, że jak się sen powtórzy to ja tam będę z tyłu siedział i będę zagryziony przez wampira. Wychodzę z pokoju. W ubikacji nie mogę zapalić światła, ani na przedpokoju. Wiem już, że jest coś nie tak. Idę do pokoju siostry. Zamiast niej jest ktoś inny. To cosmic. Budzę go, a może nie spał, nie wiem. Pokazuję, że tam nie można zapalić, a za to tu nie można zgasić światła. Zgadza się, że to dziwne. Później, w moim pokoju na oknie coś zwisa, wielki brązowy pająk? Przez drzwi przechodzi drugi wielki, czarna tarantula. Chcę go złapać, ale ucieka. Na podłodze w całym mieszkaniu jest dużo jakich rzeczy porozkładanych i w nich się chowa. Do kuchni wchodzi ten nibypająk z okna. To jest raczej jakieś nieznane zwierzątko podobne do małpki. Wynoszę to na klatkę schodową.

W Naszej Twórczości ktoś pododawał pełno różnych filmów. "Nasza Twórczość" znajdowała się na dalekiej asteroidzie. Niby tam była niedokończona lista tych filmów.

Nadchodziła inwazja. Unosiłem się przy wielkiej metalowej ścianie. Przyleciała dziewczyna w brązowym kombinezonie. Tak się unosząc przy tej ścianie, wyciągnęła jakąś broń z jednej z wielu metalowych szuflad znajdujących się w tej ścianie. Strzeliła. Testowała holograficzne interfejsy wyświetlane w powietrzu.


23-12-2020

To było miejsce, nie wiadomo gdzie, rozmyte jesienne pomarańczowo żółte tło. Tam była wysoka konstrukcja, a na niej wiele dużych szaf z szufladami. Wspinam się tam. Jakaś pani wyciąga z jednej i drugiej szafy dwie linowe drabinki (lub skakanki) z metalowymi rączkami. Mam się na nich podciągać albo huśtać. Gdy już je chwytam i prawie zeskakuję, aby się rozhuśtać, jakiś gościu wychodzi z następnej szafy i podaje mi żelazko do prawej ręki. Dlaczego mam to trzymać?, czy to ma być dodatkowy ciężarek? Biorę żelazko i spadam. To spadanie polega na tym, że nagle pojawiam się na dole. Nawet się nie przewróciłem. Stoję w kupce liści.

Żołnierz, stary weteran wojny, coś przygotowuje obok drzewek przy ulicy. Jest mróz, przynajmniej minus dwadzieścia. W chodniku jest dziura. Wypełnia to odpowiednimi materiałami. Aby to stopić, podkłada bombę. Bomba nie eksploduje w takich warunkach, tylko stapia ten materiał. Bulgocze, dymi, tworzy się kształt betonowej kafli. Przychodzą gapie, dzieci i jakaś stara pani z siwymi włosami. Ona jest szalona, może skądś uciekła? Przygląda się tym kaflom. Wchodzi do niezamarzającej wody. Najpierw po kolana, potem klęka i cała się zanurza. Wciąga ją pod chodnik przez mały otwór pod jedną z kafli. Nie rusza się. Żołnierz zauważył i ją wyciąga. Wytrzeźwiała. Czy nie jest świadoma, że jak wejdzie pod wodę to może się utopić? Sytuacja powtarza się kilkukrotnie. Za ostatnim razem, to samo dzieje się z białym lisem. Tym razem ja go wyciągam. Ma dziwny wyraz twarzy.

Przerwa. Schodzę szkolnymi schodami. Na dole jest przechodnia mała kwadratowa salka, do której wchodzi się tymi schodami. Tapeta jest granatowo brązowa z ciemnozielonymi wzorami. Obok jest druga podobna to tej sala. W sali są ustawione na około ławki z krzesłami i nic więcej. Ktoś tam siedzi. Wiem, że on mieszka niedaleko, niedawno wprowadził się do klatki obok. Jest z młodszej klasy. Wychodzę na korytarz drugim wyjściem. Na podłodze pełno porozsypywanych puzzli i innych niezidentyfikowanych kolorowych przedmiotów. Podnoszę jeden puzzel. Na obrazku jest jakieś zwierzątko, możliwe, że łoś, podpisane imieniem Bobek albo jakimś innym podobnym. Zbieram kilka puzzli. Przychodzi Mikołajczyk. Pyta się co tam mam. "Puzzle." "O ja cię kręcę!, jakie super fajne!" i zbiera jak najwięcej. Idzie z nimi do tej małej przechodniej salki z tapetą jak papier do pakowania prezentów.


27-12-2020

Jadę z tatą, gdzieś autobusem. Do lekarza coś dla mamy załatwić? Nie wiem co to było. Wszystkie miejsca są zajęte. Z tyłu jakieś roześmiane dziewczyny wstają. Wydawało mi się, że to siedzenie skierowanie do przodu, ale było do tyłu. Najpierw były dwa wolne, teraz tylko jedno. Siadam i tak jedziemy.

Wchodzę do sklepu. Zastanawiam się dłuższą chwilę co ja tam miałem kupić. Jakieś warzywa, tak? Po prawej stronie od drzwi wejściowych są kasy samoobsługowe.Trochę się dziwię, tam przecież normalnie są lodówki. Warzyw też w sumie nie ma, ale we śnie jestem pewien, że są. Pytam się kogoś, gdzie są takie te, no, tam przed mięsami była lodówka z tymi takimi warzywami jakimiś takimi, kapustami? Podaje mi, ale mówię, że taką inną, morze to nawet kapusta nie miała być. Podaje mi inną kapustę i pyta się mnie w czym ta jest lepsza. Nie wiem, bo ja nawet nie wiem co ja miałem kupować. Nie pamiętam czy wziąłem tą kapustę czy nie. Wyszedłem drzwiami, też nie pamiętam, czy tymi, którymi wszedłem, czy drugimi, wyjściowymi. Ktoś czeka niby na mnie. Jakiś pijak czy bezdomny? Nie znam. Wygląda na niskiego krasnoluda. Idzie, a ja zanim. Przechodzimy przez ulicę i wchodzimy do lasu. Tu przez chwilę robi się taki jakby teledysk. Słyszę muzykę z Heilung "Hamrer Hippyer". Krasnal schował się za drzewa po lewej stronie. Po prawej stronie jest dziewczyna, prawdopodobnie G. z innego forum. Trzyma rudą wiewiórkę i wylizuje jej futerko na głowie. Wszystko tu dzieje się w lekkim przyśpieszeniu. Następnie zaczynamy rysować na ziemi jakieś wzory, linie, kwadraty w spiralę wokół drzew. Chyba rysujemy kredami, bo ślady są białe. Gdy ona rysuje, ja podążam śladem za nią tworząc drugą warstwę, wokół drzew i na ścieżce. Obwody elektryczne, elektroniczne czy coś podobnego? Wtedy pomyślałem, że to są jak ściany pozostawiane przez pojazdy z gry Armagetron Advanced, ale tam nie można było przejeżdżać przez te ścianki, a tu ona przecięła linie. To ja też. Poszła dalej. Jeszcze zrobiłem obwódkę za dwoma kamieniami i szybko za nią robiłem prostą linię, bo już za dużo tego było. Ona stała na skraju lasu i rozmawiała przez telefon. Pomyślałem, że pójdę i sprawdzę w tym czasie, co tam się działo w tamtym miejscu lasu, w którym weszliśmy. Idę jasnym "korytarzem" lasu. Na końcu jest zamazane, zasłonięte czymś. Po prawej za ogrodzeniem jest nieoświetlona biblioteka. Nagle zza zasłony wyskakuje straszny T. Rex. Trzeba było od razu wyjść z lasu tamtą stroną, a nie sprawdzać coś tutaj. Biegnę. Przeskakuję przez ogrodzenie i wskakuję w książki. Książki trochę mnie przysypują, ale tyranozaur wie, w którym miejscu jestem, chociaż jest tam ciemno. Po cichu się cofam. Budzę się.


04-01-2021

Słuchałem jakiejś muzyki na słuchawkach. Nagle do pokoju wlatuje pszczoła i siada na laptopie. Mama wchodzi do pokoju i mówi, że trzeba coś z tymi pszczołami zrobić, bo one się zagnieżdżają w ramach okna. Wyszedłem po coś do kuchni. W radiu grali akurat to samo co przed chwilą słuchałem na komputerze, ale nie byłem pewien tak do końca, więc zacząłem się przysłuchiwać. Wtedy właśnie mama wyłączyła radio. Wróciłem do pokoju. Coś brązowego mi zaćmiło po prawej stronie, widziałem kątem oka. Coś leciało przy ścianie. Patrzę, a tam ćma siedzi na ścianie. Wielka, brązowa ćma. Duża, co najmniej jak dłoń.


05-01-2021

Dwóch chodziło po zaśnieżonych górach. Jeden usiadł sobie (albo się przewrócił?). Drugi tyłem skoczył w przepaść. W tym czasie zrobił sobie selfie w locie. Chciał, aby zdjęcie było z innej niż zwykle perspektywy. Zdążył odrzucić telefon, co by ten pierwszy zobaczył zdjęcie. Ten co się przewrócił się obudził i patrzy co się stało z kolegą. Robiący zdjęcie, okazało się, że w porę złapał się czegoś wystającego, może korzenia drzewa i właśnie się wspina na górę.


06-01-2021

Siedzę na torach (przed biblioteką?). Zbliża się pociąg. Kładę się i wchodzę pod tory. Czekam, aż przejedzie nade mną. Wstaję i jestem w kuchni. Ten pociąg wjeżdża, ale jest w całości zbudowany z książek. Książki wjeżdżają po stole i rozsypują na podłogę. Przychodzi jakaś dziewczyna i dokłada jeszcze więcej. Mieszają się na podłodze. Przenosimy je na moje łóżko. Na łóżku już jest dużo wielkich, ciężkich ksiąg. Mam je niby przeczytać w kilka dni, a tu jeszcze kilkadziesiąt dodatkowych dochodzi. Może dam radę. Siedzę teraz na starym łóżku, odwrotnie ustawionym. Jest tamta dziewczyna. Oprócz niej, na końcu łóżka, jeszcze siedzi przede mną po turecku jakaś pani, chyba nauczycielka. Otworzyła mój zeszyt od matematyki i przegląda. Z zeszytu wypadła kwadratowa karteczka z narysowanym, za pomocą czarnego długopisu, konturem kwadrata, a w środku kwadrata czarna kropka. Pyta się mnie "A jak tam twoje oceny?" A za chwilę "Kto ci to założył?" "To będzie jeszcze kilka razy."

W szkolnej sali leżało dużo różnych rzeczy porozkładanych na ławkach i na podłodze. Mama stała przy biurku nauczycielskim. Znalazłem dwa plastikowe pudełka od kaset z muzyką. To były piosenki Michaela Jacksona. Widziałem wcześniej dwie kasety w paczkach z prezentami, które chyba pakowałem. Były trzy paczki, mała, średnia i duża. Przez chwilę widziałem ich zawartość. Te paczki z prezentami to były stałe, które się dawało komuś na prezent, a potem oni oddawali z powrotem i pakowało się znowu do tych trzech paczek, aby czekały na następny rok. I potem znowu to samo. Byłem pewien, że te dwie kasety były w tej średniej. Wyciągnąłem jedną, ale kaset nie znalazłem, bo to była mała paczka. Średniej i dużej jakoś nie mogłem znaleźć. Dwie baterie paluszkowe leżały na biurku nauczycielskim. Podniosłem je, ale tam nic nie było nagrane, bo to były zwykłe "operacyjne" baterie. Odłożyłem je.

Pani nauczycielka prowadziła nas do jakiejś innej sali. Kilka osób mnie namawiało, abym zobaczył kto tam mieszka. Tam po lewej, korytarzem, tam mieszka stara baba. Ciekawe czy się nie będę bał, bo ona tak naprawdę nie jest człowiekiem. Dobra, idę. Prowadzi mnie jakaś pani. W sumie to tej się powinienem bać, miała pół twarzy zniekształconej i czarnej jakby była spalona. No to dzwonię i ta pani, co miała być straszna, otwiera drzwi. Ja wtedy z krzykiem AAAAAA, uciekam. Chociaż nie wiem dlaczego. Wyglądała normalnie, nie to co ta co mnie tam prowadziła, pewnie zombi jakieś. Biegnąc zauważam, że ktoś wchodzi do środka przez "klatkę schodową". Tutaj była wielka galeria handlowa połączona z mieszkalnymi apartamentami i szkołami. Wracam się do nich, ale się zgubiłem tam i nie mogę ich odnaleźć. Dochodzę do końca korytarza (to pewnie nie był koniec, dalej to się ciągnęło). Końcówka była słabiej oświetlona. Szły panie pielęgniarki. Wchodzę schodami na jasne piętro. Tutaj był szpital psychiatryczny połączony z zakaźnym. Słyszę śmiechy łachahaha. Waldek Kiepski się śmieje i potem coś mamrocze do innych. Jest tam też, trochę do niego podobny, jakiś dawny kolega, dzieci i inni pacjenci. Bawią się. Dziwne, że nikt mnie nie zauważył. Schodzę z powrotem, bo psychiatrykiem nie będę szedł. Przechodzę przez całą galerię i siadam przy ścianie, tam gdzie to dziwne mieszkanie było. Ktoś z klasy wrócił. Pokazuję mu, że mam taką ulotkę. W prawej, pomarańczowej części zostały takie jakby resztki gry, która została zgubiona. Te resztki są minigierką. Widok z góry na las, słabo zarysowane jakby ołówkiem. Zaczyna się poruszać, idzie jakaś nieokreślona postać. Wciąga nas. Przechodzimy przez jakieś zgliszcza. Wchodzimy do opuszczonego kościoła. To jest inna strefa rzeczywistości. Panuje tu leśny chaos,  wszędzie ziemia, ściółka, szyszki, kora, gałęzie leżą naokoło. To jest miejsce złej czarownicy. Niby mamy tam kogoś ratować (jakieś zwierzątko?). Wchodzę na niewielką górkę usypaną z kamieni. Po drugiej stronie stoi szaro czarny wilk. To ta czarownica ukazała się nam w takiej formie. Mały, leśny ludek przebiega obok wilka i gdzieś biegnie. Wilk zmienia się w bardziej ludzką postać. Ta czarownica stoi po środku kościoła. Coś do nas mówi. Widać tego ludka pod ziemią. Widzę go tak jakoś z boku, widzę co robi pod ziemią i poza, to co się dzieje ponad ziemią. On wyciąga dwa kolce i spod ziemi wbija je w bose stopy czarownicy. Ona rozzłoszczona, rozkazuje swoim służącym, aby go złapali. Okazało się jednak, że pod ziemią były drzwi czasoprzestrzenne i jego dawno już tam nie było. Powiedziała, że możemy już iść. Ten ktoś z kim tam byłem przechodzi pomiędzy drzewami. Zarówno czarownica i ten ktoś byli niewyraźni. Poszedłem za nim i wszedłem do windy. Poruszamy się do góry, na zewnątrz. Wchodzi wizja czterech mafijnych braci jadących czarnym samochodem w nocy. Oni się już przewijają przez dłuższą serię snów. Kim oni są? Gangsterami wampirami? Czterech wiralnych jechało przez snieżną noc. Wychodzimy z windy do tej "klatki schodowej" i przechodzimy do galerii handlowej. Gdzieś po środku, spotykamy się z innymi, czekającymi na nas. Omawiamy co zdarzyło się w strefie leśno kościelnej. Ludek nam zwiał, a czarownica nic nie zdziałała.

 

W szybkiej odpowiedzi możesz użyć kodów BBC i uśmieszków tak jak przy normalnej odpowiedzi.

Nazwa: Email:
Weryfikacja:


Pytanie anty-spamowe:
Przepisz nazwę
kreatywni
pomijając samogłoski: