Drugie Dno

  • 4 replies
  • 962 views
*

Grzegorz thelinked

Drugie Dno
« dnia: Styczeń 31, 2021, 12:31:30 »
Drugie Dno cz. 1
"Wielka podróż zaczyna się od małego kroku"

Mea jest zwykłą 17-nastolatką, mieszka w Koloni Wychowawczej numer 7. Niecały rok temu otrzymała zgodnie z wymogami swój osobisty pokój. Z jednej strony cieszyła się z tego, choć z drugiej doskwierała jej samotność.
Jak co rano wstała z łóżka obudzona automatycznym budzikiem, który dzwoni zawsze wystarczająco wcześnie aby mogła zdążyć na sesje lekcyjne w swojej akademii. Nie lubi poranków. Monotonia i machinalność odbierają jej wolę życia. Kolejny raz musi założyć swój lekcyjny uniform, dokładnie taki sam jak wszyscy uczniowie w mieście, różniący się jedynie numerem akademii. Ma swoje plusy. Dostosowuje się do rozmiarów ciała, dzięki czemu jeden egzemplarz wystarcza na całe edukacyjne życie. Reguluje również temperaturę ciała - nigdy nie jest w nim ani gorąco ani zimno. Dostała go mając 5 lat i ma go nadal mając 17.
Z nijakim wyrazem twarzy stanęła przed oknem, przypominającym szklaną ścianę pokoju i spoglądała na miasto skąpane w promieniach wschodzącego słońca. Przetarła twarz i dotknęła szyby, dwukrotnie uderzając w nią palcem. Powierzchnia bezszelestnie odpowiedziała zmieniając swoją powierzchnię w lustro.
- Znów ty – szepnęła cicho spoglądając we własne oczy. Patrząc w lustro widziała pewnie to co każdy z mieszkańców miasta: piękną twarz, idealne ciało i doskonałe kształty. Była tym znudzona choć podobało jej się własne ciało, zwłaszcza w obcisłym kombinezonie, który podkreślał każdy kształt. „Jak można być pięknym kiedy wszyscy są tacy sami?” Wielokrotnie rozmyślała nad tym jakby to było być otyłym albo niedożywionym, wspominając zajęcia z historii. Codzienną plejadę depresyjnych myśli przerwał komputer mieszkalny.
- Witaj Meo. Twoja poranna dawka GSO jest już gotowa. Czy przyjmiesz ją teraz?
- Daj to. I jeszcze jedno, wyłącz komunikaty głosowe. Nie mam zamiaru gadać z procesorem.
- Rozumiem. Możesz odebrać swoją pigułkę. Komunikaty głosowe wyłączone.
GSO jest mieszaniną odpowiedniej dawki energetycznej, minerałowej, witaminowej i immunologicznej, która służy za główny posiłek każdego człowieka już od ponad stu lat. Przyjmuje postać małej tabletki, którą każdy spożywa raz dziennie.
- Bateryjka – mruknęła ironicznie łykając pigułkę. Bardzo lubiła naturalne jedzenie, jednak w kolonii rzadko podawano takie posiłki, jej natomiast nie było stać na gotowanie własnych dań. Już dawno temu żywność hodowlana czy organiczna stała bardzo drogim i ekskluzywnym towarem. Może gdyby miała rodzinę inaczej by to wyglądało. Mimo wszystko nie zastanawia się nawet przez chwilę nad zakupem owoców idąc koło jakiegoś sklepiku na obrzeżach miasta, jeśli tylko kredyty na koncie na to pozwalają.
Dziś był czwartek. Mea miała wycieczkę do placówki naukowej, w której badano powikłania występujące w zetknięciu z imperialną biotechniką oraz surowcami żywieniowymi. Słyszała od kilku osób plotki jakoby można było tam zobaczyć pracowników Imperium, pochodzących z różnych planet. To intrygowało ją najbardziej a właściwie było jedynym powodem dla którego chciała tam pójść.
Po ubraniu się i „śniadaniu” zjechała windą na dół. Zastała ją jednak niemiła niespodzianka, która zepsuła i tak już nie najlepszy nastrój. Przed wyjściem krzątał się tłum młodych ludzi. Wszyscy w takich samych uniformach jak ona.
- Co się znowu dzieje? – zapytała znajomego młodszego chłopaka.
- Jak to co? To samo co w zeszłym tygodniu. Znów nawaliły bramki. Zdaje się że po raz kolejny utkniemy tu na kilka godzin.
- Cholera, dziś akurat nie mogę.
- Śpieszysz się na zajęcia? Wszystko z Tobą w porządku? – zaczął się śmiać.
- Mam wyjście z grupą. Zależy mi na tym. – odpowiedziała spuszczając głowę w dół jakby czegoś szukając - Głupie bramki, psują się akurat wtedy kiedy powinny działać. Jak na złość. Nie mogli by nas choć raz wypuścić bez rejestru?
- Wiesz że tego nie zrobią. Już było kilka takich sytuacji. Słyszałem że kiedyś w „jedynce” nie mogli ich naprawić i nikt nie wyszedł. Dopiero popołudniu. Wracam do pokoju, nie będę tu sterczał jak kołek.
Nie odpowiedziała mu. Nawet nie zwróciła uwagi kiedy odchodził przeciskając się przez tłum. Kombinowała jak wyjść na zewnątrz jednak wiedziała że nie przekona bezdusznych strażników. Restrykcja ją dobijała. Bezsilność gotowała się ze szczyptą gniewu i złości.
Mea, jak każdy człowiek, miała wszczepiony od urodzenia chip znajdujący się pod skórą, nieco powyżej prawego nadgarstka. Były na nim zakodowane pieniądze, karta tożsamości, karta zdrowia i tak dalej. Zbierał on również informacje o stanie zdrowia, dzięki czemu lekarz mógł zawsze szybko i bezbłędnie zdiagnozować chorobę u pacjenta. Pomimo tych wszystkich niewątpliwych zalet i tak uważała że głównym celem stosowania tych urządzeń jest kontrola. Z drugiej jednak strony, kiedy przypominała sobie zajęcia o ludziach z poprzedniej epoki, o tym jak używali pieniędzy jako papierowych czy metalowych przedmiotów, uśmiechała się pod nosem z zadowolenia. Bądź co bądź nikt nie mógł jej niczego ukraść…
Jednak czasem elektronika zawodziła – tak jak dziś. Każdy uczeń wychodzący z Kolonii w godzinach lekcyjnych musi przejść przez bramki znajdujące się przy wejściu głównym, po to aby zostać zarejestrowany jako osoba, która wyszła na zajęcia. Wracając po szkole również trzeba się rejestrować. Pozwala to Strażnikom kontrolować młodzież, dzięki czemu szybko dowiadują się czy ktoś jest szkolnym uciekinierem, czy może skończył już zajęcia.
Dziś, okoliczności zazwyczaj sprzyjające, przybrały całkiem odwrotną formę. Mea chciała wyjść jak najszybciej żeby nie spóźnić się na zbiórkę. Do przebycia było jeszcze całe miasto a zostało tylko 20 minut.
Po krótkiej chwili coś zakotłowało się przy wyjściu i nagle tłum zaczął przetaczać się przez bramę. Awaria została usunięta. Ludzie niczym krowy zaganiane kijami przelewali się przez wyjście. Po kilku minutach w końcu dotarła na ulicę. To był jeden z momentów, które bardzo lubiła – łyk świeżego powietrza i ciepło słonecznych promieni dotykających jej delikatnej twarzy. Zawsze przystawała na chwilkę przy drzewie obok wejścia aby zadowolić się tą piękną chwilą. Jedyną chwilą, która miała sens każdego ranka. Nie było słychać nic prócz krzyku mew docierającego znad wybrzeża oraz rozmów przechodniów. Miasta zmieniły się bardzo przez ostatnie 200 lat. Z polecenia Imperium cały transport został zepchnięty głęboko pod ziemię, a ulice zamieniły się w zielone trawniki, parki oraz skwery przeznaczone dla mieszkańców. Cisza, czasami przerywana przelatującym z portu statkiem, wypełniała każdy zakamarek metropolii.
Miasto EP13, przez mieszkańców nazywane „Trzynastką”, znajdowało się na kontynencie Europejskim gdzieś na wybrzeżu morza Bałtyckiego. Jak na ziemskie miasta było bardzo duże i liczyło około 300 tysięcy mieszkańców. Mea słyszała że kiedyś najbardziej zaludnione miasta liczyły nawet po 20 milionów ludzi, co było dla niej rzeczą niewyobrażalną. Z tego co wiedziała, aktualnie największa na Ziemi była jej stolica - Cordis wraz z jej prawie 1,5 milionową populacją. Dla niej to i tak stanowczo za wiele. Nie lubi czuć się jak nic nie znacząca mrówka, choć z niesmakiem zdaje sobie sprawę że nią jest.
Chwilę zadumy przerwał krzyk ptaków przelatujących między wieżowcami. Przebiegła szybko przez trawnik i wskoczyła na schody prowadzące do stacji podziemnej kolejki magnetycznej. Zdążyła w ostatniej chwili.
Spoglądając ospale ma przemijające za oknem światełka przemierzała miasto a raczej jego podziemia. Na siedzeniach za nią jakieś starsze kobiety plotkowały o zbliżającym się święcie kolejnej rocznicy wcielenia do Imperium. Ludzie wydawali się tak bardzo zadowoleni i szczęśliwi. Wielu rzeczy nie potrafiła pojąć.
Po niedługiej przejażdżce dotarła do swojej stacji. Spojrzała na zegarek - była spóźniona. Biegiem wskoczyła na schody, które prowadziły wprost na dziedziniec akademii, gdzie była zbiórka. Pod wielkim pomnikiem przedstawiającym pilota w kombinezonie stała grupka kilkunastu osób.
- Pamiętajcie żeby zachowywać się normalnie a nie jak skończone łajzy. Nie idziemy do ogrodu zoologicznego tylko do ośrodka naukowego. To niesamowita okazja żeby spotkać się oko w oko z naukowcami Imperium, którzy pracują nad poprawkami genetycznymi dla chorych – mówiła dumnie nauczycielka, najwyraźniej bardziej podniecona wycieczką niż jej podopieczni.
- I okazja zobaczyć największych idiotów pod słońcem – rzucił ktoś z grupki po czym reszta buchnęła śmiechem.
- Spróbujcie tylko narobić mi wstydu! – pogroziła stanowczo, czym zbytnio nikt się nie przejął – Są już wszyscy?
- Nie ma dzikuski...
- Mówiłam żebyś jej tak nie nazywał.
- Po prostu jest dziwna.
- Ma imię więc z niego korzystaj.
W tym momencie ktoś wbiegł na schody pod pomnikiem, na których stała grupka.
- Jestem już – powiedziała zdyszana Mea, która trafiła idealnie w środek dyskusji o niej samej.
- No wreszcie!
- Jaki tym razem spisek wytropiłaś? – dogryzł jej jeden z „kolegów” z klasy.
- Odwal się – odpowiedziała z delikatnym uśmiechem.
Broniła się choć wiedziała że była powszechnie uważana za dziwaka. Jej poglądy (między innymi takie że cały system społeczny w jakim żyją jest sztucznie napompowany) spotykały się z drwinami oraz mocnym ostracyzmem. Nic w tym dziwnego. Jak na tak młodą osobę jej światopogląd wybiegał mocno w przód, kompletnie nie zgrywając się z zainteresowaniami rówieśników. Tak naprawdę miała tylko jednego przyjaciela – Marka. Również outsidera, który jednak swoją neutralnością nie stwarzał sobie wrogów.

Nie przejmując się docinkami, raczej z przyzwyczajenia niż z braku wrażliwości, ciągnęła się trochę z tyłu, za resztą klasy, w przeciwieństwie do niej upajając się każdym drzewem jakie minęła, każdym kwiatem i każdym ptakiem którego śpiew do niej docierał. Nauczycielka zdecydowała że pójdą na piechotę, z czego Mea w głębi serca cieszyła się. Godzinka marszu to nie tak wiele a pogoda była wspaniała. Zadowolenie było tym większe że wybrali drogę wybrzeżem, z którego widać startujące z portu statki. Uwielbiała na nie patrzeć. Przypominały trzmiele, które ciężko podnoszą się z kwiatu aby nagle szybko odlecieć gnane wiatrem.
Po podróży dłuższej niż planowali dotarli w końcu na miejsce. Zanim skręcili z głównej promenady, opiekunka zatrzymała wszystkich aby sprawdzić obecność. Mea odsunęła się na bok i kucnęła na granicy chodnika i piasku, wpatrując się w morze. Fale rytmicznie wylewały się na plażę po czym wracały pośpiesznie z powrotem. Było tak cicho. Z czasem przestała zwracać uwagę na dźwięki grupy. Była tylko ona i wybrzeże.
Chwilę zadumy przerwał niski dźwięk docierający ze wschodu, od którego ziemia lekko drżała. Odwróciła wzrok w tamtą stronę zagarniając włosy za ucho. Wielki frachtowiec towarowy właśnie podrywał się do lotu, unosząc się jakby z wielkim trudem. Wyglądał niczym mały owad, jednak Mea wiedziała jaka dzieli ich odległość – wiedziała jak jest ogromny. Wolno i bez pośpiechu przesuwał się w stronę morza oraz wielkich latarni kierunkowych wystających z wodnej toni a kiedy minął ostatnią z nich, poderwał dziób i prawie pionowo odleciał malejąc w błękicie nieba.
- Mea! - krzyk przywołał ją do rzeczywistości – Idziemy, nie zostawaj z tyłu.
Szybkim krokiem dogoniła resztę. Szła smętna, ze spuszczoną głową, znajdując uciechę w kopaniu leżących na ścieżce kamieni. Nie patrzyła na drogę. Po kilku minutach grupa zatrzymała się.
Znajdowali się na środku zielonej łąki pośród niskich, rozłożystych drzew. Teren otoczony był lasem. Jakieś 100 metrów dalej stał niski, jednopiętrowy biały budynek. Jego bogato zdobiona elewacja przypominała te, które Mea widziała na zajęciach z historii z okresu na długo przed przybyciem Imperium. W każdym razie było w nim coś magicznego, coś co sprawiało że w żaden sposób nie pasował do otoczenia i współczesnej architektury.
Wolnym krokiem stąpali po bajecznie zielonej trawie, zadbanej i rosnącej idealnie równo i gęsto. Rozproszyli się mijając pnie niskich lecz potężnych drzew, które zarastały teren tylko do pewnego momentu – dalej nie było nic prócz łąki rozciągającej się po całym terenie, który powoli podnosił się przypominając niski pagórek, na którego szczycie stał ten dziwny dworek.
Kiedy zbliżyli się ktoś wyszedł im na spotkanie. Mea początkowo wzięła go za człowieka jednak kiedy zmierzał w kierunku grupy szybko zmieniła zdanie. Grupa zatrzymała się. Nikt nawet nie pisnął a nauczycielka niepewnie wyszła przed swoich podopiecznych, wyraźnie zestresowana i zakłopotana. W końcu i on stanął przed nią.
Był mężczyzną lecz na pewno nie ziemianinem. Wzrostem przewyższał opiekunkę o co najmniej pół metra. Przez bardzo długie i jasne włosy spływające na plecy wystawały lekko szpiczaste uszy. Spoglądał na nich swoimi niebiańsko błękitnymi oczyma i uśmiechał się. Nos różnił się od ludzkiego większymi nozdrzami, zaciągniętymi po bokach ku górze. Skóra jego twarzy była prawie biała i odbijała światło słoneczne sprawiając wrażenie jakby cały promieniował dziwnym blaskiem. Jego ciało było bardziej pociągłe i smuklejsze niż ludzkie co potęgowało wrażenie i tak już sporego wzrostu. Lekkie ubranie zdawało się mienić przeróżnymi odcieniami błękitu i bieli oraz kolorów, które ciężko opisać.
Patrzyli na niego jak zaczarowani. Imperialni należeli do wielu humanoidalnych ras różniących się od siebie pewnymi detalami, jednak nigdy wcześniej nie widzieli kogoś takiego. Nauczycielka natomiast doskonale wiedziała że był to przedstawiciel jednej z najbardziej rozwiniętych rasy, które rządziły Imperium – rasy z której pochodził sam Cesarz.
Ogarnął wzrokiem całą grupkę przybyłych, wystawił do nich swą dużą dłoń po czym odezwał się a dźwięk jego słów zdawał się wyprzedzać ich wymowę...
- Witaj – niewyobrażalnie aksamitny głos dotarł wprost do umysłu nauczycielki, która w ułamku sekundy uspokoiła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Następnie zwrócił się do reszty.
- Wy również witajcie młodzicy. Widzę że zauważyliście wyjątkowość i spokój tego miejsca. Są one potrzebne tym, którzy tu przebywają. Pomagamy tu tym, którym zaszkodziła nasza pomoc. Tych, którzy zachorowali przez nasz dar dla waszej cywilizacji i planety. Jest to dla nas ogromnym smutkiem i powodem do wstydu. Wspólnota – gdyż tego określenia używali urzędnicy imperium na jego określenie - nie może pozwolić aby jego mieszkańcy cierpieli z tak podstawowych powodów. Dlatego utworzono takie miejsca przy każdym większym kompleksie mieszkalnym, który nazywacie miastem.
Mea w jakiś dziwny i niewytłumaczalny sposób czuła że głos nieznajomego dociera bezpośrednio do ich mózgów a nie przez uszy, choć ruszał on ustami.
- Proszę was, abyście nie zakłócali spokoju mieszkańców tego miejsca i wykazali się zrozumieniem dla pracy jaką tu prowadzimy.
Choć powiedział dokładnie to samo co opiekunka na zbiórce tym razem nikt nie miał ochoty na żarty. Ciężko powiedzieć czy mężczyzna wzbudzał strach czy raczej niezrozumiały zachwyt. Jedno jest pewne – jego głos hipnotyzował każdego i w niezrozumiały sposób zdawał się docierać do najgłębszych zakamarków ludzkich myśli, sprawiając że ciężko było się oprzeć. Nie było by przesadne stwierdzenie że zrobili by wszystko co by im kazał.
Odwrócił się i lekkim krokiem oddalił się w stronę drzwi wejściowych do budynku. Podążyli bez słowa za nim a kiedy byli już w cieniu budowli, stanął obok wejścia zapraszając ich do wewnątrz gestem dłoni. Grupa zaczęła powoli wchodzić przez wąskie wejście. Wielkie poruszenie wywołały drzwi bez żadnego elektronicznego zamka czy siłownika. Były to stare drzwi na zawiasach, otwierane kluczem i siłą mięśni – antyk.
Mea szła na końcu. Mężczyzna stał przy wejściu i czekał aż wszyscy znajdą się w środku. Kiedy przechodziła koło niego nagle odezwał się.
- Witaj moja droga – jego głos zdawał się nie mieć początku ani końca, jakby nigdy nie zaczął i nie skończył mówić. Zatrzymała się jakby trafiona piorunem i powoli uniosła głowę. Czuła się bardzo zakłopotana obecnością tego...człowieka. Po to tu przyszła. Chciała spotkać prawdziwych naukowców pracujących dla Imperium a kiedy stała twarzą w twarz z jednym z nich, miała ochotę schować się pod ziemię, uciec stąd jak najdalej.
Nieśmiało i ze strachem spojrzała mu w twarz. Miał perfekcyjne rysy twarzy i tak niebieskie oczy jakich nigdy wcześniej nie widziała. Często rozmawiała z Imperialnymi, ale ten był tak inny i wyjątkowo piękny. Jego włosy zdawały się tworzyć jakby białą poświatę, aureolę dokoła głowy. Nie wiedząc jak ma się zachować, w końcu wykrztusiła z siebie dwa słowa.
- Dzień dobry.
- Obawiasz się mnie? – odpowiedział bezgranicznym i miękkim głosem.
- Nie...tak – Mea czuła że nie panuje nad swoimi odruchami. Nie wiedziała jak i czemu ale nie mogła kłamać - Czuję się nieswojo. Czego ode mnie chcesz Panie?
- Uśmiechu.
- Do czego potrzebny ci mój uśmiech? Nawet mnie nie... – i nagle, wypowiadając te słowa poczuła że ten człowiek jest wewnątrz jej świadomości, przeczesując każde jej uczucie i doświadczenie jakby przekładał ubrania w szafie – Co Pan, co Ty wypra... – zdążyła wyszeptać patrząc mu w oczy. Wydawało jej się że znika, tonie w jego spojrzeniu wyjęta poza przestrzeń i czas. Czuła się podobnie jakby kochała się z nim, lecz pozbawiona obciążenia zwierzęcego pożądania. Jej umysł zlał się z jego umysłem. Zamknęła oczy. Uczucia pojawiające się w tej dziwnej przestrzeni stworzonej z dwóch umysłów powoli ubierały się w etykiety, które jej ego mogło zrozumieć.
- Mea, życie każdej istoty jest właściwe w takiej postaci w jakiej jej go doświadcza. Nie miej żalu do losu za doświadczenia jakie Cię spotkały. Nie walcz z rzeką bo i tak nie wygrasz.
Nagle jakby ocknęła się. Coś wyrwało ją z tej błogiej przestrzeni, z poczucia połączenia z kimś jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyła.
- Skąd Ty... – nim zdarzyła dokończyć zorientowała się że stoi sama. Gwałtownie rozglądnęła się dokoła myśląc czy nie zwariowała. Stała chwile nie wiedząc co ma zrobić. Po co ktoś Taki, mówi takie rzeczy komuś kogo nawet nie zna? „O co mu do cholery chodziło?” Wystarczyła jeszcze krótka chwila i zapewne zwariowałaby z natłoku myśli, lecz na ratunek przybyła nauczycielka.
- Mea! – usłyszała krzyki dobiegające z korytarza - Tu jesteś. Gdzie ty się włóczysz? Chcesz żebym miała przez ciebie kłopoty? Wiesz że nie wolno się tu kręcić samemu.
- Przepraszam, już idę – powiedziała jakby do siebie, choć myślami krążyła gdzie indziej.
Ruszyli schodami w dół, do windy gdzie stała reszta grupy. Idąc korytarzem zauważyła dziwne obrazy wiszące na ścianach. Różne kolorowe bazgroły nie przedstawiające niczego szczególnego.
- Kto mógł namalować takie głupoty – odezwał się jeden z chłopaków z grupy, kiedy nauczycielka oraz jakiś naukowiec kazali im wsiadać do windy – tak też zrobili.
Zjechali kilka pięter w dół po czym wysiedli. Nastąpiła diametralna zmiana otoczenia. Kameralne wnętrza starego domu zamieniły się w kompleks naukowo-badawczy. Korytarzami błąkali się ludzie w białych kombinezonach, z których większość nie była ziemianami. Tu i ówdzie kręcili się również pacjenci. Ci dla odróżnienia ubrani byli w luźne, naturalne szaty i przede wszystkim wyglądali jak ludzie.
Kiedy grupa ruszyła, Mea odłączyła się nieświadomie zapatrzona w jeden z korytarzy. Nieodparta pokusa kazała jej spojrzeć co jest za rogiem. Personel oraz pacjenci zdawali się nie zwracać na nią uwagi. Wszyscy byli zabiegani. Im bardziej odłączała się od grupy, tym coraz bardziej coś przyciągało ją w głąb korytarza do jakiego się zapuściła. Wyglądał na mało uczęszczany. Po kilku zakrętach zrobiło się cicho i spokojnie. Zaczęła mówić do siebie:
- Cholera, jak ktoś mnie tu znajdzie to mam przechlapane – po czym obróciła się na pięcie i kiedy miała już zacząć wracać w stronę windy, nagle ktoś wybiegł zza rogu i z całym impetem zdarzył się z nią. Obydwoje przewrócili się. Usłyszała dźwięk tłuczonych naczyń.
Zerwała się na równe nogi i spojrzała co się stało. Cała była oblana jakąś brązową substancją. Na ziemi leżał staruszek ubrany w starą koszule i jakieś wytarte spodnie. Już zbierała się do tego żeby mu pomóc...
- Świetnie! Gratuluje. Możesz być z siebie dumna – rzucił niby do niej, choć bardziej sam do siebie, zbierając resztki rozbitego talerza.
- Bardzo Pana przepraszam. Nic się nie stało?
- Zobacz co narobiłaś!
- Ja?! – zapytała nieco zdziwiona choć nadal grzecznie pomimo że kończyła jej się cierpliwość.
- A kto? Może ja? Moje klopsy – mówił czule niczym do dziecka zbierając mięso z podłogi – Co tak stoisz? Może byś mi pomogła!
Lekko zaskoczona dziwnym podejściem staruszka przykucnęła i zaczęła zbierać klopsy i ziemniaki rozrzucone po podłodze. Spróbowała jeszcze raz.
- Naprawdę przepraszam. Nie wiedziałam że wybiegnie Pan...
- Jak się stoi na środku jak ciele to nie ma się co dziwić – mruknął pod nosem starzec.
Nie wytrzymała.
- No przepraszam bardzo, kto na mnie wpadł z tym żarciem?!
- Weszłaś mi pod nogi!
- Ja się nawet nie ruszałam!
- No właśnie, jak ciele! Jakby pociąg na ciebie jechał to też byś się nie ruszyła? Ciele! Widziałaś że biegnę – po czym mruknął do siebie – Kto mi wprowadził do domu krowy?!
- Staruch – burknęła do siebie zbierając dalej ziemniaki – Przecież Cię przeprosiłam. O co jeszcze chodzi?
- O to że dzielę się moim obiadem z podłogą.
Nie odezwała się. Nie miało to najmniejszego sensu. Z jednej strony była zdenerwowana, z drugiej jednak ta komiczna postać wzbudzała u niej sympatię. W końcu odezwała się ponownie.
- Kim jesteś dziadku?
- Głodnym człowiekiem, który właśnie stracił pół obiadu.
- Mea – po czym wyciągnęła dłoń do starca.
Zdawał się nie zwracać na nią uwagi, jednak po chwili podniósł rękę, drugą nadal szperając w resztkach na podłodze. Dziewczyna pochwyciła jego dłoń. Starzec zatrzymał się w bezruchu. Dawno nikt nie uścisnął mu dłoni z taką otwartością i szczerością jak ta młoda kobieta stojąca przed nim.
- Edmund – powiedział po czym spojrzał na nią przymrużonymi oczyma niczym detektyw.
- Miło mi.
- Aha – zamilkł na chwilę po czym kontynuował - No dobra Cielaku, skąd się tu wzięłaś?
- Jestem z wycieczką.
- Z czym?! Ha! To teraz wybierają się tu wycieczki. Niesłychane – znów mówił jakby do siebie.
- Chyba się zgubiłam.
- No to pech.
- Gdzie jest jakaś łazienka? Muszę to zmyć – wskazała na sos borowikowy spływający po jej ubraniu.
- Choć za mną tylko poczekaj! Muszę zebrać do końca.
Mea czuła że darzy tego poczciwego staruszka coraz większą sympatią. Kiedy skończył pomogła mu przełożyć uratowane jedzenie do jedynej miski która się nie potłukła, po czym poszła za nim w głąb korytarza.
- Choć tutaj – wskazał właz na prawej ścianie po czym wcisnął przycisk i drzwi otwarły się – tu są umywalnie. Przemyj sobie ubranie a później Cię odprowadzę jeśli będziesz chciała.
- Jesteś tu pacjentem? – zapytała przecierając kombinezon zmoczoną szmatką. Staruszek odwrócił wzrok jakby unikając odpowiedzi. Po chwili zaczął poprawiać koszulę nie odpowiadając na pytanie.
- Jesteś pacjentem? - ponowiła pytanie tym razem patrząc na niego.
- Co? A ten no czy jestem pacjentem? No pewnie że tak! Tak, tak – parsknął wyraźnie zakłopotany pytaniem. Mea zauważyła że coś jest nie tak.
- Na co jesteś uczulony? Na GSO?
- No tak. Tak jakby.
Dziewczyna spojrzała na niego unosząc ze zdziwienia jedną brew ale nie odezwała się.
- Oj no wsadzili mnie to już kilka ładnych lat temu. Kiedy przeprowadziłam się do miasta to zdecydowałem się na przyjmowanie suplementu – Edmund usiadł wygodnie pod ścianą najwyraźniej przygotowując się do posiłku.
- I?
- I nic.
- Nie rozumiem. Jak to nic? - Mea męczyła staruszka coraz bardziej przekonana że jego opowieść nie trzyma się kupy – Przyjmowałeś i nic?
- No po prostu mi nie smakowało. Niby się to ssie i jakiś tam ekstrakt smakowy jest ale to nie to samo co wgryzać się w smaczne owoce i warzywa! - uśmiechnął się jednocześnie pokazując jej kartofla.
- Wiem bo też wole normalne jedzenie jak każdy ale od kiedy wsadza się za to do zamkniętego ośrodka leczniczego?!
- A coś Ty taka wścibska? – uśmiech zniknął z twarzy staruszka, który najwyraźniej miał dość wywiadu – Może już pójdziesz? Chciałem właśnie zabrać się za jedzenie ale ktoś z uporem maniaka nie bardzo mi na to pozwala – po czym zaczął jeść.
- Spokojnie, tak tylko pytam. Miałam poznać uczulonych ludzi i ich życie. I tak już będę mieć problemy więc chcę mieć chociaż z czego napisać pracę.
- To źle trafiłaś. Nie jestem uczulony – wymlaskał Edmund w wolnej chwili pomiędzy kęsami.
- Co?! Najpierw mówisz że jesteś...
- Powiedziałem „tak jakby”.
- No to „tak jakby” jesteś a teraz mówisz że nie? O co chodzi?
- Czy wy baby zawsze musicie wszystko wiedzieć?
- Tak to już jest – uśmiechnęła się uroczo.
Odłożył talerz i najwyraźniej zmęczony dopytywaniem pokiwał głową na boki, jakby dziwiąc się potędze ludzkiej ciekawości. Po chwili odezwał się szeptem.
- Kiedy przeprowadziłem się do miasta zacząłem regularnie pisywać do jednego z czasopism. Bazgrałem na różne tematy niewygodne dla blondasów.
- Blondasów? - wtrąciła pytająco.
- No dla „Wspólnoty”, jak chlubnie się nazywają. Zazwyczaj dotyczyło to różnych machlojek i mydlenia oczu ludziom. Owszem, mają sporo zasług i wiele zmienili na lepsze, jednak w niczym ich to nie usprawiedliwia. Jesteś jeszcze młoda i mało wiesz – staruszek wyraźnie wczuł się w swoje słowa i zapomniał - Wychowujesz się w czasach gdzie wszystko jest już w miarę ustabilizowane. Nawet za mojej młodości nie było już najgorzej. Ale ojciec opowiadał mi jak doszło do pierwszego kontaktu z Imperium i uwierz mi, nie wyglądało to tak jak uczą was w tych waszych akademiach.
- Czyli...
- No to mam skończyć czy nie? Skoro już zmusiłaś mnie do takich niecodziennych wyznań to posłuchaj do końca. Choć tak naprawdę nie wiem kim jesteś i czego chcesz to w jakiś sposób czuję że twoje intencje są w porządku.
- Nie mam żadnych intencji, nawet cię nie znam.
- Na czym skończyłem? - spytał Edmund drapiąc się po głowie.
- Przyłączenie.
- A tak. No i pisywałem na różne niewygodne dla nich tematy. Z czasem zyskałem dość sporą popularność i to było gwoździem do trumny – zamyślił się poważnie i spojrzał w podłogę. Mea z wielkim zainteresowaniem oczekiwała w napięciu nie wydając z siebie najmniejszego szelestu. W końcu odezwał się znów.
- Dziś się im wyjątkowo udały.
- Co takiego?
- Klopsy. Są wyśmienite, chcesz skosztować? - wysunął talerz w jej kierunku.
- Mów dalej!
- Coś Ty taka niecierpliwa? Na czym skończyłem? – podrapał się po łysinie – A tak! Zyskałem dość sporą grupę czytelników. Zrzeszyliśmy się nawet w związek, który domagał się od Imperium, od „Wspólnoty” odtajnienia wielu tematów. Sądząc po dalszych przeżyciach, moje poczynania nie spodobały się blondasom.
- Coś ci zrobili? - Mea spytała zgorączkowana i zainteresowana tym co słyszała.
- Pewnej nocy obudziłem się w białym pomieszczeniu całkowicie nagi. Z początku byłem całkowicie zdezorientowany ale wkrótce domyśliłem się co jest grane.
- Szarzy?
- Tak. Zabrali mnie na przesłuchanie a właściwie trzepanie pamięci. Po chwili zjawił się jakiś Imperialny. Cenię go za jedno: był szczery. Powiedział jak sprawa wygląda. Albo przestanę albo zniknę, przy czym dodał że zarówno dla mnie jak i dla nich ta druga opcja jest mniej korzystna. Nie chcieli rozgłosu, a zniknięcie osoby, która otwarcie ich krytykowała i nie miała wrogów wśród ludzi z pewnością by go dostarczyło. Usprawiedliwiał się że mnie rozumieją ale nie mogą pozwolić na wyjście na jaw pewnych rzeczy. Twierdził że prawda nie zawsze jest dobra dla zwykłych ludzi i często może działać przeciwko nim. Mówił też coś o tym że chcą dobrze dla Ziemi, tylko czasem do dobrego rezultatu trzeba dojść złym działaniem. Bla bla bla. Nie słuchałem go. Z początku byłem wściekły jednak z czasem przeszło – zamyślił się i zamilkł. Po kilku chwilach odezwał się znów - Z wiekiem zacząłem pragnąć jedynie spokoju, jednak jeśli publicznie bym się wycofał na pewno bym go nie miał. Imperialni zaproponowali żebym ogłosił że jestem uczulony na GSO i muszę udać się na leczenie. Wiele osób posądzało mnie o to że się sprzedałem... Być może ale każdy z nas pragnie tak naprawdę spokoju. Zaproponowali mi osobny pokój w tym ośrodku, trzy naturalne posiłki dziennie i swobodę ruchu po terenie całego kompleksu. Widziałaś ile jest tu lasów i jezior?
- Nie, wchodziliśmy od frontu – burknęła nieco zdezorientowana pytaniem nie na temat.
- Wielkie przestrzenie. Imperium dba o środowisko, to trzeba im przyznać. Wracając do tematu, zdecydowałem że pójdę na te warunki. Mogłem zabrać ze sobą wszystkie moje rzeczy. Tu i tak będę uznawany za wariata, więc nikomu nie zagrażam.
- Trochę ciężko w to uwierzyć. Ponoć uczulenie na GSO wywołuje różne objawy. Muszę przyznać że trochę to wszystko niesamowite.
- To bez różnicy co o tym sądzisz. Mnie to obojętne. Dla ciebie mogę być wariatem lub nie. Ważne kim jestem dla siebie. Zresztą to ty mnie męczyłaś!
- Skoro pomogli nam wyjść z Ciemnych Lat i uratowali przed Reptilianami, skoro chcą pomóc Ziemi to co mają niby ukrywać? Dla mnie wiele rzeczy w tym systemie jest napompowanych ale bez przesady.
- Wszystko co wymieniłaś ma drugą stronę medalu. Dopóki podoba Ci się zawartość twojej szuflady z zabawkami to wszystko jest w porządku. Jeśli jesteś szczęśliwa to nie szukaj niczego na siłę. Żyj tym co masz i co sprawia Ci radość. Ale kiedy zabawki się znudzą lub nie będą sprawiały ci frajdy odkryjesz że szuflada ma drugie dno, pod którym czai się wiele sekretów. Szukaj zmiany dopóki nie poczujesz że jesteś spełniona.
Mea nic nie odpowiedziała. Nie za bardzo wiedziała co ma myśleć o tym dziwnym człowieku. Mówił prawdę czy może puścił wodze starczego urojenia... Spoglądała tylko na Edmunda i głęboko rozmyślała. Dostrzegała w tym człowieku ogromną niezależność. Jego ruchy, ubranie, sposób jedzenia - wszystko to sprawiało wrażenie że nawet jeśli zakuć by go w kajdany to i tak nadal byłby wolny i niezależny.
Pewnie siedzieli by tak jeszcze jakiś czas, gdyby nie...
- Tu jesteś – powiedział ktoś za ich plecami. Przez ciało dziewczyny przeszedł dreszcz a oczy otworzyły się szeroko. Poznała ten hipnotyczny głos i mocno wystraszona obróciła się.
- Nie wiedziałam że ktoś tu jest – ledwo zdołała z siebie wyjąkać kilka słów. Stał przed nią ten sam mężczyzna, który przywitał grupę kilka chwil wcześniej, ten sam który wszedł do jej umysłu.
- Ha! – krzyknął szaleńczo Edmund uderzając się w kolano – Nie przejmuj się Cielaku, On zawsze to robi.
- Co?
- Pojawia się znikąd. Ha ha! – po czym machnął ręką do mężczyzny – Witaj Doctusie.
- Witaj Edmundzie. Widzę że zająłeś się naszym gościem? - delikatnie odpowiedział Imperialny.
- Ale za jaką cenę? Widziałeś co zrobiła z moimi klopsami? – pół żartem pół serio rzucił staruszek.
- Ja... ja nie chciałam – Mea zaczęła potulnie tłumaczyć się przed tajemniczym mężczyzną.
- Nie powinnaś odłączać od grupy – odpowiedział jej – nauczycielka martwiła się o Ciebie.
Nie wiedziała co odpowiedzieć.
- Mogę to wytłuma... – nagle poczuła dokładnie to samo uczucie, które czuła podczas pierwszego spotkania z nieznajomym. Wiedziała że penetruje każdą jej myśl. Obawiała się że pozna treść rozmowy ze starcem.
- Nie wysilaj się – powiedział z uśmiechem nieznajomy – nie musisz nic przede mną ukrywać – po czym zwrócił się do starca – Edmundzie, odprowadzisz naszego gościa?
- Zobaczymy co da się zrobić, choć będzie cię to sporo kosztowało!
- Doskonale – po czym zwrócił się do Mei – Miło było poznać taką osobę jak Ty.
- Jak ja? - odpowiedziała nieśmiało, nadal mocno wystraszona.
- No już, wystarczy tych grzeczności bo robi mi się nie dobrze – wtrącił złośliwie Edmund.
- Chciałam tylko jeszcze o coś zapytać – odpowiedziała starcowi dziewczyna po czym znów obróciła się w stronę mężczyzny – O co chodziło z tym że...
Lecz nikogo już nie było. Mea rozglądała się tu i ówdzie szukając nieznajomego.
- Co jest grane? Przecież przed chwilą tu był!
- Mówiłem Ci, cały czas to robi, ha ha! – i zaśmiał się szaleńczo jak to miał w zwyczaju - Pora już iść. Obiecałem Doctusowi że Cię odprowadzę i nie mam zamiaru tracić sowitego wynagrodzenia za tą nieprzyjemność - po czym zabrał miskę i zaczął gramolić się do wyjścia z łazienki. Mea wyszła za nim. Kiedy szli korytarzem w milczeniu nie mogła wytrzymać i w końcu zapytała:
- Doctus? Tak się nazywa ten facet?
- Ja go tak nazywam. Oni nie używają imion, rozpoznają się bez tego. Kiedyś powiedział żebym nazywał go tak jak mi wygodnie, zresztą każdemu tak mówi.
- Jak tu wchodziłam to mnie zaczepił. Powiedział do mnie coś dziwnego a wcześniej... nie wiem jak to powiedzieć, ale tak jakby...
- Wszedł Ci do głowy?
- No.
- Cały czas to robi. Oni tak rozmawiają. Doctus mówi że słowa to tylko interpretacja pewnych odczuć jakie pojawiają się wewnątrz. Zamiast marnować czas i czystość tego co chce się przekazać na ubranie uczuć w etykiety, po prostu odczytują je w pierwotnej postaci. Pewnie dlatego powiedział Ci coś „prywatnego”. Młodzi ludzie są szczerzy i nie ukrywają swoich rozterek głęboko w podświadomości, więc pewnie dotarł do nich i poczęstował Cię jakąś radą.
- Radą? Po co udziela rad obcym ludziom?
- Taki już jest, wszyscy oni tacy są. Jest wysoko postawionym naukowcem ale różni się od reszty. Odkąd tu jestem zawsze mi pomagał i przymykał oko na pewne sprawy. Traktuje ludzi bardzo osobiście. Wiadomo że może mieć swoje powody ale przyjemnie jest czuć że ktoś jest z tobą w przyjacielskich stosunkach, a przynajmniej stwarza takie pozory.
Nic nie odpowiedziała. Szli w milczeniu szerokimi korytarzami. Były to inne korytarze niż te, którymi tu dotarła. Edmund znał kompleks jak własną kieszeń więc wiedziała że zaprowadzi ją we właściwe miejsce. Jej głowa wypełniona była setkami różnych myśli. Negatywna w ocenie opowieść staruszka zmagała się z sympatią do tajemniczego mężczyzny, który z nią rozmawiał. Co miała o tym wszystkim myśleć? Jak do tego podejść? Było jeszcze tyle pytań i tematów, które chciała poruszyć. Przybyła tutaj z nadzieją spotkania kogoś wyjątkowego i udało się. Jednak spotkanie wzbudziło w niej jeszcze więcej niepewności, rozterek i wewnętrznych sprzecznośći. Zanurzona w głębinie swoich własnych myśli nie zauważyła kiedy dotarli na miejsce.
- No! Jesteśmy – mruknął staruszek wskazując na windę.
- Gdzie dojadę tą windą?
- Do domu na górze, blisko miejsca gdzie wsiadłaś do głównej windy. Powinnaś bez problemy trafić do wyjścia. Poczekaj tam na twoje stadko. Posłuchaj sobie drzew, pięknie szumią na wietrze – rozmarzył się i wyglądał tak jakby całkowicie zapomniał gdzie się znajduje.
- Dzięki za oprowadzenie.
- O tak, nigdy nikt nie zwiedzał ze mną łazienki. Proszę bardzo.
- I za rozmowę.
- No starczy tego! Zmykaj bo też muszę już iść – wiercił się nerwowo.
- Dobra. Już Cię nie zatrzymuje dziadku. Trzymaj się i uważaj jak będziesz następnym razem biegł z obiadem.
- To i tak twoja wina. No, cześć Cielaku – po czym nie czekając na odpowiedź odwrócił się i poczłapał przed siebie powoli aby zniknąć za najbliższym zakrętem.
- Do widzenia.

*

Grzegorz thelinked

Odp: Drugie Dno
« Odpowiedź #1 dnia: Styczeń 31, 2021, 12:32:19 »
Drugie Dno cz. 2
"Dostosuj się do rzeki, nie rzekę do siebie."

- Już wychodzisz?
- Tak.
- Coś nie w porządku? Myślałem że Ci się podobało. Rzadko kiedy kobiety są tak wściekłe. W pewnym momencie myślałem że pożresz mnie żywcem, tak wiesz – zarechotał między słowami – naprawdę pożresz.
- Twoje mieszkanie jest obskurne. Sprzątasz tu czasami?
- Wszystkie małolaty w twoim wieku są takie napalone?
- Spieprzaj.
- O, jaka delikatna. Tylko zapytałem, nie obrażaj się słoneczko. Choć tu do mnie, zajmę się twoim złym humorem. No słoneczko?
- Nie mów do mnie słoneczko! - krzyknęła gniewnym głosem - Gdzie są moje majtki?
- Maja nie wychodź, jeszcze wcześnie. Moglibyśmy się zabawić do rana, mam trochę towaru.
- Jesteś żałosny. Nazywam się Mea – powiedziała jakby tłumaczyła coś dziecku.
- Przecież to właśnie powiedziałem.
- Zapytałam gdzie są moje majtki?
- Nie wiem. Co Cię ugryzło? Jeszcze 2 godziny temu zaciągałaś mnie do łóżka a teraz masz jakiś problem!
Czuła się podle. Nawet nie znała tego faceta, który teraz na trzeźwo wydawał się jej strasznym prostakiem i na dodatek śmierdział. Założyła bieliznę i szybkim ruchem wskoczyła w błękitną sukienkę. Siedziała na krawędzi łóżka patrząc tępo w podłogę. Miała ochotę strzelić sobie w głowę. Zabić się i zostać zapomnianą.
- Co ja robię? – wyszeptała do siebie.
Zastanawiała się po co kolejny piątek z rzędu spędziła noc w dyskotece pijąc, ćpając i szukając następnego mężczyzny na którym może wyładować swoje frustracje. Czasem czuła się dziwnie. Miała wrażenie że poluje, szuka swojej zdobyczy, która w ogniu pożądania jest tak łatwa do kontroli. Nie zastanawiała się jednak nad tym zbyt długo. Co tak naprawdę miała innego do roboty? Co mogła robić dziewczyna, której egzystencja według niej samej pozbawiona była jakiegokolwiek sensu i celu? Tonęła w swoim smutku, sama...
- Ej, królewno – trącił ją w ramię – odpływasz czy co? Mówię do Ciebie a ty nic.
- Wychodzę.
- Nie no poczekaj chwilkę. Gdzie będziesz szła jak leje? Późno już, może zostaniesz do rana?
- Nie zostanę w tym chlewie. Rozejrzyj się! Jak ty możesz tu mieszkać? Sprzątałeś tu kiedyś? I kiedy w ogóle się myłeś?
- Zejdź ze mnie smarku. Sama wchodzisz ludziom do łóżka żeby prawić im później higieniczne kazania? Kim Ty w ogóle jesteś do cholery?
- Nikim...
Wstała i skierowała się do drzwi, zabierając po drodze butelkę Samby stojącą na szafce koło łóżka.
- Ej, to mi zostaw. Nie rozdają tego na ulicy – krzyczał za nią mężczyzna.
- Mnie przyda się bardziej – powiedziała pod nosem bardziej do siebie samej niż do niego.
Wyszła na zewnątrz. Korytarz wydawał się o wiele bardziej przerażający niż wtedy gdy tu wchodziła. Zjechała windą na dół.
Padał rzęsisty deszcz ale nie przejmowała się tym zbytnio. Błąkała się po mieście jak duch, przemykając między trawnikami, parkami i budynkami. Całkiem przemoczona w końcu usiadła koło wielkiego dębu w okolicznym parku. Wyłożyła się tak jakby miała zamiar się zdrzemnąć w środku letniego dnia. Odkręciła butelkę i zaczęła pić. Choć samba była syntetykiem, jak większość powszechnie dostępnych alkoholi, była najmocniejsza. Pół litrowa butelka 20% alkoholu w zupełności wystarczyła młodej dziewczynie aby szybko odejść od zmysłów. I choć syntetyki miały do siebie to że szybko wypłukiwały się z organizmu, to nadal był to alkohol, który w zbyt dużych ilościach sprawia że ludzie przestają być ludźmi...
W pół żywa siedziała skulona i kompletnie pijana w strugach deszczu. Rozglądała się ogłupiona po okolicy, kiedy nagle coś przykuło jej uwagę. Mocne, migające niebieskie światło, któremu towarzyszył charakterystyczny dźwięk, przeleciało nad parkiem po czym wylądowało na jego skraju.
Z początku pijana dziewczyna nie była w stanie usłyszeć żadnej swojej myśli, jednak po chwili zorientowała się kto to był. „Strażnicy!” pomyślała przerażona. Po kilku żałosnych próbach podniesienia się z ziemi w końcu się udało. Nie zastanawiając się długo pobiegła co sił w nogach, na tyle na ile pijany człowiek jest w stanie biec, brodząc w błocie i mokrej trawie. Nie ważne jak, nie ważne gdzie - byle w przeciwnym kierunku. Co jakiś czas oglądała się wystraszona za siebie. Tak naprawdę nie wiedziała gdzie biegnie. To nie było ważne. Obraz wirował a serce waliło z wysiłku i przerażenia. Jeśli złapią ją strażnicy, będzie mogła zapomnieć o wyjściach z koloni przez najbliższy miesiąc. Pewnie zablokują jej również wszystkie pieniądze! Jej umysł zalały scenariusze możliwej przyszłości. Wszystko zależało od wyniku wyścigu, więc biegła.
Kiedy dotarła do upragnionego końca trawnika i rogu pobliskiego budynku, nieszczęśliwie potknęła się o krawężnik uderzając z impetem o chodnik. Ból był silny ale czuła go jak przez mgłę. Szybko wstała napompowana adrenaliną, która walczyła z alkoholem buszującym we krwi. Strach był wystarczająco silny żeby chwilowo znieczulić potłuczone i rozcięte miejsca. Biegła przed siebie wysilając się go granic możliwości. Było ciemno i cicho. Jedynie deszcz grał swoją nocną melodię uderzając o twarde chodniki porastające miasto. Przebiegłą kilka przecznic chwiejnym krokiem kiedy adrenalina przestawała działać. Bieg zamienił się w chód, który z kolei ustąpił miejsca wolnemu człapaniu. Dłonie i kolana bolały coraz bardziej.
Zatrzymała się i rozejrzała po okolicy. Była na miejskim placu centralnym. Musiała się ukryć więc rozejrzała się badawczo po okolicy. Nie chciała zostać zauważona przez strażników, choć tak naprawdę nie wiedziała czy w ogóle ją widzieli. Kulejąc podeszła do nieczynnej fontanny, weszła do środka i skuliła się w kłębek.
Chciała być już trzeźwa. Chciała być już w ciepłym łóżku i zapomnieć o wszystkim co się stało. Trzęsła się z zimna. Czarne, mokre włosy przykleiły się do gołych ramion i jeszcze bardziej potęgowały uczucie chłodu.
Siedziała tak z dobrą godzinę zanim całkiem wytrzeźwiała. Nawet nie chciała myśleć co by było jeśli butelka, którą zabrała temu facetowi była by wypełniona naturalnym alkoholem.
„Myśl, myśl!” zdawała się mówić do siebie szukając motywacji. Nie wiedziała co ma robić. Nie mogła wrócić do kolonii, przecież powiedziała że idzie do rodziców swojego przyjaciela na noc. Był ktoś kto mógł jej pomóc – Marek. Czym prędzej musiała do niego zadzwonić. Chwyciła nadgarstek jednak i tu czekała ją przykra niespodzianka. Kiedy się rozebrała zdjęła z ręki chipkom. Nie założyła go później tylko wsadziła do torebki, której teraz nie mogła znaleźć. Zła na siebie uświadomiła sobie że kiedy przewróciła się musiała ją zostawić.
- Budka, budka. Gdzie do cholery są budki!
Wyszła z fontanny i skierowała się na róg skweru. Po drodze minęła jakąś śmiejącą się w najlepsze parę. Kiedy tylko ją zobaczyli natychmiast skierowali się ku drugiej stronie chodnika. Doskonale wiedziała czemu – wyglądała okropnie. W innych okolicznościach sama przestraszyła by się takiej postaci.
- Jest – mruknęła do siebie zbliżając się do budki. Przysunęła rękę do czytnika po czym powietrze przed nią rozświetliło się na niebiesko. Po jakiejś sekundzie świetlista mgiełka ułożyła się w trójwymiarowy obraz przedstawiający tabelkę z jej podstawowymi danymi, zdjęciem oraz kwotą pieniędzy zakodowaną na chipie. Mea wcisnęła „ostatnie numery” po czym automat wyświetlił numery, do których telefonowała z bransoletki chipkomu. Tak naprawdę cały interfejs oraz wszystkie dane takie jak numery czy nazwy kontaktów kodowane były na podskórnym chipie. Automaty w budkach telefonicznych czy bransoletki chipkom służyły jedynie za swego rodzaju wyświetlacze oraz anteny.
Wybrała drugi kontakt z listy a automat rozpoczął wybieranie. Długo nikt nie odbierał jednak po kilku próbach w końcu udało się.
- Halo, Mea to ty? – odezwał się zaspany głos po drugiej stronie.
- Tak. Przyjedziesz po mnie?
- Gdzie ty jesteś? Jest trzecia w nocy!
- Strasznie i zimno. Proszę przyjedź – wyjąkała ledwo powstrzymując się od płaczu.
- No dobrze, zaraz będę. Tylko gdzie Ty w ogóle jesteś?
- Przy Placu Centralnym.
- Będę za 10 minut. Czekaj na parkingu C.
- Dobra, już idę.
- Uważaj na siebie…i na Straż.
- Byli w parku ale chyba im uciekłam.
- Rany! Co ci strzeliło do głowy! Znów byłaś w klubie?
- Proszę nie teraz. Po prostu przyjedź.
- Już jadę, nie ruszaj się stamtąd!
- Czekam.
Wylogowała aparat i szybko poszła szukać wejścia do parkingu C. Zbiegła schodami w dół i przeskoczyła nad bramką rejestrującą. Znalazła ciemny zaułek koło jakiś pojemników i czekała skulona w rogu. Patrzyła przed siebie na przemykające bezszelestnie samochody, które było widać w oddali przez wjazd. Po jakiś 15 minutach jeden skręcił i wjechał na parking. Podjechał do miejsca gdzie siedziała Mea. Silnik zgasł a samochód powoli osiadł na podłożu. Ktoś wysiadł ze środka.
- Mea to ty? – odezwał się męski głos.
- Tu jestem – powiedziała dziewczyna wychodząc powoli z cienia.
- Co się stało?!
Marek zobaczył zmarzniętą i przemoczoną dziewczynę w brudnej i poszarpanej sukience. Cała drżała z zimna.
- Coś ty znów nawyprawiała? – mówił jednocześnie wyciągając koc z bagażnika samochodu.
- Możemy porozmawiać o tym jutro? Nie mam teraz ochoty – po chwili dodała - Mogę u ciebie przenocować?
- Tak, jakoś to wyjaśnię rodzicom…mam nadzieje.
Obydwoje wsiedli do samochodu. Marek przyłożył prawy nadgarstek do kierownicy po czym silnik zapalił i pojazd lekko uniósł się w górę. Wjechali na główną drogę, był mały ruch. Po wjeździe na główną arterię sterowanie pojazdem przejął komputer, który przyśpieszył szybko do kilkuset kilometrów na godzinę. Mea patrzyła tępo na regularnie przemykające światła w tunelu. Marzyła o tym aby zasnąć owinięta kocem i już nigdy się nie obudzić. Aby zostawić to szare i beznadziejne życie, uwolnić się od niego raz na zawsze. Czuła rękę Marka głaskającą ją po głowie. Było ciepło i spokojnie, bezpiecznie.
Odwróciła głowę w stronę szyby. Światła rozbłyskały i gasły w równych odstępach czasu. Stawały się coraz ciemniejsze i rozmyte. W końcu zgasły całkowicie i nie było już nic prócz ciemności.

***

Pościel była miękka i czysta. Było ciepło i sucho. Powoli skuliła się w kłębek. Każdy zmęczony i potłuczony mięsień dawał o sobie znać. Czuła że jest w łóżku, pod miękką pościelą. Pamiętała dokładnie co wydarzyło się poprzedniej nocy ale zachowywała się jak dziecko, które zamykając oczy chce aby coś strasznego po prostu zniknęło, lecz to nie było takie proste. Wcisnęła twarz w poduszkę a łzy płynęły same. Po raz kolejny scenariusz się powtarzał a ona tkwiła w tej diabelskiej karuzeli własnych demonów nie potrafiąc w żaden sposób jej zatrzymać.
Otworzyła w końcu oczy. Znała to miejsce. Była u Marka. Pamiętała ten pokój. Kiedyś ich rodzice się przyjaźnili ale to były dawne czasy, których Mea nie chciała wspominać.
Powoli, z wielkim trudem wygramoliła się z łóżka i skierowała w stronę łazienki, do której prowadziło przejście bezpośrednio z pokoju. Kiedy przełożyła nogę przez próg zapaliło się światło.
- Ciemniej! – światło osłabło. Jej oczy unikały lustra błądząc wszędzie dokoła. Czym prędzej wskoczyła pod prysznic.
– Z góry, średnio ciepła – lecz po chwili namysłu poprawiła – z góry, zimna – i tak też się stało. Oblał ją strumień lodowatej wody, który wywołał głębszy i szybszy oddech oraz gwałtowne bicie serca. Było coraz chłodniej. Tak, ta kara wydawała jej się w tej chwili odpowiednia.
Po wyjściu zauważyła swoją sukienkę wiszącą na wieszaku. Była czysta i nie uszkodzona. Zapewne Marek wsadził ją do maszyny regenerującej. Włożyła ją i wyszła z łazienki kierując się przez wielkie otwarte drzwi, wprost na taras. Uwielbiała to miejsce, od małego tu przesiadywała. Słońce zawsze zalewało wszystko dokoła ciepłą falą. Kiedy spojrzało się przez barierkę, ogród obdarowywał boską zielenią w szum morza, oddalonego zaledwie o kilkaset metrów, uspokajał skołatane nerwy.
Dziś było ciepło, wręcz gorąco. Mewy latały nad plażą a gdzieś daleko widać było frachtowce lecące w stronę portu. O dziwno, jakoś samoczynnie szaleńczy pęd jej myśli, wyrzutów i wewnętrznej kłótni zatrzymał się. Przez chwilę poczuła się taka czysta i niczym nieskalana. Wąchała północny wiatr niosący zapach wybrzeża. Do pokoju wszedł Marek.
- Cześć M. Byłem w kuchni i zauważyłem że już wstałaś – po czym pocałował ją w czoło.
- Co? A, cały czas zapominam. Mówiłeś że nie używasz 4. wymiaru w domu?
- Nie, nie. Mówiłem że powiedzieli nam żebyśmy nie używali a nie że nie używam – zaśmiał się pod nosem.
- Jak teraz wyglądają ćwiczenia Nowych?
- Tak jak dawniej, przecież wiesz. Też nim jesteś.
- Już nie – spuściła głowę gapiąc się w poręcz.
- To że zostałaś przesunęli Cię do Akademii Marynarki, zresztą na własne życzenie, nie znaczy że nim nie jesteś. Urodziłaś się jako Nowy – po czym rozglądnął się w poszukiwaniu leżaka – Nie widziałaś tego starego leżaka?
- Jest w środku. Masz z tego jakieś korzyści?
- Wiesz że nie można używać tych zdolności dla korzyści przeciw innym mieszkańcom. Wszystko rozbija się o ćwiczenia zręcznościowe i taktyczne. Poza Akademią zero zabawy.
- Nie pytam Cię o reguły kodeksu tylko o to co robisz.
- Nie używam ich. Tylko w moim osobistym życiu. Skoro mózg ewoluuje i wszyscy od dawna rodzimy się z tymi zdolnościami to chce je wykorzystać ale na pewno nie po to żeby kogoś wyrolować. Poza tym sama wiesz że to nie takie proste. Nawet Ci co nie trenują mają większe czy mniejsze wyczucie 4. wymiaru. Jakby mnie ktoś przyłapał to tylko same problemy…
- Ja nie mam.
- Czego?
- Wyczucia 4. wymiaru.
- Każdy ma. Albo zepchnęłaś to głęboko w niepamięć albo przyzwyczaiłaś się tak że już tego nie zauważasz.
- Może.
- Wiesz którędy minie Cię przechodzień? Którędy przejedzie samochód? Wiesz co do sekundy kiedy przyjedzie kolej na stacje albo przeleci statek?
- Czasami, ale jakoś nie przywiązuje do tego wagi. Czasem widuje jakieś dziwne cienie czy mgły, nie wiem jak to określić. Kiedy byłam mała i jeździłam z rodzicami za miasto to widziałam je nawet bardzo często. Niedawno na wycieczce również. Tylko w mieście jakoś ich nie widzę.
- To ciekawe, nigdy o tym nie wspominałaś. Pytałaś się o to trenerów?
- Nie, po co – wzruszyła ramionami.
Zapanowała chwila ciszy. Obydwoje wpatrywali się w morze i słuchali ptaków. Marek o czymś rozmyślał, ona chyba o niczym. Chwilę spokoju przerwała przelatująca nisko nad domem kanonierka Straży.
- Cholera, zawsze muszą tak nisko latać?
- Mea może teraz opowiesz mi co się stało? – zapytał jakby nie zwracając uwagi na to co powiedziała wcześniej.
- Co tu do opowiadania.
- Myślę że dużo. Wyciągasz mnie w środku nocy z łóżka to teraz chciałbym chociaż wiedzieć czemu. Co się stało?
- Poszłam do Czarnej Dziury żeby się trochę zabawić – odpowiedziała szybko i zamilkła.
- I już?
- Byłam sama więc dosiadłam się do jakiś facetów... zresztą nie będę się tłumaczyć. Dosiadłam się do nich bo taką miałam ochotę. Mieli jakiś towar, wzięłam trochę.
- I po co? Chodzisz tam żeby walczyć ze swoim życiem zamiast je zaakceptować. Zapędzisz się do grobu, mówię Ci.
- Przynajmniej.
- Przestań pleść takie głupoty. To…
- Mogę skończyć?
- Jeśli chcesz. Szczerze mówiąc domyślam się reszty.
- Chcę dokończyć – przerwała stanowczo.
- Jeśli spowiedź Ci pomoże to proszę bardzo. Ale tylko siebie teraz krzywdzisz.
- Poszłam potańczyć. Dostawiał się do mnie jakiś facet, chyba jeden z tamtych. Nie protestowałam, więc co się dziwić że godzinę później pieprzyłam się z nim w jego mieszkaniu – łzy napłynęły jej do oczy – nawet nie wiesz jaki był obleśny.
Marek nic nie mówił. Po części wiedział co się stało a po części się tego domyślał. Doskonale wiedział że Mea tak naprawdę nie jemu opowiada to co się działo, tylko sobie samej.
- Po wszystkim – ciągnęła dalej – po prostu wyszłam. Zabrałam mu butelkę Samby i poszłam do parku. Znalazłam dość duże drzewo żeby mogło pomieścić wszystkie moje smutki i się wyżaliłam.
- I tak jakoś się stało że się ubrudziłaś i potargałaś sukienkę?
- Straż. Jakiś patrol wylądował w parku więc zaczęłam uciekać. Padało, było błoto. Zgubiłam torebkę.
- Coś tam miałaś?
- Nie, ale to była ładna torebka – pomyślała kiwając głową jakby to było jej największe zmartwienie.
Nie odezwał się. Wyglądał jakby jej wcale nie słuchał. Wpatrywał się gdzieś w niebo leżąc na leżaku i trzymając ręce pod głową. Zaczął nucić jakąś piosenkę.
- Ty mnie w ogóle słuchałeś? – zapytała z zarzutem Mea.
- Po co? I tak opowiadałasz to sobie, mnie to nie było do niczego potrzebne, przynajmniej nie w takich szczegółach. Lubisz się maltretować?
- Co?! Nie przesadzaj.
- Coś Ci opowiem – odezwał się bardzo mądrym ale przyjacielskim tonem – Mogę?
Mea skinęła głową.
- To bardzo stara przypowieść z ksiąg niejakiego Chuang-tse.

W wąwozie Lu był wielki wodospad wysoki na kilka tysięcy stóp. Rozpyloną wodę widać było na setki metrów wokoło. We wzburzonej wodzie u jego podnóży nie mogła przetrwać żadna żywa istota.
Pewnego dnia K’ung Fu-tse, być może znany Ci jako Konfucjusz, przechadzał się brzegiem owego jeziora, do którego wpadał wodospad. W pewnym momencie ujrzał starca wchodzącego pod nawałnicę wody i porywanego przez rwący prąd. Myśląc że biedak się utopi, nakazał jednemu ze swych uczniów pobiec razem z nim aby pomóc nieszczęśnikowi. Kiedy podbiegli do brzegu okazało się że starzec dawno wyszedł z wody i idzie spacerkiem podśpiewując coś pod nosem.
K’ung Fu-tse podszedł do niego.
- Musiałbyś być duchem aby przetrwać coś takiego ale widzę przed sobą człowieka z krwi i kości. Jaką magiczną moc posiadasz, że zdolny jesteś przetrwać taką siłę natury? – powiedział zdumiony.
- Żadnej – odrzekł spokojnie starzec – zanurzam się w wir i razem z nim wynurzam. Dostosowuję się do wody, a nie wodę do siebie. Taki oto mam sposób aby przetrwać.

Mea uśmiechnęła się delikatnie na znak że zrozumiała aluzję a Marek mówił dalej.
- Rodzice kupili mi kiedyś książkę o Taoizmie i stąd to znam – wyjaśnił przerywając samemu sobie – Robisz coś całkiem odwrotnego niż ten starzec. Ten wodospad i woda to życie M. Dobrowolnie do niej wchodzimy. Zanurzamy się w tej twórczej ale i niszczycielskiej potędze, sądząc że możemy ją nagiąć do swoich zachcianek. Wiem że to brzmi brutalnie, ale twoje pragnienie szczęścia jest zachcianką. Nie dostaniesz go dochodząc siłą swoich praw. Masz za złe wszystkiemu dokoła za to jak wygląda twoja egzystencja a najbardziej sobie samej. Nie lubisz tego więc chcesz to zabić. Chcesz to wypocić w seksie z byle kim, albo utopić w hektolitrach alkoholu czy innych specyfików ale Ci się nie uda. Im silniej będziesz uderzać, tym życie silniej Ci odda.
- To co mam zrobić?! Łatwo się mówi komuś kto ma dom, rodzinę, która zawsze mu pomoże. Ja nie mam nikogo i niczego. Może życie to pomyłka w czyichś kalkulacjach?
- Płyń M. Po prostu płyń. Poddaj się życiu bo inaczej sfiksujesz. Wejdź do wody, połóż się na plecach i przyjmuj wszystko co jest możliwe. To ty interpretujesz pewne zdarzenia jako problemy. W naturze nie ma czegoś takiego jak problem. One pojawiają się wtedy, kiedy jakiś kawałek całości, czyli ty, nie potrafi zaakceptować pewnych rzeczy po prostu takim jakimi się dzieją.
- Brawo. Może zostaniesz psychologiem? – obydwoje zaśmiali się do siebie. Jednak w pewnej chwili coś zaświtało jej w głowie. Coś pobudziło skrawek pamięci i nagle pewien obraz stanął jej przed oczyma.
- Czekaj, czekaj – rzuciła podpierając czoło – ktoś mi już coś takiego mówił. Może nieco zwięźlej ale sens był ten sam. Wiem! To był ten imperialny.
- Ten z wycieczki?
- Tak, ten o którym Ci opowiadałam. Niewiarygodne! To było miesiąc temu a prawie całkiem o tym zapomniałam.
- Mówiłaś że chciałaś przejść się tam jeszcze raz porozmawiać z tym Edmundem?
- Aaa, tak sobie tylko gdybałam. I tak tam nie pójdę.
- Dlaczego? Czuję że mogło by to być pożyteczne w twoim obecnym stanie.
- I co powiem? „Cześć, przyszłam odwiedzić Edmunda?”
- Dokładnie tak.
- Chyba oszalałeś!
- Czasem najprostsze rozwiązania są najlepsze.
- Pomyślę. Może to nie jest głupi pomysł. I tak nie mam co robić przez cały dzień. Pracę napiszę jutro więc wyrobię się na poniedziałek.
Pomysł wydał się całkiem dobry, choć jak dla niej dość banalny i nie wierzyła że pozwolą zobaczyć się jej z Edmundem. Co innego wycieczka a co innego byle przechodzień. Była przekonana że jej nie wpuszczą ale nie miała nic lepszego do roboty. Najwyżej zaliczy przyjemny sobotni spacer.
- O której przychodzi Amikus?
- Za godzinę – odparł Marek z wyraźnym zadowoleniem że udało mu się ja namówić na coś pożytecznego.
- To będę się już zbierać.
- Może zostaniesz na śniadanie?
- Mam tabletki, dzięki.
- Nie miałabyś ochoty na jajecznicę? – po czym kusząco uniósł brwi. Spojrzała na niego z uśmiechem.
- Ale z grzankami?
- Jak sobie życzysz!
Obydwoje zaśmiali się z siebie i po chwili zeszli na dół zjeść ostatnio tak rzadkie w jej życiu normalne śniadanie.

***

Było piękne południe. Mea siedziała na plaży pozwalając by fale podmywały jej stopy. Odpoczywając po śniadaniu, zastanawiała się cały czas nad tym co ma robić dziś popołudniu. Czy faktycznie wybrać się do Edmunda? Czy ma to w ogóle jakiś sens? Długo myślała co mu powie jak już go zobaczy. Tak naprawdę wcale go nie zna. „Cześć przyszłam pogadać”? Wydawało się jej to strasznie głupie.
Wolno wstała i skierowała się na wschód, w kierunku ośrodka gdzie mieszkał Edmund, jednak po przejściu kilku kroków zatrzymała się. Daleko na horyzoncie pojawił się wielki frachtowiec startujący z portu w Dool. Okręty były jej pasją, co nie powinno dziwić kiedy chodzi się do akademii lotniczej. Starała się nawet odgadnąć klasę statku jednak był za daleko.
Nagle w jej głowie zrodził się pewien pomysł, którego już dawno nie miała. Kiedyś regularnie jeździła do portu przemysłowego oglądać startujące statki. Kładła się na plaży i podziwiała wielkie cielska wzbijające się w przestworza, marząc o tym aby kiedyś samemu pilotować coś tak ogromnego. Choć plaża przy porcie była niedostępna i odgrodzona, studentów akademii lotniczej bez problemu wpuszczano na teren zamknięty. Wystarczyło powiedzieć że piszę się jakąś pracę i sprawa była załatwiona. Problemem było co innego: jak dostać się 15 kilometrów na wchód?
Było po dwunastej. Akurat pora kiedy największe statki przemysłowe startowały na orbitę po całonocnym załadunku. Gdyby pojechała zwykłą kolejką była by tam za późno, a jeszcze chciała odwiedzić Edmunda. Po dłuższym główkowaniu miała już odpuścić gdy przypomniała sobie coś bardzo przydatnego – mogła pojechać towarowym Kretem.
Był to powszechnie stosowany na różnych planetach Imperium superszybki środek transportu, przypominający gigantyczną dżdżownicę wsuniętą do elektromagnetycznego tunelu. Jakiś czas temu wyparły nawet transport powietrzny, oferując znacznie szybsze dotarcie do celu. Zamiast oblatywać Ziemię jak statki, przemieszczały się tunelami po jak najprostszych liniach oporu, często kilka kilometrów pod powierzchnią planety. Najszybsze Krety poruszały się z kilkukrotną prędkością dźwięku, dzięki czemu można było dotrzeć na drugą stronę Ziemi w kilka godzin.
Lat temu wiele Mea miała wuja, już nieboszczyka, który był zarządcą jednej starej linii towarowej kursującej gdzieś na zachód kontynentu. Zajmowali się wydobyciem jakiegoś kruszcu i transportowaniem go do portu orbitalnego, do którego właśnie chciała się dostać. Często Kret zatrzymywał się pod miastem zabierając kilku znajomych robotników do portu.
Jako mała dziewczynka Mea zawsze spędzała wakacje towarzysząc wujkowi kiedy ten kręcił się po stacjach, portach czy różnych fabrykach. Teraz mogła to wykorzystać, licząc na to że personel będzie ją pamiętał i załapie się na szybką przejażdżkę. Prawdopodobieństwo było duże zważając na fakt że większość robotników to technicy z Układu Debis mający nieco inne poczucie czasu, więc powinni pamiętać tamte czasy jakby to było wczoraj.
Kiedy dotarła na stacje towarową mocno się rozczarowała. Okazało się że linia została przekierowana do innego, większego portu i nie kursuje tędy od dawna. Musiała dać za wygraną, dziś tam nie dotrze.
- Na co ja liczyłam? Że akurat będzie tędy jechać akurat teraz? – burknęła do siebie zdenerwowana. Krzątała się po placu rozdrażniona, jednocześnie zdając sobie sprawę że przecież i tak jest już za późno żeby się tam dostać.
Pewnie dąsała by się jeszcze jakąś chwilę gdyby jej uwagi nie przykuł mały potoczek wody płynący po brudnym placu koło stacji towarowej. Przykucnęła i zaczęła mu się przyglądać. Wygina się, omija przeszkody i dopasowuje do terenu po jakim się przemieszcza. Jeśli drogę do celu coś zastawiło, znajdywał inną…lub inny cel.
- Nic nie robię. Dopasowuje się do wody, nie wodę do siebie – szepnęła do siebie z lekkim uśmiechem – tak musiało być. Widać nie miałam tam dziś dojechać choć wydawało mi się że bardzo tego chce – dodała po krótkim namyśle i po chwili zerwała się na równe nogi przypominając sobie po co w ogóle zawędrowała na plażę.
Miała przecież odwiedzić Edmunda a zbliżała się już 13. Nie zastanawiając się chwili dłużej pomaszerowała w stronę ośrodka. Miała przed sobą godzinę drogi.

***

Kiedy była już prawie na miejscu zorientowała się że podróż zajęła jej nieco więcej czasu niż myślała. Skręciła z ciągnącej się wybrzeżem promenady w prawo po czym znalazła się w małym lasku, który okrywał cieniem całą kamienistą ścieżkę. Jeszcze kilka zakrętów i dotarła do głównej bramy. Tak samo jak za pierwszym razem dziwiło ją że jest to ośrodek zamknięty a nikogo tu nie ma. Z drugiej strony wiedziała że teren nadzorują Imperialni więc sprawa wygląda trochę inaczej, jednak uważała że mimo wszystko powinien ktoś stać na straży – dla samej choćby formalności.
Ogrodzenie z pięknej, zdobionej stali ciągnęło się w prawo i w lewo. Bluszcz i inne rośliny oplatały je miejscami sprawiając że wyglądało jak wielki żywopłot chroniący wejścia do zaczarowanego ogrodu. Panowała absolutna cisza, nikt się tu nie zapuszczał.
Mea stała przed wielką bramą wykonaną z taką samą precyzją jak ogrodzenie całego terenu. Jedno skrzydło było uchylone więc weszła powoli do środka. Po przejściu kilku kroków znalazła się na tej samej polance, na którą trafili z wycieczką kiedy była tu ostatni raz. Powietrze było świeże i rześkie jak po przejściu burzy. Skierowała się w stronę domu, tym razem przyglądając się uważniej okolicy. Dom stał na lekkim wzniesieniu otoczony jedynie trawą i kilkoma krzakami róż. Dokoła rozciągały się lasy. Mea nie miała zielonego pojęcia jak wielki jest teren ośrodka. W rzeczywistości obejmował on wiele hektarów lasów, pól i nawet kilka małych jezior schowanych za niewielkimi wzgórzami na południe od miejsca, w którym stała.
Wolnym krokiem podeszła na dziedziniec. Przed głównym wejściem stała jakaś wysoka blond kobieta w kombinezonie, nie Ziemianka, zapewne jeden z pracowników ośrodka. Mea była jeszcze na tyle daleko że póki co oglądała bogato zdobioną ścianę frontową. Kiedy znów skierowała wzrok na wejście okazało się że kobieta stoi tuż przed nią. Odskoczyła z zaskoczenia.
- Rany! Przepraszam, trochę mnie Pani wystraszyła.
- Mogę w czymś pomóc? – zapytała kobieta z nijakim wyrazem twarzy.
- Chciałam spotkać się z jednym z pacjentów i nie wiem z kim mogę...
- Zdaje sobie Pani sprawę że jest to ośrodek zamknięty. Proszę natychmiast... – nagle przestała i spojrzała w dół jakby czegoś nasłuchiwała – Proszę tu chwilkę zaczekać – odezwała się po chwili już całkiem innym tonem.
Mea lekko zbita z tropu przytaknęła jedynie głową i stała w milczeniu. W jej głowie kotłowała się jedna myśl: „Po cholerę ja tu przyszłam?!”.
Dziwna kobieta stała metr od niej patrząc jej w oczy. Czuła się dość niezręcznie i nie wiedząc za bardzo co robić odwróciła na chwilę głowę, starając się wyglądać jakby naprawdę oglądała piękne kwiaty róż na dziedzińcu, lecz nie wychodziło jej to zbytnio. Kiedy znów spojrzała przed siebie...
- Matko! – krzyknęła i cofnęła się gwałtownie o dwa kroki – Oszaleliście?! Chcecie mnie wystraszyć na śmierć?!
Teraz oprócz kobiety, stał przed nią mężczyzna, jednak jego przynajmniej znała. Był to ten sam Imperialny, który rozmawiał z nią ostatnio mniej więcej w tym samym miejscu – Doctus.
- Teraz jest was dwoje? Pączkujecie czy co?! – po chwili jednak przypomniało jej się że nie znajduje się na pozycji, z której może pozwolić sobie na jakiekolwiek pretensje.
- Gwarantuje że męczymy się tak samo jak wy – odpowiedział znajomy, przyjacielski i delikatny głos.
- Co?
- Spytałaś czy rozmnażamy się przez pączkowanie. Gwarantuję Ci że też musimy się napocić – poczym jego twarz rozpromienił szeroki uśmiech.
- Aaa – zaśmiała się pod nosem rozumiejąc aluzję.
- Witaj Mea.
- Cześć. Przyszłam...
- Odwiedzić Edmunda, wiem – wtrącił spokojnie – zaraz Cię do niego zaprowadzę.
- Czyli mogę zostać? – spytała zaskoczona.
- Tak.
W tym momencie podeszła do niej kobieta z dziwną rękawicą na dłoni, którą wystawiła w jej kierunku.
- Mogę prosić o twój nadgarstek?
Mea już miała wysunąć rękę, ale w tym momencie Doctus spojrzał na kobietę a ta kiwnęła do niego głową, obróciła się i odeszła. Kiedy byli już sami odezwał się.
- To nie będzie potrzebne.
- Nie rozumiem – powiedziała zdziwiona. Skanowanie chipa było dla niej czymś normalnym.
- Nie chcesz być wprowadzona do rejestru gości.
- Nie chce?
- Myślę że powinnaś mi zaufać.
- Skoro tak mówisz to nie będę się kłócić – i uśmiechnęła się do niego z taką sympatią z jaką tylko potrafiła.
- Choć ze mną – ruszyli powolnym krokiem na około budynku - Edmund jest z tyłu domu, siedzi na ławce. I przepraszam że się wystraszyłaś.
- Nie możesz podchodzić normalnie? Po prostu przejść przez drzwi i podejść? – spytała zaciekawiona.
- A myślisz że jak to robię? Sądzisz, moja młoda przyjaciółko że pojawiam się znikąd? – po czym zaśmiał się głośno a brzmiało to jak melodia czy szum wiatru.
Mea była nieco zaskoczona. Nigdy nie widziała tak naturalnie zachowującego się Imperialnego. Od jakiegoś czasu gotowa była sądzić że Ci ludzie w ogóle nie mają poczucia humoru i się nie śmieją.
Mówił dalej.
- Zawsze poruszam się w normalny sposób – tłumaczył bardzo dokładnie ale jakby bez wysiłku, a jego słowa zdawały się wchodzić do głowy i rozumieć same przez się – przynajmniej dla nas ten sposób jest normalny. Nie jesteśmy magikami i nie potrafimy pojawiać się nagle w jakiś miejscach, choć dla was tak może to wyglądać. Używamy w całości przestrzeni 4. wymiarowej i to zazwyczaj stąd wychodzą pewne nieporozumienia oraz niekompatybilności w postrzeganiu jednego zdarzenia, które inaczej może wyglądać dla mnie a inaczej dla Ciebie. Możesz mieć wrażenie że nie potrzebuję czasu aby przemieścić się w przestrzeni.
- Więc wtedy, w łazience na dole też przeszedłeś przed drzwi?
- Oczywiście że tak. Może nie identycznie jak Ty to zrobiłaś ale tak. Wam tylko wydawało się że pojawiłem się nagle. Wiedziałaś kiedyś żeby ktoś z nas pojawił się nagle przed tobą?
- Tak, przed chwilą...
- Rozumiem że patrzyłaś przed siebie i nagle po prostu się pojawiłem?
- No nie do końca... Aha! – powiedziała głośniej nagle olśniona – To się dzieje zawsze kiedy zamykam oczy albo odwracam wzrok!
- To takie specyficznie, nazwijmy to złudzenie. Gdybyś intensywniej rozwijała swoje zdolności to nie było by takich śmiesznych niekompatybilności.
Mea zaczęła czuć się dziwnie. Szli przed siebie i rozmawiali. Czuła że wcale nie muszą patrzeć sobie w oczy żeby czuć się w rozmowie tak uważnie jakby to robili. To było jak wsadzanie swoich słów bezpośrednio do głowy, a raczej rozumu drugiej osoby, choć nadal używało się słowa mówionego.
Nie do końca pojmująca „specyficznie złudzenie” Mea ciągnęła dalej temat.
- Rozumiem że tak to może wyglądać dla mojego wzroku. Tak jakbyś skradał się za moimi plecami. Jednak nie zmienia to faktu, że na przykład przed chwila staliśmy dobre 20 metrów od drzwi. Skoro to złudzenie występuje kiedy nie patrzę, to jeśli bym patrzyła cały czas, nie mrugając oczami, to widziałabym jak wychodzisz z drzwi i idziesz do mnie?
- Mniej więcej.
- Ale jeśli bym zamknęła oczy i otworzyła je za sekundę to stałbyś już przy mnie?
- Jeśli bym tego chciał.
- No i wszystko pięknie, ale tu mój mózg się przegrzewa. A co z czasem? Przecież jeśli bym patrzyła to szedłbyś załóżmy 20 sekund a jeśli bym zamknęła oczy to zajęło by Ci to sekundę?
- Rozumiesz czas interpretując go w perspektywie 3. wymiarów. Chyba nie uważałaś na zajęciach w akademii – powiedział wyraźnie rozbawiony sytuacją Doctus.
- Cóż...
Byli już z tyłu domu. Mea była oszołomiona widokiem jaki ją przywitał. Po lewej i prawej stronie były lasy a między nimi wielkie trawiaste pole ciągnące się kilkaset metrów za domem, aż do zielonych wzgórz daleko w oddali. Pośrodku pola stała pojedyncza ławka na której ktoś leżał.
- Jesteśmy. Tam jest Edmund – wskazał palcem ławkę i zatrzymał się.
- Mam iść sama?
- Oczywiście moja przyjaciółko, mam dużo pracy. Miłego popołudnia – i odwrócił się odchodząc powoli po czym zatrzymał się na chwilę i odezwał – To nieprawda.
- Co nieprawda?
- To nieprawda że nie mamy poczucia humoru. Jesteśmy do siebie bardziej podobni niż Ci się wydaje.
- Na pewno.
Ale Doctus nie odezwał się już tylko szedł dalej. Mea stanęła nieruchomo, otworzyła szeroko oczy i patrzyła się jak odchodzi. Kiedy schował się za rogiem, a ją zaczęły już piec oczy, w końcu zamrugała i powiedziała do siebie: „Faktycznie, po prostu poszedł.”
Stała chwilę rozmyślając, jednak zaraz ruszyła w stronę ławki. Szła kilka minut rozmyślając kto stawia ławkę tak daleko od domu. Kiedy dotarła na miejsce zobaczyła leżącego staruszka wygrzewającego się w słońcu niczym wąż na kamieniu. Momentalnie przypomniała sobie incydent dzięki któremu poznali się i mimowolnie zaśmiała się.
Edmund otworzył oczy po czym znów je zamknął.
- Cześć Cielaku. Widzę że już jesteś – rzucił wyglądając jakby wcale się nie dziwił obecnością dziewczyny.
- Już?
- Miałaś przyjść w niedziele... A może w sobotę? Co za różnica! – skrzywił twarz w zamyśleniu – Już wiem! Miałaś przyjść jakoś w tym tygodniu, ale widzę że już jesteś.
- Kto...
- Choć tak naprawdę to kiedy zaczyna się tydzień jest kwestią względną - mówił do siebie i zdawał się zapomnieć że nie jest sam.
- Nie rozumiem. Kto Ci powiedział że miałam przyjść? Nikomu nic nie mówiłam. Poza tym wpadłam na to dziś rano.
- Doctus przyszedł do mnie wczoraj i powiedział że przyjdziesz.
- Jak mógł Ci to powiedzieć wczoraj skoro wpadłam na to dzisiaj?! – i przewróciła oczami z niedowierzaniem.
- Teraz masz mnie za wariata? Miejsce sprzyjające ale jeszcze nie zwariowałem! Mówię tylko jak było. Przyszedł i powiedział że mogę się Ciebie spodziewać jakoś w tym tygodniu.
- Dobra już dobra. Nie zaczynajmy znów od kłótni...
- Różnica pokoleń, haha! – zaśmiał się szaleńczo.
- Po prostu pewnych rzeczy nie rozumiem – przewróciła oczami i pokiwała głową - Mogę usiąść?
- Nie.
- Dlaczego?!
- Bo nie będziemy tu siedzieć. Choć, chcę Ci coś pokazać – i zerwał się na równe nogi.
Staruszek wyjął z kieszeni gumkę i spiął swoje długie, siwe włosy po czym ruszył w stronę lasu na zachód. Mea szła za nim w milczeniu obserwując okolicę. Po kilku minutach weszli między drzewa. Prowadziła ich szeroka ścieżka poprzecinana tu i ówdzie korzeniami starych drzew. Droga zaczęła piąć się lekko ku górze. Z ziemi wystawały białe, wytarte kamienie. Wiatr lekko poruszał drzewami a ptaki śpiewały głośno. Z czasem było je słuchać coraz rzadziej.
Szli już dobre 20 minut nie odzywając się do siebie ani słowem. Mea zauważyła że zapuścili się głęboko w las i trochę zaniepokojona głuchą ciszą oraz celem podróży zapytała w końcu.
- Edmund?
- Co?
- Dokąd idziemy? Trochę dziwnie się czuję nie wiedząc dokąd idę.
- Boisz się lasu? A może boisz się mnie?! – powiedział stanowczo odwracając się nagle i unosząc kilkukrotnie brwi.
- Zachowujesz się jak dziecko! No idź – znów ruszyli - Wiesz, rzadko chodzę do lasu. Tu jest tak... cicho. W mieście też jest cicho ale tutaj jest tak spokojnie. Wszystko jest takie stabilne.
- Jak to w lesie – wzruszył ramionami – galaktyki nie odkryłaś. Tego się boisz?
- Już sama nie wiem – odparła niepewnie.
Po kilku krokach znów odezwał się Edmund.
- Rodzice nie mają nic przeciwko temu że chodzisz sama w takie miejsca?
Przez chwilę nie wiedziała co odpowiedzieć. Nie chciała po raz kolejny opowiadać swojej nieciekawej historii. W końcu jednak odezwała się.
- Nie mam rodziców. Mieszkam w Kolonii Wychowawczej.
- To te masowe sierocińce? – spytał mechanicznie, bez żadnych emocji.
- No, coś takiego. Wypuszczą mnie jak będę miała 21 lat, choć Akademię muszę skończyć.
- A oni nie mają nic przeciwko temu że tu jesteś?
- Nie wiedzą. Skłamałam że na weekend idę do rodziców przyjaciela. Napisał mi oświadczenie i podpisał chipem rodziców. Zawsze tak robimy. Do tej pory mnie nie złapali.
- Skoro tak twierdzisz – i w milczeniu szedł dalej.
- Nie zapytasz co się stało z moimi rodzicami? – zapytała zdziwiona.
- Po co? Nie lubię wymuszać takich historyjek od ludzi. Chcesz to mówisz, nie chcesz to nie mówisz– po czym uśmiechnął się szyderczo i żartobliwie.
Przeskoczyli mały strumyczek w niewielkim wąwozie, po czym ścieżka znów pięła się w górę.
- Nie pamiętam mamy. Zmarła jak miałam rok. Podobno pochodziła z Alfy C. Przyleciała na Ziemie z kontyngentem edukacyjnym Imperium. Była misjonarzem w kampanii na rzecz zmniejszania populacji planetarnych. Ironia chciała że zakochała się w Ziemianinie, którego matkę uczyła. Potem urodziłam się ja…
- Co dokładnie robiła twoja matka?
- Kontrolowane zapłodnienia. No wiesz, standardowy program edukacyjny młodych dziewczyn. Uczą nas jak kontrolować umysłowo zapłodnienia. Kobieta ma dziecko kiedy tego chce.
- Wiem, wiem. I ona tego uczyła?
- No.
- Skoro była z Alfy to żyła w 4. fazie?
- No. Oni żyją trochę dłużej od nas. Kiedy się urodziłam miała 31 cykli – Mea podrapała się po głowie – to będzie mniej więcej 150 naszych lat. Znam ją tylko z opowiadań ojca. Ponoć bardzo się kochali, choć ona wiedziała że związek z ziemianinem będzie oznaczał to że cała jej rodzina umrze wcześniej niż ona. Myliła się...
- W takim razie…
- Zginęła w zamachu. Brała udział w Świecie Systemów Przyłączonych. Była tam z polecenia służbowego. Nie należała do patriotów, w przeciwieństwie do taty. Poszła bo musiała i za to zginęła. Podczas uroczystości w Audytorium jacyś terroryści z Wolnej Ziemi zdetonowali ładunki zabijając ponad pięciuset Imperialnych.
- Wolna Ziemia hę? Władza ma z nimi dużo kłopotów. Ci skubańce już dawno załapali 4. wymiar i wykorzystują to przeciwko Imperialnym – obrócił się za siebie – co się dzieje Cielaku?
Podszedł do niej powoli.
- Zmęczyłaś się?
- Nie. Tak się zastanawiałam. Gdyby ona nie zginęła to tata nie poleciałby na misję. Miałabym normalną rodzinę. A tak? - rzuciła patykiem w pobliskie drzewo.
- Trudno, tak bywa. Nie staraj się płynąć pod prąd zdarzeń, których już nie zmienisz.
- Ojca obchodziła tylko ona. Kiedy zginęła ogarnęła go żądza zemsty. Po dwój latach zgłosił się na ochotnika do jakiejś kampanii, gdzieś w światach Rdzenia. Żołnierzyk... Mnie podrzucił do Akademii Lotniczej i zostawił pieniądze na koncie. Fascynujące...
- Zależy od punktu widzenia. Coś bym Ci powiedział ale i tak nie zrozumiesz, jest na to za wcześnie. Podoba Ci się w Akademii? – wtrącił zmieniając temat.
- To jedyna trafiona rzecz w moim życiu. Ojciec wiedział że mam predyspozycje… Przynajmniej tak wynikało z prognozy urodzeniowej. Jakoś w wieku 5 lat przeszłam selekcje i dostałam się. Wiedzieli kim była moja matka więc wsadzili mnie nawet do drużyny szkoleniowej dla Nowych, ale szybko stamtąd zwiałam. Nie mam cierpliwości do medytowania. Chcę być pilotem.
- Czyli zgorzkniała młoda staruszka ma jakieś marzenia. Proszę, proszę. Chcesz służyć w wojsku? – spytał choć już chwilę później się poprawił mówiąc pod nosem – Zresztą, nie ma znaczenia czego chcesz...
- Coś ty. Marzę żeby mieć własny frachtowiec, najlepiej jakiegoś starego behemota albo dromadera. Widziałeś jakie są wielkie?
- Nie znam się na statkach. Dla mnie to tylko fruwające kawałki blachy – przyznał wzruszając ramionami.
- Chciałabym latać po kruszec do najodleglejszych kolonii, do światów Granicznych.
- Nietypowe marzenia jak na nastolatkę – przyznał zdziwiony.
- Masz tyle czasu na przemyślenia, zwiedzasz tyle kultur i światów.
- Raczej kopalń i portów.
- Oj, nie bądź zrzędą Edi.
- W końcu jestem stary, chyba mi wolno?
- A Ty? Nie opowiedziałeś jeszcze nic o sobie. To nie fair, dawaj! – po czym trąciła go w plecy.
- Ej spokojnie jeszcze mnie zabijesz Cielaku, w końcu jestem stary. Więc nazywam się Edmund, mieszkam nieopodal szczęśliwej „trzynastki”, mam 165 centymetrów wzrostu…
- Przestań! Pytałam poważnie.
- Co chcesz wiedzieć?
- Co robiłeś zanim przyjechałeś do miasta?
- To i owo.
- Rozwiniesz ten bogaty zwrot?
- Tamto i owamto – rzucił szaleńcze spojrzenie na Meę po czym zaśmiał się złowieszczo – Dobra już mówię. Mieszkałem na wsi więc śmiało mogę zostać nazwany Wieśniakiem przez duże W. Tam też się urodziłem i wychowałem. Tato był farmerem i działaczem partyjnym a mama była moją mamą i żoną taty – znów zerknął na nią z jeszcze głupszym uśmiechem na twarzy – Zajmowała się domem. Zmarła jak byłem nastolatkiem, chyba na raka płuc.
- Na raka?! Przecież GSO…
- Nie braliśmy GSO. Od małego jedliśmy tylko normalne jedzenie. Choć wielokrotnie tłumaczono nam że nie musimy przestawać jeść, to tata był nieustępliwy. Bał się wszystkiego co było pomysłem Wspólnoty i zemściło się to na nim. Nie pomogła nawet terapia kontroli umysłowej. Wiem że rak jest łatwo wyleczalny, ale moja mama nie mogła sobie jakoś z tym poradzić. Takie było jej przeznaczenie i widać nic nie mogło go zmienić.
Razem z tatą i braćmi dalej uprawialiśmy rolę. Ja zacząłem pisać pierwsze opowiadania do lokalnych gazet. Byłem wychowany w duchu nieufności do Imperium, nie bez przyczyny. Tata przekazywał nam opowieści mojego dziadka i pradziadka o tym jak wyglądały wcześniejsze czasy i jak Imperium majstrowało Ziemią na długo przed Wcieleniem. Dał nam coś jeszcze ale o tym może później…
Gospodarstwo upadało bo nie uzyskaliśmy atestu jakości i nikt nie chciał od nas kupować. Najstarszy z rodzeństwa przeprowadził się gdzieś do Afryki żeby pracować w kopalniach a mały Dodi, zafascynowany wojskiem postanowił zapisać się do Akademii. To był dopiero cios dla ojca. Po kilku latach, kiedy wracałem z pola, znalazłem go martwego w kuchni. Lekarze powiedzieli że miał zawał.
- Co to takiego? – zapytała ze zdziwieniem Mea.
- Zatrzymało mu się serce.
- Samo?
- Widzisz, człowiek jest słabym tworem. Technika pozwala wykorzystywać nam więcej swoich możliwości Cielaku. Zrozumiałem to wiele lat później kiedy sprzedałem ziemię i przeprowadziłem się do miasta. W wielu kwestiach ojciec miał rację, ale w wielu się mylił. Żyjąc w wiecznym zacofaniu wiele traciliśmy. Egzystencja w zgodzie z naturą jest wspaniała, jednak nie można popadać w skrajności pamiętaj o tym! Po to otrzymaliśmy małe mięśnie a wielki mózg żeby z niego korzystać. To złego mieć naprawione zęby czy nową nogę. Pewne rzeczy same się nie zrobią a patrząc na to z innej strony to wszystko jest naturalne nie?
- Nie rozumiem.
- Kiedy ślimak tworzy swoją skorupę to jest to naturalne, bo wykorzystuje swoje możliwości. Kiedy pająk rozplata swoją sieć to jest to naturalne. Sieć to twór jego zdolności. A człowiek? Dlaczego broń, protezy, badania genetyczne czy betonowy schron nie mają być naturalne? Przecież stworzyliśmy je za pomocą naszych umysłów, które są darem natury a nie jakimś tak bublem. Wynikiem skomplikowanej ewolucji w nie mniejszym stopniu niż mięśnie drapieżnika czy owoce drzewa. A, zanudzam – machnął dłonią widząc że daje się ponieść emocjom.
Mea uśmiechała się słuchając szczerych zwierzeń tego staruszka. Czuła się swobodnie i po prostu wesoło, pomimo tematów dużego kalibru. Edmund natomiast kontynuował.
- Po wielu zmaganiach ze samym sobą i swoim wychowaniem, w końcu przyznałem że Imperium...Wspólnota zrobiła wiele dobrego dla tej planety i dla ludzi, choć ich intencje nadal pozostają niejasne.
Szli tak i rozmawiali a ścieżka zostawiała za nimi coraz więcej zakrętów, spadów i wzniesień. Nagle Edmund zatrzymał się.
- O, jesteśmy.
Stali na malutkiej, leśnej polance schowanej pod drzewami. Pośrodku tego zacisznego zagajnika stała leśniczówka z małym tarasem, na którym stały dwa fotele bujane. Domek był niewielki i w całości wykonany z drewna co bardzo zaskoczyło Meę. Miał dwuspadowy dach i duże okno z zasłoną w środku, znajdujące się obok drzwi wejściowych. Obok, pomiędzy dwoma drzewami rozciągnięty był hamak, a przed tarasem stał stolik z czterema drewnianymi pniami służącymi za siedziska. Na stoliku rozłożone były szachy.
- Znów nie skończyłem partyjki z Doctusem – wskazał palcem stolik kiedy przechodzili obok.
- Grasz z nim w szachy?! – spytała wyraźnie zaskoczona Mea.
- Lutarian też człowiek, grać musi. Ostatnio wygrałem dwa wielkie obrazy z jego pracowni.
- On maluje?
- Widziałaś obrazy w budynku?
- Te kolorowe wzorki?
- Tak. Lutarianie to urodzeni artyści. Żebyś słyszała jak śpiewają! – zachwycał się staruszek – Wracając do tych obrazów. On je wszystkie namalował. Mówi że kiedy zagłębia się w swoją naturę ta zaczyna sama malować i powstają takie właśnie dzieła. Nie wiem co w nich jest, ale faktycznie wywołują pożądany przez autora efekt. Na przykład uspokajają Cię albo nawet usypiają! Doctus opowiadał mi że na planecie z której pochodzi wszystko ma swoją symbolikę i działa w konkretny sposób.
- Też słyszałam o systemie Lutaria. Nie wiedziałam że Doctus jest jednym z nich. Ponoć są bardzo wpływowi i szanowani we Wspólnocie – odpowiedziała dziewczyna rozglądając się po okolicy – Co to za miejsce? Gdzie my w ogóle jesteśmy?
- To moja działeczka.
- Zbudowałeś to miejsce?
- To był jeden z moich warunków kiedy decydowałem się tu przeprowadzić. Opowiadałem Ci o tym, pamiętasz?
- Tak, tak.
- Dawno temu poprosiłem Doctusa o skrawek ziemi w lesie i kilku ludzi do pomocy. Oczywiście wszystko chciałem zbudować tradycyjnymi narzędziami. Żebyś widziała imperialnych piłujących deski piłą, ha! Ubaw po pachy! Sami świetnie się bawili, choć są nieco słabi – Mea spojrzała na niego pytająco – No wiesz, fizycznie. Nie nadają się do porządnej roboty. Wszystko robią za nich maszyny a tu figa! Mieli przyjść bez tych swoich fajerwerków i pracować. Oj było śmiesznie.
- Dziwie się że tak bardzo idą ci na rękę – kręciła głową dotykając porozrzucane po okolicy, dziwne przedmioty - Nie stanowisz dla nich większego zagrożenia, nie trzymasz ich w szachu. Ludzie już nawet o tobie nie pamiętają.
Edmund nic nie odpowiedział. Wzruszył tylko ramionami jakby go nie interesowało dlaczego tak jest. Być może nie chciał odpowiadać na to pytanie...
- Trzymam tu moje różne klamoty – zmienił temat - Tak naprawdę spędzam tu większość czasu. Rzadko siedzę w moim pokoju w kompleksie. Choć do środka!
Weszli na ganek a Edmund wyciągnął z kieszeni metalowy klucz.
- Co to takiego – spytała Mea zdziwiona.
- Co? To?! – zdziwił się jeszcze bardziej starzec.
- Co to jest?
- Jak to co? Klucze.
- I jak się nim otwiera drzwi?
- No tak.
I wsadził klucz w zamek po czym przekręcił dwa razy. Wcisnął klamkę i drzwi zaskrzypiały.
- Wszystko trzeba robić samemu – szepnęła do siebie Mea po czym weszła do środka – Światło! – powiedziała głośno chcąc sprawdzić czy coś się stanie.
- Haha, zapomnij mała. Tu nie ma energii przynajmniej takiej która napędza jakiekolwiek urządzenia. Chcesz światło? Tam są świece – odpowiedział wskazując palcami półkę w kredensie pod ścianą.
- Świecisz świecami? – uśmiechnęła się pod nosem chwytając jedną w dłoń.
- A no. Wiem, może dziwić Cię to miejsce ale chciałem mieć swoje królestwo, niczym nie przypominające zewnętrznego świata. To wnętrze mnie nie rozprasza. Królestwo Edmunda! Witaj moja królewno.
- Witaj, witaj. Podoba mi się tutaj. Wszystko jest takie – kręciła dłonią szukając słowa – stare? Tak tu spokojnie.
- Tutaj medytuje i czytam stare książki. Ale nie przyprowadziłem Ci tutaj żeby chwalić się starą oborą. Siadaj Cielaku – pokazał palcem na zakurzony tapczan, który stał pod ścianą obok prawdziwego kominka na drewno.
Mea usiadła podwijając sukienkę z przyzwyczajenia i czekała ciekawa o co też może chodzić Edmundowi. Rozglądnęła się dokoła. Na ścianach wisiało wiele obrazów i różnych suszonych roślin. Za nią znajdowała się biblioteczka z wieloma papierowymi książkami, które jak dotąd widywała jedynie w bibliotece muzealnej. Całe pomieszczenie śmierdziało trochę stęchlizną, wilgocią i starością. Obok drzwi wejściowych, pod oknem stał stolik z dwoma krzesłami a koło kominka dwa fotele zdawały się debatować między sobą o przyszłych losach tego miejsca.
Dziadek tymczasem klęknął na jedno kolano i grzebał ręką pod sofą naprzeciwko. Przeklął kilka razy pod nosem, coś do siebie powiedział i po chwili wytargał coś siłą spod sofy. Była to paczka zawinięta w szary papier i zawiązana sznurkiem. Cała zakurzona i brudna.
Edmund podciągnął do niej jeden z foteli i usiadł na nim. Po chwili jednak wstał i sięgnął po świeczkę, której zapomniał zabrać ze stolika. Pomimo że było popołudnie, mało światła dostawało się do wnętrza chatki przez jedno frontowe okno i otwarte drzwi. Dodatkowy mrok fundowały drzewa pod którymi znajdowała się polanka. Zapanowała chwila ciszy. Nie było słychać nic prócz śpiewu ptaka, gdzieś w oddali. Moment był wręcz magiczny, niczym wyjęty z bajki. Mea miała wrażenie że czas się zatrzymał. Urzekł ją płomień świecy, który wesoło migotał i kołysał się na wszystkie strony. Nigdzie wcześniej nie czuła się tak przytulnie jak tu. Pierwszy raz była w takim miejscu, w takich okolicznościach. No i jeszcze ta tajemnicza paczka…
Edmund zaczął rozwiązywać sznurek i szeleścić papierem, który ściągał z paczki. Kiedy mu się udało i trochę pokaszlał przez latający wszędzie kurz, trzymał na kolanach kartonowe pudełko. Powoli chwycił za pokrywkę, uniósł i potrząsnął kilka razy żeby odpadła od reszty.
Mea siedziała w milczeniu przyglądając się cierpliwie temu co robił. W końcu wyciągnął z pudełka dwa grube pliki równych kartek, złączone osobno klamrami magnetycznymi. Pierwszy z plików położył na podłodze, natomiast drugi przetarł ręką i uśmiechnął się do siebie. Jedną ręką chwycił za metalowy grzbiet, który tworzyła trzymająca kartki w kupie klamra, a drugą luźny koniec pliku. Pooglądał ze w wszystkich stron, powąchał po czym pochwycił arkusze między kciuk i cztery pozostałe palce prawej dłoni, wygiął je i przepuścił powoli kartki pod kciukiem, jakby oglądając czy są wszystkie.
Kiedy skończył odezwał się w końcu.
- No i jest.
- Co to takiego? – odparła błyskawicznie Mea, którą żywcem pożerała ciekawość.
- To po co Cię tu sprowadziłem. Kiedy wpadliśmy na siebie pierwszy raz, podkreślam wpadliśmy! – wykrztusił mocniejszym tonem - rozmawialiśmy później w łazience. Opowiedziałem Ci kilka zalążków historyjek. Widziałem że jesteś zainteresowana tymi tematami. Poza tym Doctus dał mi do zrozumienia żebym Ci To pokazał.
- Co on ma do tego?
- Przyszedł do mnie po tym jak powiedział że mnie odwiedzisz i zasugerował że może powinienem Ci pokazać skarby jakie trzymam w swojej chacie i że pewnie Ci się spodobają.
- Nie rozumiem go. Jakie motywy nim kierują? – spojrzała pytająco na Edmunda.
- Ciężko powiedzieć. Już dawno przestałem się nad tym zastanawiać. Często działa w sposób pozbawiony logiki. Choć ja uważam że logika jest wszędzie, tylko nie wszędzie taka sama. To że go nie rozumiemy nie znaczy że nie działa według jakiegoś planu. Wszystko co się dzieje jest potrzebne.
- A co to jest? – wskazała na gruby plik, który trzymał na kolanach.
- A właśnie. Chciałem Ci to pożyczyć – po czym podał jej arkusze.
Mea chwyciła je obydwoma rękoma ale mimo wszystko, kiedy puścił je Edmund lekko opadły w dół.
- Matko jakie to ciężkie, tu będzie z 500 stron. Kto używa jeszcze papieru do przechowywania takiej ilości informacji?
- Są bardzo stare, zaczynają już żółknąć. Gdzieniegdzie blaknie też druk.
Dziewczyna oglądała okładkę, której rolę pełniła grubsza kartka z kompletnie złuszczonymi narożnikami. Nie było na niej nic prócz małego obrazka przedstawiającego jakby płatki czy łezki ułożone w spiralę. Nieco przypominało to muszlę. Obok był napis jak sądziła Mea, będący częścią tego obrazka.
- Nie potrafię tego odczytać, nie znam tego języka. Co tu jest napisane?
- ”Projekt Asystent”. To w jakimś starym języku ale ojciec mi powiedział. Treść natomiast przetłumaczono na tak zwany „angielski”, bardzo podobny do ziemskiego. Na tyle że powinnaś wszystko zrozumieć.
- Co to znaczy? Czym jest ten projekt?
- Mogę ci jedynie opowiedzieć to co przekazał mi ojciec. Chcesz wersję ze szczegółami czy ogólną?
- Środkową.
- Dobra. Dostałem to od niego a on znów od swojego, czyli mojego dziadka. Nie mam pojęcia skąd to wziął. Nie znałem go a ojciec nigdy mi nie opowiedział.
- Co ci powiedział o tym? – wtrąciła niczym niecierpliwe dziecko.
- No przecież chciałem właśnie mówić.
- A, przepraszam.
- Tata mówił że ponad 200 lat temu, przed przybyciem Imperium życie wyglądało całkiem inaczej. Ludzi było bardzo dużo ale byli manipulowani na każdym kroku. Oj dużo by mówić o społeczeństwie, pogadamy o tym kiedy indziej. W każdym razie blisko początku nowego kalendarza, wielu ludzi zaczynało podejrzewać że coś na świecie jest nie tak. Dociekali, szukali i węszyli. Tak naprawdę jedynym wolnym środkiem komunikacji był Internet. Taka okrojona wersja dzisiejszego Spacecomu, tyle że działająca oczywiście tylko na obszarze Ziemi.
Podobno poznała się jakaś grupka ludzi i zaczęli używać hipnozy żeby badać siebie nawzajem.
- Tak po prostu?
- No wygląda na to że chyba tak. Wtedy nie trzeba było mieć pozwolenia na hipnotyzowanie. Z tego co mówił ojciec, to hipnoza uznawana wtedy była za taki dziwny środek zabiegowy. Niby się ją stosowało w leczeniu, ale z drugiej strony wiele ludzi w to nie wierzyło.
- Dziwne.
- Takie czasy – wzruszył ramionami - W każdym razie dużo ludzi miało wtedy tak zwane channelingi. No po prostu rozmawiali ze swoją podświadomością, choć wielu sądziło że się kontaktują z kimś obcym, no nie ważne. I ta grupa też tak miała. Szybko okazało się że podświadomość jednego z nich ma dostęp do świadomości tej no…
- Archetypowej?
- No przecież mówię. W ten sposób uzyskali wiele cennych informacji o tym jak naprawdę wygląda świat, skąd się wzięła rasa Ziemian i jaką w tym wszystkim odgrywa rolę Imperium.
- To wszystko jest tutaj? – zapytała Mea wskazując palcem na plik kartek.
- Tak.
- I nikt Ci tego nie zabrał? Teraz za niekontrolowany kontakt z podświadomością są surowe kary a ty masz tu masę zapisku takich kontaktów!
- Przecież jestem wariatem, nie pamiętasz? Poza tym Doctus pozwolił mi to zatrzymać.
- Nie rozumiem go coraz bardziej – pokiwała na boki głową po czym mówiła dalej – To stąd czerpałeś inspirację do swoich niewygodnych artykułów?
- Po części. Do dziś dziwię się że nikt wtedy tego nie znalazł. Oczywiście mam kilkanaście kopii pochowanych tu i ówdzie, ale to jest oryginał – wskazał z dumą egzemplarz trzymany przez dziewczynę.
- Dlaczego mi to dajesz? Po co? Co ja mam z tym zrobić?
- Poczytaj sobie. Od razu było widać że interesujesz się czymś więcej niż tą sieczką mentalną, którą teraz was karmią.
- A jak to znajdą?
- Spokojnie. To zwykły papier spięty kawałkiem metalu. Nie ma tu żadnych czujników ani nadajników. Nikt tego nawet nie zauważy. Ich ufność w technikę kiedyś ich zgubi. Nie zapisałbym Ci tego na chipie.
- Mam po prostu czytać?
- Masz to czego chciałaś. Być może jest w tym ziarno prawdy, której szukasz.
- Dzięki ale nie wiem czy mogę…
Rozmowę przerwało pukanie dobiegające od strony wejścia. Obydwoje obrócili się szybko. Przed drzwiami stała jakaś wysoka postać. Z początku nie mogli jej rozpoznać w półmroku jednak chwilę później odezwał się Edmund.
- Doctus? Co Ty tutaj robisz? – spytał zaskoczony – Myślałem że macie teraz...
- Obawiam się że nasza przyjaciółka będzie musiała pójść ze mną – odpowiedział, lecz tym razem jego głos nie brzmiał już tak przyjemnie jak poprzednio.
- Dopiero przyszliśmy, nawet nie zdążyliśmy sobie dobrze porozmawiać.
- I zdaje się że na tym dziś poprzestaniecie – odwrócił się w stronę Mei – zdaje się że masz kłopoty.
- Ja?! Co się dzieje? - skurcz ścisnął jej żołądek.
- Lecą tu strażnicy.
- Co?! Po mnie? Po co?
- Myślę że Ty wiesz to najlepiej – odpowiedział Lutarian.
- Powiedziałeś im że tu jestem! – krzyknęła w jego kierunku Mea, czując że strach gwałtownie zamienia się w gniew.
- Mylisz się – odpowiedział spokojnie Doctus.
- Kłamiesz! - zerwała się z tapczanu i cofnęła w kąt - Wiedziałam że coś jest z tobą nie tak. Wraaa! Specjalnie mnie podpuszczałeś co?!
Dziewczyna krzyczała i zdawała się coraz bardziej denerwować. Nawet sam Edmund był zaskoczony jak szybko wpadła w furię. Przypominała zaszczute zwierze, które nie panuje nad własnymi odruchami. Tymczasem Mea czuła się oszukana. Po raz pierwszy od wielu lat poczuła dreszczyk emocji i wolności. Była już gotowa uwierzyć że ten imperialny jest inny lecz teraz miała ochotę rozerwać go na strzępy.
- Cielaku uspokój się, coś musiało być nie tak, Doctus nie zrobiłby...
- Zamknij się! - wrzasnęła na staruszka nie kontrolując się.
Edmund cofnął się spoglądając na Doctusa. Atmosfera była coraz bardziej napięta. Wystarczył jeden nieostrożny ruch żeby doszło do sprzeczki. Lutarian nie reagował. Stał przed drzwiami spoglądając na dziewczynę w milczeniu. Po kilku minutach Mea zaczęła powoli uspokajać się. Spojrzała na swoje dłonie, które zacisnęły się w pięści. Wyraz twarzy złagodniał a mięśnie rozluźniły się. Powoli powracało racjonalne myślenie.
- Co się ze mną dzieje?! - szepnęła do siebie zdziwiona.
Podniosła wzrok i rozejrzała się po pomieszczeniu szukając Edmunda. Kiedy w końcu napotkała jego wzrok nie mogła z siebie nic wykrztusić.
- Przepraszam. Ja...ja nie wiem co się ze mną stało.
- Nie masz mnie za co przepraszać Cielaku. Troszkę mnie tylko zaskoczyłaś, nie wiedziałem że taka z ciebie wojownicza księżniczka. Ale uwierz mi, Doctus na pewno nie poinformował tych strażników.
Dziewczyna odwróciła głowę żeby spojrzeć na Lutarianina stojącego przed wejściem. On natomiast patrzył na nią przenikliwym wzrokiem, bardziej zaciekawiony niż zaskoczony tym co się wydarzyło. Wyglądał jakby wcale nie dziwiło go jej wybuchowe zachowanie, jakby coś wiedział, choć nie dawał tego po sobie znać. Obserwował badawczo po czym odwrócił się i odszedł kilka kroków od domku. Mea wybiegła za nim.
- Naprawdę przepraszam, nie chciałam! Nie wiem co się ze mną stało tam w środku, nigdy się tak nie denerwowałam.
- Mało o sobie wiesz – odezwał się bardzo cichym i spokojnym głosem - Przyjdzie moment kiedy wszystko zrozumiesz ale jeszcze nie teraz, jeszcze jest za wcześnie – po czym odwrócił się przodem do niej.
- Myślisz że jeśli chciałbym im o Tobie powiedzieć to odwołałbym skanowanie twojego chipa? Prawda jest taka że nie powinni wiedzieć że tu jesteś. Nie istotne jak, ważne jest to że Cię znaleźli.
- Ale jak?! – rozłożyła bezradnie ręce.
- Musiałaś przechodzić koło jakiegoś automatycznego punktu rejestracyjnego idąc tutaj wybrzeżem. Całe miasto i okolice są nimi naszpikowane.
- Nie przechodziłam przez żadną bramkę!
- Nie mówię o bramce tylko o punkcie rejestrującym. Są schowane pod powierzchnią gruntu. Wystarczy że zbliżysz się na 10 metrów i już zostajesz zapisana.
- Co?! Pierwszy raz o tym słyszę. Dlaczego nikt o tym nic nie wie?
- Nie wiecie o wielu rzeczach ale nie mamy teraz czasu na taką rozmowę moja przyjaciółko. Chwilę temu dostaliśmy informację że numer twojego chipa był ostatnio rejestrowany w tym rejonie. Otrzymaliśmy również pytanie czy ktoś cię nie widział.
- Powiedziałeś im że tu jestem?
- Nie ja. Zarządzam tym miejscem ale nie mogę kontrolować całkowicie moich podwładnych ani tym bardziej zakazywać im postępowania zgodnego z procedurą. Ktoś z personelu po prostu zgłosił że widziano Cię tutaj i poprosił o ich przybycie.
- Świetnie! Mam przechlapane – powiedziała do samej siebie.
- No, no. Nieźle narozrabiałaś Cielaku – wtrącił Edmund wychodząc na zewnątrz – Weź sobie plecak na swoje rzeczy, jest pod stołem.
Mea szybko zerwała się i schowała plik kartek do starego plecaka. Doctus ponaglał ich.
- Myślę że powinniśmy już iść. Lepiej dla Ciebie jeśli po prostu na nich zaczekasz. Nie ma sensu znów uciekać.
- Wiem, chodźmy już – powiedziała zasmucona po czym obróciła się do staruszka – Przepraszam, nie chciałam narobić problemów, naprawdę.
- Mnie ich nie narobiłaś, tylko sobie Cielaku.
- Idziesz?
- Myślę że zostanę tutaj. Mam trochę do posprzątania. Idź mała, pogadamy innym razem.
- Jeśli jeszcze w ogóle kiedykolwiek mnie wypuszczą… Do zobaczenia.
Edmund machnął tylko ręką po czym wszedł z powrotem do chaty. Doctus nic nie mówił tylko wskazał jej palcem ścieżkę chcąc najwyraźniej aby tamtędy poszła. Ruszyła więc szybkim krokiem kierując się z powrotem do ośrodka.
Nie rozmawiali wcale. Co jakiś czas spoglądała do tyłu czy jest za nią ale za każdym razem gdy patrzyła wydawał się być w innej odległości, tak jakby oglądać różne urywki jakiegoś filmu. Nie fascynowało jej to jednak teraz ani trochę. Cały czas myślała tylko o tym jak się dowiedzieli i co ważniejsze dlaczego akurat teraz, w tak ważnym momencie. W pewnej chwili dobiegł jej uszu znajomy i przyjemny głos.
- Tak miało być – odezwał się Nordyk.
- Co?
- Tak miało być. Mieli cię znaleźć akurat teraz.
- Znów szperasz mi po głowie? – odpowiedziała lekko rozdrażniona brakiem prywatności.
- Mylisz się sądząc że czytam w twoich myślach. Rzucasz nimi na lewo i prawo więc po prostu je słyszę.
- Wielkie dzięki. Może lepiej przestanę w ogóle myśleć?
- Myślę że tak będzie najlepiej – i uśmiechnął się do niej.
Szli już spory kawałek i zbliżali się do ośrodka. W pewnym momencie Mea usłyszała charakterystyczny dźwięk lądującej w oddali strażniczej kanonierki, przypominający mocne dmuchanie wiatru przeplatane cichym gwizdaniem. „Są już” pomyślała.
- Tak jest – odpowiedział na głos Doctus - Pośpieszmy się.
Po chwili wyszli z lasu na tą samą wielką łąkę, z której jakąś godzinę temu wyruszyła razem z Edmundem do jego leśniczówki. Niedaleko ławki stał duży, ciemny pojazd przypominający helikopter bez śmigła, z małymi skrzydłami po bokach i charakterystyczną sporą kulą w jego dolnej, tylnej części, będącą pokrywą silnika. Dalej w tył wystawał statecznik, wyglądający jak jaskółczy ogon. Spod skrzydeł błyskały szybko i naprzemiennie niebieskie światła. Był to standardowy pojazd patrolowy Straży, napędzany silnikiem antygrawitacyjnym.
Koło maszyny stało dwóch funkcjonariuszy. Doctus skierował się w ich stronę a Mea poszła za nim. Kiedy zbliżali się do miejsca lądowania, strażnicy zobaczyli ich po czym ruszyli powolutku aby wyjść im na spotkanie.
Mea znała aż za dobrze tych typów, już wiele razy miała z nimi do czynienia.
Jakieś sto lat temu Straż zastąpiła całkowicie różne organizacje pilnujące porządku, takie jak policja. Imperium nakazało ujednolicić organizacje porządkowe na całej planecie, aby łatwiej było je kontrolować.
W końcu się spotkali koło ławki na której wcześniej leżał Edmund.
- Witaj Panie – powiedział jeden ze strażników, po czym ukłonił się.
- Witajcie Panowie – z uśmiechem odrzekł Doctus.
Stało przed nimi dwóch potężnie zbudowanych mężczyzn, w czarno-niebieskich kombinezonach mechanicznych. Mieli zdjęte hełmy a ich głowy były jedyną częścią ciała, która miała bezpośredni kontakt ze światem zewnętrznym. W końcu nie bez powodu nazywano ich potocznie „słoikami”. Kombinezony całkowicie okrywały ciała strażników, wzmacniając mechanicznie siłę ich mięśni. W całej Straży obowiązywało podobne umundurowanie, choć bardziej pasuje tu słowo opancerzenie.
Większość społeczeństwa niechętnie podchodziła do pomysłu aż tak mocnego wyposażania funkcjonariuszy służb, które miały pełnić funkcje typowo policyjne, jednak Imperium było nieugięte. Wielu ironizowało że teraz zamiast pilnowania porządku przez służby porządkowe, Ziemia doczekała się paramilitarnej organizacji szybkiego uciszania problemów. Jednak nie da się zadowolić wszystkich, jak zwykł mawiać Cesarz.
- Mea L’ark Numer Personalny 224567? – zapytał jeden z funkcjonariuszy.
- Tak – cicho odpowiedziała wysuwając jednocześnie prawą rękę.
Strażnik przyłożył rękę do jej nadgarstka po czym na wyświetlaczu pancerza, na jego prawym przedramieniu ukazały się pełne dane osobowe Mei.
- Pójdzie Pani z nami – po czym odwrócił się w kierunku Doctusa i lekko pokłonił – Panie, mamy rozkaz odeskortować tą kobietę do Koloni Wychowawczej numer 7.
- Czyńcie co do Was należy – powiedział z niewzruszonym uśmiechem i lekko popchnął Meę przyjacielsko przesuwając palcem po jej placach.
Odwróciła się do niego i uniosła brwi ze zdziwienia. Nagle drugi ze strażników wyrwał jej plecak, który trzymała w rękach.
- Musimy zrewidować Pani rzeczy. Ma Pani przy sobie coś oprócz tego? – zapytał wyciągając plik kartek z plecaka.
- Oddajcie mi to, to moje! – krzyknęła nagle Mea.
- Oddamy kiedy sprawdzimy zawartość – odparł surowo drugi z funkcjonariuszy.
- Nie macie prawa, to moje prywatne notatki – wrzeszczała wściekła na strażników, jednocześnie obawiając się tego co mogą tam znaleźć.
- Od kiedy ktoś notuje tyle informacji na papierze? – zapytał zdziwiony strażnik.
- Mogę sobie notować nawet na własnej dupie, to nie wasza sprawa. Oddawaj! – i machnęła ręką starając się dosięgnąć pliku trzymanego przez strażnika.
- Albo się uspokoisz młoda damo, albo będziesz miała poważne problemy…
Widząc coraz bardziej napięta sytuację, w końcu odezwał się Doctus.
- Panowie, proszę o przekazanie tych dokumentów. Zdaje się że to zapiski jednego z naszych pacjentów. Ta młoda dziewczyna musiała je ukraść – zabrzmiał spokojnie a jego głos sprawił że wszyscy poczuli się bardziej opanowani.
- Musimy wpisać to do protokołu zatrzymania, Panie – wyjaśnił funkcjonariusz.
- Proszę pominąć ten przedmiot – powtórzył nadal spokojnie ale już bez uśmiechu na twarzy.
- Ale to wbrew regulaminowi – wykręcał się strażnik i najwyraźniej bojąc się konsekwencji musiał się upewnić – Panie, będę musiał poprosić o autoryzację aby pominąć czynności regulaminowe – wybełkotał z wyraźnie dającą się słyszeć niepewnością w głosie.
Dla wielu Imperialnych sprawdzanie ich przez Ziemian uchodziło za hańbę i brak szacunku, przez co ziemskie służby bały się nawet o to pytać.
- Proszę bardzo – odrzekł neutralnie Doctus - Wysłannik dyplomatyczny z polecenia Wspólnoty. Rozkaz numer 22. Zarządca misji usuwania błędów w procesie ujednolicania cywilizacyjnego systemów przyłączonych. Numer autoryzacji 67-alfa-12.
Strażnik powoli zbliżył się. Kiedy stanął naprzeciw Doctusa widać było narastającą niepewność i przerażenie w jego zachowaniu. Mea przyglądała się tej scenie z niemałą satysfakcją. Funkcjonariusz nawet w pancerzu był o głowę niższy Doctusa. Uniósł rękę.
- Mogę? – spytał potulnie?
- Proszę – odparł spokojnie imperialny, po czym strażnik niepewnie przybliżył swoją prawą rękę do jego czoła.
Po sekundzie wyświetlacz zapłonął na niebiesko i wyświetlił numer: 67-A-12. Strażnik momentalnie cofnął się o krok, ukłonił i kazał swojemu koledze oddać plik.
- Bardzo przepraszam Panie ale… - próbował usprawiedliwiać się młody funkcjonariusz.
- Nie tłumacz mi się, wykonywałeś swoje obowiązki – odpowiedział znów uśmiechając się Doctus po czym odebrał od strażników plik arkuszy – To chyba tyle Panowie. Zabierzcie dziewczynę.
- Tak Panie.
Obydwoje ukłonili się, zrobili dwa kroki w tył po czym odwrócili się i ruszyli w stronę kanonierki prowadząc Meę przed sobą. Kiedy wchodziła do pojazdu obróciła się żeby spojrzeć na Doctusa ale już go tam nie było. Strażnik popchnął ją lekko i wskazał miejsce na pryczy pod ścianą. Usiadła i zaciągnęła uprząż zabezpieczającą.
Właz zamknął się i trochę zatrzęsło. Kanonierka powoli wzniosła się w powietrze wydając z siebie jedynie ciche specyficznie szumienie i nagle ruszyła z dużą szybkością w stronę miasta.
Mea miała sobie za złe że nie pomyślała i nie zostawiła kartek u Edmunda. Wtedy nie doszło by do tej głupiej sceny. „A jak teraz będą mieć przeze mnie problemy?” pomyślała. I pewnie pluła by sobie tak w brodę cały czas gdyby w pewnym momencie nie poczuła czegoś dziwnego, choć znajomego. To było to samo uczucie, co za pierwszym razem kiedy rozmawiała z Doctusem. Znów czuła że patrzą sobie w oczy pomimo że tak nie jest. Czuła że jest w niej, choć była już daleko. Jakiś czas zastanawiała się co Lutarian stara się jej przekazać i dopiero po dłuższej chwili rozszyfrowała swoje uczucia, a raczej to co do niej mówił: „Spokojnie. Wszystko jest takie jak miało być. Nie rób nic a wszystko się wyjaśni. Dostosuj się do wody, nie wodę do siebie – pamiętaj o tym!” Dalej nie słyszała już nic.
Po tych słowach przypomniała sobie opowieść o starcu i wodospadzie. Jej twarz rozpromieniła się. Uśmiechnęła się szczerze do strażnika, który siedział na drugiej pryczy i nieco zdziwiony zerknął na kolegę. Wyciągnęła przed siebie nogi jednocześnie wsadzając ręce za głowę i odprężyła się na tyle na ile pozwalały jej okoliczności.
- Płyń z prądem – wyszeptała cicho i zamknęła oczy.

*

Grzegorz thelinked

Odp: Drugie Dno
« Odpowiedź #2 dnia: Styczeń 31, 2021, 12:34:03 »
Drugie Dno cz. 3
"W rzeczy samej, nic nie jest złem ani dobrem samo przez się, tylko myśl nasza czyni to i owo takim. "

Raz...dwa...trzy, przerwa. Raz...dwa...trzy, przerwa. Raz...dwa...trzy, przerwa. Patrzyła na czerwone światło migające rytmicznie nad żelazną śluzą. Palec sam z siebie przesuwał się po zimnej i gładkiej powierzchni, a ona była przekonana że bez trudu może go w niej zatopić. Wszystko wyglądało jakoś niewyraźnie i mgliście. Wiedziała gdzie się znajduje, jednak teraz docierały do niej całkiem inne kolory, całkiem inne obrazy i zapachy. To było jakby senne odbicie prawdziwej rzeczywistości, która tutaj wydawała się taka miękka i pozbawiona spójności, tak plastyczna. Uśmiechała się błogo nie czując chłodu drażniącego jej ciało, które zatraciło spójne granice. Światło było tak bardzo hipnotyzujące. Czuła że tam jest lecz zarazem jej nie ma.
Ten dziwny stan przerwały głośne, choć początkowo niezrozumiałe dźwięki docierające gdzieś z dołu. Gwałtownie oderwała palec od ściany jakby ją poparzyła. Zakręciło jej się w głowie. Czuła jak jej ciało zacieśnia się i w pewien sposób zamyka, zasklepia – w przeciwieństwie do tego czego doświadczała jeszcze przed sekundą. Otoczenie również zdawało się stawać twardsze, ściany ciemniały a chłód był coraz bardziej dokuczający.
Niezrozumiałe dźwięki docierające do jej głowy powtarzały się kilkukrotnie. Czuła że jest już tak blisko ich zrozumienia. Przypominało to pojedyncze głoski przelatujące przez jej umysł, jakieś urywane dźwięki. Starała się skleić je w słowa ale sprawiało to wyjątkową trudność. Głos był coraz wyraźniejszy, coraz bliższy. Już prawie zaczynała rozumieć...
- Hej! Jesteś tam młoda damo? – jakiś człowiek zabrzmiał szorstko z kondygnacji poniżej.
- Już do Pani idziemy, proszę poczekać jeszcze sekundę – wtórował mu ktoś drugi.
Przetarła oczy i nerwowo rozglądnęła się wokoło. Ocknęła się z dziwnego stanu w jakim znajdywała się jeszcze przed chwilą. Stała przed zamkniętym włazem, nad którym migały czerwone światła ostrzegawcze, w ciemnym tunelu. Z nią były jedynie schody a pod stopami podłoga z drobnej kraty stalowej, przez którą widziała niższa kondygnację. Usłyszała dźwięk metalu uderzającego o metal, rytmiczny i regularny. Spojrzała w dół przez kratową podłogę. Dwóch strażników wolnymi krokami zmierzało w stronę schodów. Po chwili dwie, ogromne sylwetki wyłoniły się jedna za drugą i stanęły naprzeciwko niej.
- O, słoiki – szepnęła pod nosem patrząc na strażników i chwytając się za bolącą głowę – Witam Panów. Możemy w końcu iść, trochę zmarzłam.
- Proszę się uspokoić, procedury to procedury. No, już idziemy Pani... – zerknął pomocniczo na wyświetlacz na swoim prawym przedramieniu – Meo.
- Pani kolonia wychowawcza została poinformowana o procedurze zatrzymania na posterunku – odpowiedział drugi, stojący nieco z tyłu, po czym odezwał się znów pierwszy.
- Poinformowaliśmy również dyrektora placówki o procedurze odeskortowania Pani do kolonii, którą właśnie wykonamy.
Mea zerknęła na nich z nieco zaskoczonym wyrazem twarzy nie mogąc powstrzymać uśmiechu cisnącego się na usta.
- Moglibyście być komentatorami sportowymi, tak ładnie się uzupełniacie. Może łączy was coś więcej?
- Wystarczy! – powiedział uniesionym głosem strażnik stojący z tyłu, po czym wyszedł na pierwszy plan – Ruszaj! Nie mamy czasu na głupie gadki.
- Okej, okej! Spokojnie, wycięli wam z genów poczucie humoru czy co? – odwróciła się.
Stanęła przed włazem prawie dotykając go nosem. Jeden ze strażników podszedł bliżej, przyłożył nadgarstek a raczej część pancerza osłaniającą go do czytnika. Czerwone, migające światło zmieniło kolor na zielony, mechanizmy zanurzone w ścianach zajęczały leniwie, coś syknęło i właz otworzył się błyskawicznie.
Zimny i przeszywający ale zarazem świeży wiatr uderzył w twarz Mei, rozwiewając jej mokre włosy. Rzęsisty deszcz oblał nogi strumieniem. Spojrzała na niebo, które przypominało jedną czarną plamę, co jakiś czas rozświetlaną błyskawicami.
Był wieczór. Pogoda szybko się zmieniła. Jeszcze 2 godziny temu słońce grzało ciepłymi promieniami, a teraz jej skóra momentalnie pokryła się gęsią skórą a zęby zaczęły cichutko klekotać. Do kanonierki zadokowanej w uchwycie cumowniczym było jakieś 20 metrów. 20 metrów w strugach deszczu, falach lodowatego wiatru, pod burzowym niebem na szczycie Cytadeli Straży.
Nie musiała czekać długo aby poczuć na plecach delikatne pchnięcie stalowej dłoni. Strażnik wskazał palcem na pojazd czekający z otwartym włazem. Dziewczyna zmrużyła oczy, chwyciła łokcie i skulona pobiegła co sił przed siebie by po chwili z upragnieniem wskoczyć do wnętrza kanonierki oświetlonego chłodnym, błękitnym światłem. Usiadła na pryczy, zaciągnęła uprząż i czekała. Strażnicy zdawali się nie śpieszyć, spacerując powolutku w jej kierunku. Kiedy wsiedli właz zamknął się. Z pancerzy ściekały strumienie wody zalewając całą podłogę.
Jeden z nich usiadł zaraz za pilotem tupiąc mocno w podłogę. Pilot spojrzał w tył przez właz oddzielający kokpit od tyłu pojazdu. Strażnik zakręcił palcem w powietrzu i pokazał wyświetlacz na swoim przedramieniu po czym usadowił się wygodnie, jakby do snu. Silnik zadziałał wydając z siebie cichy szum a pojazd poderwał się bardzo szybko, wciskając wnętrzności w stopy.
- Za 5 minut będzie Pani w domu.
- Świetnie, nie mogę się doczekać – odpowiedziała ironicznie Mea.
- Dyrektor placówki już na Panią czeka.
Podciągnęła nogi i skuliła się rozmyślając nad dziwnym stanem w jakimś się znalazła kilka minut wcześniej. Było jej wyjątkowo zimno. Patrzyła w podłogę pojazdu, który bez najmniejszego wstrząsu sunął nad miastem przeszywając powietrze.
Wiele zmieniło się w ziemskiej technice od czasu przybycia Imperium. Napędy antygrawitacyjne wyparły prawie całkowicie silniki odrzutowe, choć jak na razie były zarezerwowane jedynie dla wojska. Pojazdy cywilne oraz maszyny Straży Cywilnej, takie jak kanonierka, używały silnika wykorzystującego w jakimś stopniu antygrawitację, jednak nie całkowicie. Nie przeszkadzało to w nazywaniu ich pospolicie „antygrawitacyjnymi” pomimo że nie do końca tak działały. Wykorzystywały one zjawisko tworzenia własnej „smugi” grawitacyjnej, od której się odpychały. Wpływało to na niewyobrażalnie zwiększenie zwrotności oraz prędkości w stosunku do starych, ziemskich technologii. Jednak prawo imperialne nie pozwalało na montowanie w pojazdach Straży Cywilnej oraz maszynach komercyjnych, silników zdolnych wytworzyć bąble grawitacyjne, wyjmujące pojazdy całkowicie poza nawias praw fizyki. Nowym społeczeństwom pomagać trzeba powoli i tak samo powoli dzielić się z nimi technologią. Bunt na nowo przyłączonych planetach jest zjawiskiem normalnym, z którym trzeba się liczyć a przewaga technologiczna powinna pozostać na bezpiecznym poziomie – przynajmniej do momentu kiedy edukacja społeczna nie wypleni idei buntu całkowicie z głów mieszkańców.
- Jesteśmy. Trzymajcie się, muszę zacumować do meduzy – z głośników odezwał się głos pilota.
Meduzą żartobliwie nazywano dachy różnych budynków administracyjnych, które przez wystające z nich niczym liście palmy doki cumownicze dla pojazdów Straży, przypominały głowę mitycznej Meduzy.
Pojazd gwałtownie zwolnił, co znów spowodowało nieprzyjemne przemieszczenie się wnętrzności. Po chwili zatrzymał się a oczekującą cisze przerwał zgrzyt i lekki wstrząs. Z głośników znów odezwał się pilot:
- Wpiąłem się, możecie ją wypuścić – po czym właz otworzył się. Do wnętrza kanonierki wlał się niczym ściek wilgotny zapach tunelu prowadzącego do budynku.
- No, do następnego razu młoda damo – odezwał się strażnik, opierając się jedną ręką o właz i dżentelmeńskim gestem wskazując wyjście – Pani pozwoli...
Mea bez słów przeszła przez drzwi, które zaraz za nią zamknęły się i zatrzasnęły. Usłyszała zgrzyt i lekkie drgania – kanonierka wypięła się z doku. Marząc już tylko o ciepłym łóżku, szybkim krokiem podeszła do głównych drzwi wejściowych. Zbliżyła rękę do czytnika, który wydał z siebie przyjemne i delikatne piknięcie – właz rozsunął się. Białe światło odbijające się od jasnych, sterylnych ścian oraz posadzki oślepiło ją. Poczuła miłą i świeżą woń przypominającą zapach kwiatów. Wnętrze kolonii tak mocno kontrastowało z tunelem prowadzącym do doku.
Automatycznie skierowała się do windy. Wcisnęła przycisk i czekała. Po kilku sekundach drzwi otworzyły się a Mea weszła i wybrała swoje piętro, jednak przycisk nie podświetlił się. Wcisnęła go ponownie jednak to również nie pomogło. Zamiast tego podświetliło się inne piętro a drzwi zatrzasnęły się same. Winda ruszyła.
Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie. Wiedziała co się dzieje. Kiedy opuściła windę podeszła do drzwi klatki schodowej. Podsunęła nadgarstek pod czytnik, który odpowiedział głośnym brzęczeniem. Teraz była pewna – dyrektorka chciała ją widzieć i zablokowała jej numer personalny. Wiedziała że nie otworzy żadnych drzwi, prócz tych prowadzących do gabinetu Matki Koloni.
Wolnym krokiem skierowała się więc w tamtym kierunku. Stanęła przed wejściem, wzięła głęboki wdech i przyłożyła rękę do czytnika. Urządzenie piknęło przyjemnie i właz otworzył się.
W ogromnym pokoju, pod samym oknem na kilkustopniowym podwyższeniu podłogi stało duże biurko za którym siedziała porządkująca coś starsza kobieta.
- No jesteś wreszcie. Wejdź.
- Dzień dobry – odpowiedziała Mea nieco speszona ale uśmiechnięta.
- Usiądź proszę – wskazała na sofę po czym wstała od biurka i sama usiadła obok młodej dziewczyny.
Była w sędziwym wieku, około 90-ki, zważając na średni czas życia człowieka wynoszący 130 lat. Miała na sobie długą, białą szatę okrywającą całe jej ciało. Siwe włosy spięte były w kok na czubku głowy, a oczy wydawały się tak ciepłe i matczyne.
- Mea, drogie dziecko. Wiesz że każdego tutaj traktujemy wyjątkowo i cenimy każdą indywidualność z należytym jej szacunkiem. Mam nadzieję że jesteś tego świadoma?
- Oczywiście Pani – odpowiedziała Mea, zdając sobie jednocześnie sprawę że to kompletne bzdury. Najgorsza była świadomość że tacy ludzie jak dyrektorka matka, szczerze wierzyli w prawdziwość bzdur jakie przekazywali innym ludziom.
- Więc – ciągnęła dalej głosem bardzo powolnym i perfekcyjnie kontrolowanym – powiedz mi moja droga co się dzieje? Wiem że przeżywasz ostatnio burzliwy okres. Staramy się ze wszystkich sił abyś czuła się u nas jak w domu, jednak nie pomagasz nam w tym zadaniu. Rozumiem że chcesz być niezależna, co więcej, chcemy Ci to umożliwić ale – przerwała na moment wpatrując się w okno – jeśli chcemy zbudować silne społeczeństwo, odrodzić się jako ludzie, musimy kierować się pewnymi zasadami. Rozumiesz? Zasadami.
- Tak, oczywiście.
- A ty nam tego nie ułatwiasz moja droga. Okłamałaś nas. Okłamałaś mnie a to naprawdę boli. Jesteś dla mnie jak moje własne dziecko, wszyscy jesteście dla mnie jak dzieci. Czy okłamałabyś swoją własną matkę, która ze wszystkich sił pragnie Ci pomóc?
- Nie...chyba nie – odpowiedziała przerażona tym co słyszy. Wcześniej lekceważyła pracowników kolonii, teraz zaczynała się ich naprawdę bać.
- Powiedziałaś że spędzisz weekend w inny sposób niż to zrobiłaś. Zaufałam Ci przekazując w twoje ręce przepustkę, jak się okazało błędnie. Co więcej zagroziłaś jednemu z głównych programów edukacyjnych, który jest dla nas, ludzi tak ważny.
Sposób w jaki dyrektorka odgrywała emocje był naprawdę perfekcyjny. Nawet oporni i sceptyczni ludzie z czasem musieli ulec tak doskonałej manipulacji.
- Nie rozumiem moja Pani o co chodzi – odpowiedziała Mea czująca coraz większy strach i dezorientację zarazem. Kobieta pokiwała głową podkreślając własne niedowierzanie. Po chwili milczenia kontynuowała.
- Odbyłaś stosunek płciowy z obcym mężczyzną...
- Co?! To nieprawda! Nie widziałam się z żadnym mężczyzną! – starała się protestować przestraszona i zarazem zdziwiona dziewczyna. W jej głowie kotłowały się myśli. „Skąd o nim wiedzieli?”
- Rozumiem twoje wyrzuty sumienia po tym czynie, ale kłamstwo na nic się nie zda. Chcemy ci pomóc, nie musisz się obawiać. Zadbaliśmy już o to ścierwo, tego łotra który Cię wykorzystał moje dziecko.
- Zadbaliście? - spytała cicho czując jak coraz ciężej przełknąć jej ślinę.
- Został aresztowany i skazany za gwałt – odpowiedziała z uśmiechem i spokojem kobieta.
- Co?! On mnie nie zgwałcił – wybuchła Mea nie mogą już dłużej wytrzymać.
- Nie musisz go dłużej bronić, już nic Ci nie zrobi – mówiła spokojnie dyrektorka – Nie możemy pozwolić aby rozniosło się że absolwentki kolonii wychowawczych, które mają być wzorem samokontroli zapłodnień, puszczają się z prymitywami z dyskotek narażając doskonały program Wspólnoty na szwank!
- Ale on jest niewinny. To ja zaproponowałam mu...
- To nie ma kompletnie żadnego znaczenia! - wykrzyczała kobieta zrywając się nagle na równe nogi, po czym jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znów zmieniła wyraz twarzy na uśmiechnięty i spokojnym głosem kontynuowała – Pomijając fakt picia alkoholu w środku miasta i przeszkadzania swojemu przyjacielowi oraz jego rodzinie, dopuściłaś się kradzieży w ośrodku badawczo naukowym Wspólnoty. Straż złożyła nam dokładny raport z twojego zatrzymania. Nawet nie wiesz jak nam wstyd za ciebie. Masz wielkie szczęście że nie trafiłaś do więzienia tylko z powrotem tutaj. Na dziś skończyłam i cieszę się że czujesz skruchę – spojrzała w milczeniu na deszcz spływający po oknach, stanowiących właściwie szklaną ścianę za biurkiem – możesz odejść do swojego pokoju.
- Rozumiem. To wszystko? – spojrzała na dyrektorkę zaciskając zęby i starając się powstrzymać łzy.
- Tak moja droga. Niestety jestem zmuszona zakazać Ci opuszczania twojego pokoju przez najbliższe dwa tygodnie. W zajęciach szkolnych będziesz uczestniczyć przez sieć.
- Rozumiem – odpowiedziała dziewczyna, w której emocje powoli zaczynały zastygać tworząc grubą skorupę wokół jej wrażliwego wnętrza.
- Wyjątkiem będzie Święto Przyłączenia i Dzień Imperialny. Cała kolonia stawi się na przemówieniu w Audytorium Centralnym.
- Jak sobie Pani życzy.
- I nie miej mi tego za złe. Naprawdę staram się dla Was i chcę jak najlepiej. To dzięki takim jak Ty, Ziemia zmieni się w kwitnący kwiat Wspólnoty. Właśnie dlatego musicie świecić przykładem.
Mea wstała i opuściła gabinet. W ciszy skierowała się do windy a później do własnego pokoju. Na stole leżała torebka, którą zgubiła dwa dni wcześniej. Domyślała się że znalazł ją patrol słoików przed którym uciekała. Zdjęła przemoczoną sukienkę i weszła pod prysznic. Gorąca woda parowała coraz bardziej zmniejszając widoczność w kabinie. Przykucnęła opierając się o ścianę. Rękami podciągnęła kolana. Woda spływająca po jej twarzy mieszała się ze łzami. Nie mogła się uspokoić. Cały czas myślała o facecie, którego zaciągnęła do łóżka. Zniszczyła mu życie, tak po prostu. Przecież nie był niczemu winien.
- Cholera! – wykrzyczała uderzając z całej siły pięścią w brodzik. Rękę przeszedł przeszywający ból ale nie zwróciła na to uwagi. Była zła na siebie. Nie na system lecz na siebie. Dyrektorka dobrze wiedziała co mówi. Meę zżerało poczucie winy przesłaniające wszechobecną inwigilację oraz kontrolę. Była skłonna wyrzec się całej wolności, swobody oraz przeciwstawiania się systemowi byle nie ucierpiał przez nią nikt więcej. Chciała całkowicie podporządkować się zasadom, podporządkować się świetlanej i kochającej Wspólnocie.

***

Lekki wiatr kołysał trawą, która swoją miękkością przypominała jedwabne posłanie łoża. Niebo, tak bardzo błękitne trzymało w swoich objęciach ledwie kilka małych obłoczków, które leniwie przemieszczały się w jednym kierunku. Było ciepło ale nie gorąco – idealnie. Nawet nie wiedziała co tu robi. Nawet nie wiedziała że tu jest. Był tylko ten moment, pozbawiony jej osoby. Kiedy zaczęła się zastanawiać co się właściwie dzieje nagle zerwała się na równe nogi i badawczo rozglądnęła wokoło.
Znajdowała się na małej, idealnie zielonej łące pod przepięknym, czystym niebem. Ciepły wiatr delikatnie muskał jej twarz, mimowolnie wywołując delikatny uśmiech. Przykucnęła by dotknąć trawy o tak kusząco żywym kolorze. Była delikatna jak puch i zarazem na tyle twarda aby bez obaw po niej stąpać.
Ponownie otworzyła oczy. Jej uwagę przykuł dziwny szczegół – łąka z każdej strony otoczona była wysokimi skałami. Podbiegłą do ściany przesuwając po niej dłonią. Coraz szybszymi krokami przemieszczała się wzdłuż naturalnego, kamiennego muru uświadamiając sobie że znajduje się w pułapce bez wyjścia. Oszołomienie przepięknym krajobrazem ustąpiło miejsca uczuciu narastającego niepokoju. Po kilku chwilach wróciła do miejsca, w którym pierwszy raz dotknęła ściany – zatoczyła koło. Nie wiedziała co robić. Ściany były zbyt wysokie aby móc się na nie wspiąć. Z drugiej strony po co to robić skoro tutaj jest wszystko czego potrzebuje? Może po prostu lepiej tu pozostać nie zastanawiając się nad tym czego zrobić się nie da?
Utonęła by w tych niekończących się rozważaniach, gdyby nie dziwny dźwięk jaki dotarł do niej zza pleców. Odwróciła się szybkich ruchem i spojrzała na fragment ściany. Początkowo nic nie różniło go od reszty kamiennego muru otaczającego łąkę lecz już po chwili zaczęło dziać się coś, czego nie potrafiła zrozumieć. Kamienie wydawały się drgać i przemieszczać a jednocześnie wcale nie poruszać. Powietrze zaczęło falować jak gdyby cała ściana była bardzo gorąca a otoczenie jaśniało tracąc kontrast, oślepiając i dezorientując. W uszach zaczęło brzęczeć i dudnieć. Coraz silniej z każdą chwilą. Co ciekawe powoli hipnotyzowało ją, sprawiając że nie mogła się poruszyć ani odwrócić wzroku. Nawet drażniący nozdrza silny zapach przypominający siarkę nie rozproszył jej na tyle aby spojrzała w inną stronę.
W pewnej chwili wiatr ucichł. Włosy opadły delikatnie okrywając jej ramiona. Choć serce biło miarowo, miała wrażenie że czas stanął w miejscu. Falujące powietrze zastygło w bezruchu, trawa przestała się kołysać a obłoczki na niebie znieruchomiały. Nawet brzęczenie w uszach ustało oddając pola głuchej ciszy i rytmicznemu dudnieniu serca. Stała jak zaczarowana patrząc się we fragment ściany jaśniejący nienaturalnie.
Nagle, w wielkiej plamie światła dostrzegła wolno pojawiającą się postać a za nią drugą. Widziała jedynie ciemnie cienie zbliżające się coraz szybciej. Jej goście przechodzili przez „dziurę” w murze bezszelestnie, zdając się nieść jakiś pakunek. Po kilku krokach zatrzymali się. Było to dwóch mężczyzn ubranych w metalowe pancerze, dokładnie takie jakie widziała na lekcjach historii poświęconych epoce zwanej średniowieczem. Byli wysocy, potężnie zbudowani a jednocześnie smukli i w jakiś niewytłumaczalny sposób delikatni. Na głowach mieli wysokie, pociągłe hełmy odbijające intensywnie biel otoczenia.
Mea nie mogła otworzyć ust, choć bardzo chciała dowiedzieć się co jest grane. Czuła że jest we władaniu jakiejś obezwładniającej siły, której w żaden sposób nie może się przeciwstawić. Zafascynowana i jednocześnie przerażona patrzyła na dwóch dziwnych mężczyzn trzymających drewnianą skrzynię. Nim zorientowała się, rycerze stali przed nią na wyciągnięcie ręki, pomimo że ułamek sekundy wcześniej dzieliło ich kilka kroków. W tym miejscu i okolicznościach nie potrafiła racjonalnie odmierzać czasu.
Bez słowa opuścili skrzynię i cofnęli się o krok. Jeden z nich wskazał palcem na tajemniczy pakunek. Kiedy spojrzała na kufer w jej umyśle, niczym fajerwerki rozbłysły uczucia, które już po chwili ubrała w słowa: „Tu znajdziesz wyjście.”
Kiedy znów podniosła wzrok postaci zmierzały do wyjścia. Blokada ciała, która utrzymywała ją na baczność nagle puściła. Upadła na ziemię niczym bezwładna kukła. Zanim straciła przytomność jeszcze raz spojrzała na gości opuszczających jej dziwną krainę – tym razem nie mieli już na sobie zbroi. Tym razem nie przypominali już nawet ludzi...

Dźwięk budzika wyrwał Meę ze snu. Otworzyła oczy zdezorientowana, rozglądając się nerwowo po pokoju. Deszcz uderzał o parapet a zza okna docierały ciche pomruki burzowego nieba. Wszystko było zanurzone w półmroku i spokoju. Chwilę trwało zanim doszła do siebie po tym dziwnym śnie. Przeciągnęła się kilka razy i znów schowała pod pościel. Kolejny dzień w tym pokoju. To już prawie tydzień odkąd dostałą zakaz opuszczania kwatery. Choć doskwierała jej samotność, zdawała sobie sprawę że to i tak niewystarczające zadośćuczynienie za te wszystkie złe czyny jakich się dopuściła. Znów wychyliła głowę spod pościeli patrząc znudzonym wzrokiem w sufit.
Była sobota. Dziś Mea nie miała zajęć, choć bynajmniej nie z powodu dnia tygodnia. Był wyjątkowy dzień, od dawna oczekiwane Święto Systemów Przyłączonych. I choć deszcz za oknem zdawał się niczym nie przejmować i krzyżować plany, ona wiedziała że imperium nie pozwoli aby byle burza zepsuła tą ważną dla nich uroczystość. Z pewnością centrum kontroli pogody zajmie się deszczem a w południe nad miastem zaświeci Słońce, na pięknym i bezchmurnym niebie.
Rozglądnęła się po pokoju jakby czegoś szukając w półmroku.
- Sterowanie głosem – wymamrotała przez sklejone jeszcze usta, po czym znów się przeciągnęła.
- Rozumiem Meo, sterowanie uruchomione – odpowiedział subtelny męski głos komputera mieszkaniowego – życzysz sobie poranną dawkę GSO czy może kilka utworów muzycznych?
- Przecież wyłączyłam program sugestii, dlaczego mi to mówisz? Dlaczego ty w ogóle coś mówisz?
- Wybacz, główna macierz budynku aktualizowała dziś oprogramowanie i niektóre funkcje mogły wrócić do wartości domyślnych.
- Wyłącz sugestie i komunikaty głosowe – tym razem odpowiedziało jej jedynie ciche piknięcie potwierdzające odebranie komunikatu – Uruchom PC – dodała.
Podciągnęła się i oparła o ścianę za łóżkiem. Około metra przed nią powietrze zabarwiło się na błękitny kolor, przypominający kłębiącą mgiełkę, po czym błyskawicznie uformował się trójwymiarowy obraz interfejsu. Ręką chwyciła ikonę dużego pomarańczowego „S” i przeciągnęła ją bliżej siebie po czym uderzyła w nią dwukrotnie. Pomimo że cały obraz zawieszony był w powietrzu, jego poszczególne elementy stawiały delikatny opór na dotyk, aby urealnić doznania z obsługi holograficznych projektorów.
Kilka centymetrów bliżej dziewczyny pojawiło się nowe okno z obracającym się „S” i komunikatem „nawiązywanie połączenia”. Po chwili rozbłysł napis „Witaj w SpaceCom” a poniżej „zaloguj się do sieci”. Mea zbliżyła nadgarstek do kwadratowego obszaru poniżej wyświetlonego komunikatu. Kolor tła z czerwonego zamienił się w zielony po czym w prawym górnym rogu pojawiły się podstawowe dane osobowe korzystającego z sieci. Mea uruchomiła witrynę swojej kolonii wychowawczej aby poznać szczegóły zbiórki przez wyjściem na główną ceremonię Święta Systemów Przyłączonych. Kiedy dowiedziała się co i jak wystarczyło słowo – Wyloguj i zamknij – a cały obraz znikł w ułamku sekundy.
- Rozjaśnij szyby!
Okno stało się bardziej przejrzyste i bezbarwne, wpuszczając do pomieszczenia więcej światła niż poprzednio. Mea podniosła się niechętnie opuszczając nogi na podłogę a pościel zrzucając na bok. Miała właśnie wstawać gdyby nie dziwna powierzchnia jaką wyczuła swoimi palcami. Początkowo wydawało jej się że to dywan jednak było zbyt gładkie. Przesunęła stopą sprawdzając dziwny przedmiot leżący pod jej łóżkiem. Ostre krawędzie, cztery narożniki. W jej głowie pojawiła się myśl co to może być jednak logika zaprzeczała tym podejrzeniom. Zeskoczyła szybko z łóżka i kucnęła. Na podłodze leżał plik papierowych arkuszy połączonych metalowym klipsem. Dokładnie ten sam, który otrzymała od Edmunda.
Delikatnym i powolnym ruchem podniosła go, jak gdyby bojąc się że rozsypie się w pył niczym marzenie senne. Nie potrafiła zrozumieć jakim cudem kartki zabrane przez Doctusa znalazły się w jej pokoju, pomimo faktu że wieczorem pod łóżkiem nic nie było.
- Ktoś tu wchodził? - zapytała sama siebie rozglądając się po pokoju. Wstała szybko aby sprawdzić drzwi wejściowe. Były zamknięte od środka. Położyła plik kartek na półce i odsunęła się od niego na bezpieczną odległość. Przyglądała się ze zdumieniem i nie do końca potrafiła pogodzić to co widzi z tym co ma w głowie. Uczucie zafascynowania zaczęło ustępować lękowi. Mea bała się że w jej życiu, które dopiero postanowiła ustatkować i ułożyć tak jak należy, zaczyna dziać się coś niewytłumaczalnego. Bała się że te kartki mogą zburzyć ten nowy porządek. Choć z jednej strony zawsze pragnęła sięgać poza to, co pozornie nazywa się prawdą, z drugiej jednak wiedziała że takie przygody mogą przyprawić cierpienia jej oraz osobom w jej otoczeniu. A może mogą być nawet niebezpieczne? Co gorsza wygląda na to że wplątany jest w to jeden z imperialnych i to nie byle kto ale sam zarządca jakiejś misji naukowej.
Wpadła w lekką panikę. A co jeśli Doctus podpuszcza ją? Co jeśli Edmund również był podstawionym człowiekiem na służbie Imperium? Wiele razy słyszała opowieści o tym jak ludzie nie zgadzający się z panującymi doktrynami oraz aktualnym stanem politycznym Ziemi znikali bez śladu. Oczywiście wiedziała że to tylko plotki ale przecież w każdej plotce tkwi ziarno prawdy...chyba. A jeśli sprawdzają młodych ludzi? Jeśli chcą dowiedzieć się czy indoktrynacja jest skuteczna? Jak plastyczne są mózgi młodych ziemian? Jak szybko przyjmujemy zasady, których nas uczą? A co jeśli ona będzie pewnego rodzaju podsumowaniem ich misji? Obrazem skuteczności a raczej jej braku? Może podejmą inne środki, bardziej drastyczne. Może ich łagodne podejście się zmieni i zrobią z ziemian niewolników? Czuła że zaczyna wariować. Każda nowa paranoja przerastała poprzednią.
Jakby nigdy nic odwróciła wzrok i wyszła do garderoby po swój uniform. Trochę się za nim stęskniła. Tydzień szlabanu sprawił że nie zakładała go prawie wcale. Teraz, kiedy pierwszy raz od dłuższego czasu miała wyjść na ulicę, chciała się podobać – zwłaszcza w taki dzień jak ten.
Stanęła przed lustrem przyglądają się sobie. Jeszcze niedawno nienawidziła widoku tego pięknego, młodego ciała. Teraz spoglądała na nie bardziej przychylnym okiem. Biały kombinezon idealnie przylegał, podkreślając dokładnie każdy mięsień, kość oraz kobiecą krągłość. Mea nie pamiętała kiedy ostatni raz uśmiechała się do samej siebie. Wyraźnie zadowolona przesuwała palcem po swojej szyi, piersiach i brzuchu. Choć z jednej strony każdy zażywający GSO wyglądał pięknie według ziemskich standardów, to młoda kobieta powoli zaczynała dostrzegać swoją indywidualność, cechy charakterystyczne tylko dla niej. Kiedy ogół staje się podobny trzeba uwrażliwić się na detale.
Czarne włosy spięła w kok odsłaniając uszy, które przyozdobiła kolczykami. Spojrzała w swoje niebieskie oczy, jednocześnie uświadamiając sobie że nigdy nie czuła takiej przyjaźni do samej siebie. Przerwa dobrze wpłynęła na jej samopoczucie. Samotność oczyściła umysł.
Wyszła z garderoby. Spojrzała na półkę na której kilka chwil temu położyła plik kartek. Leżał tam nadal. Uczucie błogości i radości ponownie ustąpiło lękowi i zdenerwowaniu.
- Nie mam teraz na to czasu! - warknęła sama do siebie podchodząc nerwowo do półki, łapiąc kartki i wrzucając je do szuflady, którą zasunęła energicznie. Chwyciła się za czoło jakby to co zrobiła kosztowało ją wiele energii i wysiłku. Czuła się bardzo rozbita ale nie chciała się teraz nad tym zastanawiać. Wiedziała że drzwi są otwarte pierwszy raz od tygodnia. W końcu wyjdzie z tego małego, pięknego więzienia.

Mea przeszła przez bramkę i spojrzała w niebo. Tak jak domyślała się rano – było idealnie czyste a słońce prawie sięgało zenitu. Powietrze po burzy było świeże i orzeźwiające, a promienie ogrzewały błogo twarz. Śpiew ptaków odbijał się echem po ścianach choć coraz silniej zagłuszały go rozmowy i ogólne dźwięki zamieszania przed budynkiem. Całą ulicę zajmowali mieszkańcy kolonii wychowawczej wraz z wychowawcami, powoli formowały się grupki. Mea stanęła z boku nie chcąc zwracać na siebie niczyjej uwagi. Nie miała ochoty na rozmowy i ciekawskie pytania dotyczące jej aresztu domowego. Czekała cierpliwie na jakiś komunikat porządkowy, który ułoży cały ten bałagan w sensowny kształt. No i doczekała się.
Przed wyjściem pojawiła się dyrektorka matka. Używając systemu nagłaśniającego poprosiła tłum zgromadzonych o ciszę...
- Moi kochani, proszę o chwilę ciszy i cierpliwości, musimy sobie objaśnić niezbędne kwestie a później nie będę was już zatrzymywała – wszyscy odwrócili się w kierunku wejścia, szum powoli cichnął aż w końcu tylko kilka wróbli, nieprzejmujących się żadnymi komunikatami, zdobiło ciszę swoimi świergotami. Dyrektorka powoli kontynuowała – Dziś jest wyjątkowy dzień. Jak w każdym imperialnym cyklu, tak i w tym roku świętujemy szczęście jakie spłynęło na nas ponad 200 lat temu. Łaskę, dzięki której nie błądzimy dłużej w ciemności przemocy, podziału i zacofania technologicznego. To święto jest wyrazem szacunku jakim Wspólnota darzy nowe planety wchodzące w jej skład. Wiedzą oni bowiem, że tylko poprzez pomoc słabiej rozwiniętym braciom i siostrom, osiągną szczyty jedności oraz harmonii w naszej galaktyce. Gdyby nie Wspólnota, prawdopodobnie nie było by nas już tutaj. Zniszczylibyśmy się w bratobójczych walkach lub padlibyśmy ofiarą Drapieżcy. Wiecie o kim mówię! To Cesarz wyzwolił nas z koszmaru i to on przemówi dziś do nas w Audytorium Centralnym naszego miasta. Słuchajcie go uważnie, gdyż dzięki jego słowom osiągnąć możecie głębie poznania swego wnętrza. A teraz kochani – zatrzymała na chwilę głos i spojrzała na całą zgromadzoną młodzież – ustawcie się w grupy zgodnie z waszym indeksem klasowym oraz wiekowym. Podróżujcie w tych właśnie grupach. Straż zadbała aby wasza droga do Audytorium była szybka i bezpieczna. Na miejscu spotkacie się ze swoimi opiekunami, którzy zaprowadzą was do odpowiednich sektorów. Ja sama zajmę się najstarszą grupą. Do zobaczenia na miejscu.
Mea skrzywiła nieco usta i odwróciła głowę. To ona była w najstarszej grupie i nie uśmiechało jej się być pod opieką tej kobiety.
- Płyń z prądem – mruknęła do siebie po czym poderwała się z krawężnika otrzepując pupę z piasku. Na ulicy zakotłowało. Przechodnie oraz mieszkańcy okolicznych wieżowców przyglądali się z zaciekawieniem temu przedstawieniu. Kiedy grupki mniej więcej zebrały się, każda z nich kolejno zmierzała do najbliższego skrzyżowania i schodziła do podziemnej stacji kolejki, która zarezerwowana specjalnie dla młodzieży z kolonii czekała na pasażerów.
W wagonach zrobił się niemały tłok, jak podczas każdego Święta Przyłączenia. Jeszcze przez najbliższe kilkadziesiąt ziemskich lat Dni Systemów Przyłączonych będą świętowane na Ziemi. Zanim systemy staną się pełnoprawnymi członkami Wspólnoty dużo musi się zmienić i zazwyczaj trwa to wiele lat, co dla mieszkańców może wydawać się bardzo długim i kosztownym okresem, choć dla Wspólnoty jest zaledwie krótką chwilą. W tym czasie planety dostosowywane są do standardów panujących w całym jej obszarze, tak aby umożliwić ich mieszkańcom optymalne warunki do rozwoju osobistego, a całej reszcie kolejne źródło odnawialnych surowców.
Mea w całym zamieszaniu wcisnęła się między drzwi a pierwszą wolną barierkę, której chwyciła się kurczowo. Całą drogę wpatrywała się nieprzytomnie w okno, za którym rytmicznie przemijały lampy oświetlające tunel kolejki miejskiej. Podróż nie trwała długo.
Kiedy dotarli na miejsce wszyscy kolejno opuścili stacje wychodząc na powierzchnie. Przed wejściem do Audytorium przeznaczonym dla wychowanków kolonii, stały specjalne pojazdy które przywiozły opiekunów oraz dyrektorów poszczególnych placówek. Każdy z pojazdów miał wydzielony własny parking, gdzie grupki mogły odnaleźć własnych opiekunów. Parkingi pilnowane były przez patrole Straży, a niebo co chwila przesłaniały przelatujące kanonierki oraz statki wojskowe przywożące zaopatrzenie. Wszystkie ulice wokół Audytorium były zatłoczone a do wejść ustawiały się ogromne kolejki. Każdy chciał zobaczyć Cesarza na własne oczy oraz wysłuchać jego przemówienia.
Wszystkie Audytoria Centralne wyglądały tak samo, różniąc się jedynie wielkością w zależności od miasta w jakim się mieściły. Z zewnątrz wyglądały na niskie, jedopiętrowe budynki, znajdujące się najczęściej na obrzeżach starych lub w centrum nowych miast. W ich pobliżu nie mogło być żadnych wysokich budowli, które swoim kształtem zasłaniałyby światło słoneczne i przestrzeń powietrzną. W całości wykonane były z białego kamienia, którego pochodzenie było tajemnicą. Wiadomo było jedynie że nie został wydobyty na Ziemi ani pobliskich systemach. Wszystkie ważne budowle Imperialne były z niego budowane. Bardziej zaznajomieni twierdzili że posiadał specjalne właściwości potrzebne najbardziej zaawansowanym gałęziom techniki.
Dyrektorka 7. Kolonii Wychowawczej prowadziła grupę najstarszej młodzieży w stronę najbliższej im bramy. Wyglądała na dumną i zadowoloną kiedy dwóch imperialnych strażników pilnujących bramy, zapraszającym gestem wskazało drogę jej oraz reszcie młodzieży. Mea przed samym wejściem do budynku spojrzała w górę. Na tle błękitnego nieba dostrzegła powiewające ogromne proporce w złotym kolorze ze znakiem brązowego oka wewnątrz trójkąta – symbolem Wspólnoty.
Szli wąskim korytarzem do którego światło doprowadzały jedynie dziury wydrążone w suficie. Nigdzie w budynku nie widać było żadnych urządzeń ani maszyn co dla wielu było nie lada atrakcją. Tak naprawdę nikt nie wiedział dlaczego Audytoria były tak prostymi budowlami, jak gdyby wyciosanymi z jednego kawałka kamienia. Nikt nawet nie widział jak ani kiedy były budowane. Wiele osób twierdziło że zostały w całości dostarczone na Ziemię, co jednak wydawało się absurdem kiedy spojrzało się na ich rozmiary.
W pewnym momencie tunel skończył się, grupa wyszła pod gołe niebo a ich oczom ukazał się widok zapierający dech w piersiach. Znajdowali się na szczycie gigantycznej budowli przypominającej prostokątny amfiteatr, zanurzony głęboko w gruncie, otoczony z każdej strony wysokimi na 100 metrów trybunami, które wypełnione po brzegi ludźmi delikatne spadały niczym górski stok aby na samym dalekim dole sięgnąć płaskiej przestrzeni. To właśnie ta kamienna i pusta płyta o rozmiarach sięgających 100 metrów długości i 50 metrów szerokości była centrum tej tajemniczej budowli. Nie było na niej nic oprócz czterech bardzo wysokich obelisków znajdujących się przy każdym z boków prostokąta, które z miejsca gdzie stała grupa wydawały się ledwie małymi patyczkami.
Mea była zdezorientowana i jednocześnie oszołomiona widokiem tego miejsca. Była tutaj pierwszy raz w życiu, jako że wcześniej zawsze znajdywała wymówki, które pozwalały jej omijać tą uroczystość. Rozmowy oraz oklaski 200 tysięcy ludzi zajmujących każde wolne miejsce na tym ogromnym „stadionie” wprawiały w osłupienie, z którego dopiero wyrwał ją napierający na plecy tłum ludzi, pragnących dostać się do swoich miejsc.
Grupa przeszła krużgankami u samego szczytu widowni, po czym zeszła schodami klika pięter niżej. Mieli już zajmować miejsca w zarezerwowanych rzędach, gdy do dyrektorki podeszły dwie ubrane na biało, wysokie postaci.
- Witamy Alicjo – piękne i dźwięczne głosy zwróciły uwagę wszystkich, którzy byli w pobliżu. Dyrektorka odwróciła się zaskoczona. Stały przed nią dwie, bardzo wysokie kobiety o blond włosach, odziane w białe szaty sięgające samej ziemi.
- Witam Cię Pani, i ciebie Pani – odezwała się zaskoczona kłaniając się każdej z osobna – w czym mogę wam służyć?
- Szukamy Mei Larson, wiemy że jest z Tobą. Musi pójść z nami.
- Mea? Ale... - odwróciła głowę szukając w pobliżu dziewczyny – co znów zrobiła? Cały tydzień była w kolonii, nie mogła przecież nic...
- Alicjo – przerwała jedna z kobiet – nie masz powodów do obaw. Twoją uczennicę pragnie zobaczyć nasz przełożony. Możemy ci powiedzieć że nie dotyczy to żadnej sprawy o negatywnym wydźwięku. Możesz być spokojna.
- Rozumiem, nie mam prawa dopytywać was o powody – wypowiedziała spokojnie dyrektorka, jakby zahipnotyzowana głosem kobiety, która do niej przemawiała.
Spojrzała za siebie szukając w tłumie Mei, jednak nie mogła jej znaleźć. Zawołała kilkukrotnie po imieniu. Po chwili ktoś odezwał się zza pleców:
- Jestem moja Pani, bardzo przepraszam ale zapatrzyłam się i została trochę z tyłu – z oczekiwaniem powiedziała Mea.
- Musisz pójść z tymi Paniami. Nie zadawaj żadnych pytań i słuchaj wszystkiego co mówią. Nie narób nam wstydu!
Mea odwróciła się i badawczo spojrzała na kobiety stojące przed nią. Po chwili odezwała się do nich pytająco:
- Czego ode mnie chcecie?
Dyrektorka zjeżyła się i wyszła szybko przed młodą dziewczynę, kłaniając się nisko.
- Wybaczcie tej młodej damie brak szacunku, jest jeszcze młoda i głupia – wyjęczała nie podnosząc głowy.
- Spokojnie Alicjo, znamy tą dziewczynę. Poza tym nikomu nie każemy się kłaniać, to wasz wybór jak nas traktujecie – następnie druga zwróciła się do Mei – Chodź z nami, ktoś pragnie z Tobą porozmawiać. Nie obawiaj się, już wcześniej go spotkałaś. Po wszystkim odprowadzimy cię z powrotem do grupy.
Spojrzała nadal dość nieufnie w kierunku kobiet lecz po chwili odwróciła się i zaczęła iść w dół, za jedną z nich. Druga odwróciła się w kierunku dyrektorki, lekko skinęła głową i ruszyła za Meą. Cała sytuacja wywołała nie lada zamieszanie w grupie opiekunów, którzy szybko przybiegli do swojej przełożonej aby spytać co się stało, jednak ona sama również nic nie wiedziała. Zbywając pytania wzruszeniem ramion usiadła spokojnie podpierając brodę i patrząc na odchodzącą uczennicę.

Kobiety powadziły Meę w dół widowni nie odzywając się ani słowem, a dziewczyna nie miała najmniejszej ochoty robić im z tego powodu wyrzutów. W milczeniu, krok za krokiem śledziła swoją przewodniczkę, która mniej więcej w środku wysokości trybun skręciła w prawo po czym weszła w korytarz. Mea zatrzymała się i spojrzała niepewnie na drugą kobietę stojącą za nią. Ta uśmiechając się wystawiła dłoń wskazując wejście do tunelu. Młoda dziewczyna uśmiechnęła się ironicznie by po chwili namysłu przejść przez bramę. Korytarz był tak samo surowy jak cała budowla. Promienie słońca wpadające przez kwadratowe lufty z lewej strony oświetlały żółtym światłem podłogę i ścianę. Po kilku metrach skręcili w lewo i wspięli się krętymi schodami, również wykutymi w perfekcyjny sposób z białego, tajemniczego kruszcu, ponad strop.
Uszy Mei znów usłyszały znajomy szum tłumu, niosący się po Audytorium. Znajdowali się w niewielkim pomieszczeniu przypominającym pokój otoczony z trzech stron ścianami a z jednej, frontowej, otwarty wprost na centrum Audytorium. Mea domyśliła się że to coś w rodzaju loży dla specjalnych gości tego miejsca. Nie było tu nic oprócz złotego dywanu oraz dwóch krzeseł – jedno było zajęte.
- Jesteśmy bracie. Przyprowadziłyśmy twoją przyjaciółkę – odezwała się jedna z kobiet po czym zamilkła. Druga podeszła do kogoś siedzącego na jednym z foteli. Stanęła przodem do niego wpatrując się w jego twarz. Stali tak kilka chwil bez słowa, choć Mea zdawała sobie sprawię że zapewne prowadzą konwersację. Przypomniała sobie to co mówił jej Doctus i starała się „usłyszeć” co nieco z rozmowy tych dwojga, jednak zanim skupiła się wystarczająco mocno kobieta stojąca obok niej chwyciła ją delikatnie za ramię.
- To nie będzie... – zatrzymała się w środku zdania patrząc dziewczynie głęboko w oczy. Mea nie mogła oderwać wzroku od błękitu tych magicznych tęczówek. Poczuła jak w głowie kłębią jej się myśli, które po chwili wyklarowały się w przejrzyste słowo „...konieczne.” Zdała sobie sprawę że kobieta zna każdą jej myśl i emocje. Zawstydzona spuściła głowę gapiąc się w podłogę.
- Nie musisz się wstydzić, w końcu sam cię do tego zachęcałem moja przyjaciółko, o ile mogę cię tak nazywać? - odezwał się nieznajomy, który tym razem stał przodem do niej mimo że jeszcze kilka sekund temu siedział na krześle.
- Doctus? - przyjrzała mu się Mea – Co ty tu? Skąd? - potrząsnęła głową i rozłożyła dłonie.
- Nie mógłbym przegapić takiej okazji. W końcu nie na co dzień mamy możliwość spojrzeć na naszego wspaniałego Cesarza – i kiedy wypowiedział ostatnie dwa słowa, w bardzo piękny i powolny sposób, Mea nie mogła odpędzić od siebie myśli że tkwi w nich tak wiele ironii.
Dwie kobiety spojrzały na siebie, po czym bez słowa odeszły zostawiając ich samych.
- Usiądź proszę, chciałbym z tobą porozmawiać.
- Nie sądziłam że jeszcze kiedyś się zobaczymy – powiedziała ze szczerym uśmiechem na twarzy siadając na wolnym fotelu, choć już po chwili euforia ustąpiła miejsca rozsądkowi i podejrzliwości – A właściwie to skąd wiedziałeś że tutaj będę? Choć nie, to raczej głupie pytanie. Po co chcesz ze mną rozmawiać? Nie masz ważniejszych spraw na głowie niż uganianie się za młodą ziemianką?
- Dobrze że jesteś podejrzliwa, to ważna umiejętność w tych czasach – ripostował usadawiając się w fotelu i patrząc przed siebie, na płytę centralną – choć szczerze mówiąc mile mnie zaskoczyłaś tym że jeszcze nie zdobyłem twojego zaufania.
- Trochę mnie to wszystko dziwi więc nie powinieneś być zaskoczony że czuję się lekko nieswojo. Spotykam cię w łazience na wycieczce szkolnej razem z Edim, później okazuje się że jesteś jakimś wysoko postawionym Imperialnym, przed którym Straż o mało co nie narobiła w swoje słoiki a inni ludzie najchętniej wycałowali by ci stopy! – Doctus zaśmiał się głośno szczerze rozbawiony - Oprowadzasz mnie po miejscach jakich nie powinnam widzieć, teraz zapraszasz mnie tutaj, swoją drogą dyrektorka pewnie wyrywa sobie włosy zastanawiając się co znów zrobiłam...
- To fanatyczka, uwierzy we wszystko co jej powiemy. Nie będziesz już mieć z nią problemów. Spójrz na te proporce, czyż nie pięknie tańczą na wietrze?
- Tu nie chodzi o problemy, tylko o całą sytuację. Dlaczego się mną interesujesz? O co chodzi? I jeszcze skrypty tego jakiegoś projektu...
Spojrzał na nią z zainteresowaniem i lekkim uśmiechem na twarzy, po czym znów odwrócił głowę w przód i pytającym głosem rzekł:
- Więc otrzymałaś moją przesyłkę?
- Wiedziałam że to ma jakiś związek z tobą ale to już lekka przesada. Chyba nie...
- Tak moja droga, Szarzy. Musiałem zwrócić ci twoją własność a to był najprostszy sposób.
- Moją własność? Przecież jeszcze niedawno mi ją zabrałeś...
- A wolałabyś aby wpadła w ręce Strażników?
- O co tutaj chodzi?! Mam tego dość. Nie będę waszą zabawką – zerwała się z krzesła i szybkim krokiem skierowała w stronę wyjścia – Nie jestem idiotką, jestem wierna Wspólnocie Panie i żadne prowokacje nie osiągną swego celu w moim wypadku.
Doctus spuścił głowę i wstał powoli z krzesła. Spojrzał na nią tym razem bez uśmiechu na ustach. Mea poczuła coś czego nie umiała opisać. Całe pomieszczenie zdawało się promieniować smutkiem i rozczarowaniem. Wiedziała że to on i po prostu czuła że było to absolutnie szczere, że otworzył przed nią własny umysł. Odezwała się jeszcze raz.
- Po prostu powiedz mi o co chodzi, bo nie jest to normalna sytuacja.
- Zobacz co fanatyczny umysł dyrektorki twojej kolonii potrafił z tobą zrobić. Teraz to widzisz? Zaufaj swoim uczuciom, instynktom. Pomyśl teraz co z ludźmi mogą zrobią takie umysły jak mój? Możemy was zniszczyć lub wskrzesić. Możemy formować was jak glinę. Przelewać z jednego naczynia do drugiego, tak abyście przybrali taki kształt jaki wam nadamy. Jesteście słabi ale jesteście tacy tylko dlatego że nie zdajecie sobie sprawy z własnej siły. Zaufaj pierwotnemu echu Pustki jaka płynie w tobie i podejmij decyzję. Jeśli zejdziesz po tych schodach już nigdy więcej mnie nie zobaczysz, jeśli jednak zostaniesz, wskaże Ci inną drogę, pomogę ci dostrzec drugie dno rzeczywistości w jakiej żyjesz. Wybór jest twój. Dziwne sytuacje w twoim życiu to nie zbiegi okoliczności, jednak musisz być cierpliwa. Wszystko się wyjaśni jeśli podejmiesz odpowiednią decyzję.
Skończywszy kwestię odwrócił się i usiadł na swoim fotelu. Mea stała niczym zamrożona. Nie wiedziała co ma robić. A jeśli to faktycznie prowokacja? Tylko dlaczego prowokować tak mało znaczącą postać. A może to tylko eksperyment? Jeśli chcą sprawdzić system edukacji? Nie, to bez sensu. „Przecież nie mam nic do stracenia” mówiła sama do siebie. Była bliska obłędu kiedy nagle zatrzymała szaleńcze myśli i znikła. Pozostało tylko pomieszczenie, podłoga i nogi. Pozwoliła aby decyzja podjęła się sama, aby wypłynęła z jej najgłębszych pokładów.
Krok zrobił się sam. A za nim kolejny i jeszcze jeden. Nim się zorientowała stała obok fotela, na którym siedziała wcześniej. Bez słowa spoczęła i patrzyła się przed siebie. Jej towarzysz nawet nie drgnął. Zdawał się nie zwracać uwagi na to że postanowiła zostać obok niego.
- Wiesz że w tym roku nasze miasto zaprosiło teatr z Proximy Horragat? Są znani w całym sektorze a ich widowiska zapierają dech w piersiach – odezwał się po chwili Doctus.
- Tak, też o nich słyszałam. Podobno wyglądają całkiem inaczej od nas.
- To prawda. Ich „Taniec chmur” jest niesamowity. Dziś będziesz mogła go zobaczyć...
Jego słowa nagle się urwały. Na fragmencie trybun wydzielonym dla chóru pojawiła się samotna kobieta w karmazynowej szacie oraz twarzą ukrytą w kapturze. Widownia powoli wyciszała się aż w pewnym momencie całkowicie zamilkła. Napięcie było coraz większe, zwłaszcza że wszyscy doskonale wiedzieli kto będzie otwierał dzisiejszą uroczystość.
Kobieta wysunęła dłonie w stronę publiczności a z jej ust wydobył się przepiękny, delikatny i przejmujący sopran, przeszywający powietrze i serca wszystkich zgromadzonych. Głos powoli stawał się coraz donioślejszy, Meę przeszły ciarki. Po kilku chwilach solistce zaakompaniował cały chór, wprowadzając widzów w niesamowity nastrój. Wszyscy w milczeniu oczekiwali dalszej części otwarcia gali.
W pewnym momencie Mea zauważyła że Doctus spogląda w niebo jakby czegoś oczekując. Choć nie wiedziała o co chodzi, również i ona zawiesiła wzrok na niebie ponad audytorium. Nie minęło jednak wiele czasu kiedy jej uwagę przykuło coś innego. Zauważyła przesuwający się wzdłuż publiczności cień, który zdawał się pochłaniać wszystko na swojej drodze. Ziemia zaczęła lekko drżeć. Zdezorientowana zerknęła na Doctusa, który jedynie się uśmiechnął..
Dziewczyna wiedziała że nad miejsce w jakim się znajdowali nadlatuje coś ogromnego, zasłaniającego całe światło słoneczne, jednak nie mogła tego dostrzec ponieważ sufit pokoju zasłaniał większość nieba. Wstała z krzesła aby podejść bliżej otwartej ściany i zerknąć w górę. To co zobaczyła wprowadziło ją w zdumienie. Nad audytorium bardzo wolno nadlatywał ogromny statek, który lekko obniżał się sprawiając wrażenie jakby chciał zastąpić nieobecny strop hali. Choć było południe, cały obiekt ogarnęła ciemność nocy.
Kiedy minęło zdumienie, Mea zaczęła przyglądać się olbrzymiemu statkowi z większą uwagą. Po chwili zaskoczona odezwała się.
- Ten statek...żyje! To nie jest statek.
Kolos przypominał ogromnego żuka, rozmiarami kilkukrotnie przewyższającego całą budowlę w jakiej się znajdowali. Zleciał tak nisko że praktycznie całkowicie zasłonił prześwit między nim a szczytem audytorium. Przez publiczność przetoczył się jęk zachwytu i zdumienia. Ludzie wstali ze swoich miejsc.
Kiedy wszystko ucichło i wydawało się że nic bardziej zdumiewającego nie może się wydarzyć, cały spód statku, a raczej brzuch tego czym zdawał się być, rozbłysł błękitnym światłem, zalewając nim wszystko dokoła. Audytorium przypominało teraz głębię oceanu pogrążoną w granatowej ciemności. W pewnym momencie, w blasku tego światła dało się dostrzec kilka kul opadających wolno ku płycie centralnej. Publiczność ponownie wydała z siebie pomruk zachwytu. Chór odezwał się z całą swoją mocą wprowadzając wszystkich w zachwyt. Ludzie przyglądali się sześciu kulistym kształtom, które osiadły delikatnie niczym spadający liść na dnie budowli. Wszystko łącznie z muzyką ucichło. Jedynie solistka i flet tworzyli delikatne, dźwiękowe tło. Błękitne światło, wcześniej rozproszone, teraz skupiło się bardziej na centrum sceny, widownie pogrążając w absolutnych ciemnościach. Tajemnicze kule leżały nieruchomo.
Mea spojrzała pytająco na swojego towarzysza, który najwyraźniej rozumiał ciekawość dziewczyny.
- Słyną z mocnych wejść – uśmiechnął się nie odrywając wzroku od płyty, która teraz zamieniła się w scenę – Widziałem wiele ich występów i za każdym razem zachwycają na nowo. Usiądź proszę – wskazał ręką fotel obok siebie.
Mea przytaknęła jedynie głową, cofając się i siadając.
Wszyscy wpatrywali się w nieruchome sfery leżące na płycie centralnej. W pewnej chwili kule zaczęły się lekko poruszać i jakby rozwijać. Chór wprowadził nutę dramaturgii. Dopiero teraz wszyscy zrozumieli że to właśnie są gwiazdy teatru, na które czekali. Ich ciała stawały się coraz wyższe, coraz bardziej wyprostowane. Kiedy wszyscy horraganie stali już w swojej całej okazałej postaci, chór zamilkł a muzyka urwała się. Widownia rozbrzmiała gromkimi brawami.
Dziewczyna przyglądała się im z ogromną ciekawością. Nigdy wcześnie nie widziała istot innych niż humanoidy, które z lekkimi różnicami są dominującą większością populacji imperium. To co teraz widziała nie miało z ludźmi nic wspólnego. Choć utrzymywali się w pozycji pionowej, ich ciała pozbawione były nóg oraz wyraźnego podziału jak w przypadku człekokształtnych. Przypominali raczej stojące węże i zapewne poruszali się w podobny jak węże sposób, choć w pionie. Kiedy patrzyło się na nich z boku, przypominali literę „S”, cieńszą we fragmencie ciała na którym stali i potężniejszą oraz szerszą u góry ciała, którą zdobiły kolce oraz ostre łuski, spod których wyrastały potężne ręce. Głowy, nie jak u ludzi wyraźnie oddzielone, u nich były jakby zwieńczeniem długiego ciała, ozdobione u góry grzebieniem z wyrostków i rozciągniętej między nimi błony skórnej. Oczy znajdowały się bardziej po bokach główny, niźli u nas, a usta mieli szerokie i pozbawione warg. Kiedy tak na nich patrzyła, widząc turkusowy kolor ich skóry, nie mogła oprzeć się wrażeniu że rasa ta jest wyraźnie związana z wodnym środowiskiem oraz głębią wielkich oceanów.
Jeden z nich wyszedł przed szereg w jakim się ustawili i odezwał się donośnym głosem, który brzmiał jak bardzo niski bas.
- Witajcie drodzy Ziemianie oraz Wy, drogie siostry i bracia naszej Wielkiej Wspólnoty...
Mea natychmiast odwróciła się do Doctusa, sprawiając wrażenie jakby nie bardzo interesowała ją dalsza część przywitania.
- Oni znają nasz język?
- Jak widać, choć nie łudziłbym się że znali go wcześniej. Zapewne nauczyli się go kiedy zbliżyli się do waszej planety – Mea zerknęła na niego pytająco – Mieszkańcy z układu Proximy Horragat są związani z otaczającym ich środowiskiem w sposób, który dziwi nawet samego Cesarza. Imperium od dawna interesuje się ich zdolnościami i poziomem zrozumienia połączenia z całością ekosystemu. Nie wiem jak Ci to wyjaśnić abyś zrozumiała, ale kiedy ich statek, a raczej zwierzę którym podróżują zbliżyło się do Ziemi, podłączyli się do jej świadomości archetypowej lub jak wy to nazywacie – zbiorowej - poznając całą pamięć gatunkową, w której to również zapisane są prymitywne dźwięki jakich używacie do komunikacji...
Jego wypowiedź przerwały gromkie brawa. Kiedy mowa powitalna skończyła się wszyscy aktorzy złożyli niski ukłon. Choć przed chwilą byli jednakowego koloru, teraz już każdy z nich odróżniał się innym odcieniem skóry, co zapewne było zabiegiem artystycznym. Chór znów się zabrzmiał – spektakl zaczął się. Dwóch z nich stanęło między innymi i lekko pochyliło się. Nagle stało się coś co zachwyciło wszystkich zgromadzonych. Ta dwójka powili uniosła się w górę, powoli lewitując się ponad gruntem. Niektórzy nie wierzyli temu co widzą. Ich długie ciała rozprostowały się niczym wielkie łzy wiszące w powietrzu. Po chwili reszta aktorów zrobiła dokładnie to samo. Nim ktokolwiek się obejrzał już cała szóstka zawisła na wysokości 20 metrów nad ziemią. Dopiero tutaj zaczął się taniec, przypominający wijące i kłębiące się energie.
Aktorzy zbliżyli się do siebie sklejając jakby w jedną kulę, która kręciła się z coraz większą szybkością. Nagle zatrzymała się i każdy z nich energicznie odleciał na bok, w inną stronę. Wyglądało to niczym gigantyczna eksplozja. Publiczność jęknęła z zachwytu.
- Opowiadają historię Wszechświata – cichutko odezwał się Doctus.
- Jak to w ogóle możliwe? - spytała zaskoczona dziewczyna zastanawiając się nad fenomenem, który obserwowała.
- Mówiłem, posiadają tak głębokie zrozumienie zależności rządzących wszechświatem że w wielkim skupieniu potrafią nawet zignorować przyciąganie planetarne, choć z tego co wiemy bardzo ich to wyczerpuje.
Spoglądali w milczeniu na artystyczne widowisko. Po kilku minutach Mea znów odezwała się.
- Nie rozumiem was Doctusie. Mam z tym spory problem.
- Bo myślisz utartymi kategoriami i doszukujesz się we wszystkim jakiejś wyższych idei czy kosmicznych praw.
- Co? O czym ty mówisz – spytała zdziwiona nie rozumiejąc jego wypowiedzi.
- Dlaczego więc nie rozumiesz?
- Mam problem żeby skategoryzować Imperium. Skategoryzować was. Po co przybyliście? Czasem mam wrażenie że macie dobre i szczere zamiary, innym razem uważam was za zło wcielone. Mam problem żeby zrozumieć czy jesteście dobrzy czy źli.
Doctus uśmiechnął się łagodnie po czym spojrzał na Meę.
- Jesteście młodą rasą, choć macie z nami więcej wspólnego niż wam się wydaje ale na razie jest za wcześnie abyś mogła to zrozumieć. Cechuje was to samo co każdego młodego, czyli skłonność do nazywania pewnych naturalnych i prostych zależności, abstrakcyjnymi i wzniosłymi określeniami. Przykładem niech będzie dobro i zło. Jest to naturalne, ponieważ wszechświat dąży do równowagi a wy jesteście świadkami tego spektaklu dualizmu i ciągłego równoważenia. Nazwaliście okoliczności wam korzystne, a raczej emocje z nimi związane dobrymi, a ich przeciwieństwo złymi. Jak zapewne wiesz wprowadzało to w waszych cywilizacjach wiele zamieszania przez milenia. Jednak prawda jest taka że dobro i zło nie istnieją a wszystko jest kwestią priorytetów moja droga. Dla waszego gatunku coś jest niekorzystne i nazywacie to złym, a dla innego będzie korzystne i on nazwie to dobrym. Jeśli sytuacja obróci się o 180 stopni to okoliczności dla was będą dobra a dla nich złe. A tak naprawdę to okoliczności po prostu będą. Liczą się priorytety i to na nich powinnaś się skupić.
- Priorytety?
- Imperium nie jest dobre ani złe. Te pojęcia wprowadzają wiele zamieszania. Imperium ma swoje priorytety, które z kolei są odpowiednikiem priorytetów jednostek zarządzających tą wspólnotą. Tak samo ty masz swoje priorytety. W życiu nie chodzi o to aby być dobrym czy złym, lecz o to aby żyło się zgodnie z tym czego pragniesz – czyli w zgodzie z twoimi priorytetami. Twoim priorytetem może być wybudowanie domu nad jeziorem. Będzie to dla Ciebie nadrzędnym dobrem ale dla kogoś kto chroni wybrzeże jeziora priorytetem będzie nie dopuścić do tego abyś postawiła tam dom i to będzie dla niego nadrzędnym dobrem, choć dla ciebie będzie złym człowiekiem, który przeszkadza twoim marzeniom.
- No a nasze sumienie? Moralność? To że sami uważamy coś za dobre a co innego za złe?
- Sumienie i moralność to wytwór skomplikowanej ewolucji. Dzięki nim mogą tworzyć się wielkie społeczności. I to jest to co mówiłem wcześniej. To co zgodne z waszymi korzyściami czy imperatywem moralnym, nazywacie dobrem. To co sprzeczne, złem, choć ani jedno ani drugie nie istnieje. Natura i wszechświat nie selekcjonuje w takich kategoriach. Czy eksplozja supernowej zabijająca miliardy istnień jest zła?
- No...no nie.
- Ona po prostu jest, jak cała Jedność. To poszczególne elementy jedności, jak Ty czy ja, nadają pewne znaczenia i nazwy zdarzeniom, które po prostu są neutralne, niezmienne. Dla Jedności wszystko jest złe i wszystko jest dobre. Dla Wszechświata to po prostu doświadczenia.
Zamilkli obydwoje. Nie odzywając się ani słowem podziwiali wspaniały taniec aktorów teatralnych. Kilka minut wystarczyło aby ciekawość znów skłoniła Meę do odzewu.
- A ty, jakie masz priorytety? - spojrzała na Doctusa.
Lutarian nic nie odpowiedział. Patrzył przed siebie jak gdyby nie słysząc wcale pytania. Oparł rękę na podłokietniku fotela i poprawił się. Mea nie mogła wytrzymać tej ciszy i kiedy chciała ponowić swoje pytanie Doctus przerwał milczenie.
- Wiem o tym co czułaś na posterunku – szepnął głosem niskim i basowym, jakby bojąc się aby nikt nie usłyszał.
- O czym ty mówisz? - spytała zdezorientowana dziewczyna.
- Doskonale wiesz o czym – pierwszy raz od kilku minut odwrócił głowę i spojrzał jej w oczy – Widziałaś rzeczywistość inaczej, prawda? Brzmi to w całej twojej istocie, nie da się tego nie usłyszeć. Twoja wibracja drży od tego. Wiem to, czuję. Czułem też twój gniew, wtedy w lesie obok ośrodka.
Mea zakłopotana spuściła głowę a Lutarian ciągnął dalej.
- Nie mówię tego żeby robić Ci wyrzuty. Mówię to ponieważ poczułem wtedy to na co czekałem od dawna. Wiem o cieniach jakie widujesz, wiem o tym dlaczego co chwilę szukasz nowego partnera do stosunków seksualnych...
- Co ty wygadujesz do cholery?!
- Jesteś już prawie gotowa. Już tak niewiele potrzeba abyś przejrzała na oczy i dostrzegła prawdziwą głębię siebie.
- Gotowa?! Na co?
Mea całkowicie zapomniała o występie i Audytorium. Pełna pretensji, ciekawości i wyrzutów patrzyła na imperialnego, który mówił rzeczy sięgające najgłębszych pokładów jej prywatności.
- Nie mogę powiedzieć Ci tego teraz. Prawie nie oznacza że już. Musisz być cierpliwa i ćwiczyć. Spytałaś co jest moim priorytetem. Pewnego dnia się dowiesz i wszystko zrozumiesz. Tak jak Ty, nie jestem tym na kogo wyglądam a z drugiej strony jestem tylko tym.
- Możesz...
Jej głos przytłumił gromki aplauz i krzyki publiczności. Występ otwierający Święto skończył się a ludzie wiwatowali na stojąco. Horraganie składali ukłony i wolno oddalali się w stronę wyjścia, choć ich pojazd a raczej zwierzę nadal wisiało nad Audytorium, zalewając je błękitnym światłem. Oklaskom nie było końca i zapewne jeszcze długo nie ucichłyby gdyby nie pojedyncza postać, która pojawiła się na środku sceny. Była to wysoka kobieta o blond włosach, odziana w błękitny kombinezon. Na czole nosiła pewnego rodzaju diadem z osadzonym w jego środku błękitnym kryształem.
Każdy z obecnych rozpoznał kobietę, choć nie dało się ukryć zdumienia widzów. Nikt nie spodziewał się takiej wizyty. Oczy publiczności skupiły się na najwyższej reprezentantce Cesarskiej woli na Ziemi. Oto przed zgromadzonymi stanęła gubernatorka i opiekunka przed którą odpowiada ziemski parlament. Co rok, w Święto Systemów Przyłączonych odwiedzała losowo wybrane miasto aby bezpośrednio przekazywać głos Cesarza – dziś padło na EP13, choć nikt o tym nie wiedział.
- Ona? Tutaj?! - wyjąkała wniebowzięta Mea.
- Jak widać moja droga. Muszę przyznać że zdumiewa i przeraża mnie to z jaką łatwością obdarowujecie kogoś czcią, jak wiele mitów wokół niego tworzycie. Nadal jesteście młodzi i głupi – odparł Doctus spoglądając na swoją towarzyszkę oraz całą publiczność, która wręcz emanowała zachwytem i podziwem dla postaci idącej wolnym krokiem po płycie centralnej.
- Wszyscy wiedzą jak wiele zrobiła dla ludzi, jak często się za nami wstawiała! To ona doprowadziła do pokoju kiedy przybyliście. Dzięki niej poradziliśmy sobie z Drapieżcą! Sam przyznasz że musi darzyć Ziemię i ludzi ogromną sympatią! - po czym odwróciła się w stronę sceny wpatrując się w swoją idolkę niczym naiwne dziecko.
- Nie znacie wszystkich priorytetów... - odparł Doctus, bardziej sam do siebie niż do Mei, która i tak nie zwróciłaby na niego uwagi.
Tajemnicza kobieta stanęła idealnie pośrodku płyty centralnej. Dłonie splecione na wysokości splotu słonecznego oraz szczery i przejmujący uśmiech sprawiały że każdy dostrzegał w niej jakby własną matkę, opiekuńczego anioła, którego piękna i majestatu nie da się opisać.
W Audytorium zapanowała martwa cisza. Wszyscy w napięciu oczekiwali na jakikolwiek ruch największej na Ziemi idolki, określanej mianem zbawcy ludzkości. Królowa, gdyż taki przydomek zaskarbiła sobie wśród ludzi, zdawała się zawsze stawać po ich stronie, nawet w sytuacjach gdy ewidentnie byli winni w sporze. Wielokrotnie dzięki jej wstawiennictwu Ziemia unikała srogich kar i sankcji za stwarzanie problemów w procesie ujednolicania Wspólnoty. Krążyły również plotki że sam Cesarz uległ jej prośbom, kiedy już dawno temu chciał ludzkość zniszczyć, choć to tylko plotki przekazywane z ust do ust.
Jej magiczne spojrzenie dosięgło każdego skrawka publiczności, która oczekiwała w ciszy. Nagle uniosła ręce w geście triumfu i pojednania. Tłum oszalał wstając z miejsc. Wiwat i oklaski zagłuszyły wszystko niespotykaną dotąd mocą. Mea również klaskała i zdzierała gardło, podskakując radośnie. Doctus przyglądał się temu przedstawieniu sprawiając wrażenie wyraźnie zasmuconego. Choć cześć oddawana była jego własnej rasie, coś mocno ściskało go wewnątrz sprawiając że czuł się rozczarowany. To ludzka ufność i łatwowierność tak mocno dawały się we znaki, choć z drugiej strony wiedząc to co wiedział nie mógł jej mieć tego za złe...
Po kilku minutach owacji na stojąco, „Królowa” bez jednego słowa usiadła w siadzie skrzyżnym pomiędzy obeliskami, idealnie na przecięciu hipotetycznych linii łączących je. Publiczność, doskonale zdając sobie sprawę z każdego jej gestu, zamilkła w ułamku sekundy. Wszyscy usiedli na swoich miejscach. Nie słychać było ani jednego słowa, żadnego dźwięku ani szumu. Wszystko zamarło.
„Usiądź koło mnie. Odpręż się. Pora by Pan przemówił!” Mea poczuła odpowiadające tym słowom uczucia w swojej głowie. Wiedziała że to Doctus. Spojrzała na niego. Zapraszającym gestem wskazał jej miejsce. Dobiegła na palcach do swojego fotela i wygodnie usadowiła się w nim. Podniecenie wywołane całą otoczką sięgało zenitu a serce mimowolnie waliło niczym młot. Każdy kto był wtedy w Audytorium czuł się dokładnie tak samo - oczekiwanie i ekscytacja.
- Czy to już? - spytała szeptem Mea.
Zamiast odpowiedzi poczuła jedynie przytaknięcie ze strony swojego towarzysza, który sam pozbawiony jakichkolwiek myśli oczekiwał na rozwój wydarzeń. Gdyby każdy z tych 200 tysięcy ludzi znajdujących się w Audytorium, na co dzień potrafił tak oczyścić swój umysł jak w tej chwili to Ziemia już dawno była by planetą oświeconych.
„Królowa” zdawała się chłonąć energię skupionych na niej ludzi. Oddychała coraz wolniej i systematyczniej, w pewnym momencie sprawiając wrażenie jakby w ogóle przestała wciągać powietrze. Wydawało się jakby czas w Audytorium stanął w miejscu. Każdy kto spoglądał na kogoś siedzącego obok miał wrażenie że ten zamarzł. Każdy człowiek czuł się jakby był tutaj sam, pozbawiony jakichkolwiek towarzyszy, myśli i zmartwień. Był tylko on, uwaga i łącznik siedzący między obeliskami.
W pewnej chwili kurz i kamienie spoczywające na płycie centralnej zaczęły się powolutku unosić ignorując ziemskie przyciąganie. Wszystko nienaturalnie ściemniało pogrążając otoczenie w mroku. Nawet „Królowa” zniknęła gdzieś w ciemnościach. Obeliski zaiskrzyły kryształowo białym światłem sprawiając że powietrze nad płytą centralną zamieniło się w jaskrawą poświatę. Każdy kto patrzył na ten spektakl miał wrażenie że został przygotowany specjalnie dla niego i nikogo innego.
Wielka mglista kula zawisła nad obeliskami powoli rozrzedzając się i układając w obraz. Każdy człowiek widział go idealnie na wprost siebie, obojętne w którym miejscu audytorium się znajdował. Po kilku sekundach, ten wielki holograficzny wyświetlacz, ukazał osobliwą scenę:
Zagajnik porośnięty dziwnym rodzajem trawy i otoczony drzewami. Była noc a na ciemnym niebie świeciły dumnie trzy księżyce. Dwa z nich tak blisko siebie że zdawały się ze sobą lada moment zetknąć a jeden gdzieś daleko na horyzoncie. Wszystko pogrążone było w mroku, rozświetlanym jedynie przez niebiesko-białe fluorescencyjne światło, które zdawało się pochodzić z niektórych liści dziwnego gatunku drzew.
Ta mała nocna polana otwarta była tylko z jednej strony, za którą grunt nagle urywał się sugerując urwisko. Zaraz nad skrajem przepaści, w siadzie skrzyżnym, tyłem do obserwujących spoczywała postać, która zdawała się wpatrywać w lśniące gdzieś w dole przepiękne kamienne miasto ulokowane w dolinie między zielonymi wzgórzami, lśniące niczym diament pośród mroków nocy.
Obraz zbliżył się do postaci, która wolno wstała po czym obróciła się. Był to bardzo wysoki mężczyzna odziany jedynie w białe sukno, spływające po jego białym ciele aż do samej ziemi, której dotykał nagimi stopami. Budowa ciała wskazywała na jedną z najwyżej postawionych we Wspólnocie ras. Smukły, wysoki oraz bardzo delikatny, zdawał się wisieć w powietrzu niesiony lekkim powiewem wiatru. Jego skóra połyskiwała blaskiem podobnym do światła księżyca, przez co obserwującym ciężko było dostrzec tak naprawdę granice jego ciała, które zdawało się być zbudowane z czystego światła.
Obraz przybliżył się jeszcze bardziej, tak że w pewnej chwili cały wypełnił się popiersiem tej anielskiej istoty. Rysy twarzy miał bardzo delikatne, jakby ułożone przez wodę i wiatr, usta delikatne o małych wargach a nos długi i bardziej pociągły, oczy zamknięte. Jego czoło zdobił prosty diadem z osadzonym pośrodku kryształem. Diadem zdawał się przytrzymywać włosy, które za jego sprawą spływały na plecy a kolorem przypominały dojrzałe zborze.
Mea wpatrywała się w osłupieniu w tą postać. Nie mogła oderwać od niej wzroku, nawet jeśli by tego chciała. Jego piękno i ciepło a także coś czego nie dało się opisać, sprawiały że w ludziach znikały wszelkie bariery. Pragnęli być z nim, połączyć się. Wystarczyłoby jedno jego słowo a każdy ze zgromadzonych rzuciłby się w ogień.
Nagle wszyscy coś poczuli, jakby wewnętrzne dotknięcie czyjejś przyjacielskiej dłoni. Jego wielkie oczy otworzyły się. Meę przeszły ciarki a całe jej ciało zesztywniało mimowolnie. Jego tęczówki mieniły się kolorami, których nie dało się opisać, które nie istniały dla ludzkiej świadomości zaś głębia zdawała się wchłaniać każdego obserwującego.
W pewnym momencie przez całe audytorium przetoczyły się słowa, które swoim brzmieniem przypominały najwspanialszą orkiestrę świata. Słowa które brzmiały echem tysiąca istnień zlanych w jeden głos, który wydobywał się jakby z każdego zakamarka audytorium docierając bezpośrednio do świadomości zgromadzonych.
- Witajcie Ziemianie – subtelna wypowiedź była tak delikatna że próżno było doszukiwać się w niej początku i końca. Zdania zdawały zlewać się z całym istnieniem. Uśmiech rozpromienił jaśniejącą twarz – Abyście czuli się bardziej komfortowo będę, korzystając z waszego zwyczaju, otwierał usta przekazując Wam idee, które mam do przekazania – mówił bardzo powoli i bez najmniejszego pośpiechu.
Mea nie mogąc wytrzymać wyrwała swoją uwagę spod magicznego czaru tej postaci i w myślach zadała pytanie Doctusowi. Interesowało ją to dlaczego Cesarz zwrócił się bezpośrednio do ziemian, pomimo iż święto obchodziło jednocześnie kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset planet. Lutarian, błyskawicznie przedstawił swojej towarzyszce całą ideę.
Cesarz jest istotą o tak głębokim stopniu zrozumienia rzeczywistości i poziomie inteligencji oraz wykorzystania własnych możliwości, że wypowiada się do mieszkańców każdej z planet z osobna, czyniąc to jednak jednocześnie. Jego zdolność pojmowania uniwersum multiwymiarowego pozwala mu na podział własnej świadomości, dzięki czemu prowadzi kilkaset przemówień naraz, realnie odczuwając obecność wszystkich słuchaczy do których mówi.
Mea zdumiona odpowiedzią zadała jeszcze jedno nurtujące ją pytanie. Skoro Cesarz przemawia dokładnie w tym momencie to jakim cudem na każdej z planet jest akurat dzień?
Doctus równie szybko jak poprzednio przelał do jej świadomości esencję idei, która rozwiała wątpliwości.
Z punktu widzenia Ziemian nie na wszystkich planetach dominował teraz dzień. Na niektórych Święto już się zakończyło a na innych jeszcze nie zaczęło. Jednak dla Cesarza nie miało to żadnego znaczenia, gdyż jego świadomość wysyłała przesłanie dokładnie do tego punktu w czasoprzestrzeni do którego chciała, co z jego punktu widzenia wyglądało tak jakby specjalnie na jego życzenie rzeczywistość przyjęła taką formę jakiej pragnął. Dla niego, dokładnie w tej chwili wszędzie panował dzień Święta.
Dziewczyna nie potrafiła zrozumieć tej idei, co z uśmiechem przyjął Doctus. Jej uwaga znów skupiła się na pieśni słów, którą zdawał się recytować Cesarz.
- Witajcie w tej wyjątkowej chwili, wy którzy jesteście częścią naszej wspaniałej Całości. Wszyscy jesteśmy dziećmi wszechświata. Wszyscy jesteśmy sobie równi, jednak czasem nasze losy przeplatają się w różnych miejscach tej cudownej układanki – mówił powoli i bardzo spokojnie - Jedni z nas zdają się być tak bardzo posunięci do przodu, podczas gdy inni sprawiają wrażenie jakby tkwili w mrokach pierwotnej ewolucji, która kieruje naszymi losami. Jednak pamiętajcie! To tylko iluzja, mara przesłaniająca wasze umysły, które tak bardzo lubią błądzić. Tak naprawdę wszyscy jesteśmy tym samym, wszyscy jesteśmy wielkim morzem, którego fale rozbijają się po bezkresach istnienia. Żołnierz przemierzający otchłanie kosmosu w swym stalowym gigancie równy jest źdźbłu trawy, które bez najmniejszego niezadowolenia poddaje się siłom przyrody. Wszyscy jesteśmy jedynie marą zagubionego umysłu Wszechświata.
Jednak nie możecie zapomnieć jednej podstawowej rzeczy – mara jest prawdziwa i jest przy was tu i teraz. Nie możecie się jej wyrzec, nawet jeśli będziecie z nią zawzięcie walczyć. Tak naprawdę z punktu widzenia każdego z nas to właśnie mara, iluzja jest rzeczywistością dla nas prawdziwą, tą w której przyszło nam istnieć. I to właśnie na tej chwili, okolicznościach nas otaczających, powinniśmy zawieszać naszą świadomość, obojętnie na jakim poziomie się ona znajduje. Pamiętajcie że jesteśmy jedynie kroplą przyjmującą na krótki czas formę tych ciał. Po tym czasie wracamy do oceanu wieczności. Jednak w tym czasie, kiedy dane jest nam być kroplą, nie myślmy o morzu. Bądźmy tym małym kawałkiem, który swoimi działaniami wprowadza tyle różnorodności do rzeczywistości innych, bądźmy twórcą naszego świta i naszej własnej iluzji. Sprawmy aby to właśnie ta iluzja, będąca naszym domem który sami zbudowaliśmy, stała się dla nas jak najciekawszym miejscem do życia. A później? Nie istnieje później. Istnieje tylko to co teraz. Cała reszta to jedynie sen, który nigdy się nie spełni. To sen który spełnia się cały czas.
Zastanawiacie się po co istnieje Wspólnota. Jaki jest cel łączenia tylu różnych istnień w jedną całość? Choć pozornie różnimy się od siebie, wszyscy pragniemy tego samego. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, wszakże tak zaprogramowali nas nasi Ojcowie, których pragnienia są naszymi pragnieniami. Tak naprawdę wszyscy chcemy tego samego – znów złączyć się z Jednością, wrócić do źródła, porzucić interpretację i poznać esencję w jej czystej postaci. Chce tego ewolucja, chcemy tego my.
Wspólnota jest swego rodzaju organizmem, jego modelem stworzonym na wzór i podobieństwo nasze. Fraktal jest kodem Jedności i to właśnie fraktal stworzył Wspólnotę. Nadał jej kształt i formę, w której poszczególne układy mają swoje własne zadanie. Serce, płuca, mózg. Wszystko ma swoją określoną i ścisłą rolę, dzięki czemu niczym komórki tworzymy wielkie ciało, zaspokajając jego potrzeby, które są naszymi potrzebami. Dlatego z pokorą i nadzieją na wasze ręce składam moją prośbę, prośbę istoty jaką jest Wspólnota: Przyjmijcie ten dar, przyjmijcie to dziedzictwo i stańcie się częścią tego doskonałego organizmu, który swoją formą dąży do osiągnięcia światłości. A kiedy mu się to uda, każda jego komórka również zostanie oświecona, gdyż będąc jego częścią nie zostanie wszakże pominięta.
Jak w każdym ciele, tak i w naszym komórki pojawiają się i umierają. Wy drodzy Ziemianie, należycie do nowego naskórka, który swoją świeżością i witalnością poruszy nasz organizm nadając mu całkiem nową siłę i moc. Dzięki Wam odnajdziemy więcej takich jak my. Dzięki wam, dzięki waszej roli w naszym ciele, uświadomimy innym co tak naprawdę jest esencją prawdziwej Jedności, jej wolą.
Oddaje Wam pokłon i proszę o waszą pomoc. Jesteście potrzebni Wspólnocie, jesteście potrzebni Jedności!
Po tych słowach zamilkł a jego oczy ponownie zamknęły się. Wszyscy w osłupieniu wpatrywali się w boską twarz już czując do niej wielką tęsknotę i smutek. Każdy wiedział że niedługo rozstanie się z tą namiastką Prawdy, którą był sam Cesarz. Obraz powoli zaczął się rozmywać znów zamieniając się w jaskrawą mgłę. Wszyscy opuścili głowy. Wielki żuk z Proximy Horragat przestał oświetlać widownię a następnie poderwał swoje ogromne ciało wzbijając się wolno w powietrze. Promienie słoneczne wolno wdarły się do wnętrza budowli zalewając ją żółtym i ciepłym światłem. Na twarzach zgromadzonych pojawiły się delikatne uśmiechy, pełne zrozumienia i harmonii a jednocześnie ukrywające gdzieś smutek i pragnienie aby znów zobaczyć wspaniałego Cesarza.
Mea również odczuwała ten smutek, choć nie było to czyste i nieskazitelne uwielbienie o co sama miała do siebie zarzuty. Z jednej strony pragnęła całkowicie oddać się woli Wspólnoty, którą niewątpliwie była istota do nich przemawiająca, z drugiej jednak coś w głębi jej samej powstrzymywało ją od tego. Momentami nie mogła uwierzyć w sprzeczności walczące w głębi jej świadomości. Prócz uwielbienia pojawiła się również wyraźna...nienawiść. Uczucie, którego nie rozumiała w tych okolicznościach. „Dlaczego?” zastanawiała się ginąc we własnych rozterkach. Zsunęła się z fotela na ziemię. Łzy cisnęły się do oczu. Coś czego nie spodziewała się w takiej chwili jak ta, czego kompletnie nie potrafiła wyjaśnić. Nieprzenikniony smutek opanował jej umysł nie pozwalając myśleć o niczym innym. Krople spłynęły po jej policzkach.
Doctus położył dłoń na jej głowie a po chwili sam usiadł obok dziewczyny przytulając ją. Mea rozpłakała się a Lutarian uświadomił sobie że jest już prawie gotowa. Zdawał sobie sprawę że niedługo prawda ujrzy światło dzienne a przeznaczenie dopełni się.

*

Grzegorz thelinked

Odp: Drugie Dno
« Odpowiedź #3 dnia: Styczeń 31, 2021, 12:35:23 »
Drugie Dno cz. 4
"Wybór jest iluzją stworzoną przez tych, którzy posiadają władzę, dla tych, którzy jej nie mają."

Piszczenie w uszach było nie do zniesienia. Miała wrażenie że ktoś wbija jej w głowę wielką szpilę kompletnie nie zwracając uwagi na to że sprawia to nieziemski ból. Była oszołomiona i całkowicie zagubiona. Zebranie choćby jakiejkolwiek myśli graniczyło z cudem. Był tylko ból i pisk, który powoli przechodził w niskie buczenie a potem szum, cichnąc z każdą chwilą. Kiedy całkowicie znikł, jak przez mgłę zaczęły docierać do niej dziwne dźwięki, których nie potrafiła wytłumaczyć. Wydawało jej się że słyszy jakieś eksplozje i strzały. Wszystko było takie niewyraźne i mgliste, jak we śnie. Bodźce docierające do mózgu gubiły się w czasie, wyskakując ze standardowej chronologicznej linii i płatając rozmaite figle.
Skąd się tu wzięła? Dlaczego jest ciemno? Czy to normalne że nie potrafi ułożyć w głowie żadnej sensownej myśli?
Powoli wszystko przejaśniało się a umysł stawał się coraz bardziej klarowny. Mózg jakby odzyskiwał swoje podstawowe zdolności, powoli rozpędzając normalny tok myślowy. Robił to jednak bardzo wolno i ociężale niczym ruszająca ze stacji lokomotywa parowa. Zaraz za myślami sprawność odzyskiwały zmysły.
Słuch stał się wyraźny a pisk i ogłupienie ustąpiło całkowicie. Teraz słyszała wyraźnie choć wiedziała że dźwięk docierający do jej uszu pochodzi z bardzo daleka i jest ledwo słyszalny. Gdzieś u góry toczyła się walka. Ciszę co jakiś czas przerywały strzały i eksplozje, od których drżało powietrze. Niedaleko przelatywały jakieś ciężkie statki wojskowe i strażnicze ostrzeliwujące nieznany cel.
Nagle potężna eksplozja, o wiele bliższa od tamtych rozdarła powietrze ogłuszającym hukiem. Twarde podłoże zadrżało bardzo wyraźnie i odczuwalnie. Coś przemieściło się pod plecami Mei.
Kurz i kamienie obsypały jej twarz. Otworzyła nagle oczy, wracając całkowicie do świata żywych. Momentalnie ogarnął ją strach a już chwile później panika. Pomimo że rozglądała się dokoła nie widziała absolutnie nic. Docierały do niej jedynie cichnące dźwięki bitwy, która najwyraźniej toczyła się gdzieś nad nią. Podniosła głowę i uderzyła o jakąś betonową powierzchnię. Nie mogła się ruszyć. Próbowała wyciągnąć rękę lecz daremnie. Coś bardzo ciężkiego uniemożliwiało jakikolwiek ruch. Kurz co chwila zasypywał oczy. Zaczęła kaszleć i dusić się. Jakiś stalowy pręt kuł jej plecy przez co cały czas musiała trzymać talię w napięciu. Każda próba poruszenia jakąkolwiek częścią ciała kończyła się fiaskiem. Była bezsilna. Postanowiła ze wszystkich sił odepchnąć się nogami od czegokolwiek co mogło się pod nimi znajdować. Jednak coś było nie tak. W jakiś dziwny sposób nie mogła wyczuć żadnego mięśnia. Jej bodźce leciały w próżnie.
- Moje nogi – wykrztusiła z siebie czując że zaczyna panikować i oddychać coraz szybciej – Nie, nie, nie! – szamotała się jeszcze chwile nie mogąc pogodzić się z faktem że nie czuje nic od pasa w dół.
- Kurwa drgnijcie choć odrobinę, drgnijcie! Błagam, proszę....- wystraszona i zdezorientowana zaczęła płakać. Była tu absolutnie sama. Pozbawiona jakiejkolwiek pomocy, zakopana pod gruzami i czekająca na powolną śmierć. Miała ochotę krzyczeć lecz brakowało jej miejsca i powietrza żeby napełnić płuca. Mimowolnie zaczęła panicznie oddychać, coraz szybciej i szybciej. Łzy spływały po policzkach i wpadały do ust, niosąc ze sobą smak kurzu i kamiennego pyłu zgarniętego z twarzy.
W pewnym momencie potężna eksplozja wstrząsnęła wszystkim dokoła. Huk był tak głośny że Meę zabolały uszy. Coś wielkiego runęło rozbijając się gdzieś nad nią. Wszystko trzęsło się i drgało, trzaski obsuwających się kamieni i giętej stali zdawał się zbliżać z każdą chwilą. Zaczęła instynktownie krzyczeć szarpiąc się na wszystkie strony. Jakiś kawał metalu uderzył w gruzy bezpośrednio nad nią. Zamilkła w oczekiwaniu. Wszystko ucichło.
Słyszała jedynie małe kamyczki sypiące się wszędzie dokoła. Czuła że powietrze wypełniło się pyłem. Jakiś kawałek betonu zaczął powoli obsuwać się pod ciężarem napierających z góry szczątek. Znów zaczęła się szamotać. Obniżający się blok kamienny powolutku dotykał jej brzucha, coraz mocniej na niego naciskając. Ból stawał się coraz silniejszy. Choć każde napięcie przepony było niczym tortura, nie mogła dłużej czekać.
- Ratunku! Pomocy! – krzyczała przez łzy skracając coraz bardziej oddech – Tutaj jestem! Błagam niech mnie ktoś usłyszy – szeptała do siebie po czym znów krzyczała - Pomocy! – a wrzask przeplatał się z płaczem. Wytężała głos coraz mocniej. Traciła siły i czuła że niedługo nie wyrzuci z siebie już ani jednego dźwięku.
Mimo wszelkich starań odpowiadała jej jedynie cisza. Była sama.

***

Dwa dni wcześniej

Doctus spoglądał na puste płótno, chwytając drewniany pędzel i maczając go w zielonej farbie. Choć tło wyglądało na białe, on starał się dostrzec w nim esencję własnych uczuć. Widział o wiele więcej niż jakikolwiek człowiek. Widział w nim nieskończoną liczbę obrazów, które chciał namalować. Na wyciągnięcie ręki był wariant, który najbardziej mu odpowiadał.
Na parapecie usiadła sikorka ruszając szybko swoim małym łebkiem jakby chciała dokładnie zobaczyć wszystko co działo się w pokoju. Lutarian spojrzał na swojego gościa po czym wystawił rękę. Ptak błyskawicznie poderwał się do lotu by zaraz wylądować na jego wielkiej dłoni. Początkowo jakby wystraszony, już po chwili zaczął beztrosko czyścić pióra.
Przyglądał się, odczytując z jej ruchów esencję istnienia całego ziemskiego ekosystemu, czując jednocześnie swoja potęgę i przewagę względem bezbronnego ptaka a zarazem swoje zacofanie i niższość.
Sikorka nagle poderwała główkę i błyskawicznie odleciała wystrzeliwując z okna niczym pocisk. Doctus zamknął dłoń i odwrócił się.
- „Witaj” – przesłał uczucia do kobiety stojącej przed nim. Spojrzała na niego uśmiechając się i odpowiedziała w milczeniu.
- „Witaj bracie. Dobrze znów cię poczuć” – przekazując do niego esencje własnych myśli ukłoniła się i wystawiła przed siebie swoją dłoń. Doctus również wysunął swoją rękę aż obydwie spotkały się w geście powitania.
Jeśli człowiek spoglądałby na tą scenę dostrzegłby dwie milczące postaci stykające się jedynie powierzchniami swoich dłoni. Jednak w tym milczeniu kryło się więcej konwersacji, więcej wymiany czystej informacji niż w kilkugodzinnej ludzkiej dyspucie.
- „Cieszę się że przybyłaś. Nie wiedziałem że tak przychylnie odpowiesz na moją dość wygórowaną prośbę. Zwłaszcza że warunki panujące na tej planecie mogą być dla ciebie dość niewygodne.”
- „Mistrzu, zawdzięczam ci całe moje życie. Jakże mogłabym odrzucić twoją prośbę? Ofiarowałeś mi siebie a ja miałabym być nieczuła na twoje potrzeby i plany? Nie. Każda rola w poczynaniach, które są owocem twojego nieprzeniknionego umysłu jest dla mnie kolejną nauką” – odpowiedziała a istota wypowiedzi emanowała oddaniem i zapałem.
- „Spokojnie moja droga. Jesteś młoda i wiele jeszcze musisz się nauczyć. Choć z drugiej strony twój wiek i natura będą wielkim atutem, jeśli zgodzisz się pomóc mi w tym zadaniu.
- „Jestem gotowa aby spełnić to o co poprosisz!” – jej emocje buzowały na wszystkie strony. Młody umysł pełen był ambicji i chęci przygody. Doctus uśmiechnął się jakby napawając się świeżością i zapałem tej kobiety, choć zdawał sobie sprawę z braku jej doświadczenia. Był otwarty w swoich rozważaniach więc jego gość szybko wyczuł te przemyślenia. Ponownie przekazała uczucia.
- „Masz rację, jednak obojętne o co mnie poprosisz będzie to również kolejna lekcja dla mnie, kolejne wyzwanie. Warunkami się nie przejmuj, zdążyłam się już przyzwyczaić. Jedynie Gwiazda Matka jest tu sroga ale i z tym sobie poradzę” – a przekazując to jej myśli krążyły wokół środków jakie przedsięwzięła aby funkcjonować w ziemskim środowisku, dzięki czemu Doctus błyskawicznie wiedział o co jej chodzi. Mieli już kończyć kiedy zmierzył ją od stóp aż po czubek głowy, tym razem ukrywając swoje uczucia przed młodą kobietą. Ta nie mogąc wyczuć jego intencji uśmiechnęła się zalotnie i spojrzała na niego dwuznacznym wzrokiem, kumulując w sobie dużą dawkę przepełnionego humorem flirtu.
Długo trwali w stanie zawieszenia emocjonalnego, które człowiek mógłby porównać do momentu ciszy w rozmowie. Nagle obydwoje wybuchli gromkim wewnętrznym śmiechem. Doctus uwolnił swoje intencje a ona błyskawicznie odpowiedziała.
- „Uważasz że będzie to konieczne?”
- „Ludzie to jeszcze młoda rasa. Zostało w nich wiele nawyków z poprzednich epok a wstyd jest jednym z silniejszych. Do tej pory noszą ubrania aby zakryć miejsca uznawane za nieodpowiednie do publicznego pokazu, choć od dawna pokazujemy im że są jedynie elementem praktycznym i dekoracyjnym” – a przekazując te informacje jednocześnie jego umysł krążył wokół jej kroku, pośladków oraz piersi.
- „Rozumiem, jednak nikt nie każe im z tego rezygnować.”
- „Jeśli nie założysz choć skromnego okrycia będziesz zbyt mocno zwracać na siebie uwagę, choć i tak tego nie unikniemy. Ziemianie rzadko widują gomorian, jak nazywają was w swoim języku, więc będziesz swego rodzaju egzotyką” – spojrzał na nią znów i po chwili kontynuował – „A na dodatek egzotyką bardzo atrakcyjną według ich instynktów, pomijając mocne różnice.”
Kobieta wybuchła emocją rozbawienia odpowiadająca ludzkiemu śmiechowi. Lutarian szybko przekazał jej aby uzewnętrzniła tą emocję najbardziej jak tylko potrafi. Aby przekazała ją na zewnątrz za pomocą strun głosowych po czym sam zaczął śmiać się na głos otwierając usta.
Patrzyła na niego jakby rejestrując to co czuje podczas takiego zachowania i już po chwili sama zaśmiała się używając dźwięku. Doctus śpieszył z wyjaśnieniem.
- „W ten sposób lepiej cię zrozumieją. Wielu z nich do tej pory komunikuje się jedynie głosem i mimiką. Poćwicz ich komunikaty, ich język, będzie ci to potrzebne.”
Kobieta wyeksponowała swoją emocjonalną aprobatę ale już po chwili uśmiechnęła się i powiedziała na głos nieco sztywno i twardo.
- Rozumiem – nie wytrzymała jednak zbyt długo i znów jakby wybuchła rozbawieniem w swoim wnętrzu – „To takie zabawne i zarazem ciężkie. Przecież tak nie da się niczego przekazać! Naprawdę muszę poćwiczyć.”
I już miała udać się w stronę wyjścia kiedy poczuła że Doctus znów krąży myślami wokół jej ciała. Spieszyła aby go uspokoić.
- „Pamiętam, postaram się coś znaleźć choć i tak mam na sobie ‘skórę’.”
- „Twój kombinezon dla ich oczu niczym nie rożni się od nagiego ciała. Jeszcze raz dziękuję ci za to że zdecydowałaś się pomoc. Jestem twoim dłużnikiem.”
- „Zatem oczekuj że pewnego dnia i ja cię o coś poproszę. Udam się teraz na spoczynek i naukę tego śmiesznego pomrukiwania. Nocą odwiedzę tutejsze lasy.”
- „Niedługo opowiem ci o Niej i będziesz mogła zacząć” – odpowiedział zakańczając wymianę myśli uczuciem wdzięczności i kłaniając się delikatnie.
Kobieta również pożegnała się i wyszła. Cała „rozmowa” trwała może minutę według ludzkiej miary czasu. Transfer uczuć jest czymś czego nie da się porównać do rozmowy głosowej. Kiedy ludzie starają się ubrać swoje idee w obrazy czy nazwy a następnie przełożyć je na etykiety językowe i wypowiedzieć, bardziej rozwinięte umysły galaktyki tworzą jakby swoją przestrzeń do której przelewają idee w czystej postaci, mogąc przekazać niewyobrażalną ilość informacji w postaci zawsze doskonale zrozumiałej.
Doctus znów chwycił za drewniany trzonek pędzla po czym wykonał pierwsze pociągnięcie. Płótno odpowiedziało sprężyście a na parapecie znów wylądowała sikorka ćwierkając radośnie. Spojrzał na nią i uśmiechnął się.
- „Wybacz że ktoś nam przeszkodził mój mały Mistrzu...”

***

Strażnik oglądał coś w holowizji kiedy przez bramkę przeszedł pewien starszy jegomość ubrany w śmieszne odzienie. Wszystko było by w porządku gdyby nie niepokojący fakt jaki dopiero po chwili dotarł do świadomości odźwiernego zapatrzonego w ulubiony program dokumentalny. Bramka, która zawsze odpowiada cichym piknięciem kiedy przechodzi przez nią człowiek, tym razem milczała w najlepsze. Może gdyby była to godzina wejścia czy wyjścia mieszkańców kolonii ten incydent zostałby niezauważony ale nie w spokojne niedzielne popołudnie, kiedy tylko pojedyncze osoby lub małe grupki opuszczają budynek.
Poderwał się z krzesła po czym krzyknął w stronę dziwaka stojącego w holu i rozglądającego się jakby czegoś szukał.
- Przepraszam bardzo, czy mógłbym prosić Pana o ponowne wyjście i wejście?
- Co?!
- Czy może Pan jeszcze raz wyjść i wejść? - powtórzył wyraźnie oddzielając słowa i wskazując palcem w kierunku wejścia.
- A po jaką cholerę? - odpowiedział zdziwiony staruszek wykrzywiając grymaśnie twarz.
- Bramka nie zarejestrowała Pana numeru, proszę o ponowne przejście – odpowiedział tym razem mocniejszym tonem kierując się w stronę nowo przybyłego.
Staruszek odwrócił się i z rękoma w kieszeni swoich dżinsowych spodni spojrzał na gorączkującego się ciecia, który maszerował w jego kierunku.
- Mam przejść tamtędy jeszcze raz? - spytał wskazując bramkę i zarzucając długie siwe włosy na plecy – Cholera nie masz jakiejś klamry do włosów? Znów gdzieś podziałem swoją.
- Nie mam. Tak, proszę jeszcze raz przejść przez tą bramkę i nie udawać że mnie Pan nie słyszy – warknął zdenerwowany.
- Spokojnie synku, nie takim tonem bo ci żyłka pęknie – i zaśmiał się w charakterystyczny dla siebie sposób.
Strażnik nie wytrzymał, zbliżył się i mocnym szeptem wydedukował.
- Albo przejdziesz przez tą pieprzoną bramkę albo porozmawiamy inaczej, zrozumiano?
Edmund tym razem nie odpowiedział i jedynie kręcąc głową ruszył z powrotem w stronę wejścia. Wyszedł na ulicę, podciągnął spodnie po czym obrócił się i znów przeszedł przez bramkę, która i tym razem nie odpowiedziała żadnym dźwiękiem. Strażnik wyraźnie zdziwiony podszedł do urządzenia i sam przez nie przeszedł sprawdzając czy nie jest uszkodzone. Usłyszał ciche piknięcie.
- Coś tutaj nie gra. Kim jesteś? - zaniepokojony rzucił w stronę starca.
- Reptilianem, zadowolony? Zaraz cię zjem – i znów zaśmiał się szaleńczo po czym ruszył w stronę recepcji.
- Stój! - krzyknął wyraźnie rozdrażniony całą sytuacją odźwierny – Podaj swój numer personalny!
- Widzisz, jeszcze nie zdążyli mnie zakolczykować – krzyknął od niechcenia Edi mając w głębokim poważaniu rozkazy strażnika, który najwyraźniej nie wiedząc co ma zrobić sięgnął po broń ogłuszającą.
- Mówię ostatni raz, stój! Stój bo... - nie zdążył jednak dokończyć kiedy przeszył go paraliżujący dreszcz. Coś kazało mu puścić broń, co natychmiast zrobił i obrócić się o 180 stopni. Stało przed nim dwoje imperialnych w błękitnych kombinezonach. Kobieta nie zwracając na niego uwagi ruszyła w stronę Edmunda natomiast mężczyzna powoli przekręcił głowę i spojrzał na niego chłodnym wzrokiem.
- „Ten starzec jest z nami, zrozumiałeś?” - strażnik poczuł naładowane pogardą słowa wewnątrz własnego umysłu. Mocno wystraszony zdołał z siebie wyjąkać skromną odpowiedź.
- Oczywiście Panie. Wybacz mi, nie wiedziałem. Po prostu...
- „Zamilcz!”- przekazał imperialny po czym ruszył w stronę swojej towarzyszki i starca, którzy stali przy ladzie recepcyjnej. Odźwierny skulony niczym skarcony pies zabrał broń, umieścił w kaburze i bez słowa, spoglądając co jakiś czas w stronę tajemniczych gości schował się za swoim biurkiem.
Kiedy cała trójka była w komplecie kobieta odezwała się na głos.
- Nie musiałeś być tak agresywny w stosunku do tego człowieka. Wykonywał to co mu rozkazano.
- Właśnie. Nienawidzę prymitywnego posłuszeństwa. Gdyby wykazał się choć odrobiną intuicji porozmawiałbym z nim inaczej. Już małpy są bardziej rozumne niż te chodzące kawałki mięsa – i skrzywił twarz w wyrazie pogardy i niezadowolenia spoglądając w stronę strażnika.
- „Uspokój emocje kochany” - przekazała za pomocą uczuć kobieta - „Czy ta mała istota jest zdolna wyprowadzić Cię z równowagi? To on go sprowokował” - jej myśli krążyły wokół Edmunda.
Staruszek podpierając ręką głowę spojrzał na nich z profilu, jakby pytającym wzrokiem. Kiedy zorientował się że o nim mowa odwrócił się cały i rozłożył dłonie.
- Oj no wystarczy, przecież nic nie zrobiłem. Zapomniałem że bez kolczyka jest spore zamieszanie i tyle.
Kobieta z uśmiechem pochyliła mocniej głowę jakby domagając się reszty wyznania. Edmund przewrócił oczami i z wielkim trudem wykrztusił z siebie.
- No dobra i trochę się z nim podrażniłem, zadowolona? Czego się dziwicie, taki kawał czasu ludzi nie widziałem, tylko sami wariaci no i wy – chwycił się za brodę i jakby zamyślił by po chwili skwitować – Choć to na jedno wychodzi, bez urazy. A Ty daj mu spokój Antilusie. Jesteście świńskimi hipokrytami – po chwili poprawił się – No może nie wy konkretnie ale cała reszta wesołej wspólnotowej kompanii. Nie wyżywaj się na człowieku za to że jak piesek spełnia polecenia, które sami wymyśliliście.
Nordyk uniósł brwi przyznając rację starcowi. Na widok tego gestu kobieta uśmiechnęła się i położyła rękę na ramieniu Ediego by po chwili zwrócić się do recepcjonistki.
- Chcemy porozmawiać z dyrektorką matką. Poinformuj ją o naszym przybyciu.
- No! I tak się z nimi postępuje – szepnął staruszek puszczając oczko do młodej recepcjonistki i wskazując kciukiem za plecy na swoich imperialnych towarzyszy, którzy już chwilę temu skierowali się do windy.
- Edmund!

Mea kończyła właśnie czytać kolejną stronę zapisków jakie otrzymała od Edmunda a które dostarczył jej ponad tydzień temu Doctus. Przekręciła się na drugi bok i podciągnęła wyżej pościel. Słońce wlewało się do pokoju złotymi strumieniami, rozświetlając okno niczym wielki iskrzący panel.
Od Święta Systemów Przyłączonych minął już ponad tydzień a ona nadal nie mogła przestać myśleć nad dziwnym stanem w jaki wpadła po skończonym przemówieniu Cesarza. Choć po wyjściu z audytorium oddała się zabawie, która opanowała wszystkie główne ulice miasta i trwała do samego rana, już następnego dnia rozmyślenia i obawy wróciły. „Co Doctus miał na myśli?”, „Dlaczego nie wyjaśnił tego wprost?”, „Co się ze mną ostatnio dzieje?”
Choć strony zapisów sesji pochłaniały ją bez reszty, to kiedy tylko robiła coś innego szaleńcza debata powracała do jej umysłu by wykańczać ją wolno niczym tortury. Tydzień zleciał jej na zajęciach, nauce oraz czytaniu. Bardzo chciała znów spotkać się z Doctusem choć zdawała sobie sprawę że jest całkowicie zdana na łaskę losu i dyrektorki matki, która skrupulatnie przestrzegała swoich postanowień. Areszt domowy musiał dopełnić się w całości.
Wiele razy chciała skontaktować się z nim przez sieć, jednak szybko przekonywała samą siebie do bezsensowności tego pomysłu. Co mu powie? Przywita się? Poprosi żeby ją przytulił? „To bez sensu! Co ci chodzi po głowie?” karciła siebie za każdym razem kiedy znów zastanawiała się nad jakąkolwiek formą kontaktu. Wstydziła się również tego że tak naprawdę bardziej niż z nim, miała ochotę spotkać się z informacjami jakie posiadał. Była żądna wiedzy, choć kilkukrotnie przyłapała się na tym że zbytnio ufa w to co mówi, że zbyt wiele przyjmuje na słowo nie starając się tego w żaden sposób sprawdzić.
Uniosła nogami pościel i zrzuciła ją z łóżka. Pełna energii zeskoczyła na podłogę i schowała zapiski pod łóżko. Podbiegła do okna aby spojrzeć na błękitne niebo i złociste słońce połyskujące nad iglicami wieżowców. Ciepło ogrzewało jej nagie ciało. Zamknęła oczy i przestała myśleć. Było tylko ciepło muskające jej skórę.
- Jaśniej, maksymalna przejrzystość – szepnęła z uśmiechem na twarzy. Odpowiedziało jej cichutkie piknięcie a szklana ściana stała się całkowicie bezbarwna, sprawiając wrażenie jakby wcale jej nie było. Słońce jeszcze intensywniej przytuliło ją swoimi promieniami. Uniosła lekko powieki. Oślepiona długim wpatrywaniem się w gwiazdę przez zamknięte oczy, miała wrażenie że świat stał się jednym wielkim morzem światła. Wszystko było na swoim miejscu, jednak jakby wyraźniejsze było zrozumienie że nie ma nic oddzielonego, że wszystko jest tym samym.
Choć od dłuższego czasu miała otwarte oczy, dziwny sposób w jaki postrzegała miasto nie ustępował. Było to o tyle dziwne że już dawno jej oczy powinny się przystosować a tymczasem nadal widziała jedynie wielką świetlną przestrzeń, w której na jej własne życzenie pojawiały się różne manifestacje takie jak wieżowiec czy ulica.
Miała właśnie przecierać oczy kiedy nagle zadzwonił chipkom. Krótkie i głośne sygnały sugerowały ważne połączenie od kogoś z kolonii. Mrugnęła kilkukrotnie powiekami i potrząsnęła głową. Wszystko wróciło do normy. Rozejrzała się po pokoju i na wszelki wypadek przetarła oczy palcami. Rzeczywistość znów stała się wyraźniejsza i twardsza. Kilkoma szybkimi susami podskoczyła do czytnika obok łóżka i przyłożyła do niego dłoń. Powietrze zabarwiło się na niebiesko po czym uformował się obraz interfejsu. W kolejce oczekiwała jedna rozmowa od dyrektorki matki.
Mea przeczesała włosy ręką i przycisnęła holograficzny przycisk „Odbierz”.
- Tak? - odezwała się pierwsza.
- Mea moje dziecko, proszę natychmiast stawić się w moim gabinecie – odpowiedział stanowczy lecz miły głos przełożonej kolonii. Dziewczyna ciężko przełknęła ślinę.
- Czy coś się stało? - spytała zaniepokojona.
- Bądź tu za chwilkę to wszystkiego się dowiesz.
I rozmowa urwała się. Dyrektorka rozłączyła się dość gwałtownie co nie było normalnym zachowaniem i Mea doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Ponadto jakoś wyczuła w tej starszej kobiecie dużą dawkę strachu i zdenerwowania.
- Musiało się coś stać. Jakoś dziwnie się zachowywała... - mówiła do siebie przesuwając dłonią po brodzie. Otrząsając się z zamyślenia szybko wskoczyła w swój uniform, przemyła twarz i czym prędzej wybiegła z pokoju kierując się do windy i gabinetu. Kiedy tylko dotarła na właściwe piętro i znalazła się na korytarzu jej uwagę przykuł niecodzienny widok: dyrektorka stała przed swoimi drzwiami rozglądają się na wszystkie strony jakby czegoś szukając i nerwowo pocierała dłońmi. Podeszła do niej nieco zmieszana tym widokiem.
- No jesteś wreszcie moje dziecko – powiedziała bardzo szybko z lekkim zaniepokojeniem patrząc za siebie na zamknięte drzwi – Najwyraźniej masz ważnych gości.
- Ja? - odpowiedziała lekko zmieszana dziewczyna.
- W pokoju jest wysoka dwójka i jakiś mężczyzna. Kazali mi ciebie zawołać. Nie wiem co się tu dzieje moja droga. Coraz częściej wypytują o ciebie dziwne persony, które nie powinny się tobą interesować. Albo dzieje się coś bardzo dobrego albo znów coś bardzo złego, choć mam szczerą nadzieje że raczej to pierwsze.
Mea nic nie odpowiedziała nie wiedząc za bardzo co mogłaby powiedzieć. Dyrektorka matka kontynuowała.
- Obojętne o co chodzi jak zawsze proszę cię o to abyś nie narobiła nam wstydu i nie zhańbiła dobrego imienia naszej kolonii – spojrzała na nią swoimi przenikliwymi oczyma.
- Dobrze moja pani, choć sama nie za bardzo wiem o co może chodzić – odpowiedziała, jednocześnie wiedząc że jest to kłamstwo. Gdzieś w głębi siebie przeczuwała że jest to kolejny element dziwnej układanki, w którą wplątała się jakiś czas temu.
- Chodźmy już – powiedziała szeptem starsza kobieta po czym skierowała się do swojego gabinetu. Przyłożyła rękę do czytnika i drzwi otwarły się. Dokładnie w tym samym momencie Mea poczuła w swoim umyśle obecność jakiejś obcej jej osoby, która zdawała się jej coś przekazywać.
- „Udawaj że nikogo nie znasz!” - rozbrzmiało stanowczym echem w jej myślach a drzwi otworzyły się całkowicie.
Kobiety weszły do pokoju. Przy oknie stało dwóch nordyków, kobieta i mężczyzna, których widziała pierwszy raz w życiu. Odwrócili się. Kiedy mężczyzna spojrzał na nią momentalnie uświadomiła sobie że to on przed kilkoma sekundami przekazał jej dziwną myśl. Na białej sofie z lewej strony siedział starszy facet ubrany w jakieś stare łachmany.
- Edmu... - wyszeptała zaskoczona choć już po chwili ugryzła się w język przypominając sobie specyficzną prośbę nordyka.
Spojrzała podejrzliwym i lekko niezrozumiałym wzrokiem w stronę obcej pary stojącej pod oknem. Kobieta odezwała się.
- Witaj Meo – a jej piękny głos rozlał się po pomieszczeniu niczym śpiew ptaków, mężczyzna nadal milczał.
- Witaj Pani – odpowiedziała dziewczyna kłaniając się aktorsko.
- „Zgódź się na to co powie” - znów poczuła w swojej głowie milczącego imperialnego stojącego obok i wiedziała że miał na myśli propozycję swojej towarzyszki.
Kobieta zwróciła się do dyrektorki.
- Zabierzemy twoją wychowankę do naszej placówki. Jeden z moich przełożonych braci zainteresował się jej spostrzeżeniami dotyczącymi leczenia pewnego zespołu alergicznego powstającego wskutek przyjmowania suplementów pomocniczych, które nazywacie GSO – po czym nie czekając na odpowiedź skierowała swoje słowa do Mei – Wybacz za brak uprzedzenia. Czy zgadzasz się wyruszyć teraz z nami?
Dziewczyna zastanawiała się chwilę nie mogą skupić się na rozmowie. Jej myśli zaprzątały różne teorie dotyczące tej niespodziewanej wizyty. Po chwili otrząsnęła się szybko.
- Tak. Tak, oczywiście.
- Doskonale – z uśmiechem odpowiedź zaaprobowała kobieta, która od razu skierowała się w stronę wyjścia a za nią ruszył nieznajomy. Kiedy była obok sofy przystanęła i znów zabrała głos.
- Spójrz kto z nami przybył – wskazała dłonią na siedzącego spokojnie Ediego.
Mea wiedząc że dyrektorka stoi za jej plecami wykrzywiła twarz w stronę nordyków jakby prosząc ich o pomoc w tym co ma powiedzieć. Bała się że plan, którego wcale nie znała, może nie wypalić. Do jej umysłu znów dotarły uczucia mężczyzny, który kazał jej powtarzać to co zrozumie.
- „Pan Beniamin, jak miło widzieć pana w tak dobrym stanie...”
- Pan Beniamin, jak dobrze widzieć pana w tak doskonałej formie! - i udając sztuczną radość ruszyła w stronę Edmunda z wyciągniętymi rękoma.
- „Czyżby to przez moje spostrzeżenia?”
- Czyżby to przez moje spostrzeżenia? - zapytała ponownie a jej twarzy skrzywiła się w wyrazie zażenowania tym tandetnim teatrzykiem.
Edmund pojękując ociężale poderwał się z sofy i odparł jakby zmęczonym głosem.
- Tak moje dziecko. Gdyby nie ty nadal musielibyśmy przeprowadzać jeszcze masę testów, a tak?! Czuję się wspaniale - i uściskał dziewczynę, a kiedy znajdował się wystarczająco blisko szepnął jej do ucha – Dziwię się że wcześniej nie zauważyłem jak interesująco wyglądasz w tym wdzianku Cielaku.
Mea odsunęła się spoglądają na niego skrzywionymi oczyma, które jakby zdawały się krzyczeć że jest mocno nienormalny. Nordycka kobieta dyskretnie pokręciła głową z niedowierzaniem spoglądając na Ediego, który najwyraźniej doskonale się bawił.
Dyrektorka wyraźnie zachwycona i dumna przykryła własny uśmiech dłońmi i patrzyła z podziwem na swoją podopieczną.
- Alicjo, pozwól że oddalimy się teraz – odezwała się znów kobieta – Dziewczyna zostanie odwiedziona do kolonii późnym popołudniem.
- Tak, oczywiście Pani – ukłoniła się starsza kobieta nadal spoglądając z zadowoleniem na Meę.

Wyszli na ulicę i skierowali się do samochodu stojącego zaraz obok wejścia. Edmund szybkim susem zajął miejsce przy drzwiach kierowcy, wyprzedzając swojego towarzysza.
- Prowadzę – szepnął uśmiechnięty.
Mea usiadła z tyłu razem z kobietą. Mężczyzna zajął miejsce obok Ediego. Silnik zapalił a samochód lekko uniósł się. Skierowali się do najbliższego wjazdu na drogę szybkiego ruchu, który zablokowany był szlabanem. Kiedy podjechali odpowiednio blisko przejście otworzyło się i zjechali pod ziemię. Sterowanie przejął komputer.
- I tyle jeśli chodzi o jazdę – mruknął niezadowolony staruszek.
- Załóż to na prawy nadgarstek – odezwał się w końcu tajemniczy mężczyzna podając dziewczynie dziwną srebrną bransoletę.
Bez pytana wsunęła dłoń w dziwny przedmiot i puściła go. Bransoleta zawisła samoczynnie jakby szukając odpowiedniej pozycji po czym wolno zmniejszała swój kształt aż dotknęła delikatnie skóry.
- Lepiej żeby nie zarejestrował cię żaden punkt kontrolny ani bramka – znów odezwał się imperialny.
Mea nie mogą dłużej wytrzymać w końcu zapytała.
- Mogę wiedzieć co jest grane? Dokąd jedziemy? Po mi to coś? - wskazała na bransoletę.
- Kiedy ją nosisz twój chip jest nieaktywny. Nikt nie będzie wiedział gdzie byłaś przez całe popołudnie – odpowiedział nordyk.
- Ale... - próbowała zadawać pytania gdy przerwał jej Edmund, który odwrócił się do tyłu.
- No Cielaczku, poznaj moich dobrych i oddanych kompanów. To jest Soe – wskazał na kobietę siedzącą obok niej – A to nieustraszony Antilus! - mężczyzna spojrzał na niego najwyraźniej zniesmaczony jego żartami – Wiesz, jest lekko uprzedzony. Ogólnie to nie lubi ludzi, no poza małymi wyjątkami, a tak to jest całkiem w porządku – po czym zaśmiał się i poklepał swojego towarzysza po ramieniu.
- Po co po mnie przyjechaliście? Dokąd jedziemy? - spytała nadal lekko zagubiona dziewczyna.
- Widzisz, Doctus uznał że powinienem Ci coś pokazać a oni mi w tym pomogą. Poza tym to moja stała obstawa. Nie chcą żebym coś nabroił – i znów zaczął się głośno śmiać choć bardziej przypominało to starcze parskanie.
Mea, choć sporo zmieniło się w jej podejściu do imperialnych, nadal dziwiła się zuchwałości staruszka i cierpliwości jego kompanów. Spojrzała na kobietę siedzącą obok i nagle poczuła że darzy ona Edmunda ogromną sympatią i przyjaźnią, podobnie jak Antilus siedzący obok niego. Uświadomiła sobie że tak naprawdę całą trójkę łączy bliskość i pewnego rodzaju braterstwo a nie stosunki na płaszczyźnie szkodnik – opiekun.
- „Tak, znamy się już bardzo długo w waszym rozumowaniu biegu czasu” - poczuła obecność Soe w swoich myślach, która jakby odpowiedziała wezwana jej rozważaniami.
Spojrzała jej w oczy w taki sam intymny sposób jak Doctus za pierwszy razem kiedy go spotkała. Ułamek sekundy, w którym dwa umysły zlewają się w jedno wymieniając między sobą wszystkie zgromadzone dane. Moment który wystarczy aby zaufać w pełni temu, kto zdecyduje się na taką wymianę.
Miała ogromną ochotę przytulić się do tej kobiety. Swoim wewnętrznym ciepłem przypominała brakującą w jej życiu matkę. Moment zadumy znów przerwał Edi.
- … i właśnie o to chodzi – wydawał się kończyć jakąś dłuższą wypowiedź.
- Ale co? - odpowiedziała mu jakby zdezorientowana Mea.
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! No nie, po co ja tyle gadałem?
- Ty zazwyczaj gadasz kiedy nie potrzeba – burknął w dość przejmujący sposób Antilus spoglądający przez okno pojazdu.
- Hola hola, bez docinek, umawialiśmy się – odpowiedział stanowczo staruszek grożąc mu palcem.
Mea zaczęła się śmiać wyraźnie rozbawiona tą sceną i specyficznym stosunkiem jaki prezentowali ci dwaj tak bardzo różni ale zarazem tak bardzo podobni faceci. Odezwała się pełna radości i rozluźnienia.
- No to gdzie w końcu jedziemy?
- Do Cytadeli Światła moja siostro – zamiast Ediego odpowiedziała jej Soe.
- Ale po co? I czemu w niedziele? Przecież nie wejdziemy tam teraz.
- Właśnie dlatego. Siódmy cykl w waszym zwyczaju jest dniem odpoczynku. Dziś będzie tam pusto i dlatego jedziemy tam właśnie teraz. O wejście się nie martw – powiedziała spokojnie i z uśmiechem patrząc przed siebie.
- No dobrze. Tylko nadal nie wiem po co... - powiedziała ściszonym głosem patrząc w podłogę jakby zawiedziona że nikt do tej pory nie wyjaśnił jej prosto i przejrzyście celu tej dziwnej wycieczki.
Nagle, mocnym i głosem odezwał się Antilus.
- Wszystko ma swoje drugie dno. Każda rasa ma swoje własne demony. Każda nacja popełnia błędy. Wszyscy wykorzystujemy swoją siłę i przewagę nad słabszymi dla własnych celów, podporządkowując ich własnej woli. Niczym bogowie w swoich nieosiągalnych wymiarach zsyłamy zbawienie i zniszczenie. Twórcy życia! Tak nazywają nas Ci którzy nas wielbią, ci którzy się nas boją...i ci którzy nas nienawidzą – po tych słowach zamilkł.
Mea zamarła niczym sparaliżowana. Uśmiech zniknął z twarzy każdego. Rozglądała się zdezorientowana słowami i emocjami jakimi Antilus wypełnił przestrzeń wokół nich. Miała wrażenie że ta wypowiedź była bardziej osobista niż mogło by się wydawać. W jakiś sposób czuła że nordyk resztkami sił panuje nad wrzątkiem jaki gotuje się w jego wnętrzu. Zamknęła oczy. Była tak blisko tego uczucia, tak blisko przyczyny. Chciała dowiedzieć się dlaczego jest tak bardzo zgorzkniały, tak bardzo przepełniony gniewem. Gdy jeszcze mocniej zgłębiła ich wspólną przestrzeń zdała sobie sprawę że to ona jest przyczyną jego kontroli, jego próby powstrzymywania własnych emocji.
To odkrycie rozkojarzyło ją. „Dlaczego?” pomyślała unosząc wzrok i spoglądając na tył jego głowy. „Dlaczego ja? Co ukrywasz?”. Jednak ta chwila rozproszenia wystarczyła aby wykryć jej przeszpiegi. Nordyk gwałtownie wyprostował się niczym kobieta, która uświadomiła sobie że jest podglądana. Nerwowo rozejrzał się dokoła. Mea wystraszyła się. Wystarczył ułamek sekundy, jedno mrugnięcie okiem dziewczyny, które pozwoliło mu na wykorzystanie czwartego wymiaru aby wyciągnąć się przez fotel do tyłu.
Mea ni stąd ni zowąd zobaczyła jego twarz kilkadziesiąt centymetrów przed sobą. Jego oczy zdawały się wiercić dziurę w jej głowie. Wzrok Antilusa przepełniony był gniewem i rozpaczą zarazem. Czas zwolnił. Miała wrażenie że ktoś wyjął ją z normalnej przestrzeni i umieścił w dziwnym pokoju oko w oko z tym tryskającym furią mężczyzną. Instynktownie podniosła się na siedzeniu jakby starając się odsunąć i uciec jednak nie było dokąd. Poczuła silny ból w swoich wnętrznościach, który zdawał się ją rozrywać. Miała ochotę krzyczeć jednak nie była w stanie otworzyć ust. Czuła że zaczyna mdleć.
- „Przestań!” - rozkazujące i donośne uczucia wypełniły jej umysł jednak wiedziała że nie były skierowane do niej. To Soe „krzyczała” w stronę swojego towarzysza starając się zmusić go do zaprzestania tych tortur. Poskutkowało.
Antilus błyskawicznie wrócił na swoje miejsce. Mea poczuła jakby ktoś zwolnił ją z morderczego uścisku. Kobieta błyskawicznie chwyciła ją w ramiona i mocno przytuliła kładąc rękę na jej głowie. Ten gest sprawił że dziewczyna poczuła wielką ulgę i spokój, który był tym czego najbardziej potrzebowała w tej chwili.
Mężczyzna patrząc się przed siebie odezwał się cicho.
- Każdy ma swoje demony i swoje winy. Tam dokąd jedziemy poznasz nasze...

Minęło kilka minut. Mea w połowie leżała oparta głową o ramię Soe, która wydawała jej się w tej chwili kimś w rodzaju opiekunki i stróża. Przy niej w jakiś nieokreślony sposób czuła się bezpiecznie, jakby tamta została stworzona do opieki nad porzuconymi i zmęczonymi duszami.
Patrzyła się w przeszklony sufit samochodu stukając palcem w udo za każdym razem gdy szybko i regularnie mijały reflektory oświetlające tunel. W pewnym momencie, przyzwyczajona do pewnego rytmu znów uderzyła palcem w nogę jednak nie spostrzegła światła. Zamiast tego sufit tunelu robił się coraz jaśniejszy. Nagle zamienił się w szybko przelatujące szczeliny, przez które dostrzegła obłoki płynące po niebie. Szczeliny robiły się coraz szersze aż w końcu zamieniły się w otwartą przestrzeń. Wyjechali z tunelu.
Podniosła się żeby zerknąć gdzie się znajdują. Droga jeszcze nie wyszła całkiem na powierzchnię lecz powoli unosiła się ku górze żeby dopiero po kilku sekundach zrównać się z poziomem gruntu i piąć się jeszcze wyżej. Spojrzała do tyłu. Trzynastka została gdzieś za nimi a jej kilka wieżowców wystawało daleko za lasem pod którym jechali.
Poza miastami trasy tranzytowe dla małego transportu osobistego pięły się wysoko ponad ziemią na filarach, dzięki czemu w o wiele mniejszym stopniu wpływały na naturalne ekosystemy ziemskie nie przecinając zwierzęcych terytoriów oraz pozwalając na naturalny i niezakłócony rozrost flory.
Jechali na zachód. Z lewej zielona równina pokryta lasami i polami tonęła gdzieś w oddali stykając się z horyzontem. Spojrzała na prawo, w stronę północy. Kilkaset metrów od drogi w dole, fale morskie obmywały delikatnie piaszczystą plażę. Mewy wzlatywały i opadały poddając się całkowicie sile wiatru i współdziałając z nim. Wydawało jej się że tworzą doskonałą jedność. Na łąkach przecinających co jakiś czas lasy, na wydmach oraz na plaży nie widziała żywej duszy. Było tu tak pusto i cicho. Samochód nie wydawał żadnego odgłosu. Czasem jedynie świst przecinanego przez mijający ich pojazd powietrza zakłócał ciszę.
Chciała otworzyć okno jednak przycisk nie reagował. Zorientowała się że jadą zbyt szybko i komputer zapewne zablokował możliwość otwierania szyb. Spojrzała przez ramię Antilusa na licznik prędkości. Wskazywał 513 km/h. Zrozumiała dlaczego niczego teraz nie otworzy.
Jechali już około 40 minut. Droga skręciła nieco ku południowemu-zachodowi a morze wolno oddaliło się w prawo choć nadal widziała je w miejscu gdzie łączyło się z niebem. Nikt nie odzywał się ani słowem. Soe miała zamknięte oczy, Edmund najwyraźniej spał a Antilus? Widziała jedynie jego plecy choć bała się nawet pomyśleć co robi w tym momencie. Wiedziała że nie zrobi jej krzywdy ale czuła jakiś nieuzasadniony lęk przed tym mężczyzną. Nie chodziło bynajmniej o to co wydarzyło się wcześniej. Gdzieś w swoim wnętrzu czuła że ten dziwny incydent ma związek z czymś innym, z czymś co jest blisko ale zarazem bardzo daleko. Przekonywała siebie że na pewno nie zachowywał się tak bez przyczyny.
Główne pasmo skręcało mocno na południe, jednak komputer zajął prawy pas, który oddzielał się od reszty drogi i prowadził nadal prosto. Jezdnia obniżyła się nieco jakby chowając między bardzo wysokimi drzewami. Długo jechali prosto po czym łuk wygiął się lekko w prawo. Oczom Mei ukazał się znany lecz mimo wszystko zapierający dech w piersiach widok. Jakieś 2 kilometry przed nimi, z gęstwiny nieprzeniknionych lasów wyrastała samotna góra, na której szczycie stała niesłychanie wysoka wieża. Budowla wykonana była z tego samego kamienia, z którego budowano audytoria miejskie. Posiadała trzy ściany i stałą szerokość a więc kształtem przypominała graniastosłup o podstawie trójkąta. Wieża sięgała prawie 600 metrów wysokości a sam szczyt wykonany był jakby z kryształu, wewnątrz którego iskrzyło się oślepiające światło.
Była to jedna z Cytadel Światła, które porastały całą planetę w różnych miejscach. Nikt z ludzi tak naprawdę do końca nie wiedział czemu służą te tajemnicze budowle, poza tym że spełniały rolę swego rodzaju muzeów, miejsc pamięci dawnych mrocznych czasów i symboliki wyrwania z tego mroku ludzkości.
Była tu już kilka razy w swoim życiu. Chyba każde dziecko uczęszczające do akademii było tu choć jeden raz w ramach różnych wycieczek i grupowych wypadów za miasto. Tym razem nie była to zwykła wycieczka. Wiedziała że jej towarzysze chcą pokazać jej coś specyficznego, coś wyjątkowego. No bo po co zwiedzać kolejny raz to samo i to w dzień w którym cytadela jest zamknięta dla zwiedzających?
Zbliżali się do góry w szybkim tempie. O ile wcześniej wydawała się duża, teraz przytłaczała swoim ogromem. Przejechali przez kamienną bramę i byli coraz bliżej wjazdu do wnętrza masywu. Ponad tunelem, na prawie pionowej ścianie znajdowała się ogromna rzeźba ukazująca ziemian - kobietę i mężczyznę trzymających się za ręce a ponad nimi nordycką postać ze skrzydłami, którymi opiekuńczo otaczała ludzi. Samochód zwolnił. Mea przyglądała się tej wyrytej w skale scenie początkowo przez przednią szybę, później powoli przez dach aż do momentu kiedy wjechali do wnętrza góry.
Antilus trącił Edmunda a ten zaszamotał się i rozglądnął zdezorientowany dokoła, próbując ustalić gdzie się znajdują. Chwycił kierownicę i przełączył na sterowanie ręczne. Po jakiś 200 metrach droga skończyła się i zamieniła w duży okrągły plac, będący jednocześnie parkingiem.
Podjechali do jednego z miejsc i zaparkowali, silnik wyłączył się a pojazd opadł powoli osiadając na ziemi. Wysiedli rozprostowując kości. Echo zamykanych drzwi niosło się po ogromnej pieczarze w jakiej się znajdowali. Nie było tu nikogo prócz nich.
Antilus bez słowa skierował się w stronę windy, która była jednocześnie wejściem do kompleksu. Soe ruszyła z nim a obok niej dreptał z rękoma w kieszeni Edmund. Mea ciągnęła się gdzieś z tyłu. Kiedy wszyscy znaleźli się w windzie, drzwi nadal pozostały otwarte. Gdyby był tu ktoś inny to na tym miejscu zakończyłby zwiedzanie cytadeli w ten dzień. Jednak Antilus zamknął oczy i nagle na panelu sterowania pojawiły się jakiś dziwne znaki i symbole. Drzwi zamknęły się a winda szybko ruszyła w górę wgniatając wnętrzności w stopy. Po kilku sekundach zatrzymali się, usłyszeli ciche piknięcie i drzwi znów rozsunęły się.
Weszli bezpośrednio do wielkiej i mrocznej sali. Echo sugerowało jej ogromne rozmiary jednak ciemność była tak nieprzenikniona że nie dało się dostrzec gdzie znajdują się ściany i sufit. Jedynie światło z windy oświetlało lekko podłogę lecz i ono po chwili znikło gdy drzwi zasunęły się ponowne. Gdzieś daleko z przodu widać było wyjście na zewnątrz, jednak w takim mroku zdawało się być jedynie gwiazdą na nocnym niebie.
Była to Sala Wspomnień. Tutaj każdy mógł cofnąć się do czasów, które odeszły na zawsze, aby doświadczyć tego jak ciężka była wtedy egzystencja. Jak wiele wysiłku wymagało życie codzienne i w jak nieprzeniknionym mroku znajdował się ziemski umysł.
Mea kucnęła zapominając o tym po co tu przyjechali. Widziała to tyle razy że nie sprawiało to na niej żadnego wrażenia. Patrzyła jedynie ukosem na Antilusa, który znów stał do niej plecami kilkanaście metrów od nich a robiła to tak dyskretnie jakby bała się że znów go sprowokuje. Czuła duży dyskomfort spowodowany jego obecnością, na niczym nie mogła się skupić.
Jej rozterki wyczuła Soe.
- „Co się dzieje moja siostro?” - odezwała się echem uczuć wewnątrz jej umysłu.
- „Twój partner...” - odpowiedziała Mea.
- „Nie musisz się go obawiać. Ostatnio trapi go wiele zmartwień i dlatego jest taki nieopanowany. Ale masz moje słowo że więcej nie powtórzy się to czego doświadczyłaś kiedy tu jechaliśmy.”
Mea podniosła głowę i spojrzała na nią. Tym razem odpowiedziała na głos.
- Dlaczego taki jest?
Soe kucnęła obok niej jednak nic nie powiedziała. Zamiast tego wtrącił się Edmund.
- Nie zawsze się tak zachowuje. Dziś jest wyjątkowo rozdrażniony, choć nie wiem czy można tak to nazwać – mówił szeptem – Szczerze mówiąc jest taki odkąd Doctus kazał mu iść z nami. Początkowo tylko my – wskazał głową na Soe – mieliśmy cię zabrać jednak w ostatniej chwili dołączył do nas Antilus.
- Wszystko o co prosi mój brat – a jej uczucia krążyły wokół Doctusa – ma swój cel i znaczenie. Właśnie dlatego mój, jak to nazywacie partner, musiał zobaczyć się z tobą moja droga. Musiał spojrzeć Ci w oczy.
Edi skrzywił twarz w geście niezrozumienia. Mea również była lekko zaskoczona.
- Spojrzeć w moje oczy? A co ja mam z nim wspólnego – zatrzymała się na chwilę by zaraz odezwać się znacznie ciszej, jakby szukając czegoś we własnej głowie – Choć...choć wtedy gdy sprawił mi ból, wtedy w samochodzie, miałam dziwne wrażenie że skądś znam jego wibracje, jego istotę. Wydawało mi się że po prostu go znam.
Soe nie odpowiedziała. Odwróciła głowę po czym wstała i odeszła kilka metrów od nich. Mea poczuła że błogość i wewnętrzny uśmiech opuściły kobietę. Nie dało się ukryć że nie chciała komentować tego co powiedziała dziewczyna.
- O co chodzi? Co się tutaj dzieje Edi? - spytała swojego przyjaciela.
- Nie mam pojęcia Cielaczku. Nie mam zielonego pojęcia – odpowiedział jej śledząc wzrokiem Soe i drapiąc się po głowie.
Nagle donośnie odezwał się Antilus, a brzmiał tak jakby jego głos miał rozsadzić skały na których stała cała budowla.
- Nie zwlekajmy z tym co według mojego brata jest konieczne. Zacznijmy wreszcie to po co tu przybyliśmy! – i uniósł dłonie a cała sala wypełniła się białym oślepiającym światłem. Wszystko znikło zamieniając się w pustą, jaśniejącą przestrzeń.
Nordyk uruchomił holoprzestrzeń. I choć wszyscy wiedzieli gdzie tak naprawdę się znajdują, to każdy ich zmysł doświadczał tego co w danym momencie prezentowała fabuła pokazu. Obraz, dźwięk, temperatura, dotyk. Wszystko docierało do mózgu niczym bodźce z prawdziwej rzeczywistości.
- Powiedz co wiesz o was? - odezwał się Antilus jednak tym razem nieco spokojniejszym i delikatniejszym głosem, zwracając się do Mei.
- O nas? - odparła niepewnie nie rozumiejąc pytania.
W jednej chwili odległość między nimi zmniejszyła się z wielką prędkością i nim się obejrzała stała już obok niego.
- Co wiesz o ziemskiej rasie? Skąd się wzięliście? - zapytał ponownie.
Dziewczyna pomyślała chwilę zastanawiając się nad odpowiedzią. Kiedy ułożyła sobie wszystko w głowie odezwała się cicho jakby odpowiadała przed szkolną tablicą.
- Jesteśmy jedną z wielu humanoidalnych ras z tej części galaktyki.
- Dalej...
- Zdaje się że w jakiś dziwny sposób ta forma cielesna jest najlepiej przystosowana do warunków ewolucyjnych i rozprzestrzeniła się po wielu systemach Ramienia Oriona, choć wiele odkryć udowodniło że mnóstwo gatunków wygląda do siebie podobnie, pomimo całkowitej separacji swoich ekosystemów. Przykładem są właśnie ludzie i wy – wskazała dłonią na swojego rozmówcę, po czym kontynuowała – W skrócie ewolucja doprowadziła do powstania naczelnych, które schodząc z drzew wyprostowały się i zaczęły tworzyć prymitywne struktury społeczne. W skrócie, w ten sposób ludzkość doszła do momentu w historii, który nazywany był wiekiem XX. W tym czasie wiele ras wymierało, powstały nowe aż wszystko osiągnęło bliski obecnemu stan.
- Co wydarzyło się w XX i XXI wieku?
- Prymitywne państwa i organizacje, dzięki wielkim ojcom zjednoczonej ziemi zaczęły łączyć się w różne unie i związki, które powoli znosiły granice – a kiedy wypowiedziała te słowa nagle przenieśli się na ulicę wielkiego miasta, po którym jeździło wiele pojazdów kołowych a ludzie przelewali się tysiącami przez chodniki. Rozejrzała się zdezorientowana i wystraszona tym ogromnym tłumem i hałasem panującym w tym dziwnym miejscu.
Kiedy znów udało jej się skupić, odezwała się ponownie.
- Planeta była przeludniona. Ludzie żyli ściśnięci w tych miejskich molochach, które swą populacją często przekraczały kilka milionów. Konsumpcja takiego tłumu niszczyła środowisko naturalne a zapotrzebowanie na ogromne ilości pożywienia doprowadziło do całkowitej degeneracji wartości odżywczych. Kiedy wreszcie udało się stworzyć stabilną sytuację na świecie, w której ludzie złączyli się pod sztandarami tylko trzech państw: Unii Amerykańskiej, Europejskiej i Azjatyckiej, okazało się że było za późno. Szkody wyrządzone w genotypie przez kilka dekad spożywania wadliwego pożywienia oraz chemiczne próby zapobiegania takiej degradacji doprowadziły do sytuacji w której ludzie umierali na wiele chorób.
Obraz przeniósł się do jakiegoś biednego kraju. Na ulicy obok nóg Mei jakiś chłopiec umierał w męczarniach. Ktoś podbiegł do kobiety idącej drugą stroną ulicy i brutalnie ją uderzył wyrywając jej torbę i uciekając.
Mea patrząc na to kątem oka mówiła dalej.
- Na Ziemi panował coraz większy chaos. Ludzie byli niezadowoleni. Zachowywali się jak zwierzęta. Dochodziło do wielu wojen. I wtedy stało się coś najgorszego.
- Co takiego? - spytał Antilus doskonale znając odpowiedź.
- Ziemia padła ofiarą inwazji Drapieżnika. Gatunku żyjącego w inne fazie, który żywił się energią produkowaną przez ludzkie organizmy. Te potocznie nazywane Jaszczurami istoty od dawna przygotowywały się do tego aby przejąć władzę nad ludzkością i zrobić z niej niewolników. Przebywali tu od kilkuset tysięcy lat manipulując naszymi poczynaniami i będąc główną przyczyną zacofania rodzaju ludzkiego. Choć nam taki czas wydaje się duży, dla ich długowieczności była to ledwie chwila. Jednak takie pasożytowanie nie wystarczało aby zaspokoić ich głód. Postanowili całkowicie i jawnie zniewolić ludzkość.
- A jak chcieli tego dokonać?
- Siłą – obraz znów się zmienił. Mea stała teraz wraz z Antilusem przy naziemnej baterii przeciwlotniczej, która wypluwała z siebie salwy rakiet w czerwone niebo przepełnione różnymi dziwnym pojazdami latającymi i myśliwcami odrzutowymi. Posterunek znajdował się w ruinach jakiegoś dużego miasta.
W pewnym momencie Mea zobaczyła coś innego, co mocno ją przejęło. Obraz przeniósł się do jakiejś małej wsi. Dwóch żołnierzy wyciągało za nogi bezbronną kobietę na ulicę. Miała na sobie jedynie potarganą sukienkę zasłaniającą połowę ciała. Jej bezbronne ciało było brutalnie targane przez ostry asfalt i kamienie. Wierzgała nogami i krzyczała prosząc aby ją zostawili. Domy dokoła były zniszczone a tu i tam leżały jakieś trupy. Kiedy znaleźli się na środku zniszczonej jezdni jeden z żołnierzy podniósł kobietę a drugi z całej siły uderzył w jej brzuch. Podkurczyła nogi. Cios był tak mocny że i tak już pozbawiona sił runęła na kolana pochylając się. Mężczyzna stojący za nią przeszedł do przodu, załadował broń, coś krzyknął i wycelował. Kiedy skulona z bólu kobieta podniosła twarz padł strzał. Ciało bezwładnie odskoczyło do tyłu wyginając się nienaturalnie.
Mea zakryła usta i przerażona cofnęła się o krok. Jej oczy wypełniły się łzami. Całkowicie zapomniała że ogląda jedynie hologram. Doznania były tak realne jakby była światkiem prawdziwych wydarzeń.
Antilus odezwał się znów.
- A co stało się z ludźmi kiedy Drapieżca rozpoczął jawną inwazję na wasz świat?
Mea nie mogła wykrztusić z siebie ani jednego słowa poruszona obrazem jaki przed chwilą zobaczyła. Miała wrażenie że nie może przełknąć śliny przez zwężone gardło.
- Mea! - krzyknął nordyk.
Dziewczyna spojrzała na niego i przecierając oczy odezwała się w końcu.
- Niektórzy ludzie, niektóre miasta i nacje, zwłaszcza te biedne, skuszone propozycją darowania życia przystały do Drapieżcy, który kazał im mordować swoich wrogów. Wszystkich bez wyjątku. I kiedy ludzie byli już całkowicie pozbawieni nadziej pojawiła się Wspólnota i wasze wojsko. Zaproponowaliście pomoc stwierdzając że ścigacie ten agresywny gatunek, który zgładził już niejedną cywilizację. Przepędziliście agresora prawie całkowicie go niszcząc a Ziemi zaproponowaliście przyłączenie się do wielkiej Wspólnoty. Pokazaliście nam że nie jesteśmy w kosmosie sami. Mieliście tylko jeden warunek – scalenie trzech rządów w globalną strukturę władzy, która będzie mogła reprezentować planetę w sprawach między systemowych. Tak też się stało.
Obraz dla kontrastu zamienił się w wizję jednego z aktualnych miast, gdzie ludzie swobodnie poruszają się pośród drzew i zieleni uśmiechając się do siebie.
Z jednego z budynków wyszedł Edmund i Soe po czym skręcili w ich kierunku. Kiedy cała czwórka była w komplecie pierwszy odezwał się Edi.
- No, widzę cielaku że lekcje historii odrobiłaś prawie idealnie. To co przed chwilą mówiłaś i to co widziałaś podczas pokazu to typowy program, przekazywany ludziom przez Wspólnotę od wielu lat. Jednak prawda jest zgoła odmienna.
- Przejdziemy się? - z uśmiechem wtrąciła Soe.
Obraz rozproszył się. Znów byli w mrocznej sali. Antilus odwrócił się i bez słowa skierował w stronę odległego wyjścia na zewnątrz. Reszta ruszyła za nim. Kiedy dotarli do brzegu sali przeszli przez zwykłą kamienną bramę, pozbawioną drzwi. Wyszli na wielki taras z którego rozciągał się widok na otaczające lasy a gdzieś w oddali morze zlewało się z niebem. Podeszli do barierki. Za ich plecami idealnie pionowa ściana wieży pięła się majestatycznie w górę.
W końcu odezwała się Mea.
- W zapiskach, które od ciebie otrzymałam była wzmianka o elitach i o ich współpracy z imperium. Jak to możliwe skoro Wspólnota pojawiła się dopiero wiele lat później?
- Nie wiem jak zacząć – główkując odpowiedział Edmund.
Antilus w ułamku sekundy odwrócił się w ich stronę.
- Najlepiej najprościej i najszybciej! - wypowiedział stanowczo.
I dokładnie w tej chwili w umyśle Mei rozbłysły tysiące obrazów i informacji, początkowo dla niej niezrozumiałych. Chwyciła się za głowę jakby bojąc się że zaraz pęknie. „I stworzyliśmy was na obraz i podobieństwo swoje” słowa dudniły rytmicznie w jej umyśle niczym bęben. Zobaczyła dziewiczą ziemię pokrytą dżunglami i prymitywne ludy żyjące w pół na drzewach w pół na lądzie. Obraz przewinął się do momentu w którym poczuła znajomą, nordycką wibrację. Dziwne było jednak to że jej świadomość zawiesiła się w czasach prehistorycznych i to właśnie w nich odczuwała obecność tej wibracji.
Otworzyła szeroko oczy.
- Matko! - wykrzyknęła mimowolnie kiedy ujrzała znajome jej imperialne sylwetki przeprowadzające badania na małpoludach.
„Przyśpieszyliśmy was oddając wam cząstkę siebie” słowa znów dudniły w jej umyśle. Widziała jakby przyspieszony film, na którym prymitywne człekokształtne istoty zamieniały się w twór przypominający człowieka współczesnego, choć o nieco ciemniejszej karnacji i innym kształcie głowy oraz ciała.
„I wtedy poznaliście swoich braci”. Mea zamarła. Zobaczyła kobietę noszącą na głowiek taki sam diadem jak Królowa, zapewne gubernatorkę planety w tamtych czasach, która w jakiś niezrozumiały dla dziewczyny sposób pertraktowała z...Gadami.
- Co to jest do cholery? O co tutaj chodzi?! - krzyknęła mocno zdenerwowana dziewczyna odsuwają się na kilka kroków. Antilus uśmiechnął się czując narastający w Mei gniew oraz kumulującą się energię. Miał wrażenie jakby dawno temu już czuł tą energię...
- Odpowie mi ktoś czy nie?! - ponownie krzyknęła dziewczyna.
- Gatunki hermetyczne - w końcu odpowiedział nordyk spoglądając jej w oczy a po chwili ciągnął dalej - Jesteście gatunkami – zawahał się jednak jakby ukrywając szybko myśli, po czym poprawił się – Jesteście gatunkiem hermetycznym powstałym w wyniku skrzyżowania genów naturalnie rozwijających się małpoludów oraz nas.
- Że co?! - z niedowierzaniem odparła Mea – To znaczy że jesteście tutaj od początku naszego istnienia? Ze stworzyliście nas dla zabawy? I co mają z tym wspólnego gady?
- Początkowo jedynie przyspieszyliśmy naturalny rozwój humanoidów na tej planecie. A co ma to wspólnego z jak ich nazywacie gadami? Przyspieszyliśmy ten rozwój abyście spełniali warunki potrzebne do zaspokojenia ich potrzeb.
- Ich potrzeb?!
- Jak wiesz żyją poza zakresem naszych zmysłów a ich ciała są zbudowaniu z fal o innej częstotliwości niż nasze czy wasze. Tak się składa że naturalnie rozwijali się obok podobnego wam gatunku, przysposabiając sobie zdolność konsumpcji energii wytwarzanej przez konkretne wyładowania emocjonalne. Jako małpoludy nie wykazywaliście zbytniej różnorodności emocjonalnej a co za tym idzie nie nadawaliście się na pokarm dla gadów.
Mea kręciła głową z niedowierzaniem a Antilus kontynuował.
- Kiedy zespół badawczy doprowadził was do odpowiedniego stanu, gady zgodziły się przyjąć oferowane im warunki i zostaliście że tak powiem sprzedani jako pokarm w zamian za co Reptilianie dostarczali nam wydobywanych z Ziemi surowców, których jak wiesz potrzebujemy do produkcji wyselekcjonowanych składników suplementów odżywiania współpracujących z naszym DNA.
- Ale tamci ludzie nie wyglądają jak my – odpowiedziała już spokojniej dziewczyna.
- Nie, ponieważ to jeden z pierwszych prototypów. Gady rozpoczęły własne modyfikacje co wykraczało poza ramy umowy jaką zawarliśmy między sobą. Zaangażowali się również w pewien program, który bardzo nie spodobał się Wspólnocie. Byliśmy zmuszeni ukrócić ich zachcianki i lekko mówiąc przytarliśmy im nosa. Gady wykorzystały ludzi, którzy wyznawali ich jako bogów, do swojej wojennej krucjaty. Potrzebowaliśmy gatunku bardziej wszechstronnego o większych zdolnościach taktycznych i adaptacyjnych. Wtedy dowódca misji naukowej, znany wam jako Królowa, rozpoczął badania, których wynikiem był wasz obecny gatunek. Przeciągnęła na swoją stronę kilka frakcji gadów, obiecując im władzę nad nowym modelem wprowadzonym na planetę. Stary zaś został wyparty i usunięty.
Dziewczyna nie mogła uwierzyć temu co usłyszała.
- A wasze oficjalne przybycie? - spytała jakby resztką sił.
- Nasze przybycie było mistyfikacją. Zadbaliśmy o to aby przedstawić gadzi gatunek w wystarczająco negatywnym świetle odpowiedniej grupie osób a następnie sfingowaliśmy ich inwazję. Sami oddaliście władzę w nasze ręce czyniąc nas swoimi wybawcami. Dzięki temu zaskarbiliśmy sobie ogromny psychologiczny kredyt zaufania, który umożliwia nam spełnianie dalszych punktów planu.
- Nie wierzę! Edmund czy to prawda? - spojrzała błagalnie na staruszka, który jedynie przytaknął głową – A gady? Skąd się wzięli? Czemu tak długo tu byli a potem nagle ich przepędziliście? O jakim planie mówisz?
Antilus bardzo chciał odpowiedzieć na to pytanie jednak zdawał sobie sprawę że dziś i tak wystarczająco wiele powiedział. Odwrócił się plecami i odszedł kilka kroków.
Soe odezwała się delikatnie podchodząc do Mei.
- Myślę że na dziś wystarczy moja droga. I na te informacje przyjdzie czas ale na pewno nie teraz.
- Nie teraz?! - krzyknęła zdenerwowana dziewczyna – Najpierw zabieracie mnie tutaj żeby pokazać i powiedzieć to wszystko a potem mówisz mi że nie teraz?!
- Rozumiem twój gniew i zdenerwowanie ale te informacje naprawdę muszą poczekać. Niebawem wszystko się wyjaśni – mówiła starając się ją jednocześnie uspokoić.
- Wyjaśni? Teraz chce wyjaśnień! Słyszysz Antilusie?!- odwróciła się w jego stronę - Wiem że coś wiesz i ukrywasz to. Chowasz to głęboko niczym tchórz a takie z was wspaniałe istoty! Jesteście robakami jak wszyscy. Zakłamanymi śmieciami tarzającymi się we wszechświecie, w tym samym błocie co wszyscy!
Mężczyzna nic nie odpowiedział ani nie zareagował w żaden sposób. Mea wykrzykując w gniewie różne wyzwiska powoli, krok po kroku zmierzała w jego stronę. Soe widząc że gniew młodej dziewczyny może sprowokować jej i tak już stojącego na granicy partnera postanowiła działać. Nie mogła pozwolić aby pewne fakty za wcześnie ujrzały światło dzienne. Nie tu i nie w takich okolicznościach. Nikt z nich nie był na to gotowy.
Błyskawicznie zjawiła się obok Mei i położyła rękę na jej głowie.
- Myślicie że to w porządku?! Tylko na tyle was... - nagle oczy dziewczyny wywróciły się do góry a ona upadła bezwładnie w ramiona Soe tracąc przytomność. Ta zaś szeptała jej kojące słowa do ucha.
- Na dziś naprawdę wystarczy, odpocznij. Odpłyń tam dokąd zechcesz aby znaleźć ukojenie.
Edmund przyglądał się całej scenie z politowaniem i smutkiem. Wiedział że reakcja może być mocna ale nie zdawał sobie sprawy że aż tak, choć jednocześnie spostrzegł że jest coś o czym nie wie. Domyślał się że istnieje szczegół o którym Doctus mu nie powiedział. W tym momencie jednak nie chciał o nim myśleć. Odwrócił się i oparł o barierkę spoglądając na błękitne niebo i kilka obłoków wolno przemierzających pustą przestrzeń.

***

Biegła ile sił przeskakując ponad przeszkodami miejskiej dżungli. Ludzie przyglądali się jej z wielkim zainteresowaniem jednak ona ich nie widziała. Liczył się tylko cel a cała reszta nie istniała. Do akademii jeszcze kilka minut a wiedziała że nie może się spóźnić. Stawka jest zbyt wielka. Musi być na czas.

Mea siedziała w ławce dłubiąc spinką do włosów we własnych paznokciach. Nie potrafiła słuchać żadnego wykładu. Od kiedy wczoraj zobaczyła i usłyszała to co miał jej do przekazania Antilus, nie umiała się odnaleźć w otaczającym ją świecie. O ile wcześnie były chwile gdzie przepełniała ją radość, o tyle teraz nie chciała cieszyć się nawet echem krzyku mew niosącym się między miejskimi budynkami.
Wszystko co ją otaczało wydawało się być sztuczne i nieprawdziwe. Kolonia, akademia, ta ławka i ten kombinezon. Nawet słowa wykładu z nawigacji układowej były dla niej jedynie pustymi kłamstwami. Miała ochotę uciec i schować się pod ziemię. Pomyślała nawet że wolałaby żyć kilkaset lat temu. I pomimo że ludzie nie posiadali tej wiedzy, którą posiadają to przynajmniej żyli w prawdziwym świecie a nie w przestrzeni idei i założeń, których nawet nikt nie chce kwestionować, zachłystując się błogostanem jaki ofiarowała Ziemi Wspólnota. Z drugiej jednak strony propaganda jest tak silna że nikt by w to nie uwierzył. Ona uwierzyła tylko dlatego że ktoś wsadził jej tą prawdę bezpośrednio do mózgu.
Bezsilność była obezwładniająca. Z taką potęgą jaką jest imperium nie da się nic zrobić a ich największą bronią jest spokojna i opanowana dwulicowość. W tym momencie nie dostrzegała plusów bycia we Wspólnocie. Nie liczyła się technologia. Nie liczył się komfort i zdrowie. Nie liczyło się piękno i spokój. Teraz dla Mei istniały jedynie kłamstwa, matactwa i niezrozumiałe cele.
I gdy tak siedziała i debatowała sama ze sobą, dłubiąc spinką w swoim stoliku jakby sprawdzając czy jest prawdziwy, poczuła coś dziwnego. Coś jakby wołanie...
Podniosła głowę i rozejrzała się dokoła. Wszyscy w skupieniu spoglądali na holotablicę wyświetlającą jakieś mapy nawigacyjne. Ciszę przerywał jedynie głos nauczyciela tłumaczącego mechanicznie, hipnotycznym głosem jakieś regułki. Wróciła do dłubania przekonana że tylko jej się wydawało.
Jednak nie minęła chwila gdy znów usłyszała jakby szept wewnątrz swojej głowy. Zamknęła oczy i oczyściła umysł nasłuchując czy ktoś znów się odezwie.
- „Mea...” - myśli ułożyły się w odpowiednik jej imienia.
Otworzyła nagle oczy. Czuła że połączyła się z kimś całkiem jej obcym. Niby odbywało się to tak samo jak z nordykami, za pomocą empatycznego chłonięcia uczuć, jednak tym razem wiedziała że jest to ktoś, kto formułuje myśli nieco inaczej, w trochę odmienny sposób. Cały czas coś odbierała jednak nie potrafiła rozszyfrować niektórych uczuć, których w ogóle nie znała. Musiał to być ktoś, kogo umysł pracuje inaczej niż umysły nordyków.
Jeszcze bardziej oczyściła myśli próbując wyłapać poszczególne esencje przekazu. Czuła że jest już coraz bliżej. Powoli zaczynała rozumieć i nagle w jej głowie jak wybuch supernowej rozbłysło:
- „Mea! Szybko! Wyjdź z sali, czekam na zewnątrz! Szybko!” - a uczucia przesączone były mocnym zniecierpliwieniem, zdenerwowaniem i zaniepokojeniem.
Dziewczyna nie zastanawiając się zbyt długo poderwała się z miejsca i uniosła rękę.
- Słucham? - odezwał się nauczyciel przerywając swój wykład.
- Siku – odpowiedziała zgorączkowana dziewczyna.
- No proszę – wykładowca wskazał jej drzwi.
Wybiegła szybko przed salę rozglądają się we wszystkie strony.
Zza filaru naprzeciwko wyłoniła się dziwna postać. Ktoś kogo nie spodziewała się zobaczyć – Gomorianka. Cofnęła się o krok lekko wystraszona i zarazem zaciekawiona. Spoglądała na nią w osłupieniu, pierwszy raz w życiu widząc przedstawicielkę tej rasy, którą do tej pory znała jedynie z podręczników.
Była to kobieta o wzroście podobnym do ludzkiego, może nieco ponad 1,8 metra. Sylwetka również mocno przypominała ludzką z tą różnicą że cała skóra wyróżniała się ciemno fioletowym kolorem. Była szczupła i dobrze zbudowana, choć prawie cała naga. Mea wiedziała że Gomorianie nie noszą ubrań, lecz ta najwyraźniej była wyjątkiem. Jej piersi osłonięte były krótką bluzeczką a biodra i pośladki szortami, wykonanymi z tego samego lub podobnego co jej uniform materiału. Ponieważ były w kolorze białym dość zabawnie kontrastowały z jej ciemnym kolorem skóry. Dłonie ukryte były w rękawicach, które były zapewne jakimś urządzeniem czy bronią. Stopy miała bose.
Twarz również przypominała ludzką bardziej niż twarz nordycka, za wyjątkiem oczu, które u gomorian były szerzej rozwarte i całe czarne, jakby pozbawione widocznych białek. Nos był typowo ludzki choć może nieco mniejszy a wargi pełne, w kolorze jeszcze ciemniejszego fioletu. Spod długich i o wiele grubszych niż w przypadku ludzi czarnych włosów wystawały dziwne uszy, o wiele większe od tych jakie posiadał człowiek, charakteryzujące się szpicem odstającym mocno do tyłu, na którym Mea dostrzegła bardzo dużo okrągłych kolczyków, wykonanych z jakiegoś czarnego materiału. Czoło zasłonięte było opaską z dziwnymi symbolami podtrzymującą włosy natomiast na całej twarzy dało się zauważyć coś co przypominało tatuaż, choć nie umiała określić czy to naturalna cecha czy też sztuczna dekoracja.
- To ty mnie zawołałaś? – spytała skrępowana Mea kompletnie nie zwracając uwagi na zdenerwowanie kobiety i przyglądając się jej z zafascynowaniem.
Gomorianka rozglądała się nerwowo bojąc się że ktoś ją zobaczy i odezwała się cichym, jakby pozbawionym mocnego wydźwięku głosem przypominającym szept.
- Musimy się śpieszyć, nie mamy czasu! – po czym zaczęła szybko iść w stronę schodów.
- Ale chwilkę! Zaczekaj, kim ty w ogóle jesteś? - Mea stanęła rozkładając ręce i w końcu zwróciła uwagę na bieżącą sytuację a nie egzotyczny wygląd enigmatycznej nieznajomej.
Kobieta szybko podbiegła do dziewczyny łapiąc ją za rękę i ciągnąć za sobą.
- „Zrozum powagę sytuacji! Musimy stąd uciekać i to szybko.”
Mea dopiero teraz, czując ogromne wewnętrzne napięcie gomorianki pojęła że nie jest to najlepszy moment na pogaduszki i zapoznanie się. Pokiwała głową na znak że zrozumiała.
- Za mną i nie zatrzymuj się! - powiedziała kobieta po czym bardzo szybko ruszyła w stronę klatki schodowej. Dziewczyna bez słowa pobiegła za nią również rozglądając się nerwowo dokoła choć tak naprawdę nadal nie wiedziała co im zagraża.
Nagle potężny huk wstrząsnął powietrzem a ziemia zatrzęsła się.
- Co to było do jasnej cholery! - krzyknęła Mea.
- Nie zatrzymuj się!
Dopiero teraz zaczęła się naprawdę bać. Biegła tak szybko jak tylko potrafiła zerkając jednocześnie przez okno. Północne skrzydło akademii stało w płomieniach. Włączyły się syreny alarmowe. Byli już prawie przy wejściu na klatkę kiedy kilka kolejnych eksplozji wstrząsnęło budynkiem. Były na tyle silne że przewróciły się upadając na podłogę. Z dziedzińca dochodziły odgłosy strzałów.
- Co się dzieje?! - krzyczała wystraszona dziewczyna.
Miała właśnie wstawać kiedy poczuła bardzo silny wybuch, tym razem zdecydowanie bliżej. Cały budynek zadrżał. Tym razem nie zdążyła się podnieść. Tynk posypał się z sufitu.
- Kryj się!
Usłyszała jedynie krzyk kobiety, która jednym susem wskoczyła na schody. Mea podniosła się i miała zrobić to samo kiedy świat za oknem w błyskawicznym tempie odleciał w górę. W ułamku sekundy, słysząc krzyki ludzi w salach wykładowych uświadomiła sobie że to nie świat odlatuje tylko ona spada.
W ogłuszającym huku łamanej i kruszącej się konstrukcji cały budynek zawalił się.
Poczuła że traci grunt pod stopami.
Dalej była już tylko ciemność...

*

Grzegorz thelinked

Odp: Drugie Dno
« Odpowiedź #4 dnia: Styczeń 31, 2021, 12:36:30 »
Drugie Dno cz. 5
"Nawet w obliczu śmierci przyjemna jest świadomość posiadania przyjaciela."

Spokojnie i z opanowaniem oglądała każdy centymetr swojego ciała, sprawdzając czy wszystko jest w porządku. Obolałe i sztywne mięśnie były mocno znieczulone przez co nie było możliwości wyczucia każdej rany czy zadrapania, czego gomorianka była doskonale świadoma.
Kiedy ku swojemu zaskoczeniu stwierdziła że wszystko jest w porządku poza kilkoma siniakami przeszła do sprawdzania ekwipunku. Każdą czynność wykonywała instynktownie, z niesłychanie wyuczoną precyzją i automatyką. Ręce oraz myśli a raczej komendy kierowane do poszczególnych elementów wyposażenia działały niczym zaprogramowane polecenia w jakiejś odległej i nie odwiedzanej przez ludzi fabryce. Jej nieprzeniknione czarne oczy zawiesiły się nieświadomie w bliżej nieokreślonym punkcie. Gdyby ktoś zobaczył ja w tym momencie mógłby odnieść wrażenie że jest to doskonale zaprogramowany robot pozbawiony wszelkich myśli co, zważając na sytuację w jakiej się znajdowała, było nie lada wyczynem.
Kucała w jakiejś ciemnej dziurze na czymś co kilkadziesiąt minut wcześniej było zapewne schodami. Zewsząd wystawała pogięta stal, zbrojenie oraz pokruszone kawałki gruzu. Jakiś metr nad nią zawisł element prefabrykowanych schodów, które prowadziły wcześniej do wyższej kondygnacji. Dzięki temu powstał prowizoryczny strop, któremu zawdzięczała życie.
Wszystko zdawało się być w porządku. Sprzęt, ważniejszy od jej ciała był w nienaruszonym stanie. Przechyliła się lekko do przodu opadając na dłonie. Mrugnęła kilkukrotnie oczami po czym jakby wróciła do normalnego stanu świadomości. Mimo że już chwilę temu uspokoiła swoje wyrzuty, zdawały się ciągle wracać. Wiedziała że powinna była iść z tyłu. Wiedziała że podczas eskortowania podopiecznego nie można spuścić go z oczu nawet na ułamek sekundy. Zastanawiała się czy gdyby dziewczyna była z przodu to udało by się ją uratować, wepchnąć na schody. A tak?
Kilkukrotnie próbowała nawiązać z nią kontakt starając się przelać swoje uczucia jednak wiedziała że młoda ziemianka dopiero niedawno poznała tą formę komunikacji i nawet jeśli żyje, będzie zbyt rozkojarzona aby „usłyszeć” cokolwiek.
Pozostało jedynie czekanie. Sprawdziła wszystkie zakamarki i szczeliny do których mogła się dostać jednak nie znalazła nikogo. Wytężała słuch starając się wyłapać choćby najmniejszy szept czy szmer poruszającego się ciała – wszystko na nic. Tylko strzały i odgłosy walki, które powoli cichły z każdą minutą.
Gdy tak zbierała myśli w skupieniu wszystko gwałtownie zadrżało. Potężna eksplozja wstrząsnęła gruzami. Gomorianka odruchowo wskoczyła do szczeliny, która według jej oceny była najmocniejszym schronieniem. Usłyszała jakieś upadające stalowe elementy gdy nagle coś dużego, prawdopodobnie jakiś statek, z impetem wbił się w gruzy pod którymi się znajdowała. Ogłuszający huk sprawił że zatkała uszy, wszystko wypełniło się pyłem. Po kilku chwilach wszystko znów ucichło.
Otworzyła oczy i wychyliła głowę. Nie widziała absolutnie nic. Co chwila jakieś kamienie obsuwały się sukcesywnie zmniejszając powierzchnię jej schronienia. Co gorsza poczuła że gwałtownie podnosi się temperatura powietrza, które gorącymi falami przemykało między szczątkami – wiedziała że kilka czy kilkanaście metrów nad nią szaleje pożar. Czuła coraz większą bezsilność i dezorientację, traciła motywację i opanowanie, choć nadal pełna zimnej krwi czekała cierpliwie na rozwój sytuacji.
Zamknęła oczy, które w tej sytuacji nie były do niczego potrzebne. Całą świadomość przeniosła na słuch oraz umysł. W gigantycznym skupieniu oczekiwała jakiegoś sygnału, czegoś co da nadzieję że jej zadanie jeszcze się nie skończyło.
Nagle kilka metrów przed nią, gdzieś w głębi ruin, coś zaczęło się gwałtownie obsuwać. Dźwięk stali igrającej z betonem i kamieniem wypełnił powietrze by po chwili ustąpić miejsca ciszy. Szmer sypiącego się pyłu i drobnych kamyczków był teraz wyraźny jak nigdy dotąd. Czuła go w sobie. Miała wrażenie że jej świadomość składa się tylko z bodźców docierających z zewnątrz. I kiedy tak trwała w nasłuchiwaniu uświadomiła sobie że przed momentem usłyszała coś co brzmiało zupełnie inaczej niż wszystko dokoła. Wstrzymała oddech i na czworaka przeszła kilka kroków w przód, nadal mając zamknięte oczy. Znów coś usłyszała.
Jednym ruchem podniosła głowę, otworzyła oczy i zwinnie niczym dziki kot skoczyła w szczelinę przed sobą, po czym znów zatrzymała się kucając i nasłuchiwała. Po chwili była już pewna.
- „Ratunku! Pomocy!” - nikłe wołanie docierało dokładnie z przodu. Krew znów zagotowała się w żyłach a całe ciało nabrało niesłychanej energii. Nie wszystko było stracone.
Jedynym przejściem do przodu była mała szpara utworzona przez jakąś belkę podtrzymującą napierające z góry zawalisko. Nie tracąc czasu położyła się na plecach aby przeczołgać się pod nią. Choć musiała się mocno nagimnastykować w końcu przeszła na drugą stronę. Nie było tu miejsca aby się podnieść.
Nagle znów usłyszała wołanie, tym razem bardzo głośno i wyraźnie.
- „Tutaj jestem! Pomocy!” - teraz już wiedziała. To była Mea. Spontaniczny uśmiech rozświetlił jej twarz a radość była tym, czego nie spodziewała się jeszcze kilka minut temu. Euforię jednak szybko rozwiał kolejny krzyk, który tym razem nie był żadnym słowem. Tym razem był to krzyk bólu i rozpaczy.
Wiedziała że ma mało czasu. Z tego co ustaliła wynikało że dziewczyna jest gdzieś wyżej a najprawdopodobniej leży na kawałku podłogi nad jej głową. Betonowy fragment podtrzymywany był przez kolejną dużą belkę stanowiącą przeszkodę do jego osunięcia jeszcze niżej. Gdyby udało się ją usunąć zawalisko opadłoby w dół a wraz z nim Mea.
Choć zdawała sobie sprawę że to niebezpieczne nie miała w tej sytuacji żadnej innej alternatywy. Rozejrzała się dokoła szukając czegoś pozwalającego jej stworzyć prowizoryczną dźwignię, dzięki której przesunęła by belkę o kilka centymetrów. Przypomniała sobie że widziała jakiś pręt w pomieszczeniu w którym była wcześniej. Szybko przeczołgała się z powrotem i już miała wracać kiedy zauważyła czerwoną łunę rozświetlającą wszystko. Spojrzała do góry. Spomiędzy różnych elementów zawaliska docierało do niej coraz cieplejsze powietrze oraz czerwonawa poświata. Doskonale wiedziała że nie mają zbyt wiele czasu zwłaszcza że co jakiś czas przeciąg obierał drogę ku dołowi niosąc ze sobą trujący dym i opary.
Szybko wczołgała się do szczeliny. Kiedy udało jej się znaleźć dobrą pozycję, zatknęła pręt w jakiejś dziurze i między nim a belką umieściła kawałek kamienia. Zaczęła ciągnąć ze wszystkich sił a jej twarz wykrzywiła się w grymasie wysiłku, jednak belka nawet nie drgnęła. Nabrała powietrza i znów wytężyła mięśnie, tym razem zapierając się mocno nogami. Zdawała sobie sprawę że tylko łud szczęścia pozwoli jej przesunąć coś na co napiera kilkaset kilogramów ciężaru, jednak mimo wszystko nie poddawała się.
Odpuściła chcąc chwilę odpocząć gdyby nie to że usłyszała kaszel, który powtórzył się kilkukrotnie a później znów jęk bólu. Nerwowo chwyciła pręt i miała właśnie ciągnąć gdy nagle puściła go i sięgnęła szybko ręką za plecy jakby czegoś szukając. Po kilku sekundach wiercenia i kręcenia się wyciągnęła maleńki przedmiot przypominający opaskę czy bransoletę wykonaną z jakiegoś czarnego tworzywa. Spojrzała na nią jakby zastanawiając się co ma zamiar zrobić. Wiedziała że nie ma wyjścia i za chwilę nie będzie kogo ratować.
Spojrzała na pręt i znów na bransoletę. Zamknęła oczy, wzięła kilka głębokich wdechów i wsunęła prawą dłoń w owalny przedmiot, który gwałtownie wysunął z siebie masę maleńkich igieł po czym zmniejszył rozmiar dopasowując się do ręki. Igły wbiły się w skórę. Kobieta uderzyła głową w podłoże i zagryzła wargi. Stymulant dostał się do krwiobiegu powodując ogromny ból i otępienie. Wszystkie mięśnie napięły się gwałtownie z taką siłą jakby miały zaraz połamać kości. Zaczęła się trząść i drgać.
Jako instynktowni i zawodowi łowcy, wojownicy oraz szpiedzy wykorzystywani w imperialnej armii, gomorianie wyposażeni byli również w specjalne środki stymulujące siłę mięśni. Ponieważ stymulanty niesłychanie wyniszczały ciało oraz otumaniały mózg, powodując że samoświadomość ograniczała się jedynie do najsilniejszego priorytetu, używano ich tylko w ostateczności, w warunkach w których liczyło się jedynie przetrwanie.
Uznała że w tym momencie nie było innego wyjścia i musiała to zrobić.
Kiedy pierwszy szok ustąpił otworzyła szeroko oczy. Oddech był bardzo szybki a serce waliło jakby miało zaraz wyskoczyć z piersi. Zapomniała jak tu trafiła, to nie miało teraz znaczenia. Nie interesowało jej kim jest i co tu robi. Zniknęła a jej umysł został zdominowany przez agresję, furię i chęć wyładowania siły, chęć niszczenia. Wiedziała tylko że ma zająć się przesunięciem belki i to było jej całym światem.
Chwyciła pręt zaciskając na nim swoje dłonie. Instynktownie i nieświadomie zaparła się nogami. Mięśnie łydek i ud napięły się naciągając skórę. Przechyliła się odchylając w tył głowę. Całe ciało wygięło się niczym struna i przekazywało swoją siłę dłoniom, które ciągnąc szorstką stal nadwyrężały stawy i ścięgna. Łzy popłynęły po policzkach, choć gomorianka nie była ich świadoma. Tak naprawdę nie była niczego świadoma. W tym momencie bardziej przypominała zaszczute zwierzę lub bezmyślną maszynę.
Ciało i mięśnie docierały do granic swoich możliwości. Pręt zaczął powoli wygnać się ustępując potężnej sile. Kobieta zaczęła krzyczeć. Gdzieś we wnętrzu była jej prawdziwa świadomość czująca ogromny ból naciąganych ścięgien, stawów i kości, które na granicy złamania starały się oprzeć szaleńczej sile mięśni.
Nagle ogromna ulga wypełniła jej zniewolone myśli. Ciało rozluźniło się, ręce opadły a gdzieś w oddali słychać było dźwięk opadającego na ziemię pręta. Belka ustąpiła a betonowa płyta obsunęła się. Ostry dym wypełnił pomieszczenie gryząc nozdrza i rozpierając płuca.
Jak we śnie, wyczerpana gomorianka przekręciła się na bok aby zobaczyć co się stało. Obok niej leżała nieprzytomna młoda dziewczyna, która najwyraźniej zsunęła się z płyty. Nie wiedziała kto to. Wiedziała tylko że musi ją stąd wyciągnąć.
Przeczołgała się do wcześniejszego pomieszczenia i chwyciła dziewczynę za ręce po czym przyciągnęła do siebie. Sapała głośno a ślina skapywała przez otwarte usta. Nie kontrolowała prostych odruchów swojego ciała. Wolno przekręciła głowę aby spojrzeć na dziewczynę. Dopiero teraz jakiś fragment jej świadomości zrozumiał że to Mea. Gdzieś w głębi iskierka radości rozpaliła serce, choć z zewnątrz nadal przypominała sapiące zwierze.
Siedząc płasko i zataczając się trąciła dziewczynę ręką i warknęła, sprawiając wrażenie jakby nie potrafiła mówić inaczej.
- Wstawaj! - zamknęła oczy i znów wciągnęła powietrze – Wstawaj Mea! Trzeba iść...trzeba iść...
Przekręciła się na bok i podniosła na czworaka. Dziewczyna odkaszlnęła i zaczęła okazywać oznaki życia, jednak nadal nie była w pełni przytomna. Gomorianka ze wszystkich sił starała się wykrzesać z siebie choć odrobinę logicznego myślenia i organizacji jednak było to niesłychanie trudne. Wszystko ograniczało się do podstawowych bodźców docierających do jej umysłu.
Niczym pijana zerknęła ponownie na dziewczynę, która znów leżała bezwładnie na ziemi. Pomimo odruchowego kaszlu nadal nie odzyskała przytomności. Trąciła Meę jeszcze kilka razy próbując ją obudzić jednak bezskutecznie.
Nie czekając chwyciła ją za ręce i zaczęła ciągnąć w stronę schodów a raczej ich pozostałości, w których sama znalazła wcześniej schronienie. Kilka większych kamieni obsunęło się spadając gdzieś za nimi. Po chwili kolejne gruzy zaczęły się przemieszczać.
Kiedy miała przeciskać się przez ostatnią szczelinę nagle elementy schodów zadrżały i prowizoryczna przestrzeń do której zmierzała gwałtownie zawaliła się jeszcze niżej, prawdopodobnie pod naporem wielu ton szczątek znajdujących się wyżej.
Upadła na dziewczynę przykrywając ją swoim ciałem. Gdyby się pośpieszyła prawdopodobnie obie już by nie żyły. Ta sytuacja lekko otrzeźwiła jej umysł. Podniosła się kaszląc. Wszystko dokoła wypełnione było kurzem. Zostawiła leżącą na ziemi dziewczynę i kucając podeszłą do szczeliny, którą chciała dostać się do klatki schodowej. Kiedy była tuż przy niej uświadomiła sobie że przejście zamieniło się w urwisko. Wszystko w tym miejscu runęło w dół o dobre kilkanaście metrów. Na samym dnie dostrzegła kilka białych obiektów. Wytężyła wzrok. Tak, nie myliła się, to były samochody. Wyrwa sięgała prawdopodobnie podziemnego parkingu lub przy-parkingowego garażu.
Spojrzała w górę jednak nie widziała nic prócz czerwonej poświaty płomieni. Za nimi dym stawał się coraz gęstszy a płonące elementy spadały coraz niżej. Było coraz mniej czasu. Zejście niżej było jedyną możliwością. Choć nadal czuła się źle, wiedziała że substancja stymulująca zaczyna ustępować. Spojrzała na nieprzytomną dziewczynę i zdała sobie sprawę z kolejnego wielkiego wysiłku jaki ją czekał.
Przekształciła swoje myśli w komendę, którą mózg wysłał w odpowiednie miejsce by aktywować pożądany element wyposażenia. Po sekundzie, skóra kilka centymetrów nad nadgarstkiem naprężyła się i pękła a ze szczeliny wyciekła jakaś niesłychanie gęsta ciecz zdająca się twardnieć z każdą chwilą. Po kolejnych kilku sekundach ciecz prawie całkowicie zesztywniała unosząc się ku górze i zamieniając w długie na 20 centymetrów czarne, połyskujące ostrze, które ułożyło się zgodnie z linią przedramienia.
Gomorianka czuła jak wewnątrz ciecz również twardnieje. Pozostając jednak bardziej elastyczną opływała całe jej przedramię znajdując oparcie dla ostrej i twardej końcówki. Kiedy broń była gotowa kilkoma przykucniętymi krokami podeszła do leżącej Mei i uniosła jej dłoń. Między skórę a kombinezon ostrożnie wsadziła ostrze po czym wykonała lekkie cięcie aż do łokcia. To samo z drugiej strony.
Kiedy rozcięte rękawy luźno zwisały zrobiła dokładnie to samo z nogawkami rozcinając je aż do kolan. Następnie wycięła długie pasy z części materiału okalającego plecy dziewczyny. Śpieszyła się widząc że każda minuta przybliża ich do scenariusza, którego chciała uniknąć.
Gdy wszystko było gotowe usiadła w siadzie klęcznym tyłem do dziewczyny. Przyciągnęła Meę za nogi tak aby okalały ją z dwóch stron. Chwyciła rozcięte rękawy i podciągnęła bezwładne ciało do momentu aż całkowicie nie oparło się na jej plecach. Przełożyła ręce do przodu i związała rękawy. Następnie na wysokości swojego brzucha, złączyła supłem odcięte pasy kombinezonu zwisające z pleców Mei. Na samym końcu umocowała nogawki przekładając nogi dziewczyny do przodu.
Kiedy wszystko było gotowe przechyliła się i upadła na jedną rękę. Drugą potrząsnęła a ostrze znów zamieniło się w ciecz skapując na ziemię. Rozcięcie skórne z którego wystawało zasklepiło się błyskawicznie. Na czworaka podeszła do krawędzi i spojrzała w dół. Nie bała się o zejście. Jedyne obawy jakie w tym momencie odczuwała dotyczyły jakości materiału z którego wykonany był kostium Mei. Miała nadzieję że i w tej dziedzinie imperium nie dało plamy.
Wzięła głęboki wdech, obróciła się tyłem i wolno, badając grunt szukała odpowiednich punktów zaczepu dla swoich palców stóp. Schodziła coraz bardziej aż w końcu w całości zawisła na zniszczonej ścianie. Pomysł z kombinezonem zdał egzamin. Lekki uśmiech pojawił się na zmęczonej twarzy. Choć supeł przy rękawach mocno naciskał na gardło okazało się to mniej uciążliwe niż sądziła.
Wolno zaczęła schodzić i okazało się to zaskakująco proste dzięki wystającym zewsząd prętom i resztkom konstrukcji. Po kilku minutach dotarła do samochodów, które widziała wcześniej z góry. Kiedy była wystarczająco nisko odskoczyła od ściany na najbliższy wiszący bokiem pojazd, który zakołysał się pod jej ciężarem. Wystawiła ręce starając się złapać równowagę. Rozejrzała się dokoła.
Stała na drzwiach kierowcy. Samochód wisiał bokiem w stalowej uprzęży, która przymocowana była do dużej prowadnicy nad nią. Z prawej i z lewej w ten samo sposób ciągnęły się rzędy innych pojazdów. Chwyciła uprząż i ostrożnie wychyliła głowę aby zobaczyć jak daleko jest do dołu pomieszczenia.
Cztery rzędy wiszących aut dzieliły ją od dna. Z przodu jedna z uprzęży wisiała pusta i mocno wygięta. Prawdopodobnie podczas zawału klatki schodowej gruzy spadły na samochody w tej kolumnie doszczętnie je niszcząc i odrywając od urządzeń. Główne prowadnice zdawały się jednak w miarę stabilne i nienaruszone.
Po krótkiej chwili namysłu kucnęła i tyłem skierowała się do krawędzi samochodu chwytając ją rękoma i wolno spuszczając się w dół. Skorygowała swoje położenie i nagle puściła. Upadła jakieś 2 metry niżej idealnie na prowadnice po której przemieszczały się uprzęże wraz z pojazdami. Znalazła najbliższy nieuszkodzony samochód i powtórzyła czynność dokładnie w ten sam sposób i już po kilku minutach zeskoczyła na twardą betonową podłogę upadając z wyczerpania.
Odwiązała Meę, która zaczynała lekko ruszać rękoma i jęczeć coś po cichu. Jednak kobieta nie słyszała nic poza własnym oddechem i biciem serca. Była wycieńczona. Spoglądała tępo w dziurę w suficie znajdującym się piętnaście metrów wyżej. Zakryła twarz rękoma i przekręciła się na bok skulona.
Po chwili usłyszała cichy szept.
- Gdzie jestem? - mruczała pozbawiona emocji Mea, będąca najwyraźniej w mocnym szoku.
Kobieta przysunęła się i przytuliła ją.
- Spokojnie – szepnęła jakby resztką sił – już wszystko dobrze. Tutaj jesteśmy bezpieczne.
- Moje nogi. Dalej nie czuję moich nóg – mówiła cicho jednocześnie starając się dotknąć ręką swoich ud.
Kobieta podniosła się i lekko zaniepokoiła. Położyła Meę na boku po czym wsunęła swoją dłoń w dziurę w kombinezonie macając fragment po fragmencie kręgosłup dziewczyny. Wszystko wydawało się być w porządku. Chwyciła ręką jej stopę.
- Czujesz to? - pytała ściskając kolejno palce.
- Co?
- To co robię. Czujesz dotyk? Uciski?
Dziewczyna jednak milczała. Jej oczy nieobecnie patrzyły przed siebie a umysł zmęczony do granic możliwości zbuntował się odmawiając dalszej pracy.
- Mea! Mów do mnie! Nie odpływaj znowu!
- Co? Tak – szeptała wyraźnie zdezorientowana dziewczyna.
- Czujesz mój dotyk?! - powtórzyła kobieta ściskając jednocześnie palce i kując je jakimś ostro zakończonym kamieniem.
- Nie, nie...nie czuje – odpowiedziała cicho Mea.
Gomorianka skupiła umysł starając się wejść głęboko w podświadomość swojej młodej towarzyszki i odnaleźć miejsce uszkodzenia.
Po kilku chwilach otworzyła oczy.
- Masz naderwany rdzeń kręgowy – dziewczyna jednak milczała – Powinnaś trafić do szpitala ale – zawahała się chwilę – ale nie mogą nas tu razem znaleźć, to zbyt ryzykowne. Musi być jakieś inne wyjście! - po czym poderwała się na równe nogi i wydała z siebie kilka dziwnych dźwięków przypominających syczenie i warczenie, przedstawiających zapewne złość w jej instynktowny sposób. Nagle stanęła w bezruchu jakby wpadła na pewien pomysł.
Tak. W jej głowie pojawiło się jedno wyjście i choć była świadoma ogromnego ryzyka jakie wiązało się z jej pomysłem nie miała innej alternatywy. Podbiegła do Mei i bardzo delikatnie położyła ją na brzuchu. Wzięła głęboki wdech po czym odezwała się cichym szeptem wprost do ucha dziewczyny.
- Muszę zabrać Ci jeden włos – po czym szybko wyrwała to czego potrzebowała. Młoda ziemianka nie zareagowała w żaden sposób, nadal leżąc bezwładnie choć przytomnie.
- Leż spokojnie i odpręż się. Poczujesz kilka mocniejszych ukłuć a później zaśniesz. Zaufaj mi, wszystko będzie dobrze – i już miała odchodzić kiedy dziewczyna chwyciła ją za rękę i ścisnęła. Choć nie wypowiedziała żadnego słowa, kobieta czuła że ta młoda istota jest potwornie wystraszona i załamana.
Odpowiedziała jej uściskiem dłoni po czym wyszeptała kilka dziwnych dźwięków do ucha i pocałowała w czoło.
- Spokojnie. Wszystko będzie dobrze, obiecuję – i odwróciła szybko głowę wiedząc że tak naprawdę skłamała. Nie była pewna czy wszystko będzie dobrze. Nie miała pojęcia jak zareaguje ziemski organizm w zetknięciu z gomoriańską technologią, jednak w tym momencie nie widziała innego wyjścia.
Znów skupiła myśli. Skóra na garbo-podobnym kształcie na plecach napięła się i pękła. Po chwili coś dziwnego, przypominającego czarnego pająka wyszło ze szczeliny i przemieszczając się przez bark, ramię i przedramię dotarło w końcu do dłoni kobiety.
Był to mały robot lekarski, będący na wyposażeniu każdego gomoriańskiego łowcy. Wyglądem w żaden sposób nie przypominał maszyny i bliżej mu było do żywego organizmu, którym zresztą po części był, jak większość technologicznych części tej rasy.
Mea kątem oka dostrzegła to przerażające coś wijące się wokół dłoni swojej towarzyszki i mocno wystraszona szarpnęła się kilkukrotnie. Kiedy gomorianka zauważyła że młoda dziewczyna nie jest zachwycona tym widokiem, podniosła się szybko i usiadła okrakiem nad jej plecami, tak aby nie mogła się wiercić.
- Ja nie chce, proszę – jęczała Mea starając się odepchnąć kobietę. Ta jednak szybko skrępowała ręce dziewczyny przygniatając je kolanami. Czarny pająk zszedł powoli na plecy ziemianki.
- Weź to ze mnie! Zdejmij to! - szarpała się Mea, która powoli odzyskiwała siły. Jednak gomorianka pozostawała głucha na te okrzyki doskonale wiedząc co musi zostać zrobione.
Podsunęła wyrwany wcześniej włos do grzbietu pająka stojącego nieruchomo na plecach, który zdawał się właśnie na to czekać. Kiedy dotknęła go włosem, ten przykleił się do czarnej powierzchni robota i zastał jakby wchłonięty do wewnątrz.
Po kilku chwilach pajęczak zaczął szybko przemieszczać się po plecach tam i z powrotem jakby czegoś szukając. Szybkimi ruchami przeskakiwał z jednego kawałka skóry na drugi coraz bardziej zacieśniając obszar dziwnych poszukiwań. Nagle stanął i zaczął kręcić się wokół własnej osi, jak pies obchodzący kilkukrotnie miejsce w którym ma zamiar się położyć. W końcu stanął w bezruchu i błyskawicznie wbił wszystkie swoje odnóża w skórę po obu stronach kręgosłupa.
Mea szarpnęła się mocno i wrzasnęła. Ogromny ból przeszedł przez całe jej ciało docierając do jego najdalszych zakamarków. Miała wrażenie jakby ktoś poskręcał wszystkie nerwy jakie posiada. Po chwili czucie zaczynało słabnąć a ona powoli odpływała gdzieś daleko, gdzie nawet jej własny krzyk zdawał się pozostawać za mgłą. Jasne światło rozbłysło w jej głowie. Zniknęła całkowicie a wraz z nią zniknął ból, smutek i strach. Rozpłynęła się. W końcu czuła się wolna...

Powoli zaczęła się budzić. Powieki mocno sklejone nie chciały się otworzyć, jednak chwilę później ustąpiły pod naporem mięśni. Było ciemno. Tylko jakaś nikła poświata czerwonego światła rzucała nieco blasku na miejsce w którym się znajdowała. Jak przez mgłę pamiętała to co wydarzyło się wcześniej. Eksplozja a potem gruzy, ciemność i strach. Gdzieś w głowie przelatywały jakieś migawki kobiety, która wyciągnęła ją z klasy – tej nieznajomej gomorianki.
Usłyszała coś za swoimi plecami. Przekręciła się na drugi bok żeby zobaczyć co to. To była ona - kobieta o fioletowej skórze. Stała przed jakimiś stalowymi drzwiami. Jednak kiedy Mea mrugnęła oczami nieznajomej już tam nie było. Zdziwiła się lekko potrząsając głową.
- Co jest? - szepnęła do siebie.
Wytężyła wzrok jednak nikogo nie widziała, choć była pewna że przed chwilą ktoś tam stał. Znów mrugnęła oczami a ku jej zdziwieniu kobieta ponownie się pojawiła jednak przy innym włazie, znacznie bliższym.
- Halo! - zawołała dziewczyna w stronę nieznajomej.
Kobieta błyskawicznie odwróciła się i kiedy Mea znów mrugnęła oczami ta już przy niej stała. Gomorianka uśmiechała się radośnie a jej czarne oczy przyglądały się dziewczynie.
- Widzę że już się obudziłaś? - spytała cicho.
- Gdzie jeste... - i nagle przerwała zaskoczona. Chciała podciągnąć swoje nogi i udało jej się to bez najmniejszego problemu – Moje nogi! - szepnęła zaskoczona dotykają ich czule jak nigdy dotąd – Jak tam leżałam to w ogóle ich nie czułam. Bałam się że uszkodziłam kręgosłup.
- Bo uszkodziłaś. Nie pamiętasz jak tu dotarłyśmy? - spytała kobieta.
I choć Mea starała się dotrzeć do jakiś wspomnień to widziała jedynie ciemność. Pokręciła przecząco głową.
- Nie ważne, nie przejmuj się tym. To jeden z możliwych efektów ubocznych.
- Efektów ubocznych? Czego? - spytała dziewczyna powoli podnosząc się z ziemi.
- Rekonstrukcji rdzenia.
- Kręgowego?!
- Tak.
Mea spojrzała na nią z niedowierzaniem i znów odezwała się.
- Tutaj?! Jakim cudem naprawiłaś mi kręgosłup w takich warunkach?
- Później ci opowiem. Powiedzmy że mam dużo zabawek – odparła gomorianka nadal kręcąc się tu i ówdzie jakby czegoś szukając.
Dziewczyna spojrzała na prawie nagą kobietę po czym rozglądnęła się dokoła szukając jakiegoś ekwipunku czy czegoś podobnego, jednak bezskutecznie.
- Dużo zabawek? - spytała znowu idąc w jej kierunku – Przecież ty nie masz nawet plecaka!
- Dlatego powiedziałam że opowiem Ci później, teraz musimy się stąd wydostać!
- Wydostać?! - uśmiechnęła się Mea – A gdzie chcesz się wydostać z automatycznego garażu? Tu nawet nie ma wejścia, samochodu są tu zabierane automatycznie a jak coś nawali to naprawiają to roboty. Nikt się tu nie zapuszcza. Zresztą pewnie zaraz ktoś nas znajdzie. Ile spałam?
- Trochę. Kilka waszych godzin – odpowiedziała gomorianka szperając coś przy dużej kracie ściekowej w podłodze.
- Więc na pewno zaraz tu ktoś tu będzie.
- Właśnie dlatego musimy stąd iść – odpowiedziała spoglądając w górę jakby w obawie przed ekipą ratunkową.
- Czegoś tutaj nie rozumiem. Dlaczego tak bardzo boisz się że ktoś nas znajdzie? I skąd w ogóle wiedziałaś że będę w akademii? A tak w ogóle to doskonale wiedziałaś że coś się stanie bo już wtedy się śpieszyłaś! Co to było tam u góry?
- Czy możemy przełożyć to na później? Proszę. Jak nas znajdą to wszystko się skomplikuje. Nie powinno mnie tu być rozumiesz? Tym bardziej z tobą. Nie ma mnie w żadnych logach przylotów na Ziemię. Po maleńkich śladach mogą dotrzeć do tego którego nazywasz Doctusem a na to nie mogę pozwolić. Prędzej zabije siebie i ciebie.
- Znów on?! Znów Doctus? To on cię przysłał? - spytała zdenerwowana Mea.
- Tak. Jednak błagam pomóż mi znaleźć stąd wyjście a później wszystko ci wyjaśnię, na tylko na ile sama coś wiem. Zgoda?
Po krótkiej chwili namysłu Mea przytaknęła głową.
- Wiesz co to za kraty? Dokąd prowadzą te tunele? - spytała gomorianka.
- Nie wiem ale wydaje mi się że do katalizatorów. To zwykły ściek na wodę z pojazdów, nigdzie nim nie dotrzemy. Na samym dole są pewnie przetwornice wody i odpadów.
Kobieta spuściła głowę w geście zrezygnowania i odpowiedziała.
- Sprawdziłam tamte włazy. Są nieszczelne więc przeszłam nad nimi... - przerwała jej Mea.
- Nieszczelne? Przecież są zamknięte.
- Zamknięte? A, no tak. Te włazy są zbudowane w technologii jak to mówicie „trójwymiarowej” więc jeśli rozumiałabyś przestrzeń w pełni to były by dla ciebie nieszczelnie zamknięte. Nie istotne, w każdym razie nie ma za nimi nic poza jakimiś urządzeniami.
Mea rozłożyła ręce przechadzając się po kratach w podłodze. Było ich kilka a pod każdą z nich tunel o idealnie gładkich ścianach kończący się jakimś spadem około 20 metrów niżej.
- Nie ma stąd innego wyjścia niż to którym tu weszłyśmy – odpowiedziała zrezygnowana dziewczyna – No i poza główną śluzą na samochody – wskazała palcem w duże stalowe drzwi pod sufitem.
Gomorianka uderzyła pięścią w kratę wydając z siebie dzikie dźwięki złości.
- Hej! Zobacz! – krzyknęła niespodziewanie Mea. Kobieta zerwała się błyskawicznie i podbiegła do niej.
- Co masz?
- Zobacz – wskazała inną kratę i szyb pod nią – Gładkie ściany co nie?
- No tak.
- Spójrz tutaj – wskazała palcem na jedną ze ścian kraty na której stała.
Gomorianka ze zdumieniem zauważyła prowizoryczną drabinę prowadzącą od samej góry do mniej więcej połowy szybu. Kończyła się przy dziwnym włazie wyglądającym nieco inaczej od reszty konstrukcji.
- Brawo – chwyciła dziewczynę za rękę – tego nam było trzeba, choć wygląda to nieco dziwnie. Choć, musimy ściągnąć kratę!
I obydwie nie tracąc czasu uniosły stalową kratownicę osłaniającą wlot szybu po czym przeciągnęły ją na tyle na ile było to konieczne. Podbiegły do drabiny.
Nagle ponad ich głowami coś zadudniło a po karoserii wiszących samochodów posypał się pył i kamienie. Gomorianka zerknęła ku górze nasłuchując w oczekiwaniu.
- Podnoszą gruz – odezwała się do Mei – Mamy mało czasu, musimy stąd uciekać!
Bez zastanowienia zaczęła schodzić w dół po drabinie. Mea przyglądała się z góry i czekała na jakiś znak.
Dotarła do końca szczebli. Na prawo od niej, w idealnie pionowej ścianie umieszczony był szczelny srebrny i owalny właz, zabezpieczony kryształowym zamkiem – technologia imperium. Kobieta zastanawiała się co w takim miejscu robi takie przejście i po co w zwykłym garażu kryształowe zamki myślowe. Nie mając jednak czasu na takie rozważania przyłożyła dłoń, która umieszczona była w specjalnej rękawicy, do przejrzystej kuli pośrodku włazu. Wytężyła umysł po czym kula zaświeciła białym światłem i drzwi otworzyły się.
Z ciemnego i wąskiego tunelu za włazem buchnęło ciepłe powietrze wypełnione dziwnym zapachem drażniącym nozdrza. Poza tym wszystko wyglądało w porządku, choć nie było tam żadnego źródła światła przez co nie dało się dostrzec jak daleko sięga tunel.
Machnęła kilkukrotnie ręką do Mei, która w oczekiwaniu spoglądała to w dół to w górę, w dziurę w suficie skąd docierały do niej coraz głośniejsze dudnienia i dziwne szmery. Wiedziała że nie mają zbyt wiele czasu jeśli chcą zostać nie wykryte.
- „Chodźmy!” - usłyszała w swojej głowie dziewczyna i błyskawicznie zerknęła z powrotem na kobietę. Ta znów machnęła ręką. Mea zaczęła ostrożnie schodzić po drabinie lecz po chwili wróciła do góry i z wielkim trudem przyciągnęła ręką kratę, tak aby zostawić wszystko w jak najmniej naruszonym stanie. Kiedy osłona szybu zaskoczyła, ponownie stopień po stopniu kierowała się w dół.
Kiedy była w połowie drogi potężny huk dotarł do jej uszu. Wszystko mocno zadrżało. Powietrze wypełnił dźwięk odbijających się od karoserii samochodów kamieni oraz pyłu. Spojrzała w górę. Coś mocno wstrząsnęło całym zawaliskiem. Nagle wielki kawał betonu przebił się przez dziurę w suficie i uderzył w jedno z wiszących aut, które momentalnie urwało się razem w uprzężą i z impetem roztrzaskało inne wiszące pod nim pojazdy. W końcu wszystko niczym domino upadło na dno strzelając szczątkami w każdą stronę. Kilka fragmentów wpadło do szybu w którym obie wspinały się.
- Szybko, przebijają się już! - krzyczała z dołu gomorianka.
Dziewczyna wystraszona zaczęła znów szybko schodzić w jej kierunku. Od włazu dzieliło ją kilka stopni. Powietrze przeszyła kolejna potężna fala dźwiękowa i nagle przez wyrwę w suficie wlały się oślepiające promienie światła dziennego. Mea odwróciła wzrok. Kiedy oczy przyzwyczaiły się, w posoce światła spostrzegła masę wiszących bezwładnie kamieni, stalowych elementów i innego rodzaju szczątek, które zdawały się ignorować grawitację. Nagle wszystkie te przedmioty wyfrunęły z ogromną prędkością w górę, jakby zassane przez wielki odkurzacz – maszyny przebiły się przez zawalisko.
Zeszła jeszcze jakieś pół metra i zatrzymała się obok kobiety, która trzymając się jedną ręką drabiny spoglądała niecierpliwie w górę.
- Co to za smród?! - burknęła Mea zasłaniając nos i spoglądając w głąb dziwnego przejścia.
- Nie mam pojęcia, wskakuj! - pchnęła ją kobieta po czym sama z gracją wskoczyła przez właz.
Ostatni raz zerknęła w górę po czym schowała się do środka i pociągnęła za sobą srebrne wieko, które raz dotknięte samo delikatnie zatrzasnęło się odpowiadając jedynie głośnym sykiem zasysanego powietrza.
Zapanowała absolutna cisza i nieprzenikniona ciemność. Zza wejścia nie docierały żadne, nawet najcichsze odgłosy. Szum w uszach był teraz głośny jak nigdy dotąd. Mea po omacku starała się wyczuć podłoże aby zrobić kilka kroków naprzód.
- Nic nie widzę! - powiedziała do gomorianki a jej głos wydawał się dziwnie stłumiony w tym ciasnym korytarzu.
Kobieta nic nie odpowiedziała choć dało się słyszeć że wykonuje jakieś ruchy. Po chwili Meę oślepiło jasne błękitne światło. Kobieta trzymała w ręku jakąś niewielką kulę, która emanowała lekko pulsującą poświatą.
- Weź to w dłoń i puść – powiedziała gomorianka przekazując jej kulkę, która wielkością przypominała małą mandarynkę.
Mea chwyciła przedmiot, który dawał silne światło jednak oprócz początkowego szoku wzrokowego, zdawał się w ogóle nie oślepiać. Po chwili otworzyła pięść i kulka zaczęła samoistnie krążyć w powietrzu wokół nadgarstka. W jej wnętrzu pływało jakby wiele przeróżnych iskierek, które zderzały się ze sobą wytwarzając blask.
Dopiero teraz zobaczyła gdzie dokładnie się znajdują. Tunel miał nie więcej niż 1 metr i 40 centymetrów średnicy przez co obie musiały kucać. Był idealnie owalny a jego ściany sprawiały wrażenie jakby zostały wydrążone przez jakiś świder. Ciągnął się idealnie w linii prostej choć nie była w stanie dostrzec końca a same ściany niknęły gdzieś w ciemności po kilkunastu metrach. Powietrze w ogóle się nie poruszało a dziwny smród drażnił nos.
Poczuła się lekko zaniepokojona tym miejscem. Nie wiedziała gdzie się znaleźli i dokąd tak naprawdę zmierzają. Co gorsza zdawała sobie sprawę że jej doświadczona towarzyszka też nie ma zielonego pojęcia jak to się skończy.
Odwróciła się w jej stronę. Zdawała się mocno przecierać oczy.
- Co robisz? Coś się dzieje? - spytała zdziwiona Mea opierając się rękoma o ściany i podchodząc bliżej.
Gomorianka uniosła głowę. Jedną ręką podniosła powiekę prawego oka po czym palcami drugiej dotknęła gałki ocznej. Dziewczyna przyglądała się jej z dużym zdziwieniem. Ku jej zdumieniu w pewnej chwili, kiedy kobieta zaczęła odsuwać palce od oka coś przylgnęło do nich. Wyglądało to tak jakby wierzchnia warstwa oka była w jakiś dziwny sposób zrywana. Mea skrzywiła twarz w geście mocnego zniesmaczenia a jej towarzyszka kontynuowała. W końcu silniejszym ruchem całkowicie zerwała dziwną powłokę i wznowiła wstrzymany oddech.
Na palcu wisiało coś co przypominało długi kawałek zniszczonej błony lub jakiejś tkani organicznej z której kapała dziwna ciecz. Po chwili to zrobiła to samo z drugim okiem.
- Co to do cholery jest?! - spytała zszokowana dziewczyna.
Kobieta przetarła oczy ręką i podniosła głowę spoglądając na Meę. Jej oczy zmieniły się. Nie były już w całości czarne jak miało to miejsce poprzednio. Choć nadal pozostawały ciemne i jakby pozbawione białek, ich źrenice zdawały się błyszczeć odbitym światłem. Sam kształt źrenic przypominał wąską poziomą szparkę, podobnie jak u kota jednak w innej płaszczyźnie.
- Twoje oczy – szepnęła dziewczyna przyglądając się im bliżej.
- Nareszcie – z satysfakcją odsapnęła gomorianka, która zdawała się rozwierać oczy znacznie szerzej niż poprzednio, przez co wyglądała jeszcze bardziej zdumiewająco.
- Co to było? - spytała Mea wskazując na leżące na ziemi zniszczone błony.
- Moje oczy są nieprzystosowane do światła na waszej planecie. Wasza gwiazda jest bardzo silna a dzień jest tu tak długi jak noc. Gdyby nie miała specjalnej osłony już dawno bym oślepła.
- Więc to są twoje prawdziwe oczy?
- Na to wygląda – odpowiedziała jej z uśmiechem.
- Niesamowite – szepnęła dziewczyna jakby do siebie samej, przyglądają się tym głębokim jak otchłań oczom – Teraz widzisz lepiej?
- O tak! Zdecydowanie – zaśmiała się radośnie kobieta by po chwili śpieszyć z wyjaśnieniem – Na mojej planecie, którą nazywacie Gomorią, dzień trwa bardzo krótko. Ten świat jest właściwie satelitą innego większego ciała niebieskiego. Półkula na której żyjemy jest zwrócona prawie cały czas w kierunku planety matki, dlatego nawet kiedy jesteśmy między nią a naszą słabą gwiazdą, oświetla nas jedynie odbite od planety światło.
- No to teraz jesteś w swoim żywiole! - uśmiechnęła się Mea, jakby zapominając o sytuacji w jakiej się znalazły. Przez chwilę miała wrażenie jakby rozmawiała z dobrą przyjaciółką, gdzieś na ławce w parku.
- Tak! - odpowiedziała jej głośnym śmiechem gomorianka – Chyba musimy już iść – i wskazała ręką ciemność kłębiącą się daleko przed nimi jednocześnie czekają na aprobatę ze strony dziewczyny, która bez namysłu przytaknęła.
Ruszyły wolnymi i małym kroczkami kucając i podtrzymując równowagę rękoma, którymi opierały się o ściany. Po kilku metrach Mea odezwała się znów.
- Jak masz właściwie na imię?
- Nie mamy imion w waszym rozumieniu tego słowa – odparła.
- Rozpoznajecie się tak jak Oni? Jak Wysocy Imperialni?
- Tak. Jeszcze tego nie pojęłaś? - spytała zdziwionym tonem kobieta by po chwili użyć innej formy komunikacji - „Myślałam że już potrafisz rozpoznawać transfer uczuć” - przekazała bezpośrednio do umysłu dziewczyny.
- „Tak”
- „Więc po prostu identyfikuj istoty po wibracji którą odczuwasz”
- No tak – powiedziała tym razem na głos Mea – Ale jakoś łatwiej mi nadać komuś nazwę, etykietę z którą będę mogła go skojarzyć.
- Skoro tak twierdzisz. Jeśli mówisz że tak będzie ci łatwiej to nazwij mnie tak jak Ci najwygodniej.
Dziewczyna nic nie odpowiedziała. Szła przed siebie w milczeniu stawiając krok za krokiem. Metry mijały a droga dłużyła się niesłychanie. Tunel zdawał się nie mieć końca. W żadnym miejscu nie zakręcał ani nie zmieniał swojego poziomu. Spojrzała za siebie. W oddali za gomorianką dostrzegała ścigającą ich ciemność a kiedy znów patrzyła przed siebie widziała tą samą ciemność, która uciekała jakby spłoszona błękitnym światłem świetlistej kuli. Zaczęła wątpić czy to dziwne przejście w ogóle dokądś prowadzi. Miała wrażenie że idą a właściwie ślimaczą się już od dobrych 40 minut, choć zdawała sobie sprawę że nie rozwijały zawrotnej prędkości. Co kilkadziesiąt metrów przystawały żeby odpocząć. Przemieszczanie się w tej pozycji było bardzo męczące a mięśnie nóg powoli buntowały się.
W pewnej chwili Mea dostrzegła coś co zwróciło jej uwagę. O ile wcześniej ściany tunelu bardzo płynnie ginęły w ciemności o tyle w tym momencie widziała wyraźny zarys odcinający lekko oświetlony tunel od nieprzeniknionej ciemności za nim. Zatrzymała się i bez słowa wskazała to miejsce gomoriance.
- „Połóż się, muszę przejść do przodu” - przekazała jej bez słów kobieta.
Mea położyła się na brzuchu a jej towarzyszka opierając się o boczną ścianę przeskoczyła na nią do przodu. Dziewczyna podniosła się i kilkoma szybkimi susami dogoniła ją. Ściany tunelu kończyły się. Obydwie wyskoczyły na równe podłoże.
- Seti – odezwała się bez zapowiedzi dziewczyna.
Kobieta odwróciła się i spojrzała na nią wiedząc że jej myśli krążyły wokół jej wibracji oraz etykiety jaką chce im przypisać. Mrugnęła oczami i uśmiechnęła się.
- Podoba mi się – przytaknęła głową.
Mea również przytaknęła i rozejrzała się dokoła.
Stały na dnie szerokiego owalnego szybu prowadzącego gdzieś w górę. Jego ściany były idealnie gładkie i wzmocnione jakimś dziwnym materiałem. Podniosła rękę wokół której krążyła świetlista kula jakby chciała dostrzec dokąd prowadzi szyb, jednak światło było za słabe aby dało się cokolwiek dostrzec.
- Co to za miejsce? - szepnęła sama do siebie – Widzisz coś tam na górze? - spytała głośniej gomorianki.
- Wygląda jakby szyb sięgał kiedyś powierzchni jednak teraz jest czymś zablokowany u wylotu. Spójrz – wskazała palcem podłoże na którym stali – Coś tu kiedyś było, jakieś maszyny.
Kucnęła i zaczęła przyglądać się pozostałością jakiś instalacji. Po chwili wstała ponownie i zaczęła mocno węszyć. Poczuła przeciąg mieszający się z jakimś ostrym i drażniącym zapachem. Ciepłe i stęchłe powietrze zdawało się wylatywać z dziwnego tunelu po przeciwnej stronie niż ta z której przyszły. Był niski, o idealnie prostokątnym przekroju. Wejście zagrodzone było w pół obsuniętym, starym włazem, który najwyraźniej zamykał się poprzez zsuwanie od góry do dołu.
- To chyba jedyna droga dalej – odezwała się Seti – Pójdę zerknąć co tam jest a ty poczekaj do póki cię nie zawołam. Bądź uważna, pamiętaj!
- Znów jakaś dziura? Zaczynam mieć tego dość – mruknęła niezadowolona Mea jednak kiedy zbliżyła się do wejścia i oświetliła je delikatnym światłem okazało się że jest to jedynie krótkie przejście prowadzące do kolejnego, znacznie większego pomieszczenia.
- Wygląda tylko na jakieś drzwi prowadzące tam – wskazała palcem na ciemność ziejącą za korytarzem.
- Zaraz się okaże – szepnęła gomorianka kładąc się na plecach po czym chwyciła rękoma końcówkę niedomkniętego włazu i jednym mocnym ruchem wciągnęła się do wewnątrz całkowicie znikając z pola widzenia. Mea w skupieniu nasłuchiwała. Teraz kiedy została sama poczuła się niepewnie i uśmiech szybko zniknął z jej twarzy a znużenie błyskawicznie zamieniło się w czujność i skupienie.
Po kilku minutach niepokojącej ciszy położyła się na brzuchu aby zerknąć pod włazem, jednak oprócz kilku najbliższych metrów nie była w stanie nic dostrzec.
- Seti – wyszeptała dyskretnie w stronę nieprzeniknionej ciszy, jednak nikt nie odpowiadał – Seti! – spróbowała ponownie jednak tym razem nieco mocniejszym głosem.
- Wygląda w porządku – odpowiedział jej znajomy głos dobiegający ze znacznej odległości.
Mea odetchnęła z ulgą opierając czoło o podłogę po czym przekręciła się na plecy i sama przeciągnęła pod włazem.
- Już do ciebie idę, poczekaj – wyjęczała starając się pozbierać. Potargany kombinezon co chwila zahaczał o coś przeszkadzając w swobodnym czołganiu.
- Kiedy mówiłam że wszystko jest w porządku zapomniałam dodać że wszystko poza tym dziwnym zapachem...
Dziewczyna wstała na równe nogi i dopiero teraz poczuła przenikliwy fetor przypominający smród gnijących zwłok zmieszany z ostrym aromatem siarki. Odruchowo zakryła nos a zawartość żołądka podniosła swój poziom.
- Chryste co to za smród?! – krzyknęła dziewczyna.
- Nie wiem, ale kompletnie mi się nie podoba i bynajmniej nie mam na myśli walorów estetycznych – odpowiedziała Seti dalej znajdująca się poza zasięgiem wzroku Mei.
Dziewczyna zrobiła kilka kroków w przód. Błękitnawe światło kulistego świetlika oświetliło barierkę zagradzającą przejście pośrodku której znajdowało się wejście na schody prowadzące do niższego poziomu pomieszczenia, które musiało być dość durze zważając na to że za barierką dominował nieprzenikniony mrok. Miejsce w którym teraz stała było czymś w rodzaju antresoli z której wąskie schody prowadziły gdzieś niżej.
Zbliżyła się do krawędzi. Nagle w mroku błysnęło dwoje oczu, od których odbiło się światło, po czym szybko zniknęły w ciemności. Mea wystraszona cofnęła się o kilka kroków.
- Seti...Gdzie jesteś? – powiedziała głośno pytającym i mocno zaniepokojonym tonem a jej głos odbił się echem od oddalonych ścian i sufitu.
Coś metalowego przewróciło się i upadło uderzając o podłogę. Ktoś zbliżał się w jej kierunku. Zaczęła cofać się szybkim krokiem a ręce odruchowo zacisnęły się pięści. Czyjeś kroki powoli, stopień po stopniu, wspinały się pod stalowych schodach. Mea tym razem nie starając się o dyskrecje krzyknęła z całej siły.
- Seti!
Nagle wolno i bez pośpiechu ze schodów wyskoczyła gomorianka rozkładając ręce.
- Słucham? – spytała zdezorientowana przerażeniem dziewczyny.
- Matko! – odsapnęła Mea opuszczając dłonie – Wiesz jakiego napędziłaś mi stracha?! Jak cię wołam to odpowiadaj. Cholera!
Gomorianka nie odpowiedziała a zamiast tego jedynie uśmiechnęła się.
- Bardzo śmieszne – burknęła wyraźnie niezadowolona Mea.
Nagle jakiś przedmiot znów przewrócił się gdzieś na dole hałasując. Obydwie błyskawicznie odwróciły się w stronę schodów. Seti zacisnęła dłonie a z miejsc nad nadgarstkami błyskawicznie wypłynęła czarna ciecz, która po kilku sekundach zamieniła się w długie i ostre niczym brzytwy ostrza. Wstrzymały oddech jakby starając się usłyszeć najmniejszy choćby szept czy ruch powietrza. Po kilku chwilach Mea przekazała gomorince swoje myśli.
- „Tym razem to też byłaś ty?”
Seti jedynie pokręciła głową przecząco. Mea przełknęła nerwowo ślinę po czym nie wytrzymała.
- No wyłaź do cholery! Wyłaź jeśli tam jesteś! – krzyczała w stronę ciemności mając szczerą nadzieję że nikt jej nie odpowie. Tak też w istocie było. Jedynie powietrze dęło przez korytarz tak samo jak wcześniej. Poza tym cisza wypełniała każdy zakamarek pomieszczenia, które sądząc po echu przypominało bardziej małą salę z bardzo wysokim sufitem.
- „Zostań tutaj” – przekazała dziewczynie Seti, po czym wolnym krokiem i precyzyjnym krokiem skierowała się w stronę schodów niczym skradający się kot.
- Nie idź!- syknęła wystraszona dziewczyna starając się chwycić swoją towarzyszkę jednak było za późno. Nim się obejrzała gomorianka błyskawicznym susem przeskoczyła przez barierkę i zniknęła w mroku.
Mea została sama. Kucnęła jakby starając się schować i czekała. Minęła minuta a za nią następna. Chwile zlewały się ze sobą i ciągnęły w nieskończoność. Nagle odezwała się Seti.
- Chyba nikogo tutaj nie ma! – krzyknęła na głos a echo rozbiegło się po całym pomieszczeniu odbijając się od ścian – Choć na dół!
- Nikogo nie ma? – szeptała do siebie Mea z niedowierzaniem – Więc samo się tłukło?
Wstała i wyprostowała się. Powoli zeszła po schodach, które same w sobie były dość dziwne i jakby takie małe. Kiedy znalazła się na dole jej oczom ukazała się spora przestrzeń wypełniona różnymi rupieciami i zniszczonymi sprzętami rozrzuconymi tu i ówdzie. Światło świetlika nie oświetlało całości hali, jednak było na tyle silne aby dostrzec dziwną komorę wystającą z idealnie gładkiej podłogi pośrodku pomieszczenia, kilkadziesiąt metrów od niej. Koło wejścia do komory stała Seti.
Mea powoli skierowała się w jej stronę stawiając ostrożnie nogi pomiędzy różnymi mechanicznymi częściami zaśmiecającymi podłogę.
- Co to jest? Co tu się stało i co to za miejsce? – spytała rozglądając się dokoła.
- Wygląda na to że pod sufitem znajdowało się jakieś urządzenie. Musiało się z nim coś stać – przestała na chwilę mówić po czym znów kontynuowała – Ktoś je zniszczył. Te szczątki wyglądają jak po jakiejś eksplozji. Co ciekawe, pierwszy raz w życiu widzę taką technologię. Na pewno nie jest to imperialna robota – powiedziała chwytając w ręce jakiś błyszczący metalowy element, który podniosła z podłogi – To coś dziwnego. Może to jakieś stare laboratorium? – powiedziała jakby pytając samą siebie.
- Nie mam pojęcia co to jest i gdzie jesteśmy. W życiu nie słyszałam nic o jakiś imperialnych kompleksach pod tym miastem – odezwała się Mea powoli zbliżając się do Seti – Nie zmienia to faktu że coś się tu tłukło i nie byłaś to ty!
- Chyba nikogo tu nie ma. Musiałam wcześniej coś ruszyć i teraz się przewróciło. Nie sądzę żeby ktoś tu był.
Jednak Mea nie ufała tym słowom wpatrując się badawczo w ciemność dokoła jakby starając się usłyszeć najmniejszą oznakę niebezpieczeństwa. Kiedy w końcu dotarła do Seti a mijający czas sprawił że serce zaczęło wolniej bić do jej świadomości dotarł dziwny problem, który jeszcze kilka minut temu wydawał się być nie do zniesienia – potworny zapach.
- Co tutaj tak śmierdzi? – spytała znów dziewczyna.
- Nie mam pojęcia. Nie obeszłam całej sali. Kiedy zaczęłaś wołać wróciłam do góry – rozłożyła ręce gomorianka i powoli skierowała się w stronę ciemność za dziwną komorą wyrastającą z podłogi, która zdawała się mieścić w jakiejś grubej i wysokiej kolumnie.
Mea znów rozglądnęła się nerwowo. W końcu znajdowała się dokładnie w tym miejscu z którego wcześniej dotarł do nich niepokojący hałas. Wolała zostać w pełnej gotowości.
Gomorianka zniknęła w mroku i jedynie dźwięk jej kroków docierał do świadomości Mei. Słyszała że Seti początkowo skierowała się idealnie w przód aby po chwili oględzin pójść w prawo.
- Jest ściana. Gładka, idealnie wyszlifowana skała. Chyba ścięta jakimś laserem czy wiązką plazmy – kobieta zdawała się całkowicie automatycznie raportować wszystko swojej młodej towarzyszce – Dziwne jest to że nikt tutaj w żaden sposób nie posprzątał. To nie podobne do imperium. Zniszczone maszyny są na każdym...
Nagle jej głos urwał się. Mea zerknęła w kierunku z którego usłyszała ostatnie słowo.
- Seti? Coś się stało? – jednak Seti nie odpowiadała.
Poczuła gigantyczne napięcie emocjonalne, które wypełniło umysł jej towarzyszki, a którego nie czuła wcześniej. Wysiliła się i przelała do umysłu Seti zapytanie o to co się stało, jednak nadal nie dostała żadnej konkretnej odpowiedzi. Wciąż czuła jedynie jej obecność oraz duże napięcie i lekki strach. Te emocje udzieliły się również dziewczynie, która błyskawicznie zacisnęła pięści i oparła się plecami o komorę..
- Coś się stało? - spytała na głos Mea jednak ponownie nie dostała żadnej odpowiedzi.
Po krótkiej chwili namysłu zabrała się w sobie i skierowała w stronę swojej towarzyszki jednak już po kilku metrach, w połowie drogi w jej nozdrza uderzył jeszcze silniejszy smród, który mimowolnie wywołał odruch wymiotny. Dziewczyna zaczęła kaszleć. Momentalnie zasłoniła nos i usta choć tak naprawdę niewiele to dało. Pomimo tego że woń była nie do zniesienia, miała wrażenie że gdzieś już czuła coś podobnego lecz nie tak odrzucającego.
Przemogła się i zrobiła jeszcze kilka kroków. W końcu zobaczyła Seti. Stała napięta niczym wojownik a jej ostrza uniesione były ku górze jakby oczekując nadciągającego zagrożenia. Ten widok sprawił że paniczny strach zalał umysł Mei. Skoro ktoś taki jak Seti przygotował się do walki to znak że musiało stać się coś naprawdę niedobrego. Nim jednak dziewczyna zdążyła się odezwać i zadać pytanie, jej oczom ukazał się odpychający obraz.
- Jezu! Co to jest! - krzyknęła zszokowana Mea cofając się.
Pod ścianą leżało kilka mocno rozłożonych trupów, którym badawczo przyglądała się gomorianka. Szczątki były rozszarpane na kawałki i porozrzucane w promieniu kilku metrów. Jednak nie to tak przestraszyło dziewczynę - zwłoki nie należały do ludzi.
Ciała martwych od dawna istot były bardzo małe a zgniła i zeschła szara skóra na zmasakrowanych głowach odsłaniała nieproporcjonalnie dużą czaszkę o bardzo długich i pociągłych oczodołach. W powietrzu czuć było tępą woń zgnilizny oraz siarki.
- Co tu robią sondy? - spytała bardzo powoli i wyraźnie Seti odwracając się do Mei.
- Żartujesz sobie?! Skąd mam to wiedzieć. Ja nawet nie mam pojęcia gdzie my wlazłyśmy. Trupy wesołej bandy szarych jakoś nie sprawiają aby moja wiedza nagle poszerzyła się w magiczny sposób!
Istoty potocznie nazywane szarymi były syntetycznie wyhodowaną przez imperium, rasą biologiczną pozbawioną samoświadomości. Służyły do wykonywania wielu pomocniczych zadań oraz sondowaniu pewnych terenów w momencie zagrożenia. Tak przynajmniej uczono Meę w akademii...
- Nie twierdzę że masz wiedzieć, jednak to twoja planeta i twoje miasto! – powiedziała gniewnym tonem gomorianka, która sama najwyraźniej straciła cierpliwość – Przepraszam – poprawiła się jednak po chwili - Nie mam pojęcia co to za miejsce jednak musimy się stąd jak najszybciej wydostać. Komora na środku pomieszczenia to jakieś przejście. Chodźmy tam powoli i ostrożnie. Musimy stąd uciekać. Coś rozszarpało te sondy i nie mam zamiaru wiedzieć co – tym razem kobieta szeptała a jej ruchy przepełnione były ostrożnością i uwagą. Skradała się niczym skrytobójca przemykający pomiędzy tłumami i polujący na swoją ofiarę z tą różnicą że tym razem to one były ofiarami.
Mea, której nerwy najwyraźniej nie wytrzymały odezwała się bezpardonowo.
- Chyba sobie jaja robisz! Chcesz leźć jeszcze dalej w to bagno?! - rozzłościła się dziewczyna.
- Też mi się to nie podoba! Zapytałam czy nie wiesz skąd wzięły się te sondy – odpowiedziała wskazując na trupy – bo jesteśmy pod twoim miastem. Myślałam że może będziesz wiedzieć co to za miejsce!
- Nie wiem! Skąd mogę wiedzieć?! - krzyknęła Mea rozkładając ręce a jej potargane i brudne rękawy zwisały bezwładnie.
Kobieta nie odpowiedziała. Spuściła głowę i ostrożnie skierowała się w stronę dziwnej owalnej komory przypominającej, gruba kolumnę wyrastająca ze środka pomieszczenia. Mea poszła za nią nie odzywając się słowem. Kiedy dotarły na miejsce dziewczyna oparła się mocno o ściankę i obsunęła na podłogę kucając i chowając głowę w podciągnięte nogi, które chwyciła rękoma.
Świetlista kulka zaczęła krążyć nad jej głową jako że nadgarstek okazał się nieosiągalny. Dziewczyna spojrzała na nią rozdrażniona i uderzyła ręką jakby odpędzała jakiegoś dużego owada. Kula odleciała na bok po czym wróciła z powrotem nad głowę Mei zataczając takie same koła jak poprzednio.
Gomorianka uśmiechnęła się na widok tej sceny, która wyraźnie ją rozbawiła. Podeszłą do dziewczyny i usiadła obok nadal badawczo rozglądając się wokoło. Wysunęła dłoń a kulka przepłynęła do niej w powietrzu.
- „Reaguje na twoje myśli” - przekazała Seti spoglądając ciepło na rozzłoszczoną Meę. Zamknęła oczy a malutka świetlista sfera z niesłychanie szybką prędkością zaczęła wirować wokół jej dłoni zmieniając co chwila kolor światła. Nagle zatrzymała się i kobieta jakby ją pchnęła jednak bez dotykania a kula wolno przepłynęła w powietrzu zatrzymując się idealnie przed nosem dziewczyny. Światło zaczęło bardzo wolno gasnąć to znów rozjaśniać się.
Mea podniosła wzrok przypatrując się hipnotyzującej pulsacji następnie zerknęła na Seti uśmiechając się i robiąc minę niczym dziecko starające się przekazać rodzicom że taką zabawką go nie zainteresują.
Gomorianka odezwała się.
- Słuchaj Mea, rozumiem że możesz być lekko zdezorientowana. Tak naprawdę chyba jeszcze nie wyjaśniłam dlaczego wyciągnęłam cię z sali wykładowej – dziewczyna ułożyła głowę bokiem na kolanach jakby dając znak że zamierza wysłuchać wyjaśnień.
Kulisty świetlik przepłynął w powietrzu nad jej głowę a światło ustabilizowało się i znów błyszczało błękitnie. Kobieta kontynuowała.
- Kilka dni temu skontaktował się ze mną mój przyjaciel, ten którego nazywasz Doctusem. Poprosił mnie o pomoc więc zjawiłam się na Ziemi jak najszybciej to było możliwe choć nie miałam zielonego pojęcia czego może ode mnie chcieć, zwłaszcza na tak dalekich rubieżach, których kompletnie nie znałam.
- Nie wiedziałaś że tu przebywa skoro to twój przyjaciel? - spytała Mea.
- Ostatnio widziałam się z nim wiele cykli temu, choć faktycznie wspominał że udaje się do jakiegoś odległego systemu kontynuować swoją pracę. Zjawiłam się więc tutaj dwie doby temu i początkowo miałam skontaktować się z tobą...
- Ze mną? - przerwała jej dziewczyna.
- Tak. Nie pytaj mnie dlaczego bo sama o to nie pytałam. Wiem tylko że miałam się z tobą spotkać i zapewnić ci bezpieczeństwo w najbliższych dniach.
- Nie potrzebny mi ochroniarz! - zaczęła śmiać się Mea.
- Nie wiem tak naprawdę dlaczego miałam cię ochraniać. Doctus wspomniał jedynie o tym że w ciągu najbliższych dni może wydarzyć się wiele w twoim życiu i że powinnam być wtedy blisko ciebie...
- Blisko mnie?! - znów zdziwiła się dziewczyna – Ten człowiek naprawdę zaczyna mnie zastanawiać. Nie rozumiem jego pewnych posunięć.
Seti zaśmiała się i powiedziała patrząc przed siebie.
- Nie martw się. Każdy kto poznaje Doctusa początkowo go nie rozumie. Niektórzy nie rozumieją go nawet po wielu cyklach, jednak później okazuje się że każde jego działanie miało przynieść konkretny efekt – gomorianka wypowiadała się z wyraźnym szacunkiem o swoim starym przyjacielu.
Po chwili ciszy znów się odezwała.
- Dziś przyszedł do mnie niezwykle zaniepokojony stwierdzając że rzeczywistość obrała drogę, której się nie spodziewał tak szybko i że muszę jak najszybciej przyprowadzić cię do niego.
- Wiedziałaś co miał na myśli? - spytała Mea.
Kobieta spojrzała przed siebie i zawahała się. Po chwili jednak odpowiedziała.
- Nie, nie miałam pojęcia. Wiedziałam jedynie że muszę się śpieszyć, dlatego tak cię poganiałam – chwilowo zamilkła by zaraz kontynuować znów – Rozumiem że jesteś niezadowolona tym co się dzieje i tym gdzie jesteś ale ja sama też nie chciałam się tu znaleźć. Nawet nie wiem gdzie jestem. Choć bywałam w wielu systemach uwierz mi że wskakiwanie do eksplodujących budynków i bieganie po dziwnych kompleksach nie jest moim – kręciła palcem szukając słowa – hobby? Tak to nazywacie?
- Tak – odpowiedziała dziewczyna śmiejąc się lecz po chwili przestała się śmiać – Co się stało w akademii? To był jakiś zamach prawda?
Kobieta spojrzała w ziemię i kręciła głową.
- Nie wiem. Nie mam pojęcia co to było. Liczy się to że wyszłyśmy z tego cało prawda? - odpowiedziała jakby starając się zmienić temat.
- Tak. Choć nie wiem czy śmierć nie jest lepsza od towarzystwa kilku martwych szaraków – po czym wskazała palcem od niechcenia na kupkę zwłok gnijącą pod przeciwną ścianą.
Smród przestał jej przeszkadzać. Tak naprawdę przestała go czuć już po kilku minutach. Martwiło ją to jak długo będą musiały siedzieć w tej dziwnej, ciemnej i śmierdzącej dziurze.
- „Nie długo” - poczuła w swojej głowie odpowiedź na rozważania.
Spojrzała na Seti, która żywo odezwała się na głos.
- Nie długo bo właśnie się stąd zbieramy – i chwyciła dłoń młodej dziewczyny przekazując tym gestem tak wiele ciepła i otuchy.
Gdy tak na siebie patrzyły nagle usłyszały dziwny syk docierający tym razem z antresoli na której wcześniej stały. Błyskawicznie zerwały się na równe nogi a gomorianka odwróciła się w stronę schodów oddalonych od nich o kilkadziesiąt metrów. Ostrza błyszczały w mroku rozświetlanym jedynie przez słabe światło błękitnej kuli. Serce Mei znów zaczęło szaleńczo walić w młodej piersi.
- Co to do cholery było?! – szepnęła cicho choć ledwo mogła powstrzymać krzyk przerażenia a przełknięcie śliny graniczyło z cudem.
- Nie mam pojęcia – odpowiedziała równie cicho Seti – Nie chcę cię martwić ale coś na pewno rusza się przy wejściu do tego pomieszczenia. Mea, tam coś jest...
Dziewczyna czuła jak nogi uginają się pod ciężarem jej ciała. Krew pod gigantycznym ciśnieniem przepływająca przez uszy powodowała ogłuszający szum.
Gomorianka zamknęła na chwilę oczy po czym drzwi do dziwnej kapsuły otworzyły się jakby reagując na jej myśli. Mea bez namysłu wskoczyła do środka a zaraz za nią weszła tam Seti, nadal pozostając w pełnej gotowości.
Cokolwiek stało na antresoli błyskawicznie zerwało się do biegu w ich kierunku. Twarde stopy uderzały o stalowe schody a sapanie czegoś co zbliżało się w zastraszającym tempie sparaliżowało Meę. Coś ogromnego i szybkiego jak lampart gnało w ich stronę rozbijając szczątki leżące wszędzie na podłodze.
- Zamknij te pieprzone drzwi! – Mea zamknęła oczy i wrzasnęła ze wszystkich sił a jej krzyk obudził równie mocno wystraszona gomoriankę, która sparaliżowana strachem stała wcześniej nieruchomo.
Coś zbliżającego się w ich kierunku z błyskawiczną prędkością. Nagle kilka metrów od kapsuły odgłosy galopu urwały się. Oznaczało to jedno – skok. Seti zamknęła oczy, opuściła dłonie a właz w ostatniej chwili zasunął się bezszelestnie.
Głuchy huk uderzenia przeszedł przez ściany małego, zamkniętego i owalnego pomieszczenia, jednak był tak stłumiony że ledwie słyszalny. Uderzenie powtórzyło się kilkukrotnie. Nieznany napastnik zaciekle atakował zamknięte drzwi jednak bezskutecznie. Na każde kolejne zgrzyty Mea reagowała wzdrygnięciami przerażonego ciała, natomiast Seti stała z uniesionymi dłońmi oraz ostrzami a jej nogi ugięły się w kolanach. Cały jej organizm przygotowany był do walki.
Stały nieruchomo wsłuchując się uważnie w dźwięki docierające z zewnątrz i jakby oczekując kiedy wróg wedrze się do środka. Jednak kapsuła, do czegokolwiek służyła, stworzona była z bardzo wytrzymałego materiału, który zdawał się nawet nie reagować na spływające po nim ciosy.
Po kilku minutach niepokojące dźwięki ustały. Jedynie ich głośne i szybkie oddechy wypełniały teraz małą przestrzeń, która stała się dla nich oazą i schronieniem. Ani Mea ani Seti nie odzywały się nawet słowem. Dopiero po kilku chwilach pierwsza szepnęła dziewczyna.
- Co to było do jasnej cholery?!
- Nie mam pojęcia – odpowiedziała szeptem gomorianka upychając słowa pomiędzy głębokie i opanowane, w przeciwieństwie do Mei, oddechy – Nigdy nie czułam takich wibracji, takiego umysłu. Nie spotkałam się jeszcze z taką istotą – po kilku głębszych oddechach dodała - Na pewno nie było inteligentne.
- Co?! – szepnęła zdziwiona dziewczyna.
- Nie kierowało się inteligencją. Czułam instynkt – odparła kobieta.
- Czyli to było jakieś zwierzę?
- Można tak powiedzieć, choć pierwszy raz czułam tak dziwną wibrację – chwilę zawahała się – Polowałam wiele w swoim życiu i nigdy nie czułam zwierzęcego umysłu pracującego w taki sposób a zazwyczaj działają podobnie.
- Co jakiś zwierz robi w takim miejscu?! – twarz Mei wykrzywiła się w grymasie niezrozumienia.
- Nie oceniaj środowiska po tym co znasz. Życie ma nieskończenie wiele form, czasem takich o których istnieniu nie zdajemy sobie sprawy – a jej ciało wyprostowało się.
Opuściła ręce a ostrza rozpuściły się. Potrząsnęła dłońmi aby pozbyć się reszty cieczy. Mea z niezadowoleniem spoglądała jak jej towarzyszka wyluzowuje się i opuszcza gardę.
- Co robisz?! W każdej chwili może tutaj wejść! – powiedziała już głośniej z nutką pretensji.
- Mea nie panikuj. Słyszysz? – wskazała oczami przestrzeń dokoła – Cisza. Poszło już. Ta kapsuła jest bardzo wytrzymała.
Dziewczyna spojrzała na nią jakby zmuszając samą siebie do zaufania tym słowom. Przeczesała dłonią włosy i rozejrzała się dokoła. Były w malutkim, owalnym pomieszczeniu o średnicy może półtora metra. Ściany błyszczały metalicznie odbijając idealnie błękitnie światło oraz ich własne sylwetki. Były idealnie gładkie, pozbawione jakichkolwiek przycisków, wnęk, okien czy wyświetlaczy. Mea zastanawiała się do czego służy ta tajemnicza kapsuła.
- „To winda” – odpowiedziała bezsłownie Seti.
Mea spojrzała na nią pytająco jakby chciała dowiedzieć się skąd gomorianka o tym wie.
- „Wiem bo widzę że pod spodem jest szyb” – dodała kobieta po chwili.
Mea zerknęła w dół jednak zobaczyła jedynie podłogę.
- Jak to widzisz? – skrzywiła usta jednak po chwili uniosła dłoń w geście zrozumienia – No tak, zapomniałam, czwarty wymiar.
- Cała technologia tego miejsca jest bardzo dziwna – odezwała się znów Seti – Z jednej strony wszystko wybudowane jest kompletnie ale z drugiej...
- Kompletnie? – spytała dziewczyna.
- Tak, czyli z użyciem jak to nazywacie czwartego wymiaru. Z drugiej jednak strony urządzenia, zamki czy panele działają w niezrozumiały dla mnie sposób – kiwała głową gomorianka – Niby to zwykłe zamki myślowe czy intencyjne, dzięki czemu jakoś zamknę czy otworzę drzwi, ale bardziej skomplikowanych urządzeń nie potrafię uruchomić.
- A winda? Możesz ją włączyć? – dopytywała się Mea.
- Nie. Próbowałam ale kontroler jest jakiś dziwny. To jakaś nietypowa technologia. Wygląda jakby trzeba było go dopiero...- kręciła głową szukając słowa - ...jakby trzeba go było dopiero wymyślić, stworzyć. Tak. Wygląda to tak jakby zamek nie istniał. Jakby musiał zostać stworzony i dopiero uruchomiony. Jakby ci to powiedzieć żebyś zrozumiała. Tu gdzie zawsze jest jakby panel kontrolny, jest puste miejsce.
- No to go stwórz! Wymyśl go – ponaglała Mea.
- To nie takie proste. Trzeba znać wibracje, jakiś jakby kod czy chociaż sposób myślenia używających go umysłów. Nie mam pojęcia jak to zrobić. Równie dobrze mogłabym wskazać gwiazdę na niebie z nadzieją że trafiłam na mój układ słoneczny. To loteria – oparła się bezradnie o ścianę i spuściła głowę.
Mea przyjrzała się jej i zaczęła zastanawiać. Po chwili namysłu zapytała.
- Jak działają zamki intencyjne?
- Musisz nakazać zamkowi otwarcie się, przy czym wykazać odpowiednią intencję a czasem również znać kod myślowy. Taki odpowiednik waszego kodu cyfrowego, taka sekwencja konkretnych uczuć – śpieszyła z wyjaśnieniem Seti.
- I tyle? Czyli muszę po prostu chcieć zamknąć lub otworzyć drzwi? Albo ruszyć windę?
- No mniej więcej. Przy czym tutaj nie masz czemu rozkazywać bo tutaj nawet nie ma zamka. Trzeba go najpierw...zbudować?- rozłożyła ręce jakby sama siebie pytała.
- Czyli muszę sobie po prostu wymyślić coś? Zamienić przestrzeń w ideę zamka i rozkazać jej poruszenie windy?
- Można tak powiedzieć – przytaknęła Seti.
- Więc w czym problem? – uśmiechnęła się Mea – To po prostu go wymyślmy!
- To nie takie proste – odparła z politowaniem gomorianka – Musisz stworzyć ideę zamka, która będzie odpowiadała wibracją urządzeniu, które ma odblokować. Stworzony zamek musi być kompatybilny z windą...tak mi się wydaje – i po chwili przerwy dodała - To nierealne, nie wiemy nawet kto to zbudował – oparła się o ścianę plecami i powoli osunęła na podłogę.
Oczy miała zamknięte a jej oddech stał się jakby wolniejszy, bardziej opanowany. Mea czuła że całe napięcie i nerwowa gotowość do walki powoli odpływały zostawiając po sobie błogie uczucie spokoju i relaksu. Postanowiła złączyć się z umysłem Seti by poczuć o czym myśli, jednak kiedy tylko zorientowała się że jej towarzyszka próbuje w jakikolwiek sposób poruszyć windę i znaleźć sposób aby wydostać się z tego dziwnego kompleksu, natychmiast się wycofała byle tylko jej nie rozproszyć i nie przeszkodzić.
Usiadła pod przeciwną ścianą i czekała. Minuty mijały a czas dłużył się bezlitośnie. Co chwilę bawiła się gwiazdką, jak nazywała dziwną lampkę którą otrzymała od swojej kompanki, to znów starała się odprężyć i wyciszyć umysł tylko po to by za moment znów wstać i rozprostować kolana. Czekanie dobijało ją zaś Seti cały czas kucała skulona pod ścianą nie wydając z siebie najcichszego nawet dźwięku. Nie zmieniła pozycji i nie drgnęła od dobrych kilkudziesięciu minut.
Nagle jednak poderwała się na równe nogi, otworzyła oczy i jakby z wielką ulgą wyrzuciła z siebie.
- Nic z tego nie będzie! – warknęła zrezygnowana kręcąc głową – Starałam się ale nawet nie wiem co miałabym zrobić! Pierwszy raz w życiu spotykam się z takim czymś. Nie wiem jak...to wykracza poza fizyczne zasady obsługiwania urządzeń. Nie mam pojęcia co taka technologia robi na takiej jak ta planecie.
- Uwierz mi że ja też nie, choć mieszkam tam – wskazała palcem do góry.
- Jedno mnie tylko interesuje. Kompleks wygląda na opuszczony od wielu cykli. Jedynie truchła sond były w miarę świeże.
- Świeże? - Mea uniosła ironicznie brwi.
- Kilka waszych miesięcy to zdecydowanie „świeżość” w stosunku do punktu w czasoprzestrzeni kiedy ten kompleks był używany. A najdziwniejsze jest to że Wspólnota musi o nim wiedzieć bo wejście zapieczętowane było przez właz zabezpieczający.
- Już nic mnie nie zdziwi po ostatnich sensacjach jakie co poniektórzy mi przekazują, włączając w to Doctusa i jego świtę – po krótkiej chwili namysłu kontynuowała cicho – Chcę się stąd tylko wydostać. Resztę mam na razie gdzieś. Jeśli ta winda ma nas stąd zabrać to ruszmy ją jakoś!
Seti jednak nic nie odpowiedziała. Oparła się spokojnie o ścianę patrząc w sufit. Mea zamknęła oczy i wyprostowała się. Zrobiła kilka spokojnych i głębokich wdechów po czym złączyła dłonie tak jak uczoną ją na zajęciach medytacyjnych w akademii.
Kobieta wyczuwając co zamierza młoda ziemianka uśmiechnęła się delikatnie pod nosem z lekkim wyrazem politowania. Przypominało to scenę w której zrezygnowany rodzić patrzy jak jego dziecko szczerze i ze wszystkich sił stara się przepchnąć zepsuty samochód aby pomóc jak tylko potrafi. Wiedziała jednak że dziewczyna ze swoimi zdolnościami nie ma szans uruchomić tej dziwacznej technologii.
Mea natomiast wyciszyła się najdokładniej jak tylko była w stanie w takich okolicznościach i choć Seti wiedziała że nic nie będzie z ruszenia się z miejsca to mimo to była pod ogromnym wrażeniem jak szybko dziewczyna odprężyła własny mózg wprowadzając go w odmienne, wyraźnie wyczuwalne fale.
Gomorianka otworzyła oczy aby wyraźniej przyjrzeć się swojej młodej przyjaciółce, która w tym stanie była nie do poznania, choć upłynęło ledwie kilkadziesiąt sekund. Nagle stało się coś bardzo dziwnego. Umysł Mei wyślizgnął się w dziwny sposób poza obszar, w którym kobieta była w stanie go zrozumieć. Zamknęła oczy aby poczuć dokładniej dziewczynę, jednak nie była w stanie zlokalizować żadnego konkretnego uczucia, które wskazywało by na jej obecność. Otworzyła oczy ponownie.
Choć Mea siedziała dokładnie w tym miejscu co poprzednio, wibracja jej umysłu wykraczała daleko poza jej ciało jakby przejmując czy naginając do własnej woli otaczającą ją rzeczywistość.
Gomorianka przymrużyła brwi nie potrafiąc wyrazić swojego zdziwienia. Odwiedziła w swoim życiu wiele systemów i nigdy wcześniej nie spotkała się z tym aby przedstawiciel tak młodego jak ludzie gatunku potrafił unifikować się z otaczającą materią. Wiedziała że potrafią to niektóre gatunki znane Wspólnocie, jednak nigdy nie spotkała kogoś takiego osobiście.
Czuła sprzeczność bodźców. Teraz, choć Mea siedziała naprzeciwko niej, czuła ją również pod swoimi stopami, nad głową, w ścianach i drzwiach.
- „Co się dzieje?” - starała się przekazać pytanie do swojej młodej towarzyszki, jednak ta w żaden sposób nie reagowała.
Zamiast tego jej oddech stał się szybszy i głębszy by już po chwili przejść w naprawdę głośne sapanie. Seti zaczęła się niepokoić. Lekko uchylone powieki dziewczyny ukazywały idealnie puste białka, co wskazywało na to że oczy odchyliły się mocno ku górze.
Była w rozterce. Nie potrafiła w żaden sposób nawiązać kontaktu Meą, która z każdą chwilą zdawała się zagłębiać w jakiś dziwny i niebezpieczny stan. Kiedy usłyszała że oddech zaczął przypominać charczenie, dziewczyna ma problemy z oddychaniem a ślina wylewa się jej powoli zza warg, wiedziała że nie może czekać.
- Mea – powiedziała najpierw cicho i delikatnie jednak nie przyniosło to żadnego efektu – Mea! - krzyknęła głośniej i uderzyła ręką w ścianę.
Również i to nie poskutkowało.
- Mea! - wrzasnęła ze wszystkich sił zarówno na głos jak i we własnym umyśle.
Kiedy i to nie pomogło zbliżyła się do dziewczyny i już miała ją dotknąć kiedy nagle ta przestała oddychać a jej oczy otworzyły się szeroko ukazując kompletnie nieobecne oczy. Usta delikatnie zamknęły się a świetlista kula krążąca wokół głowy Mei zaczęła pulsować w dziwny sposób. Seti cofnęła się o krok a jej ciało przeszył dreszcz i dziwne uczucie paraliżującego zimna. Cała zaczęła drżeć.
- Mea co się dzieje! - krzyknęła po raz ostatni kiedy nagle kula zgasła i upadła na podłogę. Wszystko zalała ciemność a winda gwałtownie ruszyła w dół.
Uczucie zimna zaczęło ustępować. Kula ponownie uniosła się rozświetlając pomieszczenie tym samym co wcześniej błękitnym światłem.
- Jedziemy! Tylko dlaczego w dół?! - odezwała się jakby nigdy nic Mea.
Seti spojrzała na nią wzrokiem pełnym nieufności. Dziewczyna nie bardzo wiedząc o co chodzi odezwała się.
- Co jest? Czemu tak patrzysz?
Gomorianka wyczuła że Mea jest kompletnie nieświadoma tego co przed chwilą zrobiła. Umysł dziewczyny był całkowicie pusty a jej samoświadomość autentycznie zdziwiona.
- Co zrobiłaś? - spytała cicho Seti.
- Ja? - uśmiechnęła się Mea – Więc to dzięki mnie jedziemy?
- Co zrobiłaś? - powtórzyła surowo kobieta.
Dziewczyna mocno zdezorientowana rozglądnęła się po pomieszczeniu jakby szukając pomocy w niezręcznej sytuacji.
- Ja? Nic, przecież widziałaś że tylko sobie usiadłam. Czemu mówisz w ten sposób? Czemu jesteś zdenerwowana – pytała wystraszona Mea.
- Powiedz mi proszę co zrobiłaś lub co chciałaś zrobić – powtórzyła tym razem spokojniej gomorianka.
- Nic! Po prostu sobie usiadłam i zrobiłam kilka głębszych wdechów i pomyślałam sobie że fajnie by było jakbyśmy ruszyły i... - zawahała się jakby szukając czegoś czego nie może sobie przypomnieć - ...i potem chyba ruszyła, prawda? - spojrzała pytająco na Seti.
Gomorianka jednak milczała wpatrując się w nią badawczo i starając się ułożyć w głowie to co się wydarzyło. Zaczynała się zastanawiać nad motywami jakie kierowały Doctusem. Nad tym dlaczego miała ochraniać właśnie tę dziewczynę. Teraz wiedziała że nie jest to zwykła ziemianka. Było w niej coś z czego nawet ona sama nie zdawała sobie sprawy. Coś co dla Doctusa zdawało się być bardzo cenne.
Tymczasem winda niczym kamień spadała coraz głębiej w otchłań i mrok dziwnego miejsca z jakim przyszło się im zmierzyć. W głąb nieznanej ciemności.

***

- „Witaj bracie” - Doctus poczuł obecność Antilusa zbliżającego się wolnym krokiem na wzgórze na którym stał.
Był późne popołudnie a słońce chyliło się ku zachodowi rzucając długie cienie wszędzie dokoła. Złoto-czerwone światło błogo obmywało ciało, ogrzewając je ciepłymi ale już nie gorącymi promieniami.
Lutarianin stał na wzgórzu od kilku godzin wpatrując się w rozciągające się za ośrodkiem łąki i polany. Oczyszczał umysł czekając na jakiekolwiek wieści od swojej przyjaciółki, którą nad ranem wysłał po Meę do akademii. Do tej pory jednak nie wróciła...
Antilus wyszedł wolnym krokiem na szczyt górki i stanął obok Doctusa, również wpatrując się w zachodzące słońce.
- „Witaj” - odpowiedział lutarianin.
- „Ekipa ratunkowa podniosła gruzy. Wydobyto wszystkich ocalałych i ciała” - przekazał bez słów Antilus a jego rozmówca od razu wyczuł że wśród zmarłych i rannych nie było Mei i...gomorianki.
Przybyły mężczyzna spojrzał na niego zdziwiony a jego twarzy skrzywiła się w geście niezadowolenia. Odwrócił się od słońca i zaszedł widok Doctusowi stając idealnie przed nim.
- „Dlaczego nie poinformowałeś nas że już Ją tutaj ściągnąłeś?!” - zarzucił pretensjonalnie Antilus.
Doctus spuścił wzrok po czym odpowiedział.
- „Miałem swoje powody”
- „Powody?! Nie dość że wiedziałeś o wszystkim i czekałeś do ostatniej chwili to jeszcze posłałeś Ją na pewną śmierć!” - a jego uczucia oscylowały wokół gomorianki którą i on również dobrze znał.
- „Z wieści które mi przyniosłeś wynika że jednak nie pewną” - uśmiechnął się Doctus po czym odwrócił się i zaczął schodzić z górki, kierując się w stronę ośrodka.
- „Pomimo że jej rasa jest twarda, ona jest niedoświadczona i młoda!” - pretensjonalnie przekazywał uczucia Antilus.
Doctus zatrzymał się, spojrzał w trawę i odpowiedział.
- „Bracie, jesteś jednym z najlepszych wojowników jakich znam. Jednak bądź świadom że nie tylko siła i doświadczenie są cechami koniecznymi do przetrwania. Świeżość i determinacja są w tym wypadku jej atutami. Poza tym okoliczności przybrały niespodziewany i nieprzewidziany obrót” - zatrzymał na chwilę myśli po czym kontynuował - „Posłałem ją z innych powodów i sam doskonale wiesz z jakich. Musiały się spotkać.”
Antilus pokręcił tylko głową i rozglądnął się dokoła. Stali tak obydwoje wpatrując się w przeciwne strony i nie widząc siebie nawzajem. Po kilku chwilach przestrzeń wypełniły emocje młodego mężczyzny.
- „Ale teraz? Musiały się spotkać w takich okolicznościach? Wiesz że ta sprawa jest dla mnie ciężka ale zależy mi na niej równie mocno jak tobie! Dlaczego więc tak często zdajesz się ryzykować wszystko?”
- „Drogi przyjacielu” – przekazał w odpowiedzi Doctus - „Nie wszystko jest takie na jakie z zewnątrz wygląda. Pewne zdarzenia muszą zaistnieć aby ziarno wykiełkowało. Tak jest i w tym wypadku. Nie marnujmy energii na jałowe dyskusje o decyzjach już podjętych. Postarajmy się je znaleźć i sprowadzić tutaj bezpiecznie.”
Jego towarzysz stał chwilę z pustym umysłem nie nawiązując żadnego połączenia, jakby starając się wyciszyć. Dopiero do dłuższej chwili z powrotem podszedł do niego lutarianin i położył dłoń na jego ramieniu. Nagle cały gniew i złość zaczęły odpływać jak przez jakiś magiczny przekaźnik. Umysł Antilusa wyciszył się niczym jezioro w spokojną letnią noc. Żadna fala nie mąciła idealnie czystej tafli wody.
Spojrzał na swojego mentora, spokojnymi oczyma, która tak rzadko są jego cechą i chwycił dłoń Doctusa swoją własną po czym ścisnął ją ze wszystkich sił jak dziecko, chcące pokazać że potrzebuje opieki własnego ojca. Przez jego umysł przepłynęły uczucia.
- „Rozumiem że jest ci ciężko w tej sytuacji. Rozumiem dwa sprzeczne bieguny” - przekazał lutarianin.
- „Nawet nie wiesz jak ciężko było stanąć z nią twarzą w twarz” - a myślał o Mei - „Jak ciężko było powstrzymać jednocześnie gniew, stare nawyki oraz zażenowanie...poczucie hańby”- Antilus odpowiadał teraz całkiem inaczej, spokojniej i w bardziej stonowany sposób.
- „Nie powinieneś traktować chwili obecnej w kontekście punktów w czasoprzestrzeni, które już minęły. Wtedy postępowałeś zgodnie z tamtymi priorytetami. Teraz postaci zostały te same, ale scenariusz się zmienił. Zmieniły się priorytety. Zamiast patrzeć na dziewczynę przez pryzmat tamtych wydarzeń, spójrz na nią przez pryzmat tego kim i czym jest. Inaczej nie zdołasz wykonać zadania. Rozedrzesz się żywcem na pół starając się spełnić obowiązek jednocześnie spoglądając na Nią w taki sposób. Jedyna metoda to zapomnieć” - przelał do jego umysłu Doctus jednocześnie kładąc dłoń na jego głowie.
- „Dlaczego ja? Nie mogłeś wybrać kogoś nie obciążonego w ten sposób? Postawiłeś mnie w tej zagmatwanej sytuacji, która doprowadza mnie do szaleństwa” - dopytywał Antilus szukając wyjaśnienia.
- „Zrobiłem to bo miłuję cię jak własnego syna. Dałem ci okazję przeżywania doświadczeń, które są domeną nielicznych. Spośród nieskończonych możliwości jedności, tobie w udziale przypadło doświadczyć czegoś tak odmiennego, tak wyjątkowego. Czegoś co zmieni twoją istotę i całą twoją świadomość!” - przekazał autentycznie zafascynowany i przeżywający własne myśli Doctus.
Antilus początkowo nie odpowiedział. Jego twarz rozpromienił jedynie uśmiech a myśli przesiąkały uczuciem aprobaty idei, którą przedstawił przed chwilą jego przyjaciel. Spojrzał na niego i wziął się w garść.
- „Pod akademią przebiega jeden ze starych reptiliańskich ciągów tunelowych” - zaczął młody mężczyzna.
- „Nareszcie jakieś konkrety. Czekałem kiedy do tego przejdziesz” - uśmiechnął się Doctus.
- „To fragment niezasypanego tunelu północnego. Problem polega na tym że ciągnie się wiele kilometrów za miasto, na dodatek na wschód i zachód”
- „Myślisz że udały się właśnie tam?”
- „To jedyne wyjście. Jeśli przeżyły i były w tym miejscu, w którym przypuszczam to nie miały innej alternatywy. Znając ją” - myślał o Seti - „Bez problemu złamała zabezpieczenia włazu pieczętującego i pewnie teraz krążą gdzieś w kompleksie.”
- „Nie możemy tam wejść bez żadnej przyczyny” - zamyślił się Doctus - „Musimy mieć jakiś powód aby przeszukać tunel. Potrzebujemy dużej ekipy poszukiwawczej i maszyn”
- „Wiesz że jeśli je znajdziemy to posypią się pytania skąd się wzięła” - uczucia Antilusa krążyły wokół gomorianki.
- „Ona zdaje sobie z tego sprawę. Wie że w razie zagrożenia jest zdana tylko na siebie.”
- „Poszukiwania z zewnątrz miasta zajmą mi wiele dni. To jak szukanie igły w stogu siana.”
- „Potrzebujemy całej ekipy, jak mówiłem. Musimy czekać na jakiś pretekst, sygnał. Być może uda im się uruchomić Strażnika, w końcu jest ich tam trochę. Jeśli by to zrobiły moglibyśmy posłać drużynę żołnierzy. Załatwiłbym autoryzację żebyś dowodził.”
Antilus przytaknął głową jednak po chwili wyczuł lekkie zaniepokojenie swojego towarzysza.
- „Czego się obawiasz bracie?” – spytał błyskawicznie.
- „Wiesz kogo używała Wspólnota do polowania na reptilian i buntowników?” – przekazał Doctus.
Młody mężczyzna od razu wyczuł o co chodzi jego przyjacielowi. Otworzył szeroko oczy i spojrzał na niego.
- „Ich” – pomyślał mimowolnie a i jego umysł okrył się niepokojem – „Ale przecież wszyscy zostali później...” – zawahał się na moment – „...usunięci”
- „Oficjalnie” – Doctus śpieszył aby wyjaśnić swoje obawy – „Kilku jednak uciekło kiedy dowiedzieli się jaka czeka ich nagroda za wykonaną pracę. Jednak nie tylko Im udało się zbiec...”
Antilus spojrzał na niego badawczo.
- „Nie ma tego w żadnych logach.”
- „Bo uznano że nie ma takiej potrzeby. Tunele zapieczętowano a ich zostawiono samych sobie, poza tym nie było ich aż tylu aby stanowili zagrożenie. Przynajmniej Ona tak twierdziła” – a przekazując to myślał o głównym zarządcy Ziemi nazywanym przez ludzi Królową.
Umysł mężczyzny wypełnił się niedowierzaniem. Znów zaczął się zastanawiać nad tym czy ich młoda przyjaciółka da sobie radę w tych obcych jej warunkach, tym bardziej że ostatnie informacje Doctusa nie wróżyły prostej przeprawy.
Jednak to nie zbiegli przed laty tenebrarianie niepokoili go najbardziej ale to co im towarzyszyło. Wiedział że nawet on, gdyby był świadom co na niego czeka w mrokach podziemi, nie zachował by zimnej krwi i spokoju. Dlatego też pocieszał się na myśl że one tego nie wiedzą.
Miał właśnie znów nawiązać kontakt ze swoim starszym przyjacielem jednak nie wyczuł już jego obecności. Odwrócił się lecz Doctus był już daleko w dole i szybkim krokiem kierował się w stronę ośrodka.
Usiadł na trawie wpatrując się w ostatnie promienie zachodzącej gwiazdy, jakby w oczekiwaniu na nadejście mroku nocy.
Właśnie wtedy zdał sobie sprawę że gdzieś głęboko pod ziemią, dwie młode kobiety już pogrążyły się w ciemnościach. W przeciwieństwie jednak do niego, one nie mogły się spodziewać poranka, który napełniłby je nadzieją...

 

W szybkiej odpowiedzi możesz użyć kodów BBC i uśmieszków tak jak przy normalnej odpowiedzi.

Uwaga: W tym wątku nie pisano od 120 dni.
Jeżeli nie masz pewności, że chcesz tu odpowiedzieć, rozważ rozpoczęcie nowego wątku.

Nazwa: Email:
Weryfikacja:


Pytanie anty-spamowe:
Przepisz nazwę
kreatywni
pomijając samogłoski: