Ostatnie wiadomości

Strony: 1 ... 8 9 [10]
91
Iwona Puczko / Dziecko z ADHD. Incydent w szkole cz.2
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Iwona dnia Wrzesień 21, 2014, 20:02:44 »
W poprzednim artykule (Incydent w szkole cz. 1) opisywałam sytuację, która miała miejsce w niewielkiej szkole w Polsce. Trwa batalia między szkołą, rodzicami dziecka z nadpobudliwością oraz rodzicami chłopców współodpowiedzialnych za incydent w szkole.
                                                   

Gdzie w tym wszystkim jest Mati? Co się z nim dzieje? Co czuje?

Mati zaczyna się wycofywać, traci pewność siebie. Podobnie, jak reszta chłopców, przeprosił uderzonego kolegę. Dlaczego inni mają wybaczone swoje przewinienie, a on nie? Nie rozumie, dlaczego koledzy nie przychodzą do niego. Nie rozumie, dlaczego jest gorszy. Rodzice kolegów zabronili im przychodzić do Matiego, zabronili im bawić się z nim na przerwach. Mati został potraktowany inaczej niż reszta, teraz odczuwa tego skutki. Zaczyna dokuczać mu samotność. On jest tym złym. W dodatku czuje, że wszyscy go obserwują, a jego mama płacze wieczorami.

Takie sprawy można mnożyć. Ta jest prawdziwa i jeszcze się nie zakończyła. Mati nie chce chodzić do szkoły, siedzi w domu od dwóch tygodni, a rodzice zastanawiają się, co robić dalej. Chłopiec nie ma kontaktu z kolegami, jest wyobcowany.

Dopiero teraz w chłopcu rodzi się bunt. Czuje się niesprawiedliwie potraktowany. Nigdy wcześniej nie słyszał tak wiele o problemie nadpobudliwości, a teraz na każdym kroku słyszy o swoim ADHD.

Jak twierdzą psychologowie, z którymi miałam przyjemność współpracować, dziecko z ADHD nie jest bardziej agresywne, niż dziecko bez nadpobudliwości. Jest bardziej impulsywne i bardziej je widać na tle rówieśników.

Problem z agresją może pojawić się wtedy, gdy dziecko czuje się odepchnięte, odseparowane, czasami wręcz zaszczute. Wtedy pojawia się w małej główce niezgoda na taką sytuację. Dziecko próbuje ponownie zwrócić na siebie uwagę i nawiązać kontakty z rówieśnikami. Jednak często wznowienie kontaktów okazuje się zbyt trudne. Zdarza się, że dzieci, które usłyszały o dziecku z nadpobudliwością niepochlebne opinie od dorosłych, zaczynają takie dziecko gorzej traktować. Krzyczą np. „Lepiej weź sobie syrop na ADHD”.

Często zdarza się również, że same dzieci, zauważywszy nadmierną impulsywność u swojego kolegi – zaczynają go przezywać, wyśmiewać. Dziecko się wtedy denerwuje i czasami zdarza się, że nie potrafi wyhamować swoich emocji. Psychologowie nazywają takie zjawisko agresją wtórną. Oznacza to, że dziecko staje się agresywne na skutek powtarzających się działań ze strony innych, które powodują obniżenie poczucia własnej wartości, odepchnięcie, wpędzanie w poczucie winy za swoją inność. Jest to forma obrony z powodu bezsilności.

Dla wielu osób sytuacja może być całkiem niezrozumiała. Wystarczy przecież wspólnie porozmawiać. W tej chwili dziecko jest wyobcowane, a zdenerwowani rodzice skupiają się na odpieraniu ataków. Nie sprzyja to nauce życia w społeczeństwie dziecka z nadpobudliwością.

Małgorzata Adria - Doświadczona mama nastolatka z ADHD. Wieloletni członek Polskiego Towarzystwa ADHD. Certyfikowany Mediator Oświatowy PCM. Z zawodu LIFE COACH (coaching relacji, coaching rodzicielski, coaching celu) oraz trener. 
http://www.egodziecka.pl/Dziecko-z-ADHD.-Incydent-w-szkole-cz.-2.html   

Nie ma to jak informacje od ludzi, którzy mieli takie problemy i sobie z nimi poradzili.

Iwona Puczko


92
Iwona Puczko / Dziecko w szkole. Incydent w szkole cz.1
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Iwona dnia Wrzesień 21, 2014, 19:56:13 »
Mała szkoła - ma 6 klas, czyli po jednej klasie na jednym poziomie nauczania. W dodatku w klasie jest niewielu uczniów, liczebność klas nie przekracza 15 osób. Chłopiec jest w trzeciej klasie. Mateusz jest chłopcem z rozpoznaniem nadpobudliwości psychoruchowej.

Mati z kolegami w klasie dogaduje się dobrze, trzech z nich Mateusza odwiedza, bawią się samochodami i klockami. Niedawno rodzice wyprawili mu super urodziny. Wszyscy koledzy wciąż wspominają fajną zabawę.

                                                   

Pewnego dnia wydarzył się incydent: pięciu chłopców – w tym nasz Mati, pobiło kolegę. Nie mocno, ale liczy się fakt agresji, który absolutnie nie powinien mieć miejsca.

Co się dzieje dalej?

Rodzice pozostałych czterech chłopców dochodzą do wniosku, że atak na kolegę to wina Matiego, który rządzi w klasie i kazał ich dzieciom pobić chłopca. W podobnych sytuacjach, jakie poznałam, zawsze jest jeden rodzic, który wiedzie prym w społeczności. Tak jest również tym razem. Jeden z ojców mocno angażuje się w sprawę, próbując udowodnić niewinność swojego syna i przywództwo Matiego.

Nagle okazuje się, że w klasie jest agresywne dziecko z ADHD.

Pozostali chłopcy dostają reprymendę – wszyscy w tym samym czasie w obecności rodziców i dyrekcji. Matiego nie ma wśród nich. Dlaczego? Dlatego, że rodzice z Matim nie zostali przez szkołę zaproszeni na spotkanie w sprawie reprymendy. Ten fakt sprzyja tworzeniu się obozów: rodzice Matiego – rodzice pozostałej czwórki. Błąd.

Zaczyna pojawiać się więcej wspomnień sytuacji agresji z przeszłości dotyczących Matiego, więcej świadków i więcej oskarżeń. Wszystko dotyczy przeszłości. Udowodniona zostaje nawet wina chłopca w postaci zakopania szalika kolegi w śniegu.

Rodzice Matiego przychodzą do szkoły codziennie, lecz mimo tego, że interesują się, chcą wyjaśnić okoliczności i ofiarowują współpracę, sytuacja szybko wymyka się spod kontroli ich oraz szkoły. Rodzice innych dzieci zaczynają szeptać za plecami, zaczynają ustalać dyżury, żeby obserwować Matiego na przerwach. Rodzice Matiego dowiadują się, że dwoje rodziców innych dzieci zaczepiło Matiego w szatni i groziło mu. Koledzy już nie mogą do niego przychodzić – ich rodzice nie pozwalają.

Wszystko dzieje się w błyskawicznym tempie. Tak to zwykle jest, gdy rodzic wiodący prym działa skutecznie. Często dochodzi wtedy do ukrytego szantażu emocjonalnego na rodzicach pozostałych dzieci z klasy: jeśli się do nas nie przyłączysz, to znaczy, że nie obchodzi cię, co się dzieje w klasie – możesz być wykluczony.

Zaczynają się pisma: od rodziców pozostałych chłopców zamieszanych w incydent w celu wyjaśnienia im sprawy i ukarania Matiego. Nie zostało zorganizowane spotkanie wszystkich zainteresowanych. O poszczególnych krokach rodzice Matiego dowiadują się pokątnie, pismo innych rodziców nie zostało przesłane do ich wiadomości, nie zostało im pokazane. Nerwowa atmosfera staje się nie do zniesienia.

A gdzie w tym wszystkim dziecko? Co się z nim dzieje?

O tym w drugiej części tej historii.

Małgorzata Adria - Doświadczona mama nastolatka z ADHD. Wieloletni członek Polskiego Towarzystwa ADHD. Certyfikowany Mediator Oświatowy PCM. Z zawodu LIFE COACH (coaching relacji, coaching rodzicielski, coaching celu) oraz trener.
 
http://www.egodziecka.pl/Dziecko-z-ADHD.-Incydent-w-szkole-cz.-1.html   

Czytam sama z przyjemnością.

Iwona Puczko 



93
Iwona Puczko / dziecko z ADHD
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Iwona dnia Wrzesień 21, 2014, 19:40:21 »
 Patrzymy na dzieci nadpobudliwe pod kątem kłopotów, które sprawiają swoją nadruchliwością,  nadmierną impulsywnością. Czasami te codzienne tematy, ta codzienna „szarpanina”, przesłaniają nam głębszy sens wychowywania.

                                                       

Są ludzie, którzy ze wszystkiego robią tragedię. W najdrobniejszych przeszkodach widzą problemy. Nastawieni są na obwinianie innych za swoje błędy, bardzo silnie przeżywają niepowodzenia. Dla nich niepowodzenie to porażka. Mają taką postawę życiową, taki nawyk. Ich codzienność jest trudna. Nie mają poczucia wpływu na swoje życie. Według nich to inni ludzie są odpowiedzialni za ich los. Nie podejmują się działania, ponieważ myślą, że im się nie uda, będzie za ciężko, nie dadzą rady. Nie wierzą w swój sukces.

To osoby reaktywne.

Są ludzie, którzy patrzą na przeszkody jako wyzwania. Dla nich przeszkoda to nie problem, ale sprawa do załatwienia. Błąd traktują jako informację, że trzeba coś zrobić inaczej. Realizują swoje cele, mają plany, wiedzą, że się uda, jeśli nie tym razem, to następnym. Dzięki temu osiągają wiarę we własne możliwości i podejmują się nowych zadań. Działają. Są szczęśliwi, ponieważ mają poczucie wpływu na własne życie. Widzą sens działań, potrafią docenić siebie za efekty swoich działań. Dzięki temu nie ustają w wysiłkach. Działają.

To osoby proaktywne.

Istnieje podwód, dla którego chciałam podzielić się z Wami swoimi przemyśleniami na ten temat.

Poobserwujcie swoje dzieci. Zobaczcie, które cechy u nich przeważają. Piszę o tym dlatego, że dzieciom nadpobudliwym trudniej jest odnosić sukcesy, w związku z czym mogą zacząć wycofywać się z działania. Dlatego, obserwujcie, jak zachowują się wasze pociechy. Wspierajcie je w działaniach, nawet jeśli efekt jest nie do końca satysfakcjonujący.

Sposób, w jaki odnosimy się do wysiłków naszych dzieci, będzie miał ogromny wpływ na to, w jaki sposób będą działać z życiu dorosłym. Ma również wpływ na to, czy będą widzieć problem, czy będą nastawione na rozwiązania. Dla naszych dzieci informacja zwrotna od rodziców jest bardzo ważna. Na jej podstawie budują swój wewnętrzny obraz na lata.

Dzieci również nas obserwują. Będą odwzorowywać nasze zachowania. Z naszym wzorcem będą szły przez życie. Dlatego starajmy się pokazywać im konkretne działania w kierunku uzyskania celu. Nie wystarczy powiedzieć dziecku, żeby się czymś zajęło, żeby coś zrobiło. Poświęcajmy mu uwagę i dawajmy wsparcie. Nie tylko mówieniem, również działaniem. Najlepiej dziecko uczy się poprzez wspólne działanie.

Wymaga to naszej inicjatywy i poświęcenia czasu.

Dlatego warto zadać sobie pytanie: Do której grupy ludzi chcę, aby należało moje dziecko, gdy będzie dorosłym człowiekiem? Jeśli wybierzesz grupę ludzi działających – proaktywnych, to działaj, aby tak się stało.
 
Proaktywności można się nauczyć. Można jej nauczyć dziecko. Wspierając, zachęcając, nie oceniając, dając przestrzeń do działania, dając przykład.

Z moim synem dużo rozmawiam o działaniu i niedziałaniu. Pokazuję mu działanie, działamy razem. Bardzo zależy mi na tym, aby wpoić mu poczucie wpływu na własne życie.

Zostawię Czytelników z refleksją na ten temat.
 
Małgorzata Adria - Doświadczona mama nastolatka z ADHD. Wieloletni członek Polskiego Towarzystwa ADHD. Certyfikowany Mediator Oświatowy PCM

http://www.egodziecka.pl/Dziecko-z-ADHD.-Dzialanie-albo-niedzialanie.html

Iwona Puczko
 

94
Uczniowie / Rodzice łakną małych estetów.
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Iwona dnia Wrzesień 21, 2014, 19:13:22 »
Wychowanie przez sztukę – mądre czy tylko modne?

Współczesne dziecko żyje w bardzo wymagającym świecie. Już od narodzenia rodzice i najbliższe otoczenie mają wobec niego bardzo sprecyzowane oczekiwania. Powinno być mądre, zaradne, o wysmakowanym guście i szerokich horyzontach. Ponieważ należy kształtować i pogłębiać możliwie jak najwięcej zdolności i obszarów rozwoju dziecka - lepiej nie tracić czasu i zacząć od razu, tuż po narodzinach.

Pojęcie wychowania estetycznego, znanego również jako wychowanie przez sztukę funkcjonuje od dawna, zarówno jako dyscyplina zainteresowań pedagogów jak i przyjazny dziecku środek wychowawczy. Jednak od niedawna można zaobserwować wśród rodziców coraz większą popularność oddziaływania na wrażenia estetyczne małego dziecka. Na szczęście ta moda, jest nieszkodliwa i mimo istniejącej presji społecznej na wczesne kształcenie, obcowanie ze sztuką może być dla dzieci frajdą.

Czym jest wychowanie przez sztukę
Wychowanie estetyczne lub wychowanie przez paradygmat sztuki to popularne nazwy dziedziny pedagogiki, której celem jest pogłębienie rozwoju dziecka we wszystkich sferach życia za pomocą wrażeń i odczuć estetycznych.

Noworodek - smakosz i koneser

                                                 

Już od narodzenia rodzice starają się zaprzyjaźnić swoje dziecko z szeroko pojęta kulturą i sztuką. O ile w samej idei nie trzeba szukać ukrytego diabła, niektórzy zastanawiają się czy zajęcia umuzykalniające dla niemowląt oraz inne warsztaty przygotowane z myślą o małych dzieciach nie są przesadą.

Najważniejsze, aby rodzic miał świadomość, czemu służą takie spotkania. Przede wszystkim odbywają się one w towarzystwie rodzica, mają w bezstresowy dla dziecka sposób wprowadzić je w świat innych estetycznych doznań, niż te powszechnie dla niego dostępne. To bardzo dobre rozwiązanie, które pomaga rodzicom - a nie załatwia coś w ich zastępstwie. Uczestnictwo w dodatkowych zajęciach dla niemowląt przynosi również inne korzyści - dziecko poznaje życie w grupie rówieśniczej.   

Sztuka dla każdego
Mało kto dziwi się, gdy kobieta oczekująca dziecka słucha muzyki poważnej lub czyta na głos swojemu brzuchowi. Społeczeństwo już przyzwyczaiło się do takich widoków, choć niektórzy nadal traktują te działania z przymrużeniem oka. Jednak niemowlę w galerii sztuki zdaje się być nadal kulturową egzotyką.

Obcowanie ze sztuką - wielką malowaną pędzlem wirtuozów oraz obecną na co dzień - użytkową, jest bez wątpienia bardzo stymulujące dla każdego dziecka. Możliwość poznawania różnych form wyrazu i oglądanie unikalnych dzieł, dostarcza młodym koneserom pozytywnych bodźców. Warto zadbać o różnorodność otoczenia dziecka, pokazać mu świat w pełnej okazałości.

Poczucie estetyki dziecka wyrabiane poprzez kontakt ze sztuką jest bardzo ważne. Dlatego jest sens zabierać dziecko do galerii, muzeum, na wystawy plastyczne czy fotograficzne. Ostatnio byliśmy – można nawet zobaczyć na naszym blogu relację – w galerii sztuki w Zachęcie. Lily zwróciła uwagę na piękne sufity. Jeśli dziecko styka się z ładnymi rzeczami, to ma to odzwierciedlenie w jego własnej twórczości, czyli np. jak koloruje obrazki.

Nie należy ograniczać sztuki tylko do jednej dziedziny. Muzyka, śpiew, teatr czy kino mogą śmiało mierzyć się z rzeźbą, malarstwem i grafiką. Wystarczy wybrać to, co sprawia dziecku najwięcej radości i jest dostosowanego do jego wieku.

Sztuka jest modna

                                                 

Jak grzyby po deszczu powstają nowe kawiarnie artystyczne, muzea otwierające swoje zbiory dostosowane dla najmłodszych, a blogi i strony poświęcone estetyce w życiu rodziny zapełniają wirtualną przestrzeń. Ciekawe miejsca, modne ubrania i dodatki zdają się nie być tylko kwestią statutu społecznego i ładnego wyglądu. Rodzice coraz większą wagę przykładają do tego co ich dzieci noszą i jakie przedmioty je otaczają. Chcą by dziecko kształtowało swój gust i czerpało wartościowe doznania.

Wbrew pozorom nie chodzi tu snobizm. Głównym celem wychowania estetycznego jest nauczenie dziecka dostrzegania piękna, przeżywania go, a także umożliwienie dokonywania własnych wyborów i kształtowanie indywidualnych preferencji - nawet jeśli te miałyby odbiegać od wizji rodzica.

Wychowując do sztuki pomagamy dzieciom zrozumieć otaczającą je kulturę, odczytywać kody i symbole, uczymy także tolerancji na nowe i niezrozumiałe. Wychowanie przez sztukę oznacza zaś przekładanie wartości odnalezionej w dziele na wnętrze odbiorcy. Może to być zachwyt, zdziwienie, sprzeciw, ale zawsze jest to zetknięcie się i próba zrozumienia drugiego człowieka - autora dzieła.

Polacy łakną piękna w domu, galerii czy szufladzie z dziecięcą odzieżą. I bardzo dobrze. Sztuka od zawsze była ponad podziałami, łączyła i edukowała. Nic więc dziwnego, że dziecko w tak naturalny sposób do niej lgnie. 

http://mamadu.pl/114149,rodzice-lakna-malych-estetow-wychowanie-przez-paradygmat-sztuki

Iwona Puczko


95
Piękno w prostocie / Najpiękniejsze przedszkole w Polsce.
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Iwona dnia Wrzesień 21, 2014, 18:35:53 »
Zobacz jak wygląda design dla przedszkolaka.
Jeżeli uwielbiacie design i innowacyjne rozwiązania - koniecznie przeprowadźcie się do Chróścic. To właśnie tam, w gminie Dobrzeń Wielki, powstało przedszkole na miarę dwudziestego pierwszego wieku.

Cudze chwalicie, swego nie znacie.
Oglądając fotografie Publicznego Przedszkola w Chróścicach, można odnieść wrażenie, że przegląda się ekskluzywny magazyn lifestyle’owy. W pierwszej chwili prezentowane wnętrza wydają się wręcz zarezerowane dla wybranych. Jasna przestrzeń i pomysł jej aranżacji przykuwają wzrok i krzyczą kolorami. Swoją formą zdają się przemawiać do dzieci: “Chodźcie. Jest tak wiele do odkrycia”.

Jak pracuje się w tak wyjątkowym przedszkolu?
Iwona Sachnik, dyrektor przedszkola w Chróścicach: Nie ma porównania, jest wspaniale. Naturalnie, początki były trudne, musieliśmy się przyzwyczaić i zorganizować. Oczywiście dużo łatwiej jest się przystosować do “lepszego”. Z przyjemnością chodzi się do pracy w takim miejscu. Chyba wszyscy są równie zadowoleni - ani rodzice, ani nauczyciele nie zgłaszali żadnych uwag.

Czy nowoczesna przestrzeń pomaga nauczycielom w pracy?

Nasze otoczenie pozwala rozwinąć skrzydła nauczycielom. Mamy cały czas do dyspozycji salę gimnastyczną. Dzieci, szczególnie wieku przedszkolnym, potrzebują dużo ruchu. Większość zabaw oraz wiele działań dydaktycznych opiera się właśnie na ich aktywności ruchowej. Nauczyciele fantastycznie korzystają z naszego wyposażenia, doskonale aranżują je na potrzeby zabawy i nauki.

Jak na widok wnętrza reagują dzieci?


Pozytywna reakcja jest szczególnie wyraźna u dzieci, które uczęszczały do naszego starego przedszkola, one mają porównanie. Cieszę się, ponieważ widzę, że dzieci są dumne z naszej placówki, są dumne, że chodzą do naszego przedszkola.
Architekci PORT swoje dzieło opisują słowami:
Respektujemy następujące po sobie fazy zainteresowań, związane z rozwojem dziecka. Funkcje i materiały porządkujemy tematycznie w sposób logiczny i łatwo dostępny.

Różnicujemy przestrzenie na otwarte i półotwarte - zapewniające większe poczucie bezpieczeństwa. Czasami szalona zabawa, a czasem sen w bajkowym kokonie. Tablice do przypinania rysunków i tablice do artystycznych działań na wysokości oczu. Logiczne i w zasięgu rączek przegródki i szafki. Zarazem tworzymy magiczny świat, gdzie ściana staje się łąką pełną żywych stworzeń, przejście tajemniczym tunelem, uliczka wioską, sufity zakwitną lub zmienią się w geometryczną grę. Nauczyciel pomaga tylko dziecku odkrywać świat i rzeczywistość.

W małej miejscowości pod Opolem dzieci odkryją świat. Zdobędą wiedzę o naturze, przyrodzie, ekologii. O kulturze i architekturze. Rozwiną się intelektualnie i fizycznie. Nawiążą pierwsze więzi i relacje. Mamy nadzieję, że poczują się bezpieczne i wartościowe oraz będą zdobywać samodzielność i pewność siebie. *



Chcieć, to móc
Przedszkole jest placówką publiczną, dostępną dla każdego dziecka kwalifikującego się rozpoczęcia edukacji przedszkolnej. Całość została sfinansowana przez organ prowadzący przedszkole - gminę Dobrzeń Wielki. Na swojej stronie internetowej gmina przedstawia się: "Gmina Dobrzeń Wielki - tu żyje się dobrze" - patrząc przez pryzmat tak rewolucyjnej inwestycji, nie ma w tym odrobiny przesady.

W rozmowie z MamaDu, dyrektor przedszkola zdradziła, że to nie koniec wielkich zmian. 
Dyrektor przedszkola w Chróścicach

W przyszłym roku zaplanowane są dodatkowe prace. Zostanie zaaranżowany teren zewnętrzny. W planach jest wykonanie równie niezwykłego projektu w naszym ogrodzie. 
Wielka architektura dla małych - zobacz galerię zdjęć   

 
*źródło: materiały promocyjne / Pracownia Architektoniczna PORT Franczok+Kolanus   
http://mamadu.pl/114215,arcyprzedszkole-w-chroscicach-polskie-przedszkole-jak-z-zurnala

Jestem pod wrażeniem.

Iwona Puczko



96
Psychologia edukacyjna na co dzień / Pokora
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Iwona dnia Wrzesień 21, 2014, 08:47:44 »
Pokora – cnota moralna, która w ogólnym rozumieniu polega na uznaniu własnej ograniczoności, nie wywyższaniu się ponad innych i unikaniu chwalenia się swoimi dokonaniami.
Jak mówi znany holenderski psychiatra, Gerard J. M. van den Aardweg: "Pokora jest warunkiem uzyskania dojrzałości duchowej oraz psychicznej".
Pokora jest bardziej stanem ducha, postawą życiową wyrażającą nasze przekonanie na temat otaczającego nas świata, jak również ogółu istot go zamieszkujących. Może stanowić punkt odniesienia do naszych działań lub przemyśleń. Ale także w rozumieniu psychologicznym dawać oparcie. Jestem pokorny, a zatem uznaję, że wszyscy ludzie są równi. I podlegają tym samym prawom. Pokora w sensie filozoficznym jest uznaniem ludzkich ograniczeń; ciała i umysłu. Ale także nadrzędnej roli człowieka w świecie przyrody, nakładającym na niego prawa i obowiązki.
W chrześcijaństwie cnota ta nabiera znaczenia w odniesieniu do Boga. Polega na uznaniu swoich grzechów i Boga jako źródła pochodzenia wszelkiego dobra. Jest uważana za fundament pozostałych cnót ludzkich i nadprzyrodzonych.
Pokora polega na uniżeniu ludzkiego ducha przed Bogiem. Pojawia się wówczas, gdy uznaje się w sercu i potwierdza życiową postawą, że Bóg jest wszystkim, że z samego siebie człowiek nic nie może.
Prawdziwej pokorze towarzyszą pewne znaki: radość, pokój, cichość i moc. Objawami fałszywej pokory są: zniechęcenie, rezygnacja z ćwiczenia się w cnotach, nieustanny niepokój serca i brak przebaczania sobie popełnionych błędów.
Pokora to jest prawda. Pycha to jest fantazja.

Prawdziwa i fałszywa pokora

„Pokora nie polega na zginaniu się w pół, obniżaniu własnej wartości, kajaniu się, niszczeniu samego siebie. Nie jest spojrzeniem skierowanym ku sobie, lecz na zewnątrz, jest zachwytem, ponieważ w taki sposób człowiek odkrywa pełnię światłości i Prawdy”. Pokora jest postawą, zmierzająca do odrzucania masek ze swojego życia.

Fałszywa pokora zabija w nas talenty i szczęście. Potrafiąc docenić swoje zalety, sukcesy, ale i obiektywnie patrząc na swoje wady jesteśmy w stanie się rozwijać, zyskiwać motywację do pracy nad sobą, pokonywać prawdziwe słabości, zdobywać kolejne osiągnięcia i w ten sposób realizować cele do których powołuje nas Bóg.
Szczególnie biernej, milczącej postawy nie można zajmować wtedy, kiedy zagrożone są wartości, w które wierzymy. Dzisiejszy świat próbuje nas przekonać, że nie należy ich bronić, gdyż jest to nie zgodne z pokorą. Nie możemy dać sobie tego wmówić. Jeśli zależy nam na szczęściu i zbawieniu innych ludzi to o wartościach i wierze musimy mówić jak najgłośniej!
Cnoty moralne to nawyki, które wpisują trwale w charakteryzującego się nimi człowieka, kryteria regulujące ludzkie skłonności, w taki sposób, że wynikające z tych skłonności popędy i uczynki ani nie przekraczają miary wymaganej dla dobra własnego i innych, ani nie pozostają poniżej tej miary. Tak jak umiar reguluje skłonność do odżywiania się, a czystość moderuje skłonności płciowe, pokora reguluje dwie istotne skłonności jednostki: potrzebę uznania i szacunku ze strony innych oraz poczucie własnej wartości (miłość własną)[1]. Są to dwie skłonności będące częścią ludzkiej kondycji. Istnieją one w każdym człowieku i nie można ani nie powinno się ich usuwać, tak jak nie można też wyeliminować odżywiania i skłonności płciowych. Prawe ukształtowanie tych skłonności ma ogromne znaczenie dla utrzymania równowagi i moralnego wzrostu człowieka, a pośrednio – właściwego porządku relacji międzyludzkich, ponieważ niesprawiedliwości, przemoc, małżeńskie niepowodzenia i konflikty w środowisku zawodowym, żeby wymienić tylko kilka przykładów, bardzo często są konsekwencją pychy, drażliwości albo urazy. Również w relacjach człowieka z Bogiem pokora odgrywa istotną rolę. Życie duchowe oznacza odpowiednie pojęcie na temat pozycji człowieka wobec Boga.
Pokora często była źle interpretowana, a nawet uważana za cechę negatywną i bezwartościową, właściwą dla moralności niewolników albo będącą owocem żalu ludzi słabych. Fakt, że ktoś chce podciągać pod pokorę nieautentyczne formy kompensowania słabości i braku równowagi, jest całkiem możliwy, tak jak jest możliwe, że usiłuje się maskować występne zachowania pod nazwą jakiejkolwiek innej cnoty (pycha może się maskować płaszczem godności lub sprawiedliwości, tchórzostwo – dobrotliwości, i tak dalej). Jednak wszystko to niewiele ma wspólnego z pokorą, która odpowiada niezaprzeczalnej potrzebie regulowania i kształtowania dwóch zasadniczych skłonności występujących u każdego człowieka.
Znaczenie pokory polega nie tyle na tym że realizuje ona w pozytywny sposób któryś z wymiarów ludzkiego dobra, tylko że właśnie jej przypada ochrona urzeczywistniania poznania, miłości, pracy, i tak dalej przed zniekształceniami, które mogą je pozbawić ich autentycznej wartości. Osoba pyszna jest egocentrykiem i z trudem osiąga zdolność do prawdziwej miłości, postrzega pracę zawodową tylko jako formę autoafirmacji, a nie jako odmianę autotranscendencji, która wzbogaca świat i przyczynia się do dobra innych.
Nadmierna zależność od osądu innych powoduje takie zjawiska, jak pragnienie rozgłosu, próżność, upór i nieugiętość, izolacja, udawanie choroby, i tak dalej. Wszystkie one wiążą się z cierpieniem dla tego, kto ich doznaje, a często również dla innych. Pragnienie rozgłosu jest właściwe słabej i niedojrzałej osobowości, która potrzebuje nieustannie czuć się aprobowana i chwalona przez tych, których ma w swoim otoczeniu. Osoba taka pragnie zaspokoić tę potrzebę wszystkimi środkami, jakie są w jej zasięgu. Wykorzystuje swoje dobra i instrumentalizuje swoją wiedzę i pracę na rzecz prestiżu i szacunku publicznego albo chce, żeby o niej mówiono z powodu wyzywających, a nawet absurdalnych zachowań, albo też szuka aprobaty grupy, akceptując dominujące idee i obyczaje, choćby były one sprzeczne z jej własnymi głębokimi przekonaniami. Innym razem wybiera się próżność, to znaczy, udawanie tego, czym się nie jest, poprzez przyjęcie w tym celu fałszywych albo mało autentycznych zachowań. Kiedy powinno się pracować pod zwierzchnictwem innych albo w ścisłej współpracy z innymi, ściąga się uwagę na siebie poprzez upór, nieustępliwość albo nieugiętość. W bardziej skrajnych przypadkach poszukuje się troski albo uczucia pozostałych, symulując chorobę, będąc świadomym oszustwa albo nawet tracąc tę świadomość (zjawiska o charakterze histerycznym). Ten, kto cierpi na takie zaburzenia, ostatecznie zubaża swoje relacje społeczne i swoją wrażliwość na obiektywne wartości. Człowiek jest zawsze zajęty własnym „ja”, dlatego że jego nieuporządkowane pragnienie uznania jest nienasycone. Przeciwnie – byłoby również niesprawiedliwe, gdyby człowiek nie był dostatecznie wrażliwy na reakcje, jakie wzbudza u innych, co prowadziłoby do ciągłego braku uwagi, szacunku dla innych albo dobrego wychowania.
Drugi problem rozpoczyna się, kiedy poczucie własnej wartości zależy od autonomicznego, ale niedostatecznie realistycznego osądu. Powstają wówczas dość nieracjonalne odczucia niższości lub niepewności z jednej strony albo pychy i samowystarczalności z drugiej strony. Osobowość człowieka pysznego jest odmienna od osobowości uwarunkowanej staraniem o rozgłos. Za dążeniem do rozgłosu, mimo pozorów, kryje się krucha i potrzebująca osobowość, która często dręczy się porównaniami i zazdrością. Człowiek pyszny jest natomiast osobowością twardą, wywołującą konflikty, często agresywną lub gwałtowną. Osądza wszystko i wszystkich (duch krytyczny), uważa, że zawsze ma rację, czuje się wyższy od wszystkich i od wszystkiego, być może „nagradza” tego, kto mu się podporządkowuje, ale z trudem miłuje kogoś i mu się oddaje i z trudem można go miłować, chociaż owszem można się go bać. Podziwia i szanuje tylko samego siebie, ma skłonność do narcyzmu. Człowiek pyszny jest często drażliwy albo wyniosły. Zderza się z innymi i z samą rzeczywistością, dlatego że jego poziom aspiracji przewyższa jego prawdziwe zdolności. Czasami zdolności takiego człowieka są rzeczywiście duże, ale brakuje mu rozsądku, żeby nad nimi panować, zapobiegając temu, żeby „uderzyły mu do głowy”.
„Pozwól, że przypomnę ci między innymi niektóre oczywiste oznaki braku pokory:
— myśleć, że to, co czynisz lub mówisz, jest lepiej zrobione lub powiedziane, aniżeli mogliby to uczynić inni;
— pragnąć, aby zawsze wyszło na twoje;
— dyskutować bez racji lub — kiedy ją posiadasz — nalegać z uporem lub w sposób niewychowany;
— wygłaszać swój pogląd, kiedy o to nie proszą ani nie wymaga tego miłość;
— pogardzać punktem widzenia innych;
— zapominać, że wszystkie twoje talenty i zdolności są wypożyczone;
— nie przyznawać, że nie jesteś godzien wszelkiego szacunku i godności, nawet ziemi, po której stąpasz, i rzeczy, które posiadasz;
— na rozmowach stawiać siebie za przykład;
— mówić o sobie źle, po to, aby dobrze o tobie sądzono lub ci zaprzeczano;
— tłumaczyć się, kiedy się ciebie karci;
— ukrywać przed Kierownikiem niektóre swoje wady, żeby nie stracił dobrego o tobie mniemania;
— słuchać z upodobaniem, kiedy cię chwalą lub cieszyć się z tego, że dobrze o tobie mówiono;
— ubolewać, że inni są bardziej szanowani niż ty;
— odmawiać przyjęcia niższych zajęć;
— szukać lub pragnąć wyróżnienia;
— wtrącać do rozmowy słowa ku własnej pochwale lub dające do zrozumienia twoją uczciwość, twój geniusz lub zręczność, twój prestiż zawodowy;
— wstydzić się z powodu braku pewnych dóbr...”

A. Rodríguez Luño

Pycha – pojęcie i postawa człowieka, charakteryzująca się nadmierną wiarą we własną wartość i możliwości, a także wyniosłością. Człowiek pyszny ma nadmiernie wysoką samoocenę oraz mniemanie o sobie. Gdy jest wyniosły, towarzyszy mu zazwyczaj agresja.
W wielu przypadkach pycha oraz wyniosłość są spowodowane wysokimi osiągnięciami we własnym życiu lub niepowodzeniami w czyimś życiu.
W Kościele katolickim pycha (łac. superbia) należy do siedmiu grzechów głównych. Nadmierna wiara w siebie, swoje możliwości, stanowi obrazę Boga i jego łaski. Zbyt wysoka samoocena jest w tym przypadku prawdopodobnie kompensacją wcześniejszego poczucia zranienia i poniżenia, o których jednak nie chce się pamiętać. Uważa się, że jest to grzech, z którego powstają wszystkie inne.
Jak pisze Faustyna Kowalska w swoim Dzienniczku: „Dziś powiedział mi Pan: Wiele razy chciałem wywyższyć Zgromadzenie to, lecz nie mogę dla pychy jego. Córko moja, wiedz o tym, że duszom pysznym nie udzielam swych łask, a nawet udzielone odbieram”.


Wracałam wczoraj z miasta. Spotkałam znajomą. Okazało się, że jechała do pracy w hospicjum. Powiedziałam, że jestem pełna podziwu dla tego co robi. Odpowiedziała, że taka praca uczy pokory. Ale było coś takiego w wyrazie jej twarzy i postawie ciała, co nie pozwoliło mi się zgodzić z faktem, że jest ona osobą pokorną. Oczywiście nie miałam w tym żadnego interesu, aby dyskutować z nią dalej na ten temat.
Wiem tylko tyle, że swego czasu za moimi plecami mówiła o mnie niestworzone rzeczy, jakie tego nie wiem. Nawet się nie domyślam. Ale zapytana wprost o co jej chodzi stwierdziła, że o nic, patrząc mi prosto w oczy, winę przypisując innym nie sobie. Jedyne co mogłam zrobić to zignorować tego człowieka. Zapewniam, że nie było mi łatwo, bo inni ludzie rozmawiali ze mną na ten temat wyraźnie wskazując jako mącicielkę spokoju tę właśnie osobę.
Inni ludzie wykorzystują swoje stanowiska, próbując złamać człowieka poprzez zastraszanie go, próbę wmówienia mu że jest do niczego, że nie powinien pracować bo się do tego nie nadaje. Tacy ludzie są żałośni bardzo i nawet o tym nie wiedzą. Nie wiadomo jak się życie potoczy i czy kiedyś ono nie znajdą się w takiej samej sytuacji.
Ale za najbardziej perfidnych ludzi uważam takich, którzy dla osiągnięcia własnych korzyści wykorzystują innych ludzi, ich pomysły, czasami chęć pomocy. Kiedy już osiągną swoje, albo kiedy ludzie zaczną się dopominać uznania za to co zrobili, ci pierwsi każą im ,,spadać na drzewo''. To bardzo smutne, ale wierzę w sprawiedliwość Istoty Najwyższej i wiem, że czas zapłaty już blisko.
Ale mi się filozoficznie zrobiło. :)


Pozdrawiam Państwa miłego niedzielnego popołudnia.  ;)
Iwona Puczko
97
Psychologia edukacyjna na co dzień / W STRONĘ ŻYCZLIWOŚCI
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Iwona dnia Wrzesień 20, 2014, 20:51:48 »
Obwiniamy się o porażki. Mamy do siebie pretensje o zaniechania w naszym życiu lub przeciwnie – wciąż wyrzucamy sobie, że podjęliśmy się działań, których nie trzeba było podejmować. Ganimy się za to, że nie jesteśmy wystarczająco dobrzy. Krytykujemy się za opieszałość, nierealizowanie planów, za spędzanie życia nie tak, jakbyśmy tego chcieli. Codziennie upominamy siebie o większą samodyscyplinę, o lepsze wykorzystanie wolnego czasu, a każdego poranka rugamy siebie za to, że tego czasu nie wykorzystaliśmy dobrze.

Wszystkie te działania wobec samych siebie to tylko mała część samokrytyki, którą stosujemy na co dzień, często – w sposób zupełnie nieświadomy. Trudno się dziwić, że – będąc pod pręgierzem tak dużej dezaprobaty i pretensji do siebie – nie mamy motywacji do jakiejkolwiek zmiany albo, jeśli już podejmujemy się zmian w życiu, sami sobie rzucamy kłody pod nogi torpedując własne pomysły i działania. Czy możliwe jest zatem pozbycie się ciągłej autokrytyki? Współcześni badacze problemu mówią, że tak, a odpowiedzią na to jest postawa troski o samego siebie.

Samokrytyka i samowspółczucie

Istnieje społeczne przekonanie, że jednym z najskuteczniejszych narzędzi motywacji i zmiany jest krytyka. Że jeśli będziemy bardzo oceniający i strofujący w stosunku do siebie, jeśli będziemy wystarczająco siebie musztrować, osiągniemy sukces, będziemy szczęśliwi, kochani i wreszcie pogodzeni ze sobą. Wynika to m. in. ze społecznej presji nieustannego zdobywania osiągnięć zawodowych oraz pogoni za szczęściem i doskonałością. Oczywiście warto wyznaczać sobie cele i później je realizować, jednak – jak zauważa Emma Seppälä, wicedyrektor w Centrum Edukacji i Badań nad Współczuciem i Altruizmem (CCARE) – większość z nas rzadko zastanawia się nad tym, czy samokrytyka oraz nastawienie do rywalizacji rzeczywiście pomagają nam te cele osiągać, czy wręcz przeciwnie – stanowią utrudnienie. Nie ułatwia tego dychotomiczny sposób postępowania z naszymi emocjami. Z jednej strony bowiem mamy społeczne przyzwolenie na przeżywanie pozytywnych emocji związanych z sukcesem (takich jak: radość czy zadowolenie), z drugiej strony nauczyliśmy się tłumić te, które kojarzą się z porażką (np. smutek czy złość). Krytycznie zatem odnosimy się do przeżywanych przez nas nieprzyjemnych uczuć, starając się je ukryć, oceniając je jako gorsze. Tymczasem Steven Hayes i Spencer Smith, autorzy książki „W pułapce myśli”, wskazują, że istnieje wiele naukowych dowodów na to, że supresja negatywnych uczuć paradoksalnie nasila częstość ich występowania. Dodatkowo, tłumienie emocji może prowadzić do spadku motywacji, pogłębiania się depresji czy zaburzeń lękowych. Samokrytyka zatem pozbawia nas sił i chęci do działania.

Dlaczego więc to robimy? Tami Simon, autorka projektu o samoakceptacji (The Self-Acceptance Project) mówi, że krytykujemy siebie, ponieważ jako istoty społeczne chcemy być akceptowani przez innych. Boimy się wykluczenia i ostracyzmu. Nieustannie zatem strofujemy się, żeby sprostać oczekiwaniom innych oraz normom społecznym. I w tym sensie samokrytyka jest bardzo ludzka i nie dotyczy nas jedynie personalnie, ale jest ogólnoludzkim doświadczeniem.

Współczesne badania wskazują, że współczucie wobec samego siebie (self-compassion) może być dobrą odpowiedzią na wszechobecną samokrytykę. Prof. Kristin Neff, pionierka badań nad samowspółczuciem, mówi, że na troskę o siebie składają się trzy składniki. Pierwszym jest bycie życzliwym i opiekuńczym wobec samego siebie w sytuacjach, kiedy konfrontujemy się z bólem czy porażką. Drugim składnikiem jest postrzeganie naszych doświadczeń z szerszego punktu widzenia – z perspektywy bycia po prostu człowiekiem. A więc nie chodzi o izolowanie tego, co przeżywamy poprzez myślenie, że tylko my tego doświadczamy, lecz o zrozumienie, że wiele doświadczeń dzielimy z milionami ludzi na całym świecie. Trzecim elementem jest uważność (mindfulness), czyli widzenie rzeczy i problemów takimi, jakim one są, bez ignorowania i bez wyolbrzymiania ich. Sprowadza się ona do zauważania bolesnych myśli i emocji bez nadmiernego utożsamiania się z nimi oraz bez konieczności ich tłumienia. Dzięki postawie uważności jesteśmy w stanie pozwolić sobie na doświadczanie nieprzyjemnych emocji i stanów. Jak mówi o tym Tami Simon: nie odwracamy się od bólu, lecz zwracamy się ku niemu i go obejmujemy.

Wewnętrzny dialog

W pracy nad współczuciem wobec samego siebie szczególną uwagę zwraca się na wewnętrzny dialog, który nieustannie prowadzimy w naszych umysłach. Brené Brown, badaczka analizująca zdolność człowieka do współodczuwania i kochania, mówi, że kluczowe w kwestii troski o samego siebie jest prowadzenie takiej rozmowy z samym sobą, jak z człowiekiem, którego byśmy kochali, dla którego chcielibyśmy jak najlepiej, którego byśmy wspierali, o którego byśmy dbali i troszczyli się. Jest to szczególnie ważne w momentach, kiedy doświadczamy poczucia winy, niepewności, złości, żalu, smutku czy też po prostu w okresach, kiedy jesteśmy osłabienie, kiedy niedomagamy, kiedy odnieśliśmy porażkę lub doświadczyliśmy rozczarowania. Zamiast wtedy zwymyślać siebie, oceniać i pogłębiać cierpienie, warto jest wrócić się do siebie z empatią i zrozumieniem.

Prowadzenie dialogu wewnętrznego w taki sposób skutkuje kilkoma znaczącymi zmianami w postrzeganiu siebie, reagowaniu na świat i podejmowaniu działania. Przede wszystkim, ponieważ wyrażamy życzliwość wobec siebie w momencie zauważania trudnych i niekomfortowych stanów i emocji, zaczynamy postrzegać porażki jako części życia. Dodatkowo obniża się nasz poziom napięcia związany z rozpamiętywaniem błędów z przeszłości, a także szybciej stajemy na nogi po niepowodzeniach, obierając kolejny cel w życiu. Ważną konsekwencją prowadzenia takiego dialogu wewnętrznego jest również to, że jeśli decydujemy się na zmianę w życiu, nie jest ona powodowana poczuciem nieadekwatności, bezwartościowości czy brakiem wiary w siebie, lecz troską o siebie. To sprawia – co  potwierdzają liczne badania w zakresie samowspółczucia – że wzrasta poziom naszej motywacji. Emma Seppälä zwraca uwagę, że troska o siebie nie oznacza, że przestajemy pracować i dążyć do sukcesu. Troska ta bowiem stanowi podstawę uczenia się i wewnętrznej siły, ponieważ postrzegamy wtedy porażki nie jako bolesne oznaki naszej nieporadności życiowej, lecz jako szansę do nauki i rozwoju. „Postawa samowspółczucia pozwala nam utrzymać spokój umysłu i tym samym zachować naszą energię” – mówi Seppälä, dodając, że „pozostając spokojnymi i pełnymi rozumienia w obliczu odrzucenia, porażki lub krytyki, rozwijamy opanowanie, siłę i stabilność emocjonalną, które z kolei prowadzą do wyższej jakości życia, zwiększają produktywność i naszą skuteczność”. Dzięki temu możemy pozostawać bardziej zmotywowanymi do ćwiczeń, porzucenia jakiegoś nałogu czy trzymania się diety.

Wzmacnianie postawy troski o samego siebie, poprzez prowadzenie życzliwego i wspierającego wewnętrznego dialogu, obniża również poziom stresu. Badania w tym zakresie nadal trwają i nie ma jednoznacznych wyników, jednak Kristin Neff zaproponowała prosty hipotetyczny model oparty na wpływie hormonów na ludzki organizm. Model ten zakłada, że samokrytyka uruchamia współczulny układa nerwowy (odpowiedzialny za reakcję „walcz” lub „uciekaj”), podnosząc poziom kortyzolu (hormonu stresu) we krwi. Tymczasem rozwijanie postawy samowspółczucia podnosi poziom oksytocyny – hormonu związanego z zaufaniem, lojalnością i dobrym samopoczuciem.

Abstrahując od tego czy model ten zostanie potwierdzony w przyszłości czy nie, prowadzenie dialogu wewnętrznego opartego na samoakceptacji przynosi jeszcze jeden istotny rezultat. Parker Palmer, dr socjologii i założyciel Center for Courage and Renewal, zwraca uwagę, że praca, która wkładamy w zaakceptowanie trudnych emocji i myśli w nas samych, buduje więzi społeczne. Przejawy nietolerancji i dyskryminacji wywodzą się z nie akceptacji własnych przeżyć, emocji, myśli czy działań, które są dla nas z różnych powodów kłopotliwe. Kiedy zaczynamy rozwijać postawę współczucia wobec samego siebie, jesteśmy również w stanie być bardziej empatyczni w stosunku do innych. Dzieje się tak dlatego, że akceptowanie przeżywanych własnych trudnych emocji, niekomfortowych stanów czy niepowodzeń w życiu, ułatwia nam zaakceptowanie ich u innych, rozwijając postawę troski i zrozumienia drugiego człowieka.

Opór

Często koncepcja troski w stosunku do siebie wydaje się jednak niewłaściwa bądź trudna do wdrożenia w życie. Przyczyną może być dość powszechne mylenie samo współczucia z samo pobłażaniem i dogadzaniem samemu sobie ponad miarę. Dodatkowo człon „współczucie” nie ma dobrych konotacji. Jak zauważa Julia Wahl, psychoterapeutka i psycholożka, współczucie kojarzy się „z użalaniem się nad kimś, nad sobą. Z łaską, z litością. Współczucie wydaje się słabe, wydaje się być cechą słabych ludzi. Silni ludzie działają, biorą się w garść, są zorganizowani, wymagający wobec siebie i innych. Mają wysokie poczucie wartości, wysokie noty w swoim i innych mniemaniu. Nie potrzebują współczucia”. Z tego też powodu odbieramy często postawę współczucia wobec siebie jako litowanie się nad sobą, jako stawianie siebie w roli ofiary.

Inna przyczyna, wpływającą na opór dotyczący troski o samego siebie, wynika z tego, że samokrytyka – bardziej niż samo współczucie – kojarzy się z dostrzeganiem faktów. Niestety w takim postrzeganiu współczucia wobec siebie pomijamy fakt, że do samokrytyki dołącza się również ocena. Oczywiście prawdą jest, że myśli, które pojawiają się podczas autokrytyki, opierają się na faktach, ale to właśnie ocena jest tym, co boli nas najbardziej i często blokuje nasze działanie. „Przytyłam pięć kilo”, „Nie udało mi się rzucić palenia” – to są myśli, których podstawę stanowią fakty. Ale w samokrytyce wraz z tymi myślami pojawiają się oceny: „Przytyłam pięć kilo, więc jestem beznadziejna!”, „Nie udało mi się rzucić palenia – do niczego się nie nadaję!”. Myśli takie nie mobilizują nas do działania, nie motywują do zmiany.

Jeszcze jedną kwestią, która może powodować niechęć do samowspółczucia, jest sprawa kontroli.  Kristin Neff zwraca uwagę, że samokrytyka daje złudne poczucie samokontroli. Często wierzymy, że krytykowanie samego siebie, karanie za popełnione błędy i porażki wprowadza większą samodyscyplinę do naszego życia, bardziej nas motywuje i sprawia,  że zwiększamy swój stopień kontroli nad własnym życiem, a tym samym zapewniamy sobie większe poczucie bezpieczeństwa. Neff stwierdza jednak, że jest dokładnie odwrotnie: o ile troska o samego siebie sprawia, że zwiększa się nasz poziom motywacji, o tyle karanie siebie sprawia, że spada nasza wydajność i więcej rzeczy odkładamy na później. Samowspółczucie jest jednym z tych czynników, który przeciwdziałają prokrastynacji.

W kierunku troski i współczucia


Od czego zatem zacząć praktykowanie troski o samego siebie? Julia Wahl radzi, żebyśmy życzyli sobie zdrowia, gdy jesteśmy chorzy, żebyśmy życzyli sobie spokoju wtedy, gdy czujemy niepokój. Podkreśla, że nie chodzi o zaprzeczanie faktom i patrzenie na świat przez różowe okulary, ale o zasiewanie w sobie dobrej intencji, która zmniejszy nasz ból, choć ból ten może być nadal obecny. Ważnym elementem, wspominanym wcześniej, jest prowadzenie wspierającego dialogu wewnętrznego. Mówienie do siebie jak do najlepszego przyjaciela, któremu dobrze życzymy. Kristin Neff wskazuje na motywujące działanie samowspółczucia, kiedy w obliczu niepowodzenia czy doświadczanej przykrości mówimy sobie: „Tak, to jest moment cierpienia, to jest naprawdę trudne doświadczenie. Cierpienie jest częścią życia, jest częścią ludzkiego doświadczenia. Nie jesteś sama/sam. To przydarza się cały czas milionom ludzi na całym świecie. Co zatem mogę teraz zrobić dla ciebie? Czego teraz potrzebujesz? Jak mogę ciebie wesprzeć?”. Neff dodaje również, że dobrym pomysłem jest wtedy przytulenie siebie lub w inny sposób dotknięcie własnego ciała (np. pogłaskanie własnej ręki lub policzka). Zgodnie z opisaną wcześniej hipotezą badaczki, w momencie dotykania własnego ciała mózg zaczyna produkować więcej oksytocyny, a mniej kortyzolu, sprawiając tym samym, że łatwiej jest nam poradzić sobie z trudnymi emocjami.

Przyglądanie się wewnętrznemu dialogowi, który prowadzimy na co dzień ze sobą, również pozwoli nam zauważyć niewspierające nas i karzące myśli, które zwiększają poziom odczuwanego przez nas cierpienia. Kiedy zauważamy, że jeszcze 10 minut temu czuliśmy się dobrze, a teraz czujemy się fatalnie, źle, jak przegrani, warto wtedy zadać sobie pytanie: „Co takiego się stało? Co w tym czasie sama/sam sobie takiego powiedziałem? W jaką myśl uwierzyłam/uwierzyłem, że teraz czuję się tak źle?”. Mamy wtedy szansę zobaczyć wszystkie myśli, które pozbawiają nas motywacji i chęci do działania obniżając nasze samopoczucie i wartość samego siebie. Takie przyglądanie się dialogowi wewnętrznemu daje nam też możliwość wyboru, czy chcemy dalej wierzyć w daną myśl, czy nie. Zmiana dialogu wewnętrznego na bardziej wspierający wymaga uważności. Nie jest procesem szybkim, ponieważ wiele z negatywnych myśli o nas samych jest z nami od tak dawna, że nawet nie postrzegamy ich jako myśli, lecz jako prawdy, fakty. Jeśli jednak będziemy choć raz na jakiś czas wyłapywać karzącą nas, krytykującą myśl, mamy szansę stać się dla siebie przyjacielem, ważną osobą, zamiast być swoim własnym wrogiem.

Autor: Igor Rotberg
http://igorrotberg.com/2014/09/15/w-strone-zyczliwosci/ 


Iwona Puczko
98
Nasza praca / Biegające dyktando
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Iwona dnia Wrzesień 20, 2014, 14:06:14 »
Na platformie  Superbelfrzy RP znalazłam taką oto propozycję uatrakcyjnienia zajęć szkolnych.

Zadanie, które można wykorzystać na różnych zajęciach, np. na języku polskim.
Na zajęciach języków obcych sprawdza się doskonale, szczególnie, gdy zastosujemy zasadę mówienia nawet komentarzy w obcym języku.

Oto jak się wykonuje biegające dyktando:

    1. W domu przygotowujemy tekst dyktanda, co najmniej w 2 kopiach, przy większej ilości uczniów nawet więcej. Osobiście zawsze używam jakiś tekstów, które potem wykorzystuję na zajęciach, np. opis domu na poziomie A1, czy historię w czasach przeszłych na poziomie A2.
    2. Przyklejamy tekst w równej odległości od drzwi klasy, poza salą (jeśli nie możemy z jakiś względów np. bezpieczeństwa wypuścić uczniów poza nią, to maksymalnie daleko od ławek w sali).
    3. Dzielimy uczniów na pary i tłumaczmy zasady: jedna osoba będzie „biegaczem” – musi podbiec do tekstu, zapamiętać jak największą ilość słów (także znaki interpunkcyjne), podbiec do kolegi „pisarza” i powiedzieć mu to, co zapamiętała, kolega zapisuje to, co usłyszał.
    4. Nie wolno krzyczeć, fotografować tekstu komórką (zdarzyło mi się w LO). Na moich zajęciach zabraniam też mówić po polsku, dlatego wcześniej wprowadzam zwroty typu: holender, zapomniałem, jak to było, jak to się pisze, etc. Jeśli uczeń powie coś po polsku, zatrzymuję go tak długo, aż mi tego nie powie po hiszpańsku (jest na tablicy i mają na kserach, więc musi odszukać, jeżeli nie pamięta).
    5. Po jakimś czasie można zmienić się rolami w parach, można to narzucić lub pozwolić zdecydować samym uczniom.
    6. Po skończonej zabawie, sprawdzamy tekst zapisany z oryginałem i uczniowie liczą błędy.
    7. Można użyć klepsydry czasowej, jeśli nie chcemy przekroczyć jakiegoś konkretnego czasu.
    8. Zabawa jest przednia, ale trzeba uważać, bo czasami mogą się zbytnio rozochocić. Sugeruję usunięcie z drogi wszelakich sprzętów, na pewno kabli od komputerów, plecaków uczniów, etc.
    9. Nauczyciel może rozważyć, czy nie dać różnych tekstów o podobnej długości (bywa, że w parach podsłuchują się nawzajem).

To są ogólne zasady, które dostosowujemy do swojej klasy i poziomu nauczania (tu mowa o liceum i języku hiszpańskim).

A to ci dopiero! Ja nie słyszałam o biegającym dyktandzie, a pomysł uważam za rewelacyjny.  Wykorzystam go jak najszybciej. No i właśnie jak to dobrze, że jest takie forum. Dzielę się z Państwem wszystkim co wiem, i co znajdę w sieci. Jeśli macie jakieś doświadczenia z tym dyktandem a może inne fajne pomysły, nie bądźcie tacy, podzielcie się nimi z nami.
 
Iwona Puczko
99
Myśl i bądź kreatywny / O kreatywności w życiu i edukacji
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Iwona dnia Wrzesień 20, 2014, 07:53:41 »
Zacznijmy od małej wizualizacji. Siedzisz w szkolnej ławce. Jest duszno w klasie, lekcja również dość nudna, więc nie słuchasz. To kolejny odcinek z wielu, w którym nauczyciel opowiada wciąż tym samym monotonnym głosem o zagadnieniach, które zapisano mu w podstawie programowej. Musi. Ale ty musisz też słuchać, choć nie masz ochoty. Twoja uwaga wciąż fluktuuje: z sali za okno, znów wraca do sali.

Nuda... Nie bądźmy jednak jednowymiarowi. Poszerzmy perspektywę. To, jak się uczysz i zapamiętujesz, zależy od budowy twojego układu nerwowego oraz posiadanych strategii zapamiętywania i przetwarzania materiału. Nie znosisz robić linearnych notatek, więc zamiast słów, rysujesz ilustracje najważniejszych wątków zajęć albo też tworzysz mapy mentalne, które są dość popularnymi technikami organizowaniu materiału. Nauczyciel podchodzi i pyta, co robisz. Odpowiadasz, zgodnie zresztą z prawdą, że przygotowujesz notatki z lekcji, spoglądając przy tym w okno. W tym samym momencie zauważasz irytację na twarzy wykładowcy. No tak, przecież nie można patrzeć w dal i uczyć się jednocześnie tego, jakie jest drugie prawo Mendla lub czym różni się związek organiczny od nieorganicznego albo, z jakich elementów składowych zbudowany jest esej… Wywiązuje się dyskusja, która może różnie się skończyć.
A co, gdyby z takim podejściem choć na chwilę zerwać? Nie oznacza to bynajmniej rewolucji w edukacji. Oznacza natomiast nieustanne wprowadzanie innowacyjności i kreatywność na zajęciach, czegoś nowego, co jest wyrwane z kontekstu, co można przedyskutować, obalić. Po prostu poddać wiedzę aktywnemu procesowi przyswajania, a może raczej doświadczania i konstruowania. Nie, nie zapamiętywania, ale przede wszystkim rozumienia. I wcale nie musi to być rewolucyjne.

Można się przyjrzeć Antygonie, zasiadając na ławie sądowej, broniąc jej racji albo oskarżając. Wcale nie trzeba słuchać o tym, ile dzieł napisał Sokrates i jakiej filozofii sprzyjał. Można zagrać Sokratesa, wprowadzić go na salę. Na przykład. Zamiast popularnego dyktowania notatek, można zrobić wspólny komiks o tym, jak dochodzi do procesów mitozy i mejozy, potem stworzyć kilkanaście kopii pracy i wręczyć każdemu uczniowi. Można. To kluczowe słowo. O wiele lepiej brzmiące niż Trzeba.



Kreatywność nie jest umiejętnością, której można wyuczyć na drogich kursach, kreatywność można praktykować, przyglądając się temu, co robić, by zachęcać siebie i innych do wychodzenia poza schematy działania. Oczywiście w niektórych przypadkach posiadanie określonych schematów poznawczych jest niezbędne. Nikt nie będzie przecież silił się na bycie kreatywnym w sytuacji wypadku drogowego, kiedy dobrze wiemy, co trzeba zrobić. Ale mówimy o zgoła innych sytuacjach. Szkoła pasuje do nich idealnie, ponieważ od niej zależy wzbudzenie motywacji do zdobywania wiedzy.

Kreatywność wcale nie musi oznaczać eksperymentów dydaktycznych czy „dziwnych” pomysłów, ale wykorzystywanie instytucji szkoły do kształtowania postawy samodzielności, rozumienia, korzystania z wiedzy powszechnie dziś dostępnej, odrzucania tego, co nieprzydatne…

Kreatywność w szkole to częsty dziś temat konferencji, kursów czy książek. Dostępnych jest mnóstwo propozycji, scenariuszy zajęć, inspiracji, mających ułatwić nauczycielowi przygotowanie ciekawych lekcji. Problem w tym, że nawet najlepsze i poparte najnowszymi zdobyczami w dziedzinie badań psychologicznych narzędzia na niewiele się zdadzą, jeśli osoby, od których cały proces ma się rozpoczynać, nie są zmotywowane do wykorzystania dostępnego im instrumentarium.

Czasem możemy być świadkami dość zabawnej lub raczej karykaturalnej sytuacji w stylu: Ostatnim razem pobawiliśmy się w rysowanie komiksu, ale teraz czas wziąć się porządnie za naukę, czyli zrobić trzydzieści stron notatek na temat procesów mitotycznych. Czyli komiks był chwilą słabości nauczyciela, który pofolgował swoim uczniom, ale on i tak wie, co będzie dla nich najlepsze. Ma przecież staż pracy i doświadczenie, które pokazuje, że o Antygonie najlepiej uczyć, analizując budowę tragedii greckiej.

Kreatywność warto rozwijać nie tylko w szkole. Warto czasem spojrzeć z innej perspektywy na własne przyzwyczajenia. Być może wtedy doznamy oświecenia, które pokaże, że przywołana już Antygona nie jest bohaterem literackim zamierzchłej epoki, ale jest też pełnokrwistą postacią, o takich uczuciach i motywach, z którymi można się utożsamić, zrozumieć je albo obalić, ale mimo to, zobaczyć w niej osobę. Przy okazji koncepcji łamania przyzwyczajeń, pojawia się myśl, która trochę odpowiada, po co to wszystko robić: Bo z tego zawsze w głowie (i sercu!) coś zostanie na dalsze nasze wędrowanie w życiu. Kategoria nabywania doświadczenia i korzystania z niego jest również jednym ze skutków kreatywnej postawy, a to z kolei ułatwia nam oszczędność zasobów poznawczych, niezbędnych do rozwiązywania trudności, problemów czy skomplikowanych zadań.

Krystian Fatuła jest studentem piątego roku psychologii w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Zajmuje się pracą z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie i ruchowo. Do jego zainteresowań należy arteterapia, choreoterapia oraz psychologia zdrowia. 

http://www.charaktery.eu/psycho-tropy/8114/O-kreatywno%C5%9Bci-w-%C5%BCyciu-i-edukacji/

Iwona Puczko

100
Myśl i bądź kreatywny / Kreatywność na codzień
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Iwona dnia Wrzesień 20, 2014, 07:39:30 »
Często mierzymy się z wyzwaniami, problemami. Czasem "przeczekujemy je" - i sporo z nich rozwiązuje się bez naszego udziału. Czasem działamy spontanicznie, czasem zgodnie z ideą "wszyscy tak robią" , "tak się powinno robić". Czasem jednak okazuje się, że ani "przeczekanie", ani "spontan", ani "tak się robi" nie pomagają. Czasem nawet wprost przeciwnie. Pogrążamy się w jeszcze większe zamieszanie.

Twórcze myślenie można rozwijać!   Na szczęście nasze umysły potrafią działać inaczej.

Możemy do rozwiązania problemu, sprostania wyzwaniu zabrać się myśląc świadomie i rozsądnie.
Jeden z najczęściej proponowanych modeli prowadzenia coachingu zakłada następujące etapy znajdowania rozwiązania: określenie celu, analiza sytuacji, wskazanie możliwych działań, wybór najodpowiedniejszego prowadzącego do osiągnięcia celu. Ta procedura wymaga dwóch "trybów" myślenia. Podczas określania celu, analizy sytuacji konieczne jest krytyczne myślenie. Lecz to dopiero rozpoznanie faktów, przekonań, naszej wiedzy i niewiedzy. Na nic się to zda jeśli nie znajdziemy nowych rozwiązań. Wówczas konieczne jest twórcze myślenie. Od tego, jak sobie radzimy z tym "trybem" zależy ilość i jakość pomysłów. Mając ich już całą paletę znowu włączamy krytyczne myślenie wybierając ten dla nas w danej sytuacji najlepszy.
Procedur krytycznego myślenia można się uczyć. Można też doskonalić swoje twórcze myślenie.
Poniżej proponuję kilka zaleceń. Warto się im przyjrzeć a nawet stosować Uśmiech jeżeli zależy nam na zwiększeniu naszej skuteczności życiowej.
Jeżeli chcesz rozwijać własną kreatywność:

    Kieruj się swoją ciekawością. Przyjmij, że nic nie jest takie, jak się wydaje na początku. Szukaj, pytaj, podważaj.
    Zaakceptuj swoje niedoskonałości. Będą zdarzały ci się niepowodzenia, błędy. Ważniejsze od bycia nieomylnym (zresztą i tak to jest niemożliwe) jest bycie autentycznym i zaangażowanym w to co jest dla ciebie ważne.
    Nie porównuj się z innymi. Każdy ma swoje możliwości, ograniczenia, trudności do przezwyciężenia i szanse. Nikt nie jest taki jak ty. Porównując się możesz sobie wyrządzić tylko krzywdę.
    Znajdź miejsce i czas w swoim życiu dla kreatywności. Nawet, gdy codzienna praca nie pozostawia zbyt wiele przestrzeni wygospodaruj na tworzenie choć kilkanaście minut i własne miejsce.
    Zadbaj o to by tworzenie stało się twoim nawykiem. Wybierz moment w ciągu dnia, kiedy będziesz mógł tym się zająć i wpisz go w swój plan dnia.
    Myśl pozytywnie o swoich osiągnięciach. Ciesz się z tego co zrobiłeś, bądź dumny.
    Stale ucz się. Nikt nigdy nie wiedział wszystkiego. Ty nie będziesz pierwszy.
    Zachowuj zapał. Będą chwile gorsze – bez pomysłów i lepsze – gdy nie nadążysz ich zapisywać. Przeczekaj te gorsze i wykorzystaj te lepsze.
    Znajdź osoby podobne do Ciebie. W grupie możecie siebie wspierać, dzielić się pomysłami, po prostu być z  ludźmi myślącymi podobnie.
    Nie ograniczaj swej twórczości do jednej dziedziny. Twórczość to cecha, której nie można zamknąć w sztywnych ramach.
    Szukaj nowych doświadczeń. Kreatywność rozwija się gdy pojawiają się nowe impulsy, wiedza, umiejętności.
    Podziel się z innymi swoimi dokonaniami. Przyjmij wyrazy uznania i bądź dumny z tego co robisz.
    Pozwól ewoluować swojej twórczości. Przyglądaj się jak zmieniają się twoje dokonania, obszary w których tworzysz .
    Nie zajmuj się rzeczami, które ciebie nudzą. Jak najwięcej czasu poświęcaj na robienie tego, co przynosi ci satysfakcję.
    Pamiętaj o zabawie. Tworzenie to przyjemność. Gdy poczujesz się zbyt obciążony zrób coś kreatywnego tylko dla zabawy.

Autor: Artur Brzeziński


Iwona Puczko
Strony: 1 ... 8 9 [10]