Szkoła zmienia młodego człowieka z pytającego w odpytywanego

  • 0 replies
  • 1247 views
*

Offline Iwona

  • *****
  • 145
  • +24/-1
Szkoła zmienia młodego człowieka z pytającego w odpytywanego
Z Marią Mach rozmawia Zuzanna Ziomecka



Obecny system pilnuje, by dzieci zdobywały dokładnie tę samą wiedzę, a później się dziwimy, że one ze sobą źle współpracują - rozmowa z dyrektorką Krajowego Funduszu na Rzecz Dzieci
Artykuł otwarty
Czy żyjemy w dobrych czasach dla dzieci?

W wyjątkowo ciężkich. Dzieci mają zbyt dużo swobody i jednocześnie zbyt wiele od nich oczekujemy, nie dając im wystarczającego wsparcia w układaniu sobie świata i spokojnym dojrzewaniu. To są drobne, ale znaczące świadectwa pajdokracji, czyli przekonania, że dzieci wiedzą lepiej, że należy im oddać głos w każdej sprawie.

Czy Janusz Korczak nie tłumaczył, że tak trzeba?

Owszem, ale Korczak działał w innych warunkach, pracował z dziećmi porzuconymi, czasem dorastającymi w ekstremalnie trudnych warunkach. Nie można przekładać jego pomysłów na zadbane i dopieszczone dzieci naszej epoki. Nie chcę powiedzieć, że teraz nie ma dzieci głodnych czy potrzebujących opieki, ale są w mniejszości.

Eksperci radzą, by dzieci chwalić i nie uświadamiać im, jak okrutny jest ten świat.

Tak, wiem. Dzieci trzeba chwalić, wspierać oraz nagradzać. Jak ładnie narysowałeś, jak pięknie zaśpiewałeś! Jak ślicznie przykleiłeś gumę pod stołem! Jak się ładnie potknąłeś! Aż w końcu następuje traumatyczne wyjście spod tego klosza.

Historia stara jak świat

Nieprawda. W rzeczywistości domowej dziecka wiele się zmieniło. Mamy teraz przeważnie jedno lub dwoje dzieci, więc cała rodzina skupia się na nim. Szóstka, ósemka czy dziesiątka przemykała trochę bokiem i były z tego korzyści.

Naprawdę?

Tak. Ponieważ to, co tak obficie oferujemy dzieciom nie jest najcenniejszą formą uwagi. Jesteśmy skoncentrowani na tym, czego dzieci chcą, i na tym, żeby im to dać. Na niecierpliwym zaspokajaniu ich potrzeb - prawdziwych czy nie. W efekcie dzieci są doskonale wytrenowane w spełnianiu swoich zachcianek. I nie wiedzą, że żeby coś mieć, trzeba się napracować.

A jak powinna wyglądać uwaga wyższej jakości?

Trzeba przekazać dzieciom inicjatywę. Powinniśmy im się przyglądać, szczególnie gdy coś tam sobie robią same. To daje bardzo dużo informacji. Najczęściej jednak, zamiast posłuchać dziecka albo popatrzeć, co przyciąga jego uwagę, zapisujemy je na pięć przypadkowych zajęć dodatkowych, bo może któreś wypali.

Zajęcia mają dać dzieciom szansę na znalezienie swojej pasji. To źle?

Źle, bo ten plan wynika z niecierpliwości. Chcemy, żeby nasze dziecko jak najszybciej objawiło jakiś talent, jak najszybciej się rozwijało, najlepiej od razu mądrze i konstruktywnie, a my będziemy patrzeć i cieszyć się tym, że będzie w przyszłości zarabiało dużo pieniędzy.

A "czym skorupka za młodu nasiąknie"? A kluczowe pierwsze 3 lata życia? Trzeba działać!

Współcześni rodzice zapominają, że to, co dziecko naprawdę chłonie, to ich życiowa postawa, że nasiąka ich stosunkiem do życia, także w drobnych sprawach. Ale nie mówią dziecku o tym, co naprawdę o życiu myślą, czego faktycznie się boją albo co uważają za cenne. Wciskają mu za to produkty.

Zabawki?

Nie tylko. "Kompetencje w zakresie języków", "rozwój kreatywności" i tak dalej. Ale mało z dzieckiem rozmawiają. A przecież nie chodzi od razu o fundamentalne egzystencjalne rozmowy, jak powinno wyglądać życie. Chodzi o mądrą reakcję na to, co dziecko ciekawi, albo na to, że go nic nie ciekawi. To też jest ważny sygnał.

Co zrobić w takim przypadku?

Trzeba się tym zainteresować. W normalnej sytuacji świat jest ciekawy. Jeśli dziecko zachowuje się tak, jakby było odwrotnie, to musi istnieć jakaś przyczyna. Być może, co zdarza się teraz bardzo często, dziecko jest przytłoczone nadmierną liczbą bodźców. To jest ogromny problem, szczególnie dla małych dzieci, które są jeszcze w spontaniczny sposób ciekawe świata. Jeszcze bardzo wielu rzeczy nie wiedzą i muszą się dowiedzieć, żeby funkcjonować. Ale żeby się dowiedzieć, powinny wykazać własną inicjatywę, a my najczęściej sadzamy je przed telewizorem czy komputerem. To oczywiście wygodniejsze i bezpieczniejsze, niż pozwolić dziecku troszkę podziałać bez nadzoru, popróbować, jak świat smakuje, dowiedzieć się, kiedy boli, a kiedy brudzi. Tylko że strasznie się boimy, że "coś sobie zrobi", no i nie bardzo chce się nam po tym wszystkim sprzątać.

Ciężko stworzyć taki alternatywny świat dziecku, kiedy rodzice na okrągło oglądają tv, używają komórek, tabletów i komputerów.

Tu jest sedno sprawy. Możemy sobie mówić dowolne rzeczy o tym, co należy robić lub czego nie robić dla dziecka, ale tak naprawdę rzecz się zaczyna od nas i naszego stosunku do życia. Ale o tym się nie rozmawia. Gdyby ktoś podczas rodzinnego obiadu nagle powiedział: "Kochani, ale co to właściwie jest prawda?", narobiłby sobie większego obciachu, niż gdyby się upił, prawda? Jak Pani sądzi, dlaczego tak jest?

Bo to są pytania do etyka lub filozofa?

No właśnie! I to jest dramat. Bo przecież to są pytania ważne dla wszystkich. Nie rozmawiamy o tym, bo nie czujemy się "kompetentni". Już w latach 60. Hanna Arendt o tym pisała. Wymyśliliśmy sobie, a trochę nas o tym przekonano, że każdy poważny problem w życiu powinien rozwiązywać "specjalista". W ten sposób zrzucamy z siebie odpowiedzialność. Po co mamy segregować śmieci, od spraw środowiska jest przecież Greenpeace.

Ryzykuje Pani gniew tłumu, twierdząc, że rodzice nie powinni korzystać z rad specjalistów - autorów poradników, których na rynku są setki.

Specjaliści sprawdzają się w przypadku zapchanego zlewu. Ale jeśli chodzi o to, jaki sens ma nasze życie, o to, jak mamy sobie poradzić z lękiem, odpowiedzialnością czy wyzwaniami, to nie ma ekspertów. Oczywiście możemy i powinniśmy czytać, przyglądać się, szukać podpowiedzi u ludzi mądrych, ale ostatecznie tylko my odpowiadamy za to, co robimy. Jeśli nie rozmawiamy o tym z dziećmi, to jest dramat. To znaczy, że nie radzimy sobie jako rodzice.

Brakuje nam poczucia odpowiedzialności i odwagi. Trzeba być odważnym, żeby powiedzieć dziecku, co ma w życiu sens. A nas natychmiast otacza chmara wątpliwości: "O matko, a jeśli nie to, tylko coś innego? Lepiej pójdźmy do specjalisty". Trzeba sobie poradzić z ryzykiem podejmowania decyzji w sytuacji, kiedy nie mamy stuprocentowej pewności.

Łatwiej zadbać o bezpieczeństwo, niż wyjaśnić sens ludzkiej egzystencji.

O! Na punkcie bezpieczeństwa to my mamy wychowawczego hopla. Dziecko jest doskonale edukowane, czego nie wolno mu robić, bo to jest niebezpieczne. Rzeczy paskudne, ale bezpieczne są za to na ogół dozwolone.

No nie. Brudnym nie wolno dziecku być.

Ale wrzeszczeć w miejscu publicznym mu wolno, prawda? Zostawiać papierek na ulicy wolno? Jeśli dziecko w ferworze zabawy rozbije szklankę lub kopnie kolegę, natychmiast zjawia się rodzić i mówi: "Nic się nie stało!". Sprząta szkło i daje poszkodowanemu dziecku cukierka. To jest fatalne! To uczy dziecko kompletnej bezkarności i obojętności na innych. A jeśli dodamy do tego kreskówkę czy grę, w której trzy razy zabity królik wstaje i kica dalej, to związek między tym, co robi dziecko, a tym, co się dzieje w rzeczywistości, staje się bardzo luźny. Tymczasem to jest podstawowy element dojrzałości: ja coś robię - coś się dzieje. Bez tej świadomości wyrastają roszczeniowi, nieporadni dorośli.

Mamy społeczeństwo niedojrzałych do odpowiedzialności ludzi, którzy się dziwią, że ich dzieci nie są dojrzałe do odpowiedzialności.

Ale jak nieodpowiedzialni rodzice mają wychować odpowiedzialne dziecko?

Paradoksalnie - robiąc jak najmniej. Błędnie sądzimy, że jeśli wielu rzeczy nie zrobimy i wielu rzeczy dziecku nie damy, to nie zaliczymy zadania "wychowanie". Tymczasem to, czego współczesnemu dziecku najbardziej brakuje, to konieczność zdobywania czegoś samodzielnie oraz czasu na nic nierobienie, kiedy się myśli i dojrzewa. Ważna jest świadomość, że dziecko rośnie samo, ale z naszą pomocą i przez potrzebny mu dość długi czas.

Postęp technologiczny przyzwyczaił nas do błyskawicznych reakcji w typie tych komputerowych - kilkam i mam. Ale człowiek w ten sposób nie funkcjonuje. Bardzo wiele w nas dzieje się powoli i pod spodem. Dziecko też nie przestaje bić kolegów w klasie natychmiast po tym, jak zwrócimy mu uwagę. Musi zrozumieć sytuację społeczną i swoje w niej miejsce. Zapominamy, że to proces organiczny, nie komputerowy, więc zamiast dać dziecku czas, znów idziemy do specjalisty. To jest łatwiejsze niż codzienne przyglądanie się i rozmawianie.

Czyli jednak Korczak

Ja rozumiem jego nawoływanie do poświęcania dzieciom uwagi jako zachętę do obudzenia w sobie ciekawości. To właśnie wspólna płaszczyzna, która powinna łączyć dorosłych i dzieci. Dzieci są w naturalny sposób ciekawe świata, ale oczekują też, że świat zaciekawi się nimi.

Ciekawość dzieci bywa frustrująca. Tysiące pytań. W tym te, na które nie znamy odpowiedzi.

Mam metodę, która polecam nauczycielom pracującym z wybitnie zdolnymi dziećmi. Gdy pada pytanie, na które nauczyciel albo rodzic nie potrafi odpowiedzieć, niech powie: "To jest bardzo ciekawe. Czy możesz mi to wytłumaczyć?". W momencie zainteresowania się problemem, "nie wiem" staje się atutem. Staje się świadectwem, że dorosły jest gotowy poświęcić danemu problemowi czas.

Jestem w stanie wyobrazić sobie takiego rodzica. Ale nauczyciel? Z trzydziestoma dzieciakami w klasie?

Ale czy na pewno potrzebujemy trzydziestoosobowych klas złożonych z dzieci w tym samym wieku? Nie nawołuję do anarchii. Jakiś system jest potrzebny, zgoda. Ale pozwólmy sobie na chwile fantazji. Ja mam wizję społeczeństwa, w którym edukacja nie jest obowiązkowa - uczą się tylko te dzieci, które chcą.

Szkoły byłyby puste! Przecież to nie dzieci chcą się uczyć, tylko rodzice wymagają, by to robiły.

Ależ każde dziecko chce coś wiedzieć! Tymczasem szkoła to pragnienie systematycznie tłamsi. Skutecznie zamienia młodego człowieka z pytającego w odpytywanego. W kogoś, komu dorosły kazał się dowiedzieć, bez względu na to, czy jest tym zainteresowany czy nie.

W takim razie czego te ciekawe świata dzieci uczą się w Pani idealnej szkole?

Każde czegoś innego! Zakładamy, że nie wszystkie dzieci chcą umieć to samo. Obecny system pilnuje, by młodzi ludzie zdobywali dokładnie tę samą wiedzę, a później się dziwimy, że oni ze sobą źle współpracują. Przecież zespół nie może się składać z ludzi o takich samych umiejętnościach i wiedzy! To jest dobre w armii, gdzie indziej nie działa. Pracujemy dobrze jako zespół tylko wtedy, kiedy jedni mają luki, a drudzy w tym miejscu górkę. Więc idea kształcenia wszystkich na jednakowych przynosi konsekwencje, które nam się nie podobają. Ale wciąż jeszcze trudno nam od niej odejść.

Bo niełatwo zbudować powtarzalny system oparty na indywidualnym podejściu do ucznia.

Nie uważam, że system musi być powtarzalny. Mam ideę czegoś w rodzaju kiosku edukacyjnego. Miejsca, gdzie pracują ludzie z trzema podstawowymi zdolnościami: czytania ze zrozumieniem, słuchania ze zrozumieniem i mówienia ze zrozumieniem. I czekają na ludzi, którzy chcą się czegoś dowiedzieć, ale też sami dowiadują się razem z nimi. Bardzo różnych rzeczy na bardzo różnych poziomach. W ten sposób stwarza się szansę, by dziecko skoncentrowało swoje siły na tym, co wychodzi mu dobrze, zamiast ćwiczyć je batem, żeby robiło lepiej to, co wychodzi mu źle.

To niestety tylko wizja. A co teraz świadomi, mądrzy rodzice mogą zrobić, jeśli mają do wyboru tylko zwykłe szkoły?

Trochę kontaktu z rzeczywistością jeszcze mam. Wiem, że rodzice, którzy chcieliby odpowiedzialnie wychować swoje dziecko, są w potwornie trudnej sytuacji. Ale muszą walczyć.

Tylko jak?

Szukać szkoły, gdzie dziecko ma szansę coś wartościowego przeżyć. A to znaczy po prostu szukać wartościowych ludzi. Nauczyciela, o którym wiadomo, że inaczej uczy chemii. Nauczyciela, który prowadzi kółko, niekoniecznie olimpijskie, ale takie, gdzie można sobie poeksperymentować. Takiego, który pojedzie z dziećmi na wycieczkę, żeby im coś ciekawego pokazać. Najlepszym kluczem do wszystkiego jest zawsze człowiek.

Co jeszcze sprawdzać?

Warto zajrzeć na stronę internetową. Nie patrzeć na to, czym szkoła dysponuje i które zajmuje miejsce w rankingu, ale jak o sobie mówi. Co dla jej nauczycieli jest naprawdę ważne, a co drugorzędne. Mój niepokój budzą slogany typu: "dziecko jest u nas w centrum zainteresowania", "rozwijamy kluczowe kompetencje", "traktujemy dziecko podmiotowo". Jeśli ktoś marnuje czas na to, żeby pisać, że podmiotowo traktuje dziecko, na pewno brakuje mu go na coś innego.

A olimpiady, konkursy, osiągnięcia?

Na to trzeba uważać. Są szkoły, które przypominają stajnie wyścigowe - dzieci mają startować, reprezentować, dostawać nagrody, bo dla szkoły przekłada się to na miejsce w rankingu. Jeśli w jakiejś szkole 70% uczniów startuje w konkursie matematycznym, to w mojej głowie zapala się czerwone światełko. Generalnie unikałabym szkół skupionych na statystykach.

Kiedy rodzic czy nauczyciel zbiera plony swojego wysiłku?

Mogę powiedzieć o swoim doświadczeniu z ludźmi, którym towarzyszyłam w naszym programie przez 8 czy 10 lat i z którymi się pod koniec zaprzyjaźniłam. Wzruszał mnie i przejmował moment, kiedy ja się od nich dowiadywałam czegoś szalenie istotnego, co zmieniało mój pogląd na świat. Słuchałam takiego człowieka i myślałam: "O! A ja na to tak nie spojrzałam". I wtedy już wiedziałam, że dojrzał.

Iwona Puczko

 

W szybkiej odpowiedzi możesz użyć kodów BBC i uśmieszków tak jak przy normalnej odpowiedzi.

Uwaga: W tym wątku nie pisano od 120 dni.
Jeżeli nie masz pewności, że chcesz tu odpowiedzieć, rozważ rozpoczęcie nowego wątku.

Nazwa: Email:
Weryfikacja:


Pytanie anty-spamowe:
Przepisz nazwę
kreatywni
pomijając samogłoski: