KREATYWNI
   

Świadectwo z czerwonym paskiem

Offline iwona

  • *****
  • 155
  • +24/-1
Świadectwo z czerwonym paskiem
« dnia: Czerwiec 26, 2017, 23:08:21 »
Świadectwo z czerwonym paskiem

24 czerwca 2017 Marzena Żylińska

Na czym polega problem ze świadectwami z czerwonym paskiem i walką o jak najwyższą średnią? Wiele osób nie widzi niczego złego wyścigu szczurów i w wywoływaniu wrażenia, że ten jest najwięcej wart, kto zebrał najwięcej szóstek i piątek.
W komentarzach do moich wpisów wciąż pojawiają się wypowiedzi typu: „A co w tym złego, że nagradza się trud tych najlepszych uczniów? Dlaczego ktoś, kto ma średnią 5,8 nie ma być za to pochwalony na forum szkoły? Dlaczego nie ma dostać nagrody, skoro jest najlepszy? Czy mamy nagradzać leniów i nierobów za to, że się nie nauczyli?”
Chciałabym odpowiedzieć osobom, które piszą komentarze w podobnym tonie, wyjaśnić, dlaczego gonitwa za jak najwyższą średnią ocen jest szkodliwa i dlaczego zmuszania do niej uczniów jest zwyczajnie nieuczciwe i niemoralne. Duński terapeuta Jesper Juul twierdzi nawet, że jest to zwyczajne okłamywanie dzieci.
Często zdarza się, że absolwenci, którzy ukończyli szkołę z bardzo dobrymi wynikami i mogą się pochwalić świetnym świadectwem maturalnym, nie wiedzą, w którą stronę chcieliby w życiu iść, który kierunek wybrać. Nie wiedzą, co dalej robić, bo w szkole nie odkryli swoich silnych stron. Dla mnie to porażka szkoły, bo sukcesu w życiu nie odnoszą ci, którzy w szkole mieli najwyższe oceny ze wszystkich przedmiotów, ale ci, którzy w szkole rozwinęli swoje zainteresowania i pasje! W życiu, jak mówi profesor neurobiologii Gerald Hüther, sukcesu nie odnoszą pilni „wypełniacze obowiązków” (niem. Pflichterfüller), którzy uwierzyli, że drogą do sukcesu jest robienie tego, czego oczekują od nich inni, ale ci, których napędza motywacja wewnętrzna i którzy zgłębiają interesujące ich dziedziny nie dlatego, że ktoś im kazał, ale dlatego, że tego chcą, że ich to interesuje.
Tak więc chodzi tu o zupełnie różne podejścia do nauki. Szkoła, w której największym sukcesem jest wysoka średnia ocen ze wszystkich przedmiotów stawia na motywację zewnętrzną i na sterowanie młodymi ludźmi za pomocą kar i nagród (oceny); szkoła, która za cel stawia sobie stworzenie środowiska umożliwiającego rozwój potencjału każdego ucznia, dostrzega wszystkie bez wyjątku talenty.
Żeby przekonać nieprzekonanych warto posłużyć się przykładami. Steve Jobs to człowiek, któremu trudno odmówić geniuszu. Wizjoner i twórca wytyczający nowe drogi. W szkole miał trudności, a po pierwszym półroczu rzucił uczelnię (pozostał do końca roku, bo jego rodzice zapłacili czesne, ale chodził tylko na te zajęcia, które sam sobie wybierał). Gillian Lynne genialna tancerka wciąż miała problemy w szkole, nie odrabiała zadań, nie radziła sobie z pisaniem i matematyką, wciąż przeszkadzała. Nauczyciele sugerowali rodzicom, by wysłać Gillian do szkoły specjalnej. Matka poszła z nią do psychologa, który orzekł, że to nie żadna choroba, Gillian jest urodzoną tancerką i trzeba ją posłać do szkoły baletowej. Zamiast do szkoły specjalnej mama wysłała więc córkę do szkoły tańca i problemy zmieniły się w ciąg sukcesów. Inny przykład to niemiecki noblista Tomasz Mann, któremu nauczyciel niemieckiego wciąż dawał marne oceny za prace pisemne, twierdząc przy tym „Z ciebie Mann twoja matka nigdy nie będzie mogła być dumna”. Elvisa Presleya nie przyjęto do szkolnego chóru, bo uznano, że się nie nadaje. Nauczyciele nie dostrzegli talentu przyszłych Beatlesów (Paul McCartney i George Harrison chodzili do tej samej szkoły). Doskonałym przykładem tego, jak łatwo w obecnym systemie szkoły można uznać wybitnie uzdolnionego człowieka za beznadziejny przypadek kwalifikujący się do szkoły specjalnej jest Sally Gardner, brytyjska pisarka i ilustratorka książek dla dzieci. Jako dziecko miała najcięższą postać dysleksji i mimo starań długo nie potrafiła nauczyć się czytać.
Sally Gardner tak wspomina swoje szkolne lata: „Przez całą podstawówkę sadzano mnie w ostatniej ławce z elementarzem „Janet i John mają byka” i kazano składać literki. To była najbrzydsza, najbardziej pozbawiona charakteru książka, jaką kiedykolwiek miałam w rękach. Oczywiście nie szło mi, więc nie pozwolono mi robić nic innego. Nie mogłam się uczyć matematyki, francuskiego, do którego miałam ucho, geografii, biologii – bo według nauczycieli i tak nie miało to sensu. Chodziłam więc tylko na lekcje angielskiego, historii i sztuki. I modliłam się, żeby nie umrzeć z nudów. Na szczęście mogłam rysować, więc rozwijałam się w tym kierunku, chociaż też zdarzało mi się słyszeć, że moje rysunki są do niczego, bo na przykład „niebo nie styka się z ziemią, a przecież wiadomo, że zawsze się styka”. Sally – właściwie Sarah, zmieniła imię na Sally, bo nie umiała napisać swojego – nauczyła się czytać dopiero w wieku 14 lat. Była wtedy uczennicą w szkole dla nieprzystosowanych, gdzie wylądowała po negatywnych doświadczeniach w wielu innych szkołach, publicznych, prywatnych i alternatywnych. Najgorzej wspomina dwa lata zajęć z panią psycholog, która obiecała, że „wyleczy ją z dysleksji”, co jak wiadomo jest niemożliwe, bo dysleksja to nie choroba.
Na pytanie Agnieszki Jucewicz o postawę rodziców i o to, czy wywierali na nią presję, Sally Gardner odpowiedziała: Może by wywierali, gdybym się uczyła np. średnio, ale ja zawsze byłam najgorsza, więc się nie łudzili, że zostanę kolejnym prawnikiem w rodzinie. Chociaż matka nigdy nie sądziła, że jestem głupia. Nigdy. Może dlatego w głębi duszy mimo to, co słyszałam dookoła, ja też w to nie wierzyłam. Niedługo po diagnozie mój cudowny ojczym zabrał mnie na wyścigi konne. Dał mi dziesięć szylingów, co było wtedy zawrotną sumą, i powiedział: „Sally, stawiaj, na którego chcesz, ile chcesz”. Matka była na niego wściekła, że tak szasta pieniędzmi. Całe dziesięć szylingów postawiłam na konia, który wabił się Silly Season (Głupia Pogoda). Wystartował ostatni. A potem z każdym metrem nabierał prędkości i na metę przybiegł pierwszy. Powiedziałam wtedy mamie: „Widzisz, ja jestem jak ten koń! Nigdy nie wolno tracić nadziei!”.
Mama Sally Gardenr była sędzią sądu najwyższego, a ojciec prawnikiem i posłem, być może dziewczynce udało się zachować dobry obraz samej siebie dzięki reakcjom znajomych rodziców, którzy uważali ją za osobę inteligentną i nie wierzyli, że w szkole może mieć problemy.
Przykład Sally pokazuje, że na człowieka można patrzeć przez pryzmat jego słabości i deficytów lub przez pryzmat jego silnych stron. Sally Gardner jako dziecko nie mogła nauczyć się czytać, ale miała bardzo bogate słownictwo, pięknie się wysławiała i lubiła rysować. Niestety nie pozwolono jej uczyć się francuskiego, uznając, że to w przypadku kogoś z takimi dysfunkcjami strata czasu. Można więc było traktować Sally tak, jak w szkole była traktowana przez nauczycieli i inne dzieci – jako nierokującego głupka – albo tak, jak traktowali ją rodzice i ich znajomi, jako inteligentną i zdolną osobę. Sally w końcu nauczyła się czytać, zdała maturę i ukończyła Central Saint Martins w Londynie. Z wykształcenia jest scenografką teatralną, za swoje książki, których jest autorką i ilustratorką, zdobyła wiele prestiżowych nagród. Jednak szkolnej traumy nie jest w stanie zapomnieć i udzielając wywiadów nawet po tylu latach mówi o cierpieniach, jakich z powodu swoich trudności doświadczyła. Sally była skazana na cierpienia i obelgi nie dlatego, że się nie starała, ale dlatego, że pewnych rzeczy nie była w stanie się nauczyć. Czy dziś jesteśmy w stanie przyjąć tę oczywistość, że nie wszyscy mogą nauczyć się tego, co przewidują podstawy programowe?
Sally z jednej strony miała ogromne trudności, a z drugiej wielki talent. Dlaczego nauczyciele widzieli tylko jej deficyty?
Nauczyciele Sally Gardner nie są wyjątkami. Problem w tym, że tradycyjny, pruski system edukacji każe im dostrzegać bardzo wąski zakres talentów. Wiele uzdolnień nie może się w szkole ujawnić, a więc nie może być również rozwijana. Szkoły kształcą dziś – podobnie jak w XIX wieku tak , jakby wszyscy mieli zostać profesorami uniwersyteckimi. A co z osobami, które będą kiedyś pisać piosenki, zakładać ogrody, pomagać ludziom starym i chorym, co z talentami tych, którzy zostaną fryzjerkami, mechanikami samochodowymi czy kreatorami mody? Czy ich talenty nie zasługują na to, by mogły być rozwijane w szkołach? Czy można kształcić wszystkich, w taki sam sposób i wymagać od wszystkich tego samego w takim samym czasie?
Ile uzdolnionych i rzetelnie pracujących dzieci wyszło wczoraj (zakończenie roku szkolnego) ze szkół z przeświadczeniem, że są głupie i gorsze od innych? Czy Roberta Lewandowskiego pyta ktoś o znajomość dat panowania polskich królów, czy ktoś czytając książki Sally Gardner interesuje się tym, że wciąż nie pisze poprawnie, czy świetnego chirurga ocenia się po tym, jakie ma pismo?
Dzięki badaniom neurobiologów i ich książkom wiemy dziś, że nie wszyscy są w stanie nauczyć się wszystkiego. Ale każdy ma swoje silne strony i dzięki nim może w życiu odnieść sukces. Dlatego w dobrej szkole na dzieci patrzy się przez pryzmat tego, w czym są dobre. Sukces odniosą w życiu tylko ci, którzy w siebie uwierzą. Dlatego powinniśmy przestać zachęcać młodych ludzi do zbierania samych szóstek i piątek, a skupić się na tym, by w szkole mogli odkryć i rozwijać swoje pasje i talenty. Wtedy i jako nauczyciele i jako rodzice będziemy mogli odejść od roli nadzorców, którzy wciąż muszą pokazywać marchewki lub kijki.
Rozumie to coraz więcej nauczycieli, a efekty innego podejścia widoczne są bardzo szybko. Głównie dotyczy to motywacji.
P.S.
I proszę nie piszcie komentarzy typu „Ach tak, to mamy nagradzać za to, że jakiś leń nic nie robi!” Lub: „A więc chodzi o to, żeby uczniowie się w szkole nie męczyli! Więc chwalmy wszystkich za wszystko!” Jest dokładnie odwrotnie. Postulowane patrzenie na uczniów przez pryzmat ich silnych stron, nie jest równoznaczne z chwaleniem. Tak naprawdę, to dzieci, aby się rozwijać nie potrzebują ani naszych pochwał, ani kar. Potrzebują czegoś zupełnie innego, ale to już materiał na inny wpis. W Budzących Się Szkołach chodzi nam o to, żeby nauka w szkole była efektywniejsza, a uczniowie uczyli się więcej niż dziś. Ich możliwości są naprawdę dużo większe! dziś ich często hamujemy, bo „Musisz!” zabija „Chcę.”

Informacje o Sally Gardner czerpałam z rozmowy z Agnieszką Jucewicz, która ukazała się w „Wysokich Obcasach” z dnia 15.11.2014

 

W szybkiej odpowiedzi możesz użyć kodów BBC i uśmieszków tak jak przy normalnej odpowiedzi.

Nazwa: Email:
Weryfikacja:


Pytanie anty-spamowe:
Przepisz nazwę
kreatywni
pomijając samogłoski: