Kiedyś szkoła miała autorytet, bo była szkołą, a dziś ...

  • 0 replies
  • 1351 views
*

Offline Iwona

  • *****
  • 145
  • +24/-1


Kiedyś rodzice mówili dzieciom: "To jest szkoła" i to wystarczało, nikt się nie zastanawiał, jaka ta szkoła jest, jakie ma wyniki, osiągnięcia, jaki jest dyrektor. Szkoła miała autorytet, bo była szkołą. Dziś to się oczywiście zmieniło na dobre i na złe - opowiadają tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego dyrektorki szkół.
Artykuł otwarty
Małgorzata Zubik: Czy szkoła będzie czynna całodobowo?

Anna Walczak, dyrektor SP nr 32 z Oddziałami Integracyjnymi im. Małego Powstańca: Dziś rodzice nie mają czasu. Szkoła musi wychować, nauczyć, nakarmić i odrobić lekcje z dzieckiem. Najlepiej, żeby wszystkie zajęcia dodatkowe były w szkole, od angielskiego po pływanie, bo rodzic nie ma czasu po pracy wozić dziecka na zajęcia. Kiedyś szkoła miała tylko uczyć, dziś ma się opiekować dzieckiem co najmniej do godz. 18.

Jak zmienili się rodzice uczniów i ich oczekiwania od czasów, kiedy zaczynała pani pracę w szkole?

Bardzo się zmienili. Kiedy zaczynałam pracę, był 1 września 1989 r. i miałam 22 lata. Przed sobą miałam 34 wpatrzone we mnie buzie uczniów. I cudownych rodziców, którzy mieli wielki szacunek dla szkoły, wierzyli w to, że szkoła wyuczy dzieci. Nauczyciel miał wielki autorytet.

Mówi pani o autorytecie w czasie przeszłym.

Nie bez powodu. Powtarzam nauczycielom coś, co przytrafiło mi się na początku kariery. Przyszedł tata uczennicy i mówi, jak o drugiej w nocy przypomniała sobie, że pani poprosiła o marchewkę do szkoły. Rano szukał tej marchewki u sąsiadów, w bloku wszyscy się znali, dostał tę marchewkę. Dziewczynka nie chciała z niej zrezygnować, bo "pani tak powiedziała". A co pani powiedziała, było święte.

Kilka lat temu poprosiłam o ziemniaki. Każdy miał przynieść jeden, mieliśmy robić z nich pieczątki. Na drugi dzień jeden z uczniów nie ma ziemniaka. Mama powiedziała, że pani to jest chyba głupia, skoro o ziemniaka z dnia na dzień prosi, przecież ona nie ma w domu ziemniaków.

Ale to chyba pokazuje, że zmienili się dorośli. Dla małych dzieci zdanie pani liczy się w takich sytuacjach bardziej niż mamy. Skoro pani mówi, że długopis ma być niebieski, to czarnego nie weźmie za nic.

To prawda. Zmienili się dorośli.

W jaki sposób?

Kiedy zaczynałam pracę, było biednie, trudne czasy. Ale kiedy poprosiliśmy rodziców, żeby coś przynieśli do szkoły, np. papier, nie było problemu. Dziś często słyszymy od rodziców, że przecież dyrektor szkoły ma budżet, że szkoła jest bezpłatna.

Ale są też rodzice, z którymi wspaniale się porozumiewam. Jak moi w radzie rodziców. Współpracują, pomagają szkole, są zaangażowani. Sami organizują wielki coroczny festyn. Ale wiem od innych dyrektorów, że często rady rodziców zachowują się tak, jakby to one same miały zarządzać szkołą, jakby dyrektor był niepotrzebny.

Czego rodzice oczekują dziś od szkoły?

Szkoła musi wychować, nauczyć, nakarmić i odrobić lekcje z dzieckiem, bo rodzic nie ma czasu. Najlepiej, żeby wszystkie zajęcia dodatkowe były zorganizowane w szkole, od angielskiego po pływanie, bo rodzic nie ma czasu po pracy wozić dziecka na zajęcia. Kiedyś szkoła miała tylko uczyć, dziś ma się opiekować dzieckiem co najmniej do godz. 18.

To świetlica czynna "tylko" do godz. 18 nie wystarcza?

Co roku organizujemy w Śródmieściu targi edukacyjne. I proszę sobie wyobrazić, że co roku pada pytanie, czy szkoła będzie czynna całodobowo.

To żart?

Nie, pytanie jest absolutnie serio. Ktoś słyszał o całodobowym przedszkolu, pyta więc i o taką szkołę.

Kiedy rozmawiam z nauczycielami, to nierzadko słyszę, jak wielu mówi, że dziś rodzice są roszczeniowi.

Tak, rodzice są do szkoły nastawieni roszczeniowo.

Ale co to znaczy? Jaki jest rodzic roszczeniowy?

Przychodzi do nauczyciela i żąda rozmowy natychmiast. Nieważne dla niego, że jest lekcja. Wchodzi do mojego gabinetu, chociaż od sekretarki słyszy, że teraz nie może, łapie za klamkę i wchodzi.

Rodzic roszczeniowy na zebraniach zawsze jest pod prąd, potrafi podnieść głos. Nie przyjdzie do nauczyciela, żeby wyjaśnić sprawę. Nie, od razu do dyrektora albo pisze skargi do kuratorium, wydziału oświaty, gazety. Myślę, że ludzie często są dziś sfrustrowani, gdzieś muszą rozładować emocje i robią to w szkole. Rodzic nie ma gdzie zaparkować auta pod szkołą - to wina dyrektora. Niech coś z tym zrobi. Jak Jaś wróci do domu bez kapci, to rodzic przybiega od razu do dyrektora ze skargą, że Jasiowi kapcie ukradli. Nie zastanowi się, czy może kapcie się zawieruszyły albo Jaś zapomniał, a może pani woźna je gdzieś widziała.

Ale pani sama podawała przykład doskonałej współpracy z radą rodziców.

Bardzo często spotykamy się jednak z przejawami niezrozumienia. Czuć, że nie ma szacunku do zawodu nauczyciela. Stracił swój prestiż. Dziś dziecko rozstrzyga, jak rodzic patrzy na szkołę. Rodzic nie wierzy w to, co mówi nauczyciel. Liczy się relacja dziecka. A przecież większość nauczycieli robi wszystko, co można, żeby dzieciom było w szkole dobrze, żeby czuły się bezpiecznie, jak w drugim domu.

Wyłania się z tego obraz rodziców, którzy nie ufają szkole.

To prawda. Ale pod tym względem zmieniło się całe społeczeństwo, brak nam zaufania do drugiej osoby. Nauczyciele też się zmienili. Coraz trudniej o nauczyciela z powołania. Przychodzą do mnie kandydaci do pracy i pytanie o zarobki, o godziny, czasem nawet o urlop w trakcie roku szkolnego pada często jako pierwsze. Kiedy ja przyjmowałam się do pracy, czułam do dyrektora tak ogromny respekt, że przez głowę by mi nie przeszły takie pytania.

Teraz szukałam nauczyciela świetlicy. W ciągu 20 minut przyszło 200 odpowiedzi na ogłoszenie, które zamieściłam na stronie kuratorium. Wybrałam na rozmowę 20 osób. Tylko jedna nadaje się świetnie do tej pracy. Nauczyciel w świetlicy musi być uśmiechnięty, ale też mieć pasję. Mam wrażenie, że sporo osób wybiera pedagogikę z przypadku, pracę w szkole traktują jako coś przejściowego.

Ale też zawód nauczyciela jest trudniejszy, musicie państwo na wszystko mieć dokumenty.

To prawda. Kiedyś był dziennik papierowy i arkusz ocen, wypisywało się ręcznie świadectwa i to było wszystko. Teraz kwitnie papierologia. Dwa dzienniki, drugi elektroniczny, arkusz ocen, programy wychowawcze, profilaktyczne - im grubsze, tym lepsze. Do tego awans zawodowy, nauczyciel cały czas udowadnia różnymi świadectwami i kwitami, że się rozwija i dokształca.

Nauczyciele też chyba są nieufni i boją się rodziców. Spotkałam na festynie w przedszkolu nauczycielkę, która na dzień dobry mówi mi, że podwiozła mojego syna na festyn samochodem, bo szedł pieszo, a to kawałek. I bardzo przeprasza, bo nie miała na to mojej zgody. Obróciłyśmy sytuację w żart, byłam jej wdzięczna za to, że zaopiekowała się moim dzieckiem. Ale wniosek z tego nie jest wesoły.

O tak, za podwiezienie autem grozi kryminał. We wrześniu zaczynamy zbierać podpisy rodziców pod zgodą na wszystko, co można tylko sobie wyobrazić. Nawet na wyjście z nauczycielem na zajęcia do domu kultury, który mamy tu obok. Takie rzeczy są doprowadzone do absurdu. Fajni nauczyciele nie będą chcieli przychodzić do szkół.

Czego życzyłaby sobie pani na nowy rok szkolny?

Bardzo chciałabym, żeby to był rok zrozumienia, współpracy, żeby rodzice uwierzyli, zaufali nauczycielom i dyrektorowi, że oddają dzieci pod opiekę fachowców. Nauczyciele to nie są osoby z przypadku, ciągle się kształcą, całym sercem są z dziećmi. Dla nas dziecko jest zawsze najważniejsze.



Rodzice zaczęli być świadomi swoich praw

Myślałam, że wszystkie przeszły transformację. A teraz widzę, że owszem, nastąpiła zmiana, ale w wielu przypadkach w kierunku "wyścigu szczurów", zmuszania do pędu do wiedzy za wszelką cenę. Bardziej ten pęd widzę w ambicjach dyrektorów i nauczycieli, i może niektórych rodziców.

Małgorzata Zubik: Kiedy zaczęła pani pracę w szkole...

Hanna Konwińska, była wieloletnia dyrektor SP nr 92 im. Jana Brzechwy, obecnie pracuje w niepublicznym gimnazjum: Był rok '65 i miałam 18 lat. To była szkoła numer 106, obok Huty na Bielanach. Środowisko było specyficzne, napływowe. Hutnicze. Dzieci intelektualnie słabsze od innych, ale cudowne, jeśli chodzi o kwestie wychowawcze. Pamiętam, że szkoła była centrum kultury. Rodzice mówili dzieciom: "To jest szkoła" i to wystarczało, nikt się nie zastanawiał, jaka ta szkoła jest, jakie ma wyniki, osiągnięcia, jaki jest dyrektor. Szkoła miała autorytet, bo była szkołą.

Kiedy to się zmieniło?

Pamiętam już inny klimat w latach 80., kiedy zostałam dyrektorką w SP nr 92 na Żoliborzu. Szkoła była po prostu obowiązkiem, wszystkie dzieci szły do rejonowej podstawówki. To, co mnie wtedy uderzyło, to status nauczycieli. Nie wiem, jak było w innych szkołach, ale w tej uderzyło mnie przedmiotowe traktowanie dzieci. "Nauczyciel umie na czwórkę, uczeń na trójkę". I nie było dyskusji. Niewiele przyjaznej atmosfery, zaufania. Tak było, jak przyszłam. Potem była transformacja. Klimat był taki, żeby wszędzie wyciąć urzędujących dyrektorów, zaczęły się konkursy. Wygrałam mój pierwszy konkurs na dyrektora, ale nie chciano mi powierzyć stanowiska. I to był pierwszy raz, kiedy swoją siłę pokazali rodzice. Wywalczyli dla mnie posadę dyrektorki, kurator miał już dość tego nachodzenia przez rodziców. Dziś wiem, że rodzice w szkole to największy potencjał. Oddają do szkoły swój największy skarb, małe dzieci, trzeba zapewnić im poczucie bezpieczeństwa.

A kiedy rodzice zaczęli przebierać w podstawówkach, wozić dzieci dalej, byle do tej "lepszej" szkoły?

Myślę, że to się w jakiś sposób zaczęło, kiedy weszła reforma oświaty i wprowadzono gimnazja. Mieliśmy około 800 uczniów. I nagle w jednym roku odeszli od nas ośmioklasiści i szóste klasy. Usiedliśmy z nauczycielami i zaczęliśmy się zastanawiać, co robić, żeby nie zwalniać świetnej kadry. Co z fizykami, chemikami? Tych przedmiotów już w podstawówce nie było. Chcieliśmy mieć pracę. Stało się jasne, że musimy mieć dzieci.

Tylko jak to zrobić? Kiedy zaczynałam, zapamiętałam sobie słowa kuratora oświaty, wtedy to był Włodzimierz Paszyński, dziś wiceprezydent Warszawy. Wręczał nominacje nowo wybranym dyrektorom i powiedział, że szkoła, żeby była dobra, musi być "jakaś". Chciałam po prostu, żeby ta nasza szkoła była "jakaś", nie taka jak wszystkie. Wypracowaliśmy wspólnie z rodzicami autorski program. Nasze priorytety, wokół których powstał program, to komunikacja, integracja i przeciwdziałanie agresji. I że włączamy w to uczniów, nauczycieli i rodziców wspólnie. Muszę podkreślić, że mieliśmy wspaniały, kreatywny i profesjonalny zespół nauczycieli, który dawał gwarancję sukcesu.

To wtedy, w końcu lat 90. zaczęło się mówić głośno o agresji w szkołach?

Było to coś nowego, mówienie o tym na taką skalę; powstał nawet program w ministerstwie "Przeciwdziałanie agresji". Odpowiedzieliśmy na potrzebę rodziców, ale w szkołach zawsze były bójki, zaczepki, wyzwiska.

Rodzice przychodzą i wymagają? Żądają, żeby szkoła wszystkiego dziecka nauczyła?

Nie, u nas było inaczej. Włączyliśmy rodziców w tworzenie programu szkoły. Rodzice wtedy bardzo garnęli się do pomocy, byli otwarci. Ale też my traktowaliśmy ich już zupełnie inaczej. Cała rada pedagogiczna przeszła trzyetapowy kurs komunikacji interpersonalnej. Przestaliśmy usadzać rodziców w ławkach i traktować jak uczniów. Na zebraniach nauczyciel nie przemawiał do nich ex catedra, tylko siadał w ławce, które ustawialiśmy w krąg.

Do pani szkoły rodzice przywozili dzieci z Łomianek, Białołęki. Nie chcieli posyłać ich do rejonowych szkół. Dlaczego?

Traktowaliśmy rodzica jak klienta, który dostaje usługę. A ten klient ma prawo się wypowiedzieć na temat tej usługi. Poza tym mieliśmy bogatą ofertę. Taniec towarzyski, chór, zajęcia sportowe ze świetnymi wuefistami. Mieliśmy też bardzo dobre wyniki w nauce, ale jeszcze nie było mody na rankingi. Rodzice dowiadywali się o nas pocztą pantoflową, od innych rodziców. Nie musiałam zwalniać nauczycieli, mieliśmy zawsze wystarczająco dużo chętnych dzieci. Dwa lata temu, jak odchodziłam ze szkoły, ponad połowa dzieci była spoza rejonu. A skoro rodzice przychodzili spoza rejonu do nas, to znaczy, że im zależy na dzieciach, szukają dobrej edukacji.

Co to dla nich znaczy?

Były takie ciągoty, że najważniejsze są wyniki w nauce, my też poszliśmy w szkołę uczącą. Ale jako pedagog z krwi i kości wiedziałam, że to nas do niczego nie zaprowadzi. I zmieniliśmy kierunek, poszliśmy w szkołę wychowującą. Jak szkoła poradzi sobie wychowawczo z dziećmi, to będzie też sukces edukacyjny. I to mówiłam na spotkaniach rodzicom. Że w naszej szkole najważniejsze są wychowanie, atmosfera, dziecko ma się czuć dobrze, bezpiecznie. Pokazałam im ankiety dzieci, pisały, że chcą mieć szóstki, bo zależy na tym mamie. A przecież nauka ma być przyjemnością, dzieci mają uczyć się dla siebie.

Ale rodzice są jednak chyba nastawieni na ocenę? Badają rankingi, porównują wyniki sprawdzianów.

My spełnialiśmy te oczekiwania, szkoła była zawsze wysoko w rankingach. Rodzice, którzy przychodzili do nas, wiedzieli, że oddają swoje dzieci do szkoły, która ma nie tylko bardzo dobre wyniki, ale w której najważniejsza jest atmosfera.

Opowiadali mi, że zna pani po imieniu każde dziecko. Bronili pani, kiedy burmistrz nie chciał przedłużyć z panią umowy i wysyłał na emeryturę.

To prawda, każde dziecko znałam z imienia, żadne nie było anonimowe. Dawaliśmy dzieciom wiele miłości. U nas dzieci były przytulane. Kiedy przyszła moda na mówienie o złym dotyku, zdecydowaliśmy, że oprzemy się szaleństwu. Jak dziecko przychodzi do wychowawczyni i chce się przytulić, to będzie przytulone. Zawsze mówiłam o tym rodzicom, zanim puściłam listę zapisów. I wszyscy zapisywali dzieci. Dobre wyniki same przyszły.

Nie wszystkie szkoły mają taką filozofię.

Bardzo długo nie dopuszczałam do świadomości, że szkoły są kostyczne, złe, nieprzyjazne. Myślałam, że wszystkie przeszły transformację. A teraz widzę, że owszem nastąpiła zmiana, ale w wielu przypadkach kierunku "wyścigu szczurów", zmuszania do pędu do wiedzy za wszelką cenę. Bardziej ten pęd widzę w ambicjach dyrektorów i nauczycieli, i może niektórych rodziców. Uważają, że skoro rodzice szukają szkoły, która ma "wyniki", to chcą pokazać, że mają ten "wynik", że są wysoko w rankingu. Koło się zamyka, a przy okazji gubi się dzieci. Widzę to zwłaszcza teraz, kiedy pracuję w niepublicznym gimnazjum. Przychodzą tu dzieci, które nie odnalazły się w gimnazjach masowych, dołączają w trakcie roku szkolnego. Szkoła nie zadbała o ich poczucie bezpieczeństwa.

W naszej szkole był jeden wychowawca od pierwszej do szóstej klasy, żeby była ciągłość. Jak przychodziła grupa z przedszkola, nigdy jej nie dzieliłam. Mieliśmy program łagodnego przejścia z klasy III do IV, kiedy zmienia się sposób nauczania. To było dla nas ważne. Taka była szkoła, którą kierowałam 28 lat. Niestety, dyrektorzy mają tendencję do tego, że uważają, że wszystko wiedzą najlepiej. Nawet kiedy chciałam podzielić się swoimi doświadczeniami, nie chcieli słuchać.

Dziś często nauczyciele mówią, że rodzice są roszczeniowi i od nauczycieli i szkoły oczekują tego, że ich dziecko musi mieć rewelacyjne wyniki i warunki. Pani to zauważa?

Mam inne obserwacje. Wśród dyrektorów spotykałam się z opiniami, że rodzic nie może być partnerem szkoły, bo to dyrektor za wszystko odpowiada. Myślę, że wielu po prostu boi się rodziców, bo ma niewiele im do zaoferowania. Stąd opinia o rodzicach roszczeniowych. Ja ze swojej praktyki dyrektorskiej obserwowałam wielką transformację, jaką przechodzili rodzice. Proszę pamiętać, że bardzo często rodzice są lepiej wykształceni (mają doktoraty, pracują na wysokich stanowiskach) niż nauczyciele. Rodzice zaczęli być świadomi swoich praw, które bardzo często były i niestety są łamane przez szkoły. Tego nie można mylić z roszczeniem. Dla mnie ta zmiana w mentalności rodziców była inspiracją do działania. Rodzice wspólnie z nami budowali wizerunek szkoły. Jestem przekonana, że rodzic, który jest partnerem, który jest zadowolony ze szkoły swojego dziecka, nie jest roszczeniowy. Jest współpracujący. Niestety, sądzę, że nasze szkoły pod względem współpracy z rodzicami mają nadal wiele do zrobienia. 

Według artykułu:
http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34862,16547962,Kiedys_szkola_miala_autorytet__bo_byla_szkola__a_dzis.html

Iwona Puczko zaprasza do lektury.
« Ostatnia zmiana: Wrzesień 02, 2014, 20:49:45 wysłana przez iwona »

 

W szybkiej odpowiedzi możesz użyć kodów BBC i uśmieszków tak jak przy normalnej odpowiedzi.

Uwaga: W tym wątku nie pisano od 120 dni.
Jeżeli nie masz pewności, że chcesz tu odpowiedzieć, rozważ rozpoczęcie nowego wątku.

Nazwa: Email:
Weryfikacja:


Pytanie anty-spamowe:
Przepisz nazwę
kreatywni
pomijając samogłoski: